• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Zakazany Las
Zakazany Las
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 20:29

Zakazany Las
Nieopodal magicznej szkoły zwanej Hogwartem znajduje się głęboki las. Stare korzenie drzew wystają z wilgotnej ziemi, stając na drodze zbłąkanym wędrowcom. Powietrze ma specyficzny chłód – ciężkie, nasycone wonią mchu i butwiejących liści. Między gałęziami przemykają smugi księżycowego światła, na moment rozświetlając fragmenty mrocznej ścieżki. Co jakiś czas dobiegają odgłosy życia – subtelne szmery, szelesty, niepokojące trzaski gałązek. Magia w Zakazanym Lesie nie jest efektowna, lecz przenika każdy cień, każdą ciszę. Jest w cichym oddechu lasu, w milczeniu jednorożców przesuwających się bezszelestnie przez mgłę, w cichym spojrzeniu istot, których nikt nie powinien widzieć. Tajemnica przykrywa tajemnicę, czyniąc to miejsce jedną z największych niewiadomych w świecie czarodziejów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (7): « Wstecz 1 … 5 6 7
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#61
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
04-02-2026, 21:25
Odpowiedź dla Morty Dunham

Miał być koszmarem, takim dyskretnie przysiadającym na karku i pozostawiającym na nim ciężki acz niewidzialny ślad, duszącym oddechem wzbudzającym dreszcz. Zamiast rozmarzenia, miał prowokować zimną, namacalną rozpacz. Pozostawiać po sobie pustkę, którą w sobie nosił. To on miał kreować nową rzeczywistość, jednak w jakiś niepohamowany sposób pozwolił Morty’emu na to, aby chwilami to właśnie on przejmował inicjatywę. Chociaż do dzisiaj nie dopuszczał do siebie podobnej myśli. Przekonanie, że decyzja zawsze pozostawała w jego rękach była kolejnym pozorem. Tak samo jak wiara w to, że jeśli teraz, choćby tylko pozornie, pozwoli wiolonczeliście samemu wybrać, to tak naprawdę wszystko, co się wydarzy będzie jedynie wypadkową jego własnych wizji. Projektowanych z zadziornością kogoś, kto przekonany był o zasięgach cierpliwie wypuszczanych przed siebie macek.
Może jednak zapomniał. Zapomniał o tym, że wnikając w ten konkretny umysł, sam naraził się na uszczerbek — na duszy, sercu? — bo stracił gardę. Właśnie wydawał się znowu do tego dopuszczać. A może ten moment miał być swoistą kulminacją — ostatecznym efektem uderzenia skrzydeł motyla, który poderwał się do lotu wtedy, przed laty, gdy ich spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy.
Może to miała być ich wspólna katastrofa. Ich wspólny chaos leżał dzisiaj w rękach Mortimera. Decyzja pozbawiona terminu ważności. Rzeczywiście wcale nie doprecyzował, że powinna zapaść już teraz. Po co się spieszyć. Po co kusić los?
Zmrużył lekko oczy na kolejne wyznanie wiolonczelisty. Wyznanie, które tamten wyjął mu niemal z ust. Jego noce początkowo bywały bezsenne, bo sięgając ręką w głąb łóżka, nie znajdował tam znajomego kształtu, palce nie wodziły po zapisanym w ich opuszkach formach ciała. które nie wiedzieć kiedy stało się nieodłączną częścią codzienności, a nagle zniknęło. Znajdował tam tylko pustkę, wspomnienie zawarte jedynie w zagłębieniu pozostawionym na prześcieradle, odkształceniu materaca — niemej przypominacje.
Gdyby wiedział, że Morty zawsze — wciąż — dostrzegał w nim pierwiastek człowieczeństwa, zapewne zbyłby tę myśl jedynie złośliwym uśmiechem. Brnąłby we własną wersję rzeczywistości. Tę, w której nie było miejsca na nawet najmniejszy odruch serca.
A jednak.
Potrzebowałby tylko chwili, ułamków sekund, w których znowu poczułby na wargach smak jego ust; jednego jego oddechu zapalczywie wciągniętego w płuca niczym papierosowego bucha rozpierającego wnętrze, powodującego zawrót głowy — tylko chwili, aby rozbudzić w sobie dawny s e n t y m e n t . Utrzymywanie na wodzy tego pragnienia z każdą kolejną sekundą szło mu coraz gorzej. Na zewnątrz jedynie nieznacznie drżał, co i tak nie umknęło uwadze drugiego mężczyzny — we wnętrzu zaś dygotał. W uszach słyszał bicie własnego serca, mocne, rytmiczne niczym tętent kopyt.
Niekiedy zadawał sobie pytanie, czy Mortimer zrobił to specjalnie — czy z premedytacją podsunął mu obraz własnej, podobno wróżebnej wizji, która okazała się powodem późniejszej lawiny wydarzeń. Czy i ona była iluzją, grą pozorów, czy wiolonczeliście w jakiś sposób udało się omamić jego pełen doświadczeń umysł i sprawić, że źle odczytał tamte obrazy? Poddał je interpretacji — a ta najbardziej możliwa okazała się tylko jedna. Elena wiedziała za dużo. Czy był to kolejny rozdział księgi jego oszustwa?
- Czy to obietnica? Sugerujesz, że powinienem mieć nadzieję na to, co nadejdzie? Czy odegrasz jakąś istotną rolę w takim scenariuszu? - zapytał drwiąco. Odwzajemnił spojrzenie, nie mrugnął. Podniósł wyżej podbródek. Nie miał jednak doczekać się z jego ust odpowiedzi. Diabelskie sidła mu ją odebrały. Czar prysł.
Światło oślepiło go na moment, oderwał dłoń nie tylko od żuchwy mężczyzny, ale i przysłonił ręką oczy, bo ciemność przełamana silnym promieniem wydobywającym się z różdżki nagle wytrąciła go z równowagi. Tylko po to, aby po chwili na powrót wtrącić Cassiusa pod powierzchnię jego własnego mroku.
Ty byłeś moim światłem, Morty szept poniósłby się w ciemności, gdyby Cassius zdecydował się wypowiedzieć to zdanie na głos. Wiolonczelista zniknął już jednak pośród nocy. Diabelskie sidła opadły na ziemię, ponownie zawinęły się w leśnej kniei, jednak na jego ciele pozostał dziwny ciężar. Spowodowany zapewne czymś więcej niż jedynie objęciem morderczej rośliny. Cassius przygryzł wargę, do krwi, jakby chciał tym samym stłumić wyznanie, które chwilę wcześniej niemal opuściło jego usta.
Cassius Avery nie zamierzał pozostać tylko wspomnieniem.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#62
Nathaniel Crouch
Czarodzieje
For a child, the loss of a parent is the loss of memory itself
Wiek
23
Zawód
Student prawa magicznego, lobbysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
5
Brak karty postaci
04-02-2026, 21:42
| Post dla Varyi

Prawiła o niebezpieczeństwie bez większego zakłopotania. Nadawała temu cechy normalności, spokojem okraszała wszelkie odpowiedzi. Co dla niego było absurdalnym ryzykowaniem życia dla tradycji i rozrywki, ona sama przeistaczała jako preambułę swojej osoby. Nigdy nie był wielkim adoratorem polowań, raczej nużący dodatek do spotkania towarzyskiego. Wielcy możni panowie tego świata spotykali się, by wykazać się brakiem umiejętności i wielkością portfela. Rodzinne polowania organizowane, zbiorówki, które pozbawiały las spokoju na tygodnie. Znał tradycje myśliwskie, etykietę zachowania czy podstawowe informacje, które rzutowały na sukces polowania. Wiedział, że na dziki poluje się w nocy, a na jeleniowate przed wschodem lub krótko przed zachodem słońca. Był to jednak świat, który odchodził, wspomnienie dawnego triumfu.
Polowanie nie było już potrzebą, ratunkiem przed głodem i biedą. Dla Crouchów było rozrywką, którą również dobrze mogli  zamienić na wyścigi aetonów. Nie, nie wyścigi, Flint był przykładem, że można było być głupcem i osiągać w nich sukcesy.
Czuła, że ten świat zanika? Ten, w którym las był panem i domem, rządził się swoimi prawami i karmił swoje dzieci? Nie tylko jej, jego własny, gdzie tradycja czarodziejska, błękitokrwiste zwyczaje i wybitność nazwiska kreśliły drogę również upadał.
– Jakie było to uczucie? – był zaintrygowany, opowiadała z takim spokojem.

Zabiliśmy go

Zakończyliśmy żywot, wygraliśmy, osiągnęliśmy swój cel. Jakim było uczuciem zabić to największe zagrożenie? Pozbyć się źródła strachu? Jego strach był o wiele trudniejszy do zmaterializowania, raczej majaczył we jego porażkach i zawodzie niż w konkretnej formie. Jakim uczuciem było pozbawić życia istotę? Jak rozwinięte było Yeti? Nic o nim nie wiedział, nie znał, pierwszy raz słyszał. Bestia? Wielka, groźna? Będzie musiał poszukać informacji, zainteresowała go. Może kiedyś mu opowie, o tym wielkim stworzeniu w Związku Radzieckim.
W Zakazanym Lesie czekały inne niebezpieczeństwa, o wiele mniej spodziewane. Światło, choć oślepiało i parzyło, nie sprawiało, że panika sięgała jego osoby. Było to niespodziewane, dziwne i zastanawiające, lecz szybko zarówno pożegnane. Popatrzył w dół, jego dłoń nadal spoczywała na jej ramieniu. Miał tak wiele pytań, tak bardzo nie rozumiał. Przed chwilą zdawała się taka nieustraszona i odważna, teraz została uczłowieczona. Próbował zrozumieć jej zachowanie, pojąć co ich właśnie spotkało. Rozejrzał się wokół, jakby światło zaraz znowu miało powrócić, lecz miał przeczucie, że nie nawiedzi ich ponownie. Co to było? Pierwszy raz zaznał czegoś takiego, wiedział, że wchodzenie do lasu było niebezpieczne, lecz nie tego rodzaju zagrożenia oczekiwał. Skupił się na niej, przez chwile nadal kurczowo zamykała powieki, osłaniała się przed tym co było. Uścisnęła jego dłoń, nawet jemu ten odruch dodał otuchy. Zrobił krok w tył, by dać jej przestrzeń do powstania.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho, jakby nie chcąc przywoływać innych potworów w ich stronę. Nie, był pewien, że nie było, lecz chciał usłyszeć jej słowa. Oczy skierował w dół, do jej oparzonych dłoni. Sięgnął za jej rękaw chcąc zobaczyć z bliska rany, a zarazem obawiając się dotykiem sprawić jej ból. Uniósł jej rękę, był pewien, że jej się to nie spodoba.
– Powinniśmy udać się do Skrzydła Szpitalnego, pielęgniarka powinna zobaczyć Twoje dłonie – stwierdził, powstrzymując na końcu języka pełne dumy stwierdzenie o słuszności swojego wcześniejszego stanowiska – Zakazy Las był niebezpieczny, nawet dla wprawnych łowców. – Myślisz, że powinniśmy powiedzieć komuś o tym co się stało?
Zdradzić jak las przywitał swoich gości, jak bardzo chciał się ich pozbyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#63
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
05-02-2026, 12:34
Odpowiedź dla Riven Thorne

Prawdopodobnie to właśnie ostatni trening z panem Rineheartem sprawił, że Lizzy tak mocno nalegała na powrót. Że tak bardzo zależało jej na dobru Riven i swoim własnym, że użyła tych dokładnie słów: nie dać się głupio zabić. Śmierć towarzyszyła przecież aurorom na każdym kroku, nawet najbardziej nudne zajęcia potrafiły mieć okropne konsekwencje, jeżeli się na to pozwoliło. Dla innych ludzi, obserwujących jej życie z boku, tak jak robiła to Riven, mogło wydawać się, że szkolenie aurorskie wyciągało z niej całą esencję gryfona. Że wyduszało ostatnie resztki spontaniczności do tego stopnia, że młoda, pełna życia dziewczyna zmieniła się dosłownie w stróża prawa. Nie wszystko było jednak kwestią samego szkolenia. Lizzy nie zwierzała się z tego otwarcie, choć jej prawdziwe problemy, te, które czyhały na nią zaraz za rogiem, były oczywiste dla wszystkich, którzy wiedzieli o jej mugolskim pochodzeniu. Napięcie polityczne wywołane działalnością Ministra Magii, która czyniła go jeszcze bardziej niepopularnym, pojawienie się Gellerta Grindelwalda, wszystko to padało cieniem na jej życie, zmuszając ją do przesadnej momentami (jak teraz) ostrożności. Henry prosił ją wielokrotnie, aby była ostrożna. Chyba to wszystko razem wzięte najbardziej odbiło się na ostrożności panny Evans.
— Słucham? — spytała zupełnie poważnie, zastanawiając się, czy jeszcze tu dzisiaj wrócę wypowiedziane w przestrzeń głosem Riven było faktycznie słowami przyjaciółki, czy może po prostu psotą zmęczonego umysłu brunetki. Zmarszczyła nieco brwi, w uszach szumiało jej od adrenaliny, właściwie wszystko mogło być w tej chwili możliwe. Ale póki Riven nie przyznała się do tych słów, zamierzała powstrzymać się z nadchodzącym wykładem umoralniającym i błagającym o przemyślenie tego — szalonego przecież — planu. Z uśmiechem przyjęła kładącą się obok Riven. Uwagę niemal od razu zwrócił naszyjnik, z jakimś pięknym kamieniem, którego nazwy nie znała, a który od razu sprawił, że zaświeciły jej się oczy z zachwytu.
Nim jednak zdążyła zadać pytanie czające się już w najwyższych partiach gardła, głos zabrała sama Riven.
— Na pewno nie uwierzę — przyznała jej rację w ciemno; czasami fantazja Riven sprawiała, że nawet przy najlepszych chęciach Evans nie potrafiła wyobrazić sobie tego, co znowuż przydarzyło się przyjaciółce. Sama praca w tawernie, czy tam pubie, barze (Lizzy nie odróżniała jednych od drugich i lubiła wszystkie, tak długo, aż można było się tam pobawić w tańcu i coś wypić lub zjeść) zazwyczaj zapewniała jej naprawdę sporo do opowiedzenia, ale gwałtowność, z jaką Riven podniosła się z miejsca sprawiła, że Lizzy sama uniosła się wyżej, nie odejmując już spojrzenia od Thorne. Na informację o statku cumującym w porcie początkowo kiwnęła tylko głową. Sama nazwa "Złota Łania" nie mówiła jej właściwie nic, ale to chyba w niczym nie przeszkadzało? Do tej pory były to informacje, które mogłaby usłyszeć od każdego. W porcie cumuje statek o takiej i takiej nazwie. Czy Riven wyłapała spojrzenie ciemnych oczu Lizzy, które popędzało ją do powiedzenia więcej? Wreszcie się doczekała. Noc w kapitańskiej koi. Lizzy nabrała głośno powietrza, otwierając szerzej oczy. W następnej kolejności zakryła otwarte szeroko usta dłonią, a drugą uderzyła we własne udo z charakterystycznym plaskiem. Ta wiadomość mogła oznaczać tylko jedno.
I Lizzy nie wiedziała, czy się cieszyć, czy może zbesztać Riven za wiązanie się z marynarzem. Ci nie słynęli z wierności, z tego co zdążyła już usłyszeć.
— Nie mówisz serio — a jednak kąciki ust Lizzy uniosły się w górę, ona sama zaś wychyliła się w kierunku Riven, wodząc wzrokiem pomiędzy kamieniem na wisiorku a twarzą Thorne. — To od niego? Musisz mi wszystko koniecznie opowiedzieć. Przy dyniowym ponczu.

| z/t
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#64
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
07-02-2026, 22:45
Odpowiedź dla Lizzy Evans

Oczywiście, że miałam zamiar jeszcze tam wrócić. Nie spodziewałam się jednak, że powiem to na tyle głośno, że usłyszy to Lizzy. Słysząc jej pytanie zaśmiałam się pod nosem i pokręciłam głową zbliżając się w jej kierunku.
- Nic, nic, nic nie mówiłam - parsknęłam.
Na szczęście temat lasu został zostawiony, a Lizzy póki co nie dopytywała. Udało mi się odwrócić jej uwagę i skupić zainteresowanie na zupełnie innym temacie. Nie tylko ja przyglądałam się swojemu naszyjnikowi, ona również zwróciła na niego swój wzrok. Był piękny, tego nie można było mu odmówić. A noszenie go na szyi czystą przyjemnością. To był jeden z droższych prezentów, jaki kiedykolwiek dostałam. Co prawda nie wiedziałam ile kosztował, czy cokolwiek kosztował, ale gdybym kiedyś chciała go spieniężyć, to myślę, że dostałabym sporo. No i miał znaczenie, był czymś więcej niż tylko ozdobą. O czym miałam się niedługo sama przekonać.
Zaśmiałam się znowu słysząc potwierdzenie, że Lizzy mi nie uwierzy. No cóż, nic dziwnego. Jakby ona mi taką rewelację próbowała sprzedać, to również bym jej nie uwierzyła. Dawkowałam napięcie, a jej popędzające spojrzenie sprawiło, że o spaniu w kapitańskiej koi powiedziałam zdecydowanie szybciej niż chciałam. Reakcja była taka jak się spodziewałam. Szok i niedowierzanie. Chociaż, równie prawdopodobne było karcące spojrzenie, bo która kobieta o zdrowych zmysłach wiąże się z marynarzem? Może nie byłam o zdrowych zmysłach?
- Oczywiście, że mówię serio - oburzyłam się teatralnie, nie mogąc jednak ukryć uśmiechu na ustach. - Mogę ci opowiedzieć ze szczegółami jak wygląda kapitańska kajuta i jak miękki materac jest w jego koi - uniosłam brwi ku górze, przebiegły uśmiech nie schodził mi z ust.
Kiwnęłam głową. Wstałam z trawy i podałam Lizzy rękę, aby pomóc jej wstać. A potem chwyciłam ją pod ramię i obie ruszyłyśmy w stronę zamku. Tam z pewnością mają gdzieś miejsce gdzie będziemy mogły sobie usiąść i po plotkować. I na pewno mają też dyniowy poncz. To Hogwart. Nie możliwe, aby nie mieli dyniowego ponczu.
- Oczywiście, że to od niego - mówiłam dumnie, kierując się z Lizzy w stronę ścieżki. - Muszę ci tyle opowiedzieć!
Dobry humor mnie nie opuszczał. Lizzy była idealną osobą, aby podzielić się takimi wiadomościami. Słuchała i może czasami była panią mądralińską, to jednak była też młoda. A każda młoda panna, ja też, lubiła takie historie. I o ile gdy dzieliłam się tą informacją z innymi to nie doświadczyłam od nich takiej ekscytacji jak się spodziewałam, na przykład moja kochana Thalia, która popluła cały stolik piwem, tak Lizzy zdecydowanie nie zawiodła. Już wiedziałam, że czeka mnie u jej boku chwila wspólnych plotek, śmiechów i radości. Bo wiedziałam, że kiedy ja się będę cieszyć, to ona będzie się cieszyć razem ze mną.


zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#65
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
08-02-2026, 22:11
- Zrobiłam to, co należało. To był mój obowiązek – wyraziłam zupełnie spokojnie, jakbym prawiła o codziennych, prostych sprawach, nad którymi nie należało się dłużej zastanawiać. Bo dla mnie polowania właśnie tym były. Misją, zadaniem, pracą, która przychodziła dzień po dniu, odtwarzając pewne schematy zachowania – tak u ofiary, tak u łowcy. Ale… on, Nathaniel, przecież nie mógł dobrze się w tym rozeznać, przecież jego dni mijały w zupełnie obcych mi rytmach. Dlatego pytał. Mogłam być oknem na świat, którego nie znał, a któremu teraz zaczął się przyglądać. Przeze mnie. Czy więc ja miałabym prawo któregoś dnia poprosić go o to samo? Czy w ogóle tego pragnęłam?
– Jeśli chcesz… mogę kiedyś pokazać ci polowanie. Pokazać ci, jak to jest –
zasugerowałam dość ostrożnie, patrząc mu w oczy prosto, bez śladów mrugnięć czy miękkości gestów. Łatwiej mi było przecież wziąć go ze sobą i dać mu możliwość bycia uczestnikiem tego, niż tak po prostu nazwać to, co wtedy czułam. Wciąż trochę się z tym wszystkim motałam, wciąż szukałam dobrego sposobu na rozprawę o osobistych nastrojach. Na szansę dla kogoś, kogokolwiek, by mógł odczytać to, co dla mnie samej bywało tak wielkim szyfrem. Klucz w głąb siebie, trop do mnie samej. Odwróciłam spojrzenie.
Nie miałam prawa przyznawać się do słabości. Ojciec brutalnie wbijał w nas te myśli jak świętą mantrę. Milczałam najpierw, pozwalając mu, z jakimś dziwnym zobojętnieniem, rozejrzeć się po wstydliwych śladach na skórze. Nie ranił mnie siarczysty mróz, nie raniły mnie wyniszczające warunki, ale światło w jakiś sposób kaleczyło. Zawsze mocniej niż wszystko inne. Patrzyłam na jego twarz, kiedy chylił oko do moich bolesnych rak, kiedy sięgał ku czemuś, do czego nikt nie miał wstępu. Pozwalałam mu na to, znów widok lepiej opowiadał historię od moich własnych ust, choć te zdawały się nawet lekko rozchylić, stworzyć pozory chęci, wyrazić jakąś potrzebę nazwania stanu, w którym niepodziewanie się znalazłam. Dłoń poddawała się jego woli z nienormalną swobodą, podczas gdy umysł ganił się za niedawną słabość. Kontrast tego dawał mi się coraz mocniej we znaki.
– Bywałam w gorszym stanie, nic mi nie będzie – przerwałam wreszcie milczenie, ostrożnie odsuwając od niego moje dłonie. Tkanina znów przykryła podrażnioną skórę. Zastanawiałam się, czy on będzie się upierał, czy jak ten cały prefekt poszuka rozwiązania zgodne z procedurą. Czy nie żył w imię zasad? Ja też żyłam, ale te moje był tak odmienne od jego. – Powinieneś wiedzieć, że całe życie jestem wystawiana na próbę. Ono… to światło, po prostu boli bardziej niż coś innego – czy rozumiesz? Mocno szukałam jego oczu, jego zrozumienia, szansy dla tego, co próbowałam mu objawić. – Nie chcę i nie powinnam nikomu mówić – wyjaśniłam dalej, niemal na jednym wdechu. Po chwili już szłam dalej, czując, jak narasta we mnie poczucie zażenowania. Nie chciałam, by mnie taką ktokolwiek oglądał, ale skoro już wiedział, to przecież nic nie mogłam poradzić. A przyznawanie się do tego kolejnym osobom było niczym lament ku chwale własnych słabości. Borginowie sami radzili sobie z takimi rzeczami, miałam być silna i gotowa zmierzyć się z przeciwnościami losu. Las był dobrą próbą, choć nie niknął dyskomfort związany ze świadomością, że Crouch pozostawał naocznym świadkiem tego wszystkiego.
– Czy później idziesz na bal? – spytałam cicho, trochę szukając ścieżki dla zmiany tematu, trochę też przypominając sobie, że przecież tak długo i w takich torturach wybierałam tamtą sukienkę. Czy jemu by się spodobała?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (7): « Wstecz 1 … 5 6 7
 


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:18 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.