• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Ministerstwo Magii > Piętro VI > Biuro Obsługi Interesanta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-11-2025, 20:38

Biuro Obsługi Interesanta
Biuro Obsługi Interesanta to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Ministerstwie Magii. Przestrzeń podzielono na część z kolejkomatem, rzędem krzeseł dla oczekujących oraz kilka okienek, w których pracownicy przyjmują wnioski, wydają dokumenty albo kierują interesantów do odpowiednich departamentów. Na ścianie zawieszono rozbudowaną tablicę informacyjną z broszurami, procedurami i wzorami formularzy, które można zabrać do wypełnienia. Atmosfera jest formalna, lecz profesjonalna; mimo stałego tłoku urzędnicy pracują sprawnie, regulując kolejkę i odpowiadając na pytania czarodziejów. W godzinach szczytu słychać tu szmer rozmów i przesuwanie pergaminów, ale panuje porządek charakterystyczny dla instytucji przyzwyczajonej do dużej liczby petentów. To pierwsze miejsce, z którym styka się każdy obywatel przychodzący do Ministerstwa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
15-01-2026, 20:04
16 marca 1962

Och, jak bardzo nienawidziła marnować swojego cennego czasu na wizyty w urzędach. Nigdy nie rozumiała tego, jak ktoś mógł wiązać się z Ministerstwem Magii na całe swoje życie. Było tyle zdecydowanie ciekawszych, bardziej potrzebnych zawodów do wykonywania w ich świecie. Tyle możliwości, aby robić to, co się naprawdę kochało, rozwijać swoje pasje i zainteresowania, a tak wiele osób wybierało akurat pracę na etacie. Rozumiała, że nie wszyscy mogli być atletami, jeszcze mniej osób mogło bez oszukiwania samych siebie nazwać się artystami, ale już nawet praca w byle jakim sklepie wydawała się być w jej wyobrażeniach bardziej ekscytująca niż niekończące się wypełnianie papierków. Może dlatego z załatwieniem spraw po powrocie z zagranicy czekała tak długo, aż sumienie nie zaczęło jej podpowiadać, że może najwyższe czas, aby uporządkować swoje sprawy raz na zawsze. Jedyne gorsze od pracy w urzędzie byłoby chyba tylko więzienie.
Budynek Ministerstwa Magii znała głównie z opowieści i jednorazowej wizyty, którą poczyniła tam niegdyś ze swoją babcią. Poza tym starała się unikać takich miejsc jak ognia, dlatego też po przekroczeniu progu przybytku nie miała pojęcia, w którą stronę się udać. Budynek był ogromny, każde piętro skrywało swoją tajemnicę, ale to właśnie Biuro Obsługi Interesanta musiało rzucić się w oczy Leopoldine jako pierwsze. W zupełnym odruchu sięgnęła do wewnętrznej kieszeni swego ciepłego, wełnianego płaszcza w kolorze gołębiej szarości, chcąc sprawdzić, czy na pewno miała przy sobie wszystkie dokumenty. Poruszanie się po Wielkiej Brytanii przy pomocy teleportacji było tak wygodne, że nawet nie zastanawiała się nad tym, czy powinna to robić. Miała przecież licencję na teleportację. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy uświadomiła sobie, że licencja ta wydana została przez Radzieckie Centralne Ministerstwo Magii. Nie miała pojęcia, czy takie same wymagania odnośnie przyznawania licencji miało ministerstwo brytyjskie. Strach przed aresztowaniem sprawił więc, że pomimo olbrzymiej, gargantuicznej niechęci do urzędów, przesunęła swoją poranną próbę na późniejszą godzinę.
Zatrzymała się przed bezpośrednim wejściem do Biura. W środku znajdowało się tyle ludzi, że zaczęła zastanawiać się, czy może nie wrócić następnego dnia. Wyglądało na to, jakby wszyscy potrzebujący czegoś ze strony ministerstwa ludzie postanowili przyjść do urzędu w dokładnie tej samej chwili. Baletnica zaczęła zastanawiać się nad tym, czy właściwie trafiła w odpowiednie miejsce. Tuż obok niej, po prawej stronie, znajdowała się gablota oraz tysiące ulotek, wydawać by się mogło, na każdy temat. Każdy, ale nie nie ten, który interesował ją najbardziej. Zacisnęła różane usta w wąską kreskę, jednocześnie marszcząc brwi. Skoro nie było tam nic, co mogłoby jej podpowiedzieć, czy trafiła w dobre miejsce, nie zamierzała stawać w długiej kolejce tylko po to, aby dowiedzieć się, że - "nie, z takimi sprawami to nie do mnie, a poza tym będzie potrzebne jeszcze milion formularzy", w dodatku ulokowanych w najdziwniejszych miejscach urzędu, niczym punkty kontrolne na biegach przełajowych.
Była jednakże Flintem, a Flintowie się nie poddawali, niezależnie od postawionego przed nimi wyzwania. Walczyć, wygrać, nie żałować, rodzinne motto było na tyle uniwersalne, że mogło zostać wykorzystane w zaskakująco wielu sytuacjach. Potyczka z urzędnikami i całą machinerią państwa mogła być oczywiście jedną z tych sytuacji. Leopoldine cofnęła się, bez obracania się przez ramię. Zrobiła pierwszy, miękki krok miała dziś na sobie botki z wysoką podeszwą, dzięki czemu wydawała się być wyższa o tych kilka kluczowych centymetrów. Równocześnie z cofaniem, rozglądała się na boki, starając się dostrzec jakieś złocone litery, może na drzwiach znajdujących się niedaleko gabinetów, może na łukach przed kolejnymi partiami korytarza, które mogłyby podpowiedzieć jej odpowiedni kierunek dalszej podróży po tym piętrze. A może zrobiła błąd, może to, czego szuka, nie znajduje się na tym piętrze, a gdzieś indziej? Wyżej? Niżej? Z taką ilością prawdopodobnych opcji mogła spędzić tu cały dzień. Koszmar.
I gdy wydawało jej się, że gorzej być nie może, zrobiła kolejny krok w tył, a raczej usiłowała go zrobić, bowiem od razu poczuła na plecach coś zbitego i twardego, bez wątpienia musiał być to człowiek. Natychmiast zatrzymała się w miejscu, dzięki czemu na całe szczęście nie zderzyła się z tajemniczym, przypadkowym przechodniem całym impetem swojego ciała. Wina za zajście znajdowała się po jej stronie, co do tego nie było wątpliwości. Dlatego też nie czekała ani chwili, momentalnie obróciła się na pięcie, wypadało przeprosić tego nieszczęśliwca, który przyjął na siebie uderzenie jej ciała. Początkowo widziała tylko elegancki ubiór owego kogoś, ale wystarczyło tylko, że zadarła głowę do góry, aby dostrzec...
Nikogo innego, jak podszywającego się pod Leopolda Flinta miłośnika romansów i różowych hortensji. Ze wszystkich osób, na które mogła trafić.
— Niezmiernie pana przepraszam. Jak widać, los bardzo pragnie, abyśmy obracali się w swoim towarzystwie — odwołanie do ich pierwszego spotkania spłynęło z jej ust tak płynnie, że zaskoczyło ją samą. Oczywiście nie mogła tego po sobie pokazać. Mieli właśnie rozpocząć kolejny taniec pozorów. Taniec kłamców — wydawało się, że przez zamiłowanie do niego mogli być siebie naprawdę warci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
19-01-2026, 22:22
To kim jestem tu, a kim bywam poza Ministerstwem to są dwie różne osoby. Pech chciał, że obiekt moich amorów, czy raczej niezdrowej obsesji, dowie się o tym zbyt szybko. Zacznijmy jednak od początku, czyli od tego, co wydarzyło się po wieczorze premiery w Arkadii, kiedy tylko wyszedłem na zewnątrz i oczom mym ukazał się nie jeden - ale trzy - trzy! afisze z których spoglądała na mnie Leopoldyna Flint. Ogromny ciężar spadł mi wtedy na serce i do dziś gniecie mnie, chociaż znalazłem sposób na tej ciężkości zleżenie, to wciąż pamiętam pierwszy moment, kiedy odurzony jej obecnością dostałem tą wiadomością w twarz i z trzęsącymi się rękoma rozkładałem bilecik na którym widniało potwierdzenie jej tożsamości. Dość szybko pojąłem mój błąd i od tamtego felernego wieczoru, w którym kłamstwem chciałem poderwać własną siostrę, postanowiłem że nie będę uciekać sie do kłamstw, które mają tak krótkie nogi, że nie mogą nawet przeskoczyć ponad rzeką wątpliwości, która wzbiera, gdy nie wiem nawet z kim rozmawiam. W tamtej chwili może powinienem zawrócić i wyjaśnić nieporozumienie, ale zamiast tego przez kolejne kilka dni w garderobie Leopoldine pojawiały się świeże kwiaty, niektóre miały wymowę adorującą, inne po prostu były piękne i duże, ale zawsze były, nawet jeżeli mnie na występie nie było. Nie podchodziłem jednak do wyjścia dla aktorów i baletnic, nie rozmawiałem z nią, jakbym chciał dawkować sobie jej obecność, albo ukarać się za nieprzemyślane zachowanie. Minął tydzień, dwa. Musiałem w tym czasie chodzić do pracy, na szczęście tu, tu nie byłem tą samą niepoważną osobą, którą byłem siedząc na balkonie teatru. W pracy byłem skupiony, poważny. Miałem papiery to przekładania, ludzi do przyjęcia, odesłania. Miałem obowiązki, szefa i ambicję, by w toku rozwoju kariery zająć miejsce pośród innych sędziów Wizengamotu.
To miał być zwykły dzień, właśnie wracałem do biura po spotkaniu w sprawie nieścisłości w grafikach niektórych sędziów. Zaoferowałem, że zajmę się tym niezwłocznie i liczyłem właśnie w głowie na ile nadgodzin naraziły Ministerstwo błędy moich kolegów z pracy, kiedy przechodziłem obok pomieszczenia w którym przyjmowano Interesantów. Lubiłem panującą tu atmosferę, która działała na mnie uspokajająco, chociaż osobiście nie wytrzymałbym takiej ilości osób które potrzebują pomocy. Zdecydowanie wolałem mój własny dział do którego trafiali już tylko ci, którzy na prawdę potrzebowali mojej pomocy.
Zatrzymałem się na moment, zajrzałem w zegarek i uświadomiłem sobie, że nie jadłem nic od wczoraj a do kolejnego występu w Arkadii zostało jeszcze ponad dwadzieścia cztery godziny. Odrzucam myśl, która zbłądziła w głowie, besztając się za to, że pozwalam sobie na prywatne wycieczki w momencie, kiedy powinienem skupiać się jedynie na sprawach, które dotyczą mojej pracy. I wtedy wpadła na mnie osoba.
Zwyczajem każdego urzędnika, odsunąłem się, by uniknąć wrażenia, że mógłbym mieć jakiekolwiek problemy z tym, że osoba mi przeszkadza. Nawet jeżeli byłby to ktoś, kto według mojej prywatnej opinii nie powinien nawet wchodzić do Ministerstwa Magii - czyli ktoś w żyłach kogo płynie nieczysta krew, pracując w Ministerstwie musiałem sprawiać obojętne wrażenie na tego typu kwestie i uszanować jego obecność.
Z tym, że osoba, która na mnie wpadła nie zaliczała się w żadnym stopniu do powyższego opisu. Bo była prawdziwą lady, pomijając już to kim była w mojej głowie. Krótki, może nawet niezauważony, błysk pojawił się w moich oczach. Poprawiłem okulary (noszone jedynie w pracy) i chłód persony urzędniczej wrócił na me oblicze, chociaż od pierwszych słów wypowiedzianych przez nią zrozumiałem z jak wielką trudnością przyjdzie mi poradzenie sobie z tą sytuacją. Chociaż nie jest to moje zadanie, postanowiłem nie poddać się impulsowi, nie uciec z Biura Obsługi Interesanta, ale pomóc damie w opresji.
- Pani Flint - chwila przerwy, by zebrać myśli. Co takiego pracownik taki jak ja mógłby odpowiedzieć na słowną zaczepkę Pani Flint. Nie powie, że odliczał chwile do tego momentu, nie spyta dlaczego przyszła akurat tu, nie zasugeruje, by odeszli w poboczne miejsce. Nie, pracownik taki jak ja, będzie profesjonalny i równie obojętny, jakby stał przed nim ktokolwiek inny, nawet jeżeli o tej konkretnej osobie nie może przestać myśleć.  - Czy w czymś mogę pomóc?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
28-01-2026, 19:37
Kwiaty, które odnajdywały drogę do jej garderoby oraz brak nadejścia obiecanego liściku mogłyby podsunąć Leopoldine pomysł, że podający się za jej brata jegomość odkrył już powagę swojej sytuacji i w przepiękny, wonny sposób próbował wyrazić swoje przeprosiny (choć oczywiście uwadze baletnicy nie umknął fakt, że część z przynoszonych bukietów niosła za sobą przesłanie czysto adoracyjne). Mógłby, ale nie przyniósł. Zamiast niego w jej głowie pojawiła się myśl, że mógł po prostu zapomnieć lub bać się ponownego spotkania. Dlatego nie chadzał na kolejne występy, dlatego nie widziała jego twarzy pośród publiki, choć momentami łapała się na tym, że chętnie spotkałaby go po raz kolejny. Czy po to, aby wprost wyjawić mu, że od samego początku wiedziała o jego podłym (kto bowiem kłamał damie, z którą tak bardzo pragnął zjeść kolację?!) kłamstwie, może urządzić mu scenę awantury godną dramatyzującej artystki, czy może po to, aby jeszcze raz móc przyjrzeć mu się z bliska, dla własnej tylko zabawy, bo przecież na nic innego nie było między nimi przestrzeni? Chyba chciała spytać się go, czy dobrze się czuł — taka ilość kwiatów w tak krótkim czasie powinna zaniepokoić nawet najbardziej łaknącą atencji solistkę.
Wszystko jednak sprowadzało się do tego, że nie mieli okazji wymienić ze sobą choćby jednego spojrzenia. On nie szukał jej, ona nie szukała jego.
Minione dni pozwoliły myśleć, że tamto spotkanie było tylko przypadkiem. Miało nie nosić za sobą nic, co poważnie wpłynęłoby na losy jednego, drugiego lub obojga. I mogłaby się nawet przyzwyczaić do tej myśli, do tego, że kwiaty z czasem zaczną przychodzić nie codziennie, a co dwa dni, później co dni kilka, raz w tygodniu, raz w miesiącu, aż wreszcie przestaną się pojawiać w ogóle. Płatki zmyją zawstydzenie przypadkowego amanta, oczyszczą jego sumienie z brudu wyrzutów i myśli co by było, gdyby. Bo taka była naturalna kolej rzeczy. Nagły fajerwerek ekscytacji, wybuch, po którym zostaje wspomnienie, początkowo jaskrawe w barwie, a następnie blednące z każdym mijającym dniem, aż nawet po najwyższym wysiłku umysłowym nie będzie dane przypomnieć sobie tego, jak iskierki tańczyły na tle czarnego nieba. Leopoldine daleko było więc od smutku — jedyna szkoda, jaką czuła to ta, że nie mogła jeszcze dłużej pobawić się w tej zabawnej bądź co bądź sekwencji przybranych tożsamości. Nadmiar ciekawości potrafił w istocie wpędzić do grobu.
Może to ona, nadmiarem swoich myśli i podświadomych pragnień ściągnęła na siebie przypadkowe wpadnięcie na Merlina—ducha—winnego czarodzieja. Myśląc o ośmieszeniu się przed nią, sama ośmieszyła się przed kimś innym. Podobno świat bardzo lubił harmonię; szkoda tylko, że postanowił przywrócić ją aż tak szybko, w dodatku kosztem panny Flint.
Pani Flint, jak pozwolił sobie zaznaczyć już znajomy jegomość. W okularach i urzędniczych szatach prezentował się zaskakująco dobrze, nawet dostojnie, co w pierwszej chwili niemalże wytrąciło ją z rytmu. Zaskoczenie nie odbiło się na jasnej twarzy kobiety, nie mogło, przywdziewanie masek było chlebem powszednim jej i jej podobnych młodych kobiet, uczono je tego od maleńkości. Nawet zdystansowany chłód typowy dla urzędnika nie sprawił, że zadrżał jej kącik ust. To, co najważniejsze działo się bowiem w środku kobiety. "Pani Flint" było jak uderzenie pięścią w brzuch, prawie wydusiło z niej całe powietrze. A więc już wiedział? Cóż za szkoda. Jednakże to, co zabolało ją najbardziej, co stanowiło kubeł zimnej wody na płomienie oczekiwań ich przyszłego spotkania, stanowił z pewnością ten zdystansowany, profesjonalny ton.
Chciał traktować ją jak petentkę? Proszę bardzo.
— Właściwie to tak, byłabym bardzo wdzięczna za pomoc — skoro już się zaoferował, z grzeczności oczywiście, chociaż chyba bardziej przez wzgląd na protokół, jak to urzędnik... — Poszukuję drogi do departamentu, który zajmuje się kontrolą zezwoleń na teleportację — może dzięki niemu nie będzie musiała stać w tych przeklętych kolejkach i wcześniej wyjdzie z ministerialnego gmachu? Był jej winny pomocy — w ramach zadośćuczynienia za wcześniejszy afront poczyniony kłamstwem. — Testy na teleportację oraz stosowne zezwolenie otrzymałam za granicą i chciałabym dowiedzieć się, czy muszę w związku z tym składać kolejne dokumenty i tutaj — wytłumaczyła, początkowo spoglądając gdzieś w dal, ponad jego ramieniem; dopiero na koniec zdania spróbowała skrzyżować z nim spojrzenia. Oczywiście, jeżeli się odważy.
— Przy okazji spytam, czy macie może w tej instytucji Księgę pochwał, skarg i zażaleń? Zyskują one na popularności w Europie Kontynentalnej, więc zakładam, że mogłabym i tutaj ją znaleźć? Z przyjemnością wpisałabym tam pochwałę za waszą pomoc, panie...? — skoro on był już świadomy jej tożsamości, nie omieszkała się sięgnąć do nawet najbardziej niewysublimowanych metod, aby tylko wycisnąć z niego informację przynajmniej o noszonym nazwisku. Byle urzędnika w Ministerstwie Magii nie było stać na aż takie adorowanie tancerek kwiatami.
Musiał być albo zupełnie zauroczony, albo bogaty.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
28-01-2026, 23:34
Szkoda, faktycznie szkoda, że wiedziałem. Gdybym nie poznał, że nazwisko na kartoniku oraz zdjęcie na afiszu mają jedną właścicielkę, może zdołałbym wystosować odpowiednie zaproszenie i ta niefortunna gra, którą rozpocząłem od kłamstwa potoczyłaby się znacznie przyjemniej. Nie od dziś jednak wiadomo, że w sztuce uwodzenia mam doświadczenie równe dwóm, może trzem podbojom, a żadne z nich nie nauczyło mnie co robić w momencie, kiedy wielkie kłamstwo wychodzi na jaw. I kiedy po raz pierwszy po tym spotkaniu widzimy się w pracy, w której wszystko różni mnie od prywatności. Poczynając od okularów na nosie, przez krój szaty, postawę, czy nawet powierzchowne zainteresowania. Moi współpracownicy wiedzą wszak o mnie tyle, że w wolnych chwilach lubię zwiedzać antykwariaty w poszukiwaniu ksiąg o prawie, mam fryzjera oraz mam uczulenie na zwierzęta. W rzeczywistości nie mam uczulenia, ale to jedno kłamstwo umożliwiło mi wygranie sporu o niewprowadzanie małych futrzaków na nasze piętro.
Pani Flint nie traci nic ze swojego powabu w świetle Ministerialnej lampy. Prezentuje się równie zjawiskowo jak na deskach teatru, chociaż mi osobiście ten strój który ma dziś na sobie przypadł  bardziej do gustu. Może dlatego, że jest skromniejszy, a może dlatego, że pozostawia to co już zdążyłem obejrzeć w tajemnicy przed całą resztą świata. Czekam aż wyjaśni cel swojej wizyty, a skoro to robi, w mojej głowie zapala się myśl, że dopiero co słyszałem o nadchodzących zmianach w sprawach rejestracji cudzoziemców. Te jeszcze nie są wprowadzone, ale odpowiednie działy już dopracowują szczegóły, które mają wejść w życie z początkiem maja. Czy zachowam tę wieść dla siebie, chociażby po to, by móc w przyszłości jeszcze raz spotkać Leopoldine w Biurze Interesantów?
- Oczywiście, czyli szuka pani Departamentu  Transportu Magicznego. Piętro szóste - odpowiadam rzeczowo, natomiast kiedy nasze spojrzenia się krzyżują zatrzymuję oczy jeszcze przez chwilę wpatrzone w jej, nim oboje stracimy ten moment możemy próbować w nich sobie nawzajem czytać. W jej oczach nie da się z początku wyczytać nic, a w każdym razie ja nie widzę jeszcze w nich nic. Może poza wyrobieniem mimiki twarzy, posiadła umiejętność panowania nad spojrzeniem. Jednak mój własny wzrok płata mi figle, i niczym fatamorgana, pomiędzy nami buduje się wizja tego, co chciałbym zobaczyć. I jest to sygnał, który czyni pochylając lekko głową, jakby chciała powiedzieć "tak", w odpowiedzi na każde z moich pytań. W tym momencie w głowie kłębi mi się mnóstwo pytań, na które miałbym ochotę usłyszeć odpowiedź twierdzącą.
- Carrow, Służby Administacyjne. Nie ma takiej potrzeby - chciałbym może dodać, że robię to przecież z przyjemnością, ale takie spoufalanie się z petentami byłoby nie na miejscu. W obawie, że pani Flint mnie jednak posłucha i sama zacznie szukać drogi, uznałem, że najodpowiedniej będzie jeżeli sam ją zaprowadzę do odpowiedniego miejsca w Ministerstwie. - Zapraszam - unoszę otwartą dłoń wskazując kierunek wyjścia do wind, ruchem który ma sugerować, że wskaże odpowiednią drogę bez potrzeby stania w kolejce. Gdybym mógł sam zająć się tą sprawą, to może zamiast do biura zaprosiłbym ją na tą herbatę do Ministerialnej kawiarni. Kobiety piją bardzo dużo herbat, z tego co wiem obserwując życie najbliższej mi kobiety - mojej matki, której całe dnie mijają na popijaniu herbat. Dzieli się nimi z innymi, albo pija je sama. Niejednokrotnie zamówienie na herbatę do domu przekraczało zamówienia na jedzenie. Zdaje się, że jednak nie myślę teraz zbyt dużo o matce, wszak ciężko by mi było, kiedy skupiam się na tym, by poprowadzić Leopoldine niemożliwie najbardziej zawiłą drogą do celu, który dziś sobie obrała. Wiem przecież, że jeżeli trafimy do celu, to będziemy musieli  się rozstać i jeszcze nie wiem co o tym sadzić. Przecież dopiero zaczęliśmy iśc.
Z początku jestem milczący, co można odebrać jako oznakę chłodu. Nie zagaduję, nie patrzę na nią. A jednak czuję obecność obok i to jak elektryzująco na mnie działa. Prowadzę Leopoldine celowo do windy, która na szóste piętro nie dojeżdża. Zatrzyma się gdzieś na siódmym, skąd będziemy musieli znów zjechać zupełnie inną z powrotem na szóste. Kiedy czekamy przed drzwiami, rzucam w końcu:
- Jak rozumiem, zostanie pani na dłużej w kraju? Mogę spytać, co jest powodem przeprowadzki? - odwracam głowę w jej stronę - Rzecz jasna, nie musi mi pani mówić
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
Wczoraj, 22:02
Czasami marzyło jej się, aby mieć pewne rozgraniczenie pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. Aby móc łagodnie wstępować w role, które były od niej diametralnie różne — ostatecznie jednak za każdym razem kończyło się to tak samo. Leopoldine Flint była bowiem tym, co niektórzy szumnie nazywali artystką. Jej życie od najmłodszych lat podporządkowane było baletowi: jego nauce, tańczeniu, zdobywaniu wiedzy historycznej, dostosowywaniu kostiumów do swych upodobań i wszystkim innym, co choć mogło muskać tę tematykę. Naturalnie więc część manieryzmów, którymi emanowała w dorosłym życiu, było z nią od najmłodszych lat, zacierając granice między tym, co naturalne, a wyuczone. Stawiała kroki w określony sposób, jej wargi samowolnie wręcz układały się w delikatny, sceniczny uśmiech, dzięki czemu prawie dosłownie pozbawiona została mimiki spoczynkowej. Pracy myślała o balecie, po pracy myślała o balecie, przez kilka lat tkwiła w baletowym wirze, aż wir ten nie wyrzucił jej na powrót w Wielkiej Brytanii, a dokładniej w Margate. Przy Leopoldzie prościej jej było wyjść ze skorupy profesjonalistki, którą stworzyła sobie w Leningradzie, odzyskiwała powoli kolory żywej kobiety — nie zaś figurki baletnicy, która zdobiła zdecydowaną większość dziewczęcych pozytywek — choć dalej był to proces bardzo powolny, a dla niej samej kosztowny.
Czasami sama już nie wiedziała, czy pewność siebie i urok, którymi emanowała w kontaktach z innymi, był jej cechą właściwą, czy może wierzchnim elementem zbroi, który miał ukryć pod sobą coś jeszcze, coś, czego nie musiał ukrywać chociażby jej bliźniak. Dziedzictwo rodu Flint, żelazną determinację, chorobliwą ambicję i niezdolność do przeżywania porażek.
— Departament Transportu Magicznego, piętro szóste — powtórzyła po nim z kontrastującym wręcz entuzjazmem, ledwie powstrzymując się od drobnego klaśnięcia w dłonie z zadowolenia. Cóż, nazwa departamentu brzmiała faktycznie jak nazwa miejsca, do którego powinni się udać. Miejsca, które mogło udzielić jej sprecyzowanej pomocy, a przez to ratowało od wystawania w niekończących się kolejkach, po to tylko, aby zostać odesłaną do kolejnego ogonka. Los bywał naprawdę przewrotny, a podsuwając jej pod nos tak różne wydanie nieznajomego jeszcze mężczyzny od tego, jak prezentował się w Arcadii, skierował jej myśli na bardzo ciekawy tor. Ich spojrzenia skrzyżowały się w krótkiej chwili ciszy. Czuła, że przygląda się jej, uważniej chyba, niż czynił to za pierwszym razem. Nie wiedzieć czemu, schlebiało jej to, że przez ten krótki moment wydawał się niezdolny do odwrócenia od niej spojrzenia. Nie zauważyła jednakże, że przez to, że i jej własne myśli oscylowały przez dłuższą chwilę wokół jego osoby, sama przyjęła odwrócenie przez niego spojrzenia z drobnym ukłuciem rozczarowania i myślą, że chwila ta mogła jeszcze potrwać. W szczególności ta myśl była dla Leopoldine niebezpieczna.
Nie spodziewała się jednak usłyszeć z ust mężczyzny nazwiska Carrow. Choć zakładała, że jej tajemniczy adorator musiał posiadać stosowne zaplecze finansowe oraz wykształcenie, gdy wysyłał jej takie, a nie inne prezenty, wolała myśleć, że mogła mieć do czynienia z jakimś wyjątkowo ambitnym dorobkiewiczem, kimś, z kim nie będzie miała okazji skrzyżować spojrzenia na salonach. Carrow jednak, samą siłą swojego nazwiska i dziedzictwa, pogrzebał te nadzieje, a jednocześnie wzbudził kilka kolejnych, natrętnych myśli. Skąd znał Leopolda, że tak chętnie użył jego tożsamości w rozmowie z nią? Czy skoro znał Leopolda, czemu wydawał się zdziwiony tym, że jego siostra tańczyła w balecie? Czy miał nawyk rozpoczynania romansów z artystkami? Jeżeli tak, to czy wiedząc wcześniej o tym, jak się nazywała, postąpiłby tamtego wieczoru w ten sam sposób?
Zaskoczenie, widoczne na jej twarzy przez ułamek sekundy, ponownie zakryła maską uprzejmości z odrobiną kokieterii.
— Miło mi poznać, panie Carrow — skinęła mu kurtuazyjnie głową, układając usta w czarującym uśmiechu. Nie musiał jej nawet zapraszać, czy to słowem, czy gestem, ruszyła we wskazanym przez niego kierunku, trzymając się przez zdecydowaną większość czasu z przodu. W pewnym jednak momencie obróciła się przez ramię, nie przerywając jednak spaceru do mniej obleganych wind, posyłając znad swego ramienia długie, pytające spojrzenie. Czy to daleko? Czy zbliżamy się do miejsca? Musiała mu ufać, był wszak pracownikiem Ministerstwa Magii, z zupełnie innego Departamentu niż ten, do którego zmierzali, ale znał to miejsce zdecydowanie lepiej od niej samej. Nie zamierzała ciągnąć go za język, sztucznie podtrzymywać rozmowy, przynajmniej jeszcze nie. Właściwie wciąż nie była pewna, co powinna o nim myśleć. Stanowił jednocześnie przyjemną zagadkę, jak i zapowiedź nadchodzącego niebezpieczeństwa. Już wcześniej zauważyła, że był przystojny, mógł podobać się kobietom. Teraz, gdy stanęli ramię w ramię przed szybem wind w oczekiwaniu na nadejście tej właściwej, wydawał jej się piękny, jak piękny był lód chwilę przed pęknięciem, chwilę przed wpadnięciem w głębokie tonie zimnej wody.
Musiała stąpać ostrożnie.
— Nie sądzi pan, że nierozsądnym byłoby opowiadać o powodach przeprowadzki komuś, kogo imienia się nie zna? — opowiedziałaby mu pewnie klasyczną wersję swojej historii tak, czy inaczej, lecz teraz miała przed oczami inny cel. Dowiedzieć się, jakie imię nosił ten konkretny potomek Carrowów. Nie miała jeszcze pojęcia, do czego mogłaby się jej przydać ta wiedza; chciała myśleć, że wyłącznie do tego, aby ostrzec przed nim Leopolda. Ale czy to wszystko? — Ma pan natomiast szczególny gust do kwiatów, winszuję. Ostatnich kilka spodobało mi się o wiele bardziej niż tamte różowe hortensje — zniżyła głos do niskiego szeptu, lecz wypowiadając wszystkie te słowa, nie zwróciła ku niemu twarzy nawet na sekundę. Uparcie wpatrywała się w szyb windy, która wreszcie zjechała na ich poziom, a jej drzwi rozsunęły się powoli, zapraszając parę czarodziejów do środka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Rodric Carrow
Śmierciożercy
Wiek
28
Zawód
Służby Administracyjne Wizengamotu
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
17
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
3
Brak karty postaci
Dzisiaj, 00:08
Gdyby tylko Departament Magicznego Transportu wiedział z jakim enuzjazmem się na nich reaguje, może zmieniliby piętro i byli łatwiej dostępni. Póki jednak nie wiedzą, tylko ja jestem świadkiem radosnego tonu, który powoduje u mnie konsternację i lekkie zawahanie. Czy powiedziałem coś zbyt oczywistego?
Nie jest mi jednak dane zbyt długo rozmyślać nad tą kwestią, bo przyszedł czas na odkrycie mojego prawdziwego nazwiska. Tego, którego używam każdego dnia, tylko nie wtedy kiedy akurat podszywam się pod jej brata.  Carrow nigdy nie było tylko zlepkiem liter; niosło za sobą historię, oczekiwania i przypisane role, których nie dało się zignorować. Pomimo wyjścia z ciemności niewiedzy, zrozumiałem, że to nie był koniec, lecz początek innej gry. Bardziej niebezpiecznej. Bardziej świadomej. I o wiele bardziej pociągającej.
Nie mniej pociągające było uważne spojrzenie, które posłała mi jeszcze nim dotarliśmy do wind. Czułem się pewnie, wiedząc że to na mnie jest teraz skazana, ale wyczuwalna w nim ufność i niewinność kazała mi jeszcze raz zastanowić się, czy dobrze robię samolubnie przedłużając drogę? Nie było innego wyjścia, nie mogłem się teraz wycofać. Zresztą, byliśmy już w połowie drogi, jeżeli nie licząc zaplanowanej pomyłki, którą jestem gotów wziąć na klatę.
Ciekawość związana z powodami jej powrotu do kraju zaskakuje mnie bardziej, niż powinienem być gotów przyznać. Nie jest zwykłą potrzebą wiedzy, a raczej swędzeniem pod skórą, niecierpliwym, uporczywym, jakby brak tej informacji był prowokacją samą w sobie. Skoro porzuciliśmy już grę w nieznajomość - logicznym byłoby nie interesować się dalej panną z salonów. A coś skłania mnie do działania dokładnie odwrotnego. Ona zaś odwrotnie do tego na co liczyłem, ale zgodnie z tym o co prosiłem, pozbawia mnie tej wiedzy.
Milknę więc. Mielę w zamkniętych ustach imię, którego nie zdradzę, bo nie podoba mi się myśl, że miałoby stać się kartą przetargową.  Odwracam głowę w stronę drzwi windy, niemal uroczyście przyrzekając sobie, że jeśli mam się ugiąć, to na pewno nie teraz i nie z tego powodu. Ulec tylko dlatego, że zjada mnie niewiedza? Nie. Gdyby drzwi były lustrzane, musiałbym spojrzeć prosto w twarz własnemu niezadowoleniu. Leopoldine, również wpatrzona w ten sam punkt, nie mogła jednak odczytać, jak bardzo nie zamierzałem poddać się jej cichej presji. Drzwi były drewniano metalowe i chroniły moje uczucia wymalowane w zmarszczce, która pojawia się pomiędzy brwiami. Dla niej pewnie wydaję się chłodny, zamknięty, może nawet nieobecny.
A jednak wystarczy jeden cichy ton, by myśli skręciły nagle w kierunku zupełnie nierozsądnym. Wspomnienie kwiatów rozbraja mnie szybciej, niż chciałbym przyznać. Złość topnieje, a ja niemal gotów jestem wymienić nie tylko imię, ale i imiona rodziców, historię rodu czy cokolwiek innego absurdalnego miałaby ochotę usłyszeć. Na szczęście zanim otworzę usta, drzwi windy otwierają się z cichym dźwiękiem. Moja godność została właśnie uratowana przez mechanizm.
Wchodzimy do winy i od razu orientuję się, że nie ma tu miejsca na słowa, które cisną mi się do ust. Nie jesteśmy w niej sami, a mimo to trudno mi skupić się na czymkolwiek innym niż na elektryczności, która zdaje się wypełniać to zbyt małe pomieszczenie. Jest w powietrzu, w skórze, w napięciu ramion. Na kolejnym przystanku wsiada para czarodziejów, witają się uprzejmie, pytają, czy widziałem już informację o popołudniowej wizycie - odpowiadam automatycznie, niemal bez świadomości słów. Jeden z czarodziejów pyta mnie po imieniu o plany na dzień wolny, który pewnie podobnie jak reszta pracowników Ministerstwa miałem spędzić na meczu Quiddicha na który zostaliśmy zaproszeni z ramienia Biura Magicznych Gier i Sportów.
- Rodricku, życzę w takim razie powodzenia. Widzimy się na meczu? - a mnie skręca się żołądek, bo nagle moja ściśle utajona informacja zostaje zdradzona nie przeze mnie, ale przez osobę postronną. Skinąłem głową, kątem oka szukając w Leopoldine reakcji. Kiedy dojechaliśmy do piętra czwartego, widna opustoszała i nagle zostaliśmy w niej sami. W czarodziejskim świecie nikt nie pomyślał o muzyce w windach, chociaż może to akurat denerwowałoby sowy, wciąż wszak byliśmy na etapie sów w windach.  Tak czy inaczej w takim momencie jak ten muzyka mogłaby uspokoić nerwy i ostudzić emocje, ale w obecnej sytuacji nie było na to szans.
- Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że jestem największym fanem pani talentu - mówię w końcu, a mój wzrok znów zdradliwie przyciąga się do jej sylwetki, choć różnica wzrostu każe mi widzieć jedynie czubek jej głowy. Może właśnie dlatego - a może z zupełnie innego powodu - gdy winda zbliża się do piątego piętra, robię rzecz nierozsądną i zatrzymuję ją. Stary sposób, znany wyłącznie pracownikom Ministerstwa, skuteczny, gdy trzeba porozmawiać bez świadków. Trzy guziki naraz. Miękki podskok. Cisza.
Staję w drzwiach, blokując wyjście, i powoli odwracam się w jej stronę. Przestrzeń między nami kurczy się, chociaż fizycznie nie robimy kroku.
- To nie miejsce na to, ale innego nie mamy - zaczynam i chociaż jestem w pracy, zza okularów może dostrzec to samo spojrzenie, którym raczyłem ją w teatrze - Jestem winien ci wyjaśnienie mojego zachowania. Musisz zrozumieć, że nie wiedziałem o tym, że rozmawiam z damą. To nie jest powszechne, by kobiety z dobrych domów trafiały na scenę - nieforutunnie dobrane słowa muszą być zrekompensowane przez intencje. A może wcale nie muszą? Może jedynie zirytuję pannę Flint, albo przestraszę. Wiem jedno - na pewno nie będzie mogła odejść, nim nie powiem tego, co chciałem. Wszak wciąż jeszcze pozostaje pod moją opieką.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Leopoldine Flint
Czarodzieje
to be a woman is to perform
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
2 godzin(y) temu
Oczywiście, że był to początek nowej gry. Zdecydowanie bardziej niebezpiecznej, zdolnej do pomieszania raczej uporządkowanych, spokojnych szyków ich żyć. Choć lubiła prezentować się jako dama z wyjęta spomiędzy stronic romantycznych książek dla młodych dziewcząt — wszak była często spełnieniem ich dziecięcych marzeń; baletnicą, piękną, zdrową, silną, z uporządkowanym życiem, w którym obowiązki były jasne, a przyjemności znajdywały w ten, czy inny sposób, sobie należne miejsce — posiadała na swoim charakterze wyraźne rysy. Gdy na to pozwalała, jej aura zmieniała się drastycznie. Przestawała być duszą towarzystwa, lśniącym diamentem w koronie panien na wydaniu, zamykała się w sobie, pozwalała obmywać się potężnym falom melancholii, w której tonięcie nauczyła się z biegiem lat akceptować, pomiędzy sesjami samobiczowania się w związku z kolejnymi błędami — to jednego z nich pragnęła uniknąć, próbując na wszelkie dostępne, uprzejme sposoby przełamać tajemnicę pełnej tożsamości jegomościa podszywającego się pod jej brata. Nie tylko z miłości do Leopolda — ta przez lata nie zelżała nawet o gram — przede wszystkim przez wzgląd na ochronę rodziny. Uratowanie jej reputacji.
Bo nazwisko Flint nigdy nie było zlepkiem liter. Tak jak Carrow niosło za sobą historię, oczekiwania i przypisane role.
Plamy na nazwisku z kolei zmywały się niezwykle trudno, a wytłumaczenie podszywaniem się przez kogoś innego stanowiło wymówkę równie wiarygodną, co te uczniowskie z rodzaju kot podarł mi pergamin z pracą domową.
Także i ona czuła się panią sytuacji. Tak długo, jak znajdowali się w Ministerstwie Magii, w którym pracował Carrow, tak długo nie mógł wpaść na żaden bezsensowny pomysł. Noszone przez niego nazwisko stało się zatem zachętą jak i przestrogą. Jako kobieta, jako petentka, miała zabawną przewagę we własnej niewiedzy. Mogłaby sztucznie przeciągać ich interakcje, wynajdywać kolejne sprawy, w których mógłby jej pomóc, aż nie dowie się tego, co chciała. Wielką zaletą było również to, że człowiek ten wydawał się szczerze nią oczarowany. W jej oczach dawało to jeszcze większe pole do manewrów. Nie wiedziała jednak, że i w jego głowie rodził się w tej chwili plan na przedłużenie ich kontaktów. I to różny od tego, co założyła sobie Leopoldine.
Nie spoglądała w jego stronę, nie wiedziała więc, że na jego twarzy malował się prawdziwy (szczery?) wyraz niezadowolenia. Podobne niezadowolenie, choć z innego trochę powodu, bo spowodowane pierwszą porażką w próbie wyłudzenia większej ilości informacji od Carrowa, zakłuło baletnicę w bok, spowodowało chwilowe zaciśniecie szczęki, raczej z impulsu, niż nawyku. Nie trwało ono zresztą długo, prędko zostało wyparte przez naturalną mimikę, ten klasyczny, sceniczny uśmiech. Nie mogła mu pokazać, że milcząca odmowa, którą musiał przecież wyrazić specjalnie, miała na nią jakikolwiek wpływ. Przez chwilę przez umysł przemknęła jej myśl, że wolała go raczej w wersji wieczorowej, gdy zdawał się mówić wszystko, co ślina mu na język przyniesie. Czemu aż tak bardzo chronił swoją prywatność?
W windzie czekały już na nich inne osoby. Każdej z nich Leopoldine kiwnęła głową na przywitanie, ustawiła się przodem do drzwi, tuż obok prawie—znajomego urzędnika, jej przewodnika. Drobne drżenia windy, charakterystyczne mierniki mijanych pięter, sprawiły raz lub dwa, że ich ramiona zetknęły się ze sobą na sekundę, ale panna Flint nie chciała dawać ani jednego znaku, że zwróciła na to uwagę. Pierwszy przystanek przyszedł przecież szybciej, niż się tego spodziewała, kolejne uprzejme powitania i...
Bingo.
Niczego nieświadomy urzędnik zwrócił się do jej przewodnika po imieniu. Rodricku. Rodric Carrow. Dostała już czego chciała, lewy kącik ust wygiął się w zwycięskim uśmiechu. Los był dziś dla niej wyjątkowo łaskawy, najpierw podsuwając jej tajemniczego wielbiciela, następnie obrywając go z owej tajemnicy słowami przypadkowego urzędnika pytającego, czy spotkają się na meczu Quidditcha. Prawie zapomniała ucieszyć się także z tej okazji, Flintowie często zajmowali najlepsze i najwygodniejsze miejsca na trybunach wszelakich sportowych wydarzeń. Mogłaby zaproponować Rodricowi jedno z miejsc, z pewnością lepsze od tego z ministerialnego przydziału. Mogłaby, gdyby znali się dłużej. Mogłaby, gdyby był przyjacielem jej brata, mogłaby nawet zaaranżować, aby wybrali się tam wspólnie, we trójkę.
Mogłaby, ale Rodric Carrow działał szybciej, wykorzystał moment jej nieuwagi, zanurzenia w nurcie myśli. Nie zdążyła nawet odpowiedzieć na jego słowa, bez jej intencji zareagowało wyłącznie ciało, oblane przyjemnym, ciepłym dreszczem docenienia. Była pewna, że nie kłamał, czy nie chciała aby kłamał? Nie zdążyła zastanowić się nawet nad tym, dlaczego docenienie ze strony Carrowa jest dla niej tak istotne, dlaczego nie mogła z łatwością przyjąć komplementu bez rozmyślania nad jego intencjami, jak robiła to w przypadku tylu innych adoratorów? Nie zareagowała również, gdy wcisnął trzy przyciski jednocześnie, myśląc naiwnie, że była to standardowa procedura. Winda podskoczyła miękko, Leopoldine, choć wyraźnie zaskoczona, utrzymała równowagę i nie zachwiała się nawet przesadnie.
Została za to zmuszona, aby wreszcie spojrzeć w brązowe oczy skryte za szkłami okularów.
Żołądek ścisnął się boleśnie, dłonie na oślep sięgnęły do barierki znajdującej się za jej plecami. Spoglądała na Rodrica z dołu, delikatnie pochylona w przód, z rękoma rozłożonymi szeroko, długimi paznokciami wbijającymi się w drewnianą, poziomą barierkę. On adorował ją spojrzeniem, jak tamtego wieczoru. Ona daleka była od tamtego spokoju. Spojrzenie wodziło nerwowo między przyciskami windy, między twarzą urzędnika, drzwiami znajdującymi się za jego plecami. Zamknął ją w pułapce. I choć była naprawdę wysportowana, jak na kobietę, nie było szans, aby sobie z nim poradziła samodzielnie.
— Dobrze panu radzę, panie Carrow, aby naprawił pan swój błąd i zmusił windę do ruchu —słowa, które uciekają z jej ust nie brzmią wcale jak słodkie trzebiotanie; są ostrym rozkazem, choć wciąż jeszcze owiniętym w miękkość prośby. Dawała mu tym samym ostatnią szansę na naprawę tego błędu. Nigdy nie powinien stawiać ją w sytuacji zagrożenia, nawet w swoim miejscu pracy. — Och, zatem uznał pan, że przez to, iż mogłam urodzić się w mniej poważanej rodzinie, mógł pan ot tak zapraszać mnie do romansu? — choć mówiła wyjątkowo cicho, z każdego jej słowa wypływało najszczersze oburzenie. Lepiej było czuć złość, niż strach — tego uczono ją odkąd tylko pamiętała. Walczyć, wygrać, nie żałować. — Potraktować jak byle kurtyzanę? Wiedział pan, że robi coś złego, skoro rozpoczął od skłamania o swoim imieniu i nazwisku. Często składa pan podobne propozycje baletnicom? A może woli pan aktorki? — nie zaplanowała ani jednego słowa, które teraz wychodziło z jej ust. Wcześniejsza, łagodna mimika twarzy zastąpiona została zaostrzeniem rys, zmarszczeniem brwi i czającym się gdzieś w drżących kącikach ust grymasie obrzydzenia. — Żadna z kobiet, z którymi pracuję, ba! Żadna z ciężko pracujących kobiet w tym, czy innym kraju, nie zasługuje na takie traktowanie. Na patrzenie na nie jak na kawałek mięsa, którym jaśnie wielmożny mógłby zaspokoić swoje niskie żądze — wreszcie odbiła się od tylnej ściany windy, przestępując jeden krok, następnie drugi, aby znaleźć się bezpośrednio przed Rodricem. Zadarła głowę w górę — chciała patrzeć mu w oczy, gdy rzucała uzasadnione, w swoim mniemaniu, oskarżenia. Chciała widzieć jego reakcję, każde drgnięcie mięśni twarzy, może nawet roztrzaskać mu okulary pod obcasem pantofelka. — Jest panu przykro dlatego, że okazałam się być w lepszej sytuacji, niż one. Jest panu przykro, bo kłamstwo miało krótkie nogi i natrafił pan na bliźniaczkę kogoś, za kogo pragnął się pan podszyć. Wreszcie, jest panu przykro, że pański plan się nie powiódł — nie pozwoli zapędzić się w kozi róg, będzie napierać tak mocno, aż to Rodric zdecyduje, że dla dobra ich obojga lepiej będzie się rozdzielić. Lepiej będzie ugiąć się pod jej żądaniami. Z tą również myślą przytknęła oskarżycielsko palec wskazujący do klatki piersiowej mężczyzny. — Nie wie pan nic o mojej rodzinie, a szarga pan dobre imię mojego brata i moje. Co ma znaczyć, że panny z dobrych domów nie trafiają powszechnie na scenę? Jest pan aż takim prostakiem, aby nie mieć świadomości, ile wysiłku, ile krwi należy włożyć w to, aby tańczyć balet na tak wysokim poziomie? Nie wie pan nic, panie Carrow, a rzuca pan założeniami w każdą możliwą stronę, jakby był alfą i omegą.
Wdech i wydech.
— Albo winda ruszy, albo zacznę krzyczeć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 16:51 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.