- Za.. za... zaaa.... zabierzcie to ode mnie! - Scamander wrzasnął, a iskry zaczęły się bardziej sypać i historyka zalała fala paniki. Serce kołatało się jak oszalałe w jego piersi, a jego oddech rwał się niekontrolowany. W tej chwili Gethen nie myślał racjonalnie i bardzo chciał pozbyć się pasażera na gapę, który dodatkowo obsypywał go iskrami. Spanikowany historyk niestety robił wszystko, by powodować więcej iskier i Smoczognik nie mial zamiaru złazić z niego, bo zaczynał być równie przestraszony co czarodziej.
Drogi do Munga Scamander nie pamiętał, nie był pewny, czy skorzystano z kominka, czy jednak przewieziono go do szpitala bardziej konwencjonalnie. Ból był nie do opisania, Gethen z wysiłkiem chwytał powietrze, nie mogąc sobie poradzić z nadmiarem bodźców, dźwięki sprawiał, że czul pulsujący ból, przecinany nagłym impulsem.
Wizje nadchodzą niespodziewanie. - Wyjaśnił, co mial na myśli mówiąc o incydencie. - Czasem to są sny, a czasami wizje na jawie, te drugie raczej zwracają uwagę jeśli towarzyszy temu niecodzienne zachowanie. - Scamander podniósł spojrzenie na Zachariasa, szukał w tym momencie reakcji, czy Crouch też tak miał?
W głowie Scamandera rozbrzmiały znajome dźwięki, znał te nuty. To był Chopin i jego sławny Polonez As-dur op. 53. Melodia zawirowała wokół niego rozbrzmiewając i na chwile mrożąc czarodzieja w miejscu. Wizja znów rozmazała jego postrzeganie rzeczywistości, splatając się znów w czasie rzeczywistym z przeczuciami. To dlatego dziś ciagle słyszał dźwięki fortepianu, dlatego prześladowała go ta melodia. A po chwili nuty rozwiały się i skupiając wzrok na dziewczynie szybko do niej podszedł, zdając sobie sprawę, że stoi tuż obok bezmyślnie.
To nie miejsce, aby używać takiego słownictwa. - Odezwał się w płynnym francuskim, poprawiając okulary na nosie. - Kim pani jest? - Błąkanie się po ministerstwie nie było raczej mile widziane, a kręcenie się przy przesyłkach, było raczej podejrzane. Może to przez tą osobę przesyłka Gethena zaginęła, a co jeśli było takich listów więcej? Czyżby właśnie nakrył sabotaż?
- Doktor Sanderson... - Zaczął podchodząc do krzesła, na które trafił dłonią wchodząc do gabinetu. Usiadł wedle jej prośby. - Zgubiłem rachubę. - Miałem przeczucie, że dziś panią zobaczę. - Mruknął odsłaniając prowizoryczny opatrunek z rozciętego czoła. - Lecz nie oczekiwałem, że to znów będzie tutaj. - Westchnął cicho, nie było to wcale przyjemne, znów trafiać do szpitala.
Secesyjny wystrój restauracji zyskuje zainteresowanie historyka, chociaż dostrzega pewne mankamenty, które nie psują jednak ogólnego odbioru tego miejsca. - Myślę, że nie ma potrzeby dyskutować na ten temat. Zwłaszcza jeśli tutaj znajdują się pani koledzy i koleżanki po fachu, to faktycznie dla naszego spokoju jest to idealny wybór. - Scamander dziś był odrobinę inny, brak kontuzji i ogólnie dobre samopoczucie sprzyjały temu, by być bardziej otwartym i swobodnym.
Typowa szkocka pogoda dawała się we znaki i tak Gethen przebył drogę z dworca do Salonu jubilerskiego po części posiłkując się transportem a po części wędrując pod szerokim parasolem. Wilgoć na zewnątrz motywowała do szybkiego wejścia do środka i bardzo szybko znalazła się przy nim Mellitea, historyk otrząsnął parasolkę odstawiając ja na stojak i przywitał się z dziewczyna z wyraźną radością na twarzy.
Siedzieli w słonecznej kuchni, przy dębowym stole, sącząc z pękatych kubków aromatyczna herbatę z kolekcji Scmanadera. Historyk był wielkim entuzjastą herbat i posiadał nawet kredens w którym przechowywał puszki z suszami i wszelkie do tego niezbędne narzędzia od gaiwanów, po chaseny przez imbryczki wszelakiego kształtu i pochodzenia, herbatę również podawał w odpowiednich naczyniach, w zależności od tego, co przygotowywał.
Z tego miejsca Gethen widział wieże i szklarnie, każdy korytarz wydawał się tonąć w świetle i zamek wyglądał jak inny, żywy świat odgrodzony od szarej rzeczywistości grubym murem utkanym z magii. Gdzieś na jednym z balkonów zamajaczyła powłóczysta, srebrna suknia ducha, znikając po chwili w ciepłym świetle pochodni uwieszonych na korytarzach.
- Byłem raczej niewidzialny. - Kiwnął głową, chociaż niewiele pamiętał z pierwszej klasy. - Nigdy nie byłem typem nicponia, a jako jedynak zazwyczaj potrafiłem się soba zająć. A zasady swoja drogą, przestrzeganie ich ułatwia życie. - Uśmiechnął się na zaczepne spojrzenie Moiry, nie okazując przesadnie smutku związanego z przeszłością.
Skonsternowany spoglądał na rudowłosą kobietę i aż sam poczuł, jak jego twarz pokrywa palący rumieniec. Zmarszcz brwi, ponieważ te rysy wydawały mu się w pewien sposób znajome i po chwili dotarło do niego, że to młoda pisarka. Sięgnął do torby, wyciągając książkę i obrócił ją tak, by spojrzeć na tylna okładkę. I faktycznie, spoglądała na niego ta sama osoba, która uśmiechała się z ruchomego zdjęcia książki.
- Jest tu tak... sterylnie. - Pierwsze skojarzenie Scamandera było może i dziwaczne, ale w jego mniemaniu skojarzyło mu się to wszystko z jałowością i odrealnieniem. Niby wszystko na miejscu, ale jakby inne. - Mam wrażenie, że to wszystko udaje i to nieudolnie... - Dodał po chwili próbując osadzić pozostałe zmysły na dźwiękach, zapachach i jedynie wzrok odnajduje punkt zaczepienia. - Jak iluzja, niby jest, ale to nie jest to co być powinno. - Scamander skupił na chwilę wzrok na budynku, który stawał się coraz bardziej materialny.
- Ogrody rozbudzają się z zimowego snu, kwiaty piękne kwitną, kasztany się zabieliły, magnolie są w tym roku bardzo efektowne. Na pewno nie mógłbym sobie wybaczyć, gdybym nie pokazał ci tego miejsca. - Pochwała jego umiejętności jako gospodarz na pewno była miłym komplementem, Scamander starał się jak potrafił, by Moira dobrze czuła się w tym miejscu. - Proponuje wypić herbatę i możemy ruszyć na zwiedzanie, co ty na to? - Uśmiechnął się zachęcony.
Szli dalej, kierując się w stronę altanki, która stanowiła miejsce, skąd można było obserwować jezioro. Było to jednocześnie miejsce pamięci, gdzie spoczywały prochy rodziców Gethena. Droga do tego miejsca wiła się przez ogród, który miejscami łączył się z lasem, przechodziło się przez niewielki strumyk, nad którym była ustawiona nieduża kładka. I wszystko byłoby w porządku, gdyby strumyk nie postanowił urosnąć i nabrać rozpędu, przez co kładka została porwana przez prąd wody. Im bardziej podchodzili do wartkiej wody, tym większe było zdziwienie Scamandera.
- Oh, Ariana. - Uśmiechnął się na jej widok. - Przepraszam, zamyśliłem się... - Bąknął z wyraźnym zmieszaniem na twarzy.
Scamander już tak miał, że bardzo szybko się zawstydzał, zwłaszcza przez swoje tendencje do odpływania myślami nawet w trakcie spacerów. Niejednokrotnie z tego powodu trafiał właśnie na izbę przyjęć z rozbitym czołem albo nosem.
- Wejdziemy? Mamy stolik z dala od parkietu, jakbyśmy się zmęczyli tańcem i chcieli złapać oddech. - Zaprosił Moirę do środka. Nie był wybitnym tancerzem, ale podstawy znał, wiec na pewno nie zdepcze Moirze stóp.