• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Pokój muzyczny
Pokój muzyczny
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-11-2025, 00:59

Pokój muzyczny
Pokój muzyczny łączy w sobie klasyczną elegancję i szacunek do tradycji z nowoczesnością epoki. Pierwsze skrzypce gra pianino, które jest największym instrumentem w pomieszczeniu, ale ród Crouch dbając o wszechstronne wykształcenie muzyczne swoich członków, zadbał też o dostęp do fletów oraz skrzypiec. Tapety w roślinne wzory, liczne obrazy i wielkie lustro znajdujące się za plecami pianisty wprowadzają atmosferę spokoju i wyciszenia. Całość uzupełniania jest dwiema sofami i stolikiem, oświetlana stonowanym światłem kryształowego żyrandola, stając się miejscem na wieczorne, niezobowiązujące spotkania i odwiedziny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
31-01-2026, 23:54
- Muszę przyznać, że wystawianie pana cierpliwości na próbę i sprawdzanie, gdzie leżą jej granice, będzie moim nowym ulubionym zajęciem. - Nie próbowałem ukrywać prowokacji w swoim głosie, skoro aż nadto wybrzmiewała w słowach. Przekrzywiłem lekko głowę w prawo, spoglądając na Mortiego z zainteresowaniem, jakim obdarza się wyjątkowo rzadki gatunek stworzenia; takie, którego uznano niemal za zaginione, a jednak w przedziwny sposób materializuje się wprost przed nami. Czy ugryzie? Ucieknie? Da się pogłaskać? Czy Morty chce czegoś więcej niż głaskania? O tak, bez wątpienia, widziałem ten płomień w jego oczach i byłem pewien, że bez zbytniego przyglądania się, mógłby dostrzec ten sam ogień we mnie.
Drzemał we mnie ogromny potencjał, co do tego Morty miał absolutną rację, choć może niekoniecznie ukierunkowany na naukę gry na fortepianie. Nie kłamałem co prawda, gdy mówiłem mu, że lubię uczyć się nowych rzeczy i jestem pojętnym uczniem, ale nie powiedziałem też pełnej prawdy, że intensywność nauki w dużej mierze zależy od nauczyciela. Jeśli ten skupiał uwagę na przedmiocie, którego nauczał, nauka przychodziła łatwo, jednak gdy skupiał uwagę na sobie, nawet całkowicie nieświadomie... Można było zapomnieć o robieniu postępów. A Dunham miał w tej chwili absolutnie każdą sekundę mojej uwagi, każdą iskrę, jaką w sobie rozpalałem, każdą myśl kierowaną tylko i wyłącznie ku niemu. Nawet gdy grał, muzyka stawała się tłem dla jego obecności w moim domu; była ładna, docierała do samej duszy i poruszała struny, które dawno wyglądały na martwe, ale nadal była tylko tłem.
I sprawiał, że chciałem się ciągle uśmiechać. Nie byłem ponurakiem; uśmiechałem się często i z byle powodu, a moja twarz ledwie pamiętała grymasy towarzyszące smutkowi i ponurości, ale obecność Mortiego wynosiła każdy uśmiech na zupełnie inny poziom. Tak jak teraz, gdy zaczepne słowa o drzemiącym potencjale wywołały kolejne uniesienie kącika ust. To nie był uśmiech wymuszony okolicznościami i dobrym wychowaniem, lecz szczerością i szczęściem, które napinały mięśnie mojej twarzy jak w dobrze naoliwionej maszynie.
Dźwięk ostatniego akordu jeszcze drżał w powietrzu, gdy Morty odsunął dłonie od klawiatury i przejął ode mnie kieliszek, a świat się nie skończył ani nie rozpadł, jakby zupełnie nieczuły na ciszę, która zapadła w pomieszczeniu. Tych kilka minut wcześniej, gdy funkcjonował wedle zupełnie innego porządku kreślonego nutami i dźwiękami, stanowiło kontrast dla nagłej ciszy i pustki, która pojawiła się wraz z ostatnim dźwiękiem. Jakby nawet przestrzeń między nami tęskniła za melodią, która wypełniała moją duszę.
- I za wszystkie kolory, które czynią nasze życie ciekawszym – dodałem, kiedy nasze kieliszki znalazły się na równi i sekundę przed tym, gdy mój wzrok powędrował w kierunku męskich ust przylegających do szkła. Tak, byłem przewidywalny i nie mogłem oprzeć się temu widokowi: pozornie najzwyczajniejszemu na świecie, gdy zwyczajny mężczyzna w zwyczajnym pokoju muzycznym zwyczajnie przełyka wino. W płyciźnie wyobraźni szalejącej pod tym pozorem kryło się jednak całe morze fantazji, które w jednej chwili przemknęły mi przez głowę, zakotwiczyły się i nie chciały popłynąć dalej, uwalniając mnie od wizji tych samych ust obejmujących moje wargi i języka wślizgującego się pomiędzy nie.
Żałowałem, że przez godzinę, która nam jeszcze została, zanim teleportujemy się do jego domu, smak wina z jego warg zniknie, zastąpiony pustką i wspomnieniami samego ledwie widoku. Powinienem zabrać butelkę ze sobą i spić resztę alkoholu z ust Mortiego, zamiast bezsensownie brudzić kieliszki. I proszę, znów się uśmiechnąłem. Naprawdę było nie do pomyślenia, co ten chłopak ze mną wyrabiał.
Upiłem potężny łyk wina i odstawiłem kieliszek na górę fortepianu, rzucając mężczyźnie wyzywające spojrzenie, jakbym prowokował go, bym zwrócił mu uwagę, że wino może się rozlać i zniszczyć instrument. Podczas naszych nielicznych spotkań nie miał jeszcze okazji zwrócić mi uwagi; dzisiejsza lekcja była jedynym momentem, w którym mnie w czymś poprawiał, pokazując właściwy ruch palców i dłoni. Czy był w ogóle zdolny do tego, by mnie strofować? Na pewno się mnie nie bał, ale czy czuł respekt? W to też szczerze wątpiłem.
Siedziałem obok niego wystarczająco blisko, by widzieć subtelne drżenie mięśni ramienia, gdy trzymał kieliszek przy ustach, o wiele mniej subtelny ruch gardła i krtani, gdy przełykał wino... i gdy szybkim ruchem języka pozbył się z warg resztek alkoholu. To ja powinienem to zrobić własnymi ustami. Dopadło mnie poczucie okropnej niesprawiedliwości, którą zamierzałem wypowiedzieć na głos, ale jego dłonie znów opadły na klawiaturę fortepianu i rozpoczęły powolną wędrówkę po kolejnych klawiszach, krok po kroku i z cierpliwością godną doświadczonego nauczyciela. Dźwięk za dźwiękiem, nuta za nutą pokazywał mi końcową melodię i chyba naiwnie wierzył, że cokolwiek z tego pokazu zapamiętałem, mając przed oczami jego pieprzony język ślizgający się po wilgotnych od wina wargach. Nawet nie próbowałem udawać, że przykładam się do nauki i naciskałem klawisze na chybił trafił tylko dlatego, że gdybym przerwał mój wątpliwej jakości pokaz g r y, musiałbym znaleźć inne miejsce dla swoich dłoni. Bardzo, bardzo nieodpowiednie.
Było w tym coś niepokojącego, w tej łatwości, z jaką pozwalałem sobie rozproszyć swoją uwagę, chociaż zazwyczaj nie miałem problemów ze skupieniem się na właściwych rzeczach i zastanawiałem się – znowu – w którym momencie naszej absurdalnie krótkiej znajomości t o się stało. W której chwili zmieniłem swoje priorytety i wcisnąłem Mortiego pomiędzy najistotniejsze z nich. W której chwili zwyczajna ciekawość człowieka, który tak bardzo przypominał kogoś, kogo kochałem, zamieniła się w fascynację lepką niczym miód, od którego trudno było się oderwać. Kilka spotkań i strzępki opowieści o swoich życiach: tyle mieliśmy, okruchy wiedzy, które karmiły niezliczone niedopowiedzenia.
Leżąc z nim w wannie zastanawiałem się, czy chcę wiedzieć więcej, poznać go lepiej, zrozumieć, kim był; czy chcę zabrać go do restauracji i pokazać się na arystystycznej wystawie. Teraz byłem pewien, że właśnie tego pragnę. Nie listy faktów i dat wyciągniętych z życiorysu, bo nie interesowała mnie jego przeszłość – zaczynaliśmy z czystą kartą bez żadnych śladów pióra i historii – ale jego teraźniejszość. Czego się boi i jakie nosi na sobie blizny? Dlaczego lgnie tak bardzo do nieznajomego z pomostu? Co go we mnie pociąga i fascynuje? Czy jego uległość ma swoje granice? Czy gdybym zapytał o to wszystko, odpowiedziałby mi tak samo cierpliwie, jak teraz poprawiał ustawienie mojej dłoni?
- Jestem bardzo zapracowanym człowiekiem, niemal nie wychodzę z Ministerstwa. Naprawdę myślisz, że miałem czas znaleźć imiona... łabędziom? - Znowu wywołał u mnie uśmiech, którego nie dało się ukryć. Miałem pretekst, by przerwać grę, ale nie odrywałem dłoni od klawiatury. Odwróciłem głowę w jego kierunku. - A pytasz, bo...? - pytanie zawisło w powietrzu gdzieś między moim spojrzeniem wbitym w jego twarz, a jego wzrokiem wędrującym po mojej. - Masz własne propozycje? Tak bardzo uwiódł cię ich widok na pomoście? - Może to było nierozsądne, chcieć poznać odpowiedzi na wszystkie pytania o teraźniejszość Mortiego; może niektóre z nich mi się nie spodobają; może odkryją rzeczy, o których nie powinienem wiedzieć. Nigdy jednak nie było mi szczególnie po drodze z rozsądkiem. Gdybym wykazywał się nim w większym stopniu, już dawno bylibyśmy setki mil stąd, grzejąc się w pościeli niewielkiego mieszkanka w Londynie pośród ciemnych wnętrz pachnących męskim pożądaniem, zamiast tkwić przed instrumentem, który gdyby tylko miał duszę, cierpiałby teraz po każdym naciśnięciu przeze mnie klawisza.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
03-02-2026, 20:39
- Sam chętnie poznam ich położenie - zapewnił, na prowokacje odpowiadając prowokacją, która samowolnie ułożyła się na języku, nie musiał szukać właściwych słów, same go odnalazły – bo jeszcze nikt nigdy nie dotarł do ich kresu, więc tym bardziej intryguje mnie to, dokąd zaprowadzi pana ten eksperyment.
Czuł na sobie jego spojrzenie, jego ciężar był zupełnie inny od tych wcześniejszych, niósł ze sobą cos, czego Morty nie potrafił nazwać; coś, co nie przytłaczało, a jedynie sprawiało, że czuł się w jakiś stopniu jego; może przez ten ogień, który płonął w spojrzeniu Rafaela i który także był obecny w oczach wiolonczelisty?
Te niebieskie oczy, które się w niego wpatrywały, były tak przejrzyste, że Mortimer miał wrażenie, że zaraz zabraknie mu tchu. Do pakietu dochodził zaraźliwy uśmiech, jaki zjawił się na ustach mężczyzny, opromieniając jego twarz. Przymus tego wniosku sprawił, że odwrócił wzrok i przeniósł go na instrument, chociaż wiązało się to z poczuciem niedosytu, w którym musiał wytrwać. Rafael był świadomy tego, jak na niego działał? Igrał z nim, czy może podzielał do pewnego stopnia ten zgiełk emocjonalny? Prawda była brutalna, a prawdą było to, że serce Mortiemu zabiło mocniej w piersi, gdy pomyślał, że może nie był w tym wszystkim całkowicie osamotniony. Później dźwięki fortepianu, przynajmniej stopniowo, zastąpiły słabość tamtej chwili, lecz nie mógł całkowicie ją zastąpić, zwłaszcza, że Rafael zjawił się z winem. I może przede wszystkim wtedy, gdy wznieśli toast, a Dunham był pewny, gdzie zatrzymały się oczy w kolorze bezchmurnego nieba. W tym, jak zlizał z ust posmak wina, nie było premedytacji. Zwyczajnie żałował, że nie mógł ją zastąpić słodyczą ust, jakie znowu wyginały się w krzywiźnie uśmiechu.
Nie wiedział, kiedy to się stało - między jednym a drugim pocałunkiem wykradziony pod osłoną nocy - ale się stało, pozwolił, by między nich zakradła się fascynacja, chęć poznania, chęć przywłaszczenia sobie dla siebie jego przestrzeni, chęć na zmienienie przypadkowego spotkania na pomoście, a później jego gwałtownego następstwa w romans, w liczne spotkania nie tylko w sypialni, lecz też na mieście, tam, gdzie mogli spędzać wspólnie czas, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Było przecież tyle pytań, które pragnął mu zadać.
- W takim razie tym bardziej czuję się wyróżniony, że znalazłeś dla mnie czas i miejsce w napiętym do granic możliwości harmonogramie – wyznał, i nie musiał nawet na niego spojrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha; usłyszał ten uśmiech w jego słowach, w sposobie, w jakim wypowiadał zgłoski. – Chociaż teraz mam wyrzuty sumienia, że odciągam cię od pracy - teraz przerwał status quo i złapał z nim kontakt wzrokowy, bo szczęśliwie obaj odwrócili głowy niemal w tej samej chwili. – Mogę mieć jedynie nadzieje, że postępy, jakie uczynisz w nauce będą wystarczająco zadowalające, aby ci to wynagrodzić.
Jego pytanie na moment zawisło w powietrzu, rozbiło się o brzegi myśli Mortiego, zaszumiało w głowie, zupełnie jak tych kilka łyków wina, chociaż wiedział, że to nie zasługa alkoholu, ale nie przedłużał ciszy; w tym momencie cisza, w obliczu tego, co go wypełniało, za bardzo go drażniła. Chciał z nim rozmawiać, słyszeć jego głos.
- Widok łabędzi był rozczulający - rozczulający był też mit twierdzajacy, że łączyły się w pary na całe życie, a gdy jedno umierało, drugie nie mogło pogodzić się z tą stratą i rzadko znajdowało sobie nowe miejsce w świecie. – Lecz to nie one uwiodły mnie na tym pomoście. I to nie one rzuciły na mnie swój urok - odpowiedź padła, gdy zatrzymał na moment spojrzenia na jego ustach wykrzywionych w pogodnych wargach. Powstrzymał się przed zaciśnięciem zębów na dolnej wardze. – Nie zrobiła tego też rusałka wynurzająca się z wodnej toni - kontynuował, chociaż mógł myśleć tylko o tym, jak bardzo chciał pocałować ten uśmiech i liczyć, że ten gest zostanie odwzajemniony, ale przecież obiecał mu, że będzie stał na straży dyscypliny. – Jak myślisz, kto to mógł być? - nie byłby sobą, gdyby pozostawił jego słowa bez zawoalowanej prowokacji,która krnąbrnie wyswobodziła się spomiędzy jego wag. – I zgadłeś - powstrzymał się przed tym, aby tym słowom zawtórował śmiech. – Mam - przytaknął, nie kryjąc rozbawienia, które rozrysowało się parabolą uśmiechu na jego wargach i zakradło się także pod postacią postnych ogników do zwykle osnutego mrokiem spojrzenia. – Viva i Lucio, bo to co gramy, a raczej próbujemy grać to La Primavera Vivaldiego.
Wybór nieprzypadkowy; Rafael, gdy leżeli w wannie, wspominał, że preferował utwory skoczne, wesołe, takie, które przepełniały, optymizmem, a Wiosna z Czterech pór roku weneckiego kompozytora, szczególnie za sprawą tonacji E-dur, która już na wstępie nadawała utworowi jasny i promienny nastrój, właśnie taka była.
Ilekroć Morty ją słyszał, tylekroć przymykał powieki, i wraca do dni otulonych czasem beztroski, gdzie strach był odległym synonimem niepokoju, a tęsknota była czymś zupełnie obcym, czyms, co jeszcze nie zdążyło zamieszkać w jego sercu. Jego matka uważała, że progresje akordowe E-dur – H-dur – E-dur i A-dur – E-dur – H-dur – E-dur nadawały tej kompozycji wrażenie ciągłego ruchu i świeżości, które miały budzić skojarzenia z czymś radosnym, zaś basso continuo, szczególnie zagrane na wiolonczeli (to już według jego nie szczególnie obiektywnej opinii), nadawało temu utworowi głębi, a dzięki sąsiadującym ze sobą tonacjom (to fakt, żadne spekulacje) pokrewnych takim, jak H-dur i A-dur, przez sekwencje przewiała się większa różnorodność harmoniczna, ilustrująca różne, zależne od wyobraźni wiosenne sceny. Morty często w tych jasnych, prostych progresjach zakodowanych w akordach słyszał trel ptaków - ten pierwszy, ten, który zwiastował poranek, jaki nachodzi zaraz po burzowej nocy. I naraz zapragnął spędzić noc w chatce nad jeziorem, z dala od cywilizacji, w otoczeniu natury. Z kimś, kto jak on, pragnął oderwać się od rzeczywistości. Najlepiej z nim.
- Pamiętasz pierwsze dźwięki, jakie tu padły? - zapytał go, przechylając głowę lekko w bok, aby lepiej się przyjrzeć przystojnej twarzy, jaką chciał widywać częściej zaraz po przebudzeniu, po tym, jak słońce, wpinające się po niebie, odnajdowało drogę do okna sypialni i zalewało go światłem dnia. – Obserwuj moje dłonie - zastrzegł, nie usta, chciał dodać, ale ugryzł się w język, po czym oderwał wzrok od widoku, jaki próbował przenieść nieudolnie na płótno i powtórzył akordy, które jako pierwsze zalały pomieszczenie. – Drugie - zagrał kolejną sekwencje. Melodii, która rodziła się spomiędzy jego placów, brakowało płynności, gdyż ich podróż po właściwych klawiszach była, celowo i z rozmysłem, powolna aby Rafael dobrze zapamiętał rozmieszczenie jego palców, tym razem obydwóch dłoni. Pokazał mu jeszcze dwa następne; teraz, Rafaelu, możesz mi zademonstrować, jakim pilnym uczniem jesteś, mówiła jego postawa, usta rzekły coś innego: - Pokaż czego się dzisiaj nauczyłeś.
Wstał, zwracając mu przestrzeń, którą miał ochotę naruszyć, chociaż wiedział, że nie powinien, nie w czterech ścianach tej posiadłości, gdzie wszystko było żywe. Tym razem zamienili się miejscami - to on stanął z palcami Rafaela.
- Zagraj dla mnie Wiosnę - szept otulił męskie ucha, gdy się nachylił, pod pretekstem sięgnięcia po kieliszek, którego niefortunnie zostawił tam, gdzie było miejsce na nuty, objął w palce jego nóżkę, by zaraz go unieść i natychmiast się wyprostował; wszystko to trwało ledwie kilka sekund.
Zbliżywszy usta do krawędzi kieliszka, odsunął się na dystans dwóch kroków. Promienie słońca wpadły przez okno do pomieszczenia, poczuł je na swojej skórze, gdy na moment, z kieliszkiem w dłoni, przymknął powieki. Chciał - jeśli nawet nie idealną - usłyszeć wiosnę, jaka wyjdzie spod jego palców, bo miał wrażenie, że zakwitła nie tylko za oknem, ale także tam, gdzie rzadko bywała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 18:02
Morty potrafił mówić tak, jakby jego głos wydobywał nie słowa, ale muzykę, a litery nie tworzyły sylab tylko nuty, w których śmiech brzmiał jeszcze zanim kąciki ust wygięły się w rozbawieniu. Nie miałem pojęcia, skąd bierze się na melodyjna maniera w mówieniu, ta lekkość z jaką się wypowiadał, a której brakowało tak wielu ludziom, wśród których się obracałem. Może to dlatego, że większość z nich musiała ważyć każde słowo, zanim zostało wypowiedziane? Przemyśleć wszystko dwa razy, zanim otoczenie na salonach usłyszy, co mieli do powiedzenia? Mortiego zdawało się to nie ograniczać, bo nie żył w świecie, do którego przywykłem. Mógł mówić, co chciał i jak chciał; mógł mówić śpiewem i muzyką, a ja byłbym zachwycony, że mówi do mnie.
- Mimo zapracowania znalazłbym czas, aby oprowadzić cię po ministerstwie. Gdybyś wpadł... po jakiś formularz... chociażby. - Na kilka sekund złapałem jego spojrzenie, a kolano znów powędrowało w stronę jego nogi, tym razem nie cofnięte od razu. Bez pośpiechu delektowałem się tym ułamkiem ciepła, które wyczułem przez materiał i bliskością, którą skrywał fortepian. Zegar obwieszczał jeszcze ponad czterdzieści minut z wyznaczonego nam czasu; za długo, za długo o dwa tysiące czterysta sekund, za długo o całą wieczność.
- Dla mnie to tylko łabędzie, a dla ciebie powód do rozczulenia... – powiedziałem cicho, próbując ukryć uśmiech, który cisnął mi się na usta. Ckliwość i sentymentalizm Mortiego wobec łabędzi nie był zabawny sam w sobie, ale na tyle inny i różny od tego, do czego przywykłem, że trudno mi było zareagować na niego inaczej. Żyłem latami w świecie – nadal żyję – gdzie ukrywanie emocji było jedną z kluczowych zasad funkcjonowania w socjecie. Pracowałem w miejscu – nadal pracuję – w którym liczył się chłód i opanowanie, a nie szafowanie własnymi emocjami. - Ciągle zapominam, że artyści są tacy... wrażliwi - nie mogłem się powstrzymać i musnąłem jego dłoń w przelocie, zanim sięgnąłem po swój kieliszek i wypiłem resztę wina. Szkło z powrotem odłożyłem na fortepian, ale dłoń nie wróciła już do Mortiego. - A przez to tak łatwo was zranić, splamić waszą niewinność i zniszczyć to, co w was najdelikatniejsze. - Zamknąłem na moment oczy, wyobrażając sobie, czy potrafilibyśmy być z Mortim czymś więcej niż serią spotkań ukrytych między obowiązkami i powinnościami; czy w pewnym momencie nie uznałbym, że rodzina i jej oczekiwania są dla mnie ważniejsze niż romans z tym mężczyzną. A może to napięcie i fascynacja między nami, to balansowanie na granicy, gdzie po obu stronach czekała wyłącznie przepaść, mogłoby przerodzić się w coś twardszego niż obowiązki i wymagania? Czy gdybym odszedł po tym, jak go uwiodłem i miło się zabawiłem, spaliłby się na popiół z żalu, tak jak ja płonąłem z tęsknoty za Thobiasem?
- Viva i Lucio – powtórzyłem za nim. Może te dwa cholerne łabędzie były symbolem nas samych, dwóch różnych światów, które zetknęły się ze sobą na jednym pomoście? Nie wierzyłem we wróżby; przepowiadanie przyszłości z fusów czy linii na dłoniach uważałem za bzdurę i nonsens. Wierzyłem za to w przepowiednie, które wypływały wprost z człowieka: w dar jasnowidzenia, który obserwowałem u brata i który jeszcze nigdy go nie zawiódł. Ale teraz chciałem wierzyć, że dwa ptaki splecione w jednym uścisku mogą być dobrą wróżbą dla naszej przyszłości.
Położyłem palce na klawiszach i przez krótką chwilę nie byłem pewien, czy pamiętam układ akordów, mimo że sekundę wcześniej śledziłem ruchy Mortiego, bo moje myśli zajmowało coś zupełnie innego niż muzyka. Roztrząsałem to, co powiedział na samym początku naszego spotkania: białe klawisze symbolizowały szczęście, czarne smutek, a on grając dotykał każdego z nich z lekkością i bez żalu, jakby całe jego życie było kalejdoskopem tych dwóch emocji. La Primavera Vivaldiego była opowieścią o jego życiu; historią, w którą zamierzałem wkroczyć i właśnie sobie uświadomiłem, że chciałbym, aby ten fragment zagrany był tylko białymi klawiszami. Nie chciałem krzywdzić Mortiego w żaden sposób, a to oznaczało, że musiałem się go najpierw... nauczyć.
- Spędź ze mną lato. - Poprosiłem, bo Wiosna to było za mało, muzyka to było za mało i ten pokój to było za mało. Wiedziałem, że stoi gdzieś za mną, czułem to bez patrzenia w jego kierunku i to sprawiało, że przestrzeń wokół nas się kurczyła. Obecność Mortiego dekoncentrowała moje myśli i gesty, fałszowałem akord za akordem, chociaż starałem się grać ostrożnie, jakby ostrożność mogła mnie ochronić przed tym, co i tak już się działo. Każdy zagrany dźwięk był wołaniem o pomoc, próbą utrzymania dystansu, wyzwaniem dla opanowania i samokontroli, które przegrywałem. Słyszałem, jak Morty poruszył się gdzieś z tyłu, słyszałem szelest ubrań i głośniejszy oddech. Nie widziałem tego, ale wyobraźnia natychmiast dopisała resztę, zdradliwa i zbyt dokładna, podpowiadająca mi aż nazbyt szczegółowo, jak wydobyć z niego silniejsze westchnienie.
Wiosna rzeczywiście zakwitła, gdy tylko nacisnąłem ostatni klawisz. Sekundę przed tym, gdy do niego dopadłem i pięć sekund po tym, gdy teleportowaliśmy się do jego domu.

z/t x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 16:51 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.