• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Caleb Diggory
Caleb Diggory
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Geraldine Diggory i Edmund Diggory (naprawdę: Daniel Dodge)
Aspiracje
przywrócić hodowlę dziadków do czasów świetności, zaoszczędzić na wykupienie udziałów wspólniczki
Amortencja
powietrze po deszczu, rozgrzane drewno, kwitnący bez, mirabelki
Różdżka
10 cali, elastyczna, lipowa, rdzeń ze śliną bagnowyja
Hobby, pasje
herpetologia, rzeźbienie w drewnie, długie wędrówki po górach i lasach, podróże
Bogin
wilkołak
Umysł
Data urodzenia
13.03.1938
Miejsce urodzenia
Londyn
Miejsce zamieszkania
hodowla ropuch pod Hogsmeade
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Czarodziej
Ukończona szkoła
Hogwart, Hufflepuff
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Czystość krwi
Półkrwi
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
24
188
90
Wiek
Wzrost
Waga
zielono-brązowe
czarne
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Dobrze zbudowany, z mięśniami wyrobionymi pracą fizyczną.
Znaki szczególne
Rozległe blizny po pazurach na lewym barku i lewej stronie pleców.
Preferowany ubiór
Flanelowe koszule, wygodne spodnie, ciężkie buty.
Zajęty wizerunek
Josh O'Connor
Obrazek postaci

1938 - przychodzę na świat i mama dba o to, bym był Diggorym 

Niewiele brakowało, a na świecie bylibyśmy z matką sami, ale poślubiła odpowiedniego człowieka. Akurat owdowiał i nie chciał samotnie wychowywać swojego malutkiego syna, a ona była piękna i młoda i przy nadziei. Urodziłem się już po ich ślubie, przejmując nazwisko ojczyma. Dzięki temu wychowałem się w rodzinie, którą szczerze kochałem. Przybranego brata, Felixa, nazywałem bratem, a ojczyma tatą. Dorastałem nieświadomy, że tak naprawdę jestem kukułczym pisklęciem—pasożytem, który wyrzuca z gniazda inne pisklaki. Nigdy nie chciałem być taki, ale podobno z naturą się nie wygra. 

Dzieciństwo pamiętam sielankowo, choć przecież nie było idealne. Moja mama nie była do końca taka jak inne mamy, ale próbowałem nie zwracać uwagi na jej kłótnie z ojcem i na to, że chłodno traktowała mojego brata, mnie zasypując prezentami. Była moją mamą i kochałem ją przecież bezwarunkowo. Większość problemów w moim życiu wynika chyba z tego, że zbyt często zależy mi na ludziach bezwarunkowo.

W niektóre niedziele odwiedzaliśmy rodziców mamy w ich eleganckim mieszkaniu. Ich spojrzenia ciążyły mi w dziwny sposób i dziwne też było to, że nie zabieraliśmy ze sobą Felixa (mnie z kolei tata czasem ignorował na rzecz Felixa). Z biegiem lat zrozumiałem, że dziadkowie od strony patrzą na mnie z mieszanką obaw i oczekiwań. Tak, jakby nie widzieli mnie, a jedynie dziedzictwo moich rodziców—troskę o to, czy będę taki jak matka i kiepsko tłumioną niechęć do człowieka, o którym dowiedziałem się dopiero później. W dzieciństwie wychwytywałem to wszystko jedynie podświadomie, stresując się przy każdej wizycie. Na prośby o trzymanie prosto sztućców odpowiadałem mimowolną niezdarnością, a na rozmowy o jubilerstwie—znudzeniem i niezdolnością skupienia się. Biżuteria wydawała mi się martwa i pusta, choć gdzieś przewijały się komentarze, że mógłbym odziedziczyć ten biznes po dziadkach. Udawałem, że ich nie słyszę, a w oczach tamtych dziadków pozostałem milczącym (czy on jest jakiś tępy? - spytał kiedyś dziadek, uznając, że jestem zbyt cichym kilkulatkiem), choć grzecznym dzieckiem. Po jakimś czasie przestali nalegać na przyuczanie mnie do zawodu jubilera, a po ich pasji odziedziczyłem jedynie obciachowe drugie imię. Do dziś utrzymuję z nimi kontakty jedynie poprawne, czasami łapiąc się na myśli, że najchętniej nazywałbym ich panem i panią. 

Z prawdziwą radością spędzałem za to czas u rodziców ojca, których z całym dziecięcym oddaniem nazywałem babcią i dziadkiem. Pomiędzy intensywnymi emocjami matki i zapracowaniem ojca, to oni okazywali mi najwięcej uwagi i stabilnej, bezpiecznej miłości. Dziadek nazywał sam siebie herpetologiem, czego wtedy nie umiałem wymówić, a babcia ze śmiechem mówiła, że po prostu jest miłośnikiem żab i ropuch. Ja też szybko zostałem miłośnikiem żab i ropuch, a hodowla dziadków została moim ulubionym miejscem na ziemi. Mieszkaliśmy tam nawet przez kilka pierwszych lat mojego życia, a w dni wolne babcia zabierala mnie do Hogsmeade i do Miodowego Królestwa, ale mamie strasznie się tam nie podobało. W dzień wyprowadzki płakałem tak histerycznie, że babcia musiała upiec mi ciasteczka, ale zanim zdążyła je podać—przebudziła się moja dziecięca magia, a za jej sprawą walizki rodziców eksplodowały. Ubrania zaczęły fruwać wokół pokoju, najpierw w chaosie, a potem kierując się z powrotem do sypialni (naprawdę nie chciałem się wyprowadzać). Wszystkich zaskoczył taki wybuch spokojnego dziecka, ale ostatecznie moje osiągnięcie bardzo ich ucieszyło. Chyba jednak nie byłem taki spokojny, jak się wszystkim wydawało. Ojciec kupił nowe walizki i opóźniłem wyprowadzkę o całe kilka dni, matka triumfowała, że moja magia przebudziła się o kilka tygodni wcześniej od tej Felixa (co chętnie co jakiś czas wszystkim przypominała, nawet gdy byłem już starszy), babcia wciskała mi z gratulacjami kolejne ciasteczka, a dziadek jako jedyny zrozumiał—i powiedział mi w cztery oczy—że nawet moja magia chciała, żebym pozostał w hodowli. I że to bardzo ważny moment w życiu czarodzieja i dla mnie już zawsze będzie związany z tym miejscem. I żebym nie płakał, że się wyprowadzamy, bo nawet magia pokazała, że to miejsce zawsze będę mógł nazywać domem. Trochę mnie to pocieszyło, a smutek związany z wyprowadzką zastąpiła duma z przebudzenia magii.

Ojciec nie był miłośnikiem żab i ropuch, był za to miłośnikiem interesów i zwierzęcych ingrediencji. Podobno w młodości pomagał babci i dziadkowi w sprzedaży składników pozyskiwanych w hodowli, ale od samych ropuch wolał wielki świat: miasta, sklepy i kontakty z klientami. Poślubiwszy moją matkę był już w średnim wieku i rozwijał karierę w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami w Ministerstwie Magii, zajmując się regulacjami dotyczącymi handlu ingrediencjami. Przez jakiś czas mieszkaliśmy w Cardiff, bo jego praca była jakoś powiązana z kontrolami w tamtejszym porcie; potem dostał awans i przeprowadziliśmy się do Londynu. Samą hodowlę miał odziedziczyć wujek Albert, starszy brat ojca, który naprawdę był miłośnikiem żab i ropuch… ale jego korcił jeszcze większy świat. Widywaliśmy Alberta co kilka lat i zawsze z uśmiechem opowiadał o swoich wyprawach do Brazylii, Australii, czy na Madagaskar. Wszędzie studiował egzotyczne gatunki płazów i upierał się, że gdy przyjdzie czas pozwoli mu to lepiej zarządzać rodzinnym dziedzictwem. Babcia i dziadek chyba w to wierzyli, finansując jego kolejne, coraz kosztowniejsze wyprawy. Ja wierzyłem w każde jego słowo, był moim idolem. Aspirowałem do jego kolorowego życia i udzielił mi się jego entuzjazm względem dalekich podróży. Wierzyłem, że kiedyś albo będę mu towarzyszył albo samodzielnie jeździł po świecie. Jako dziecko często błądziłem palcem po mapie i zaczytywałem się w opowieściach o poszukiwaczach przygód, zastanawiając się jak przetrwać samodzielnie w lesie lub na pustyni. Przy okazji pochłaniałem baśnie z całego świata, a czarodziejski folklor ożywał w mojej wyobraźni.

Rodzice nie traktowali mnie i brata równo—matka nie poświęcała uwagi mojemu bratu, a ojciec nie zabierał mnie na ryby pod pretekstem tego, że niby nie umiałem tam siedzieć cicho. W dzieciństwie jeszcze tego nie rozumiałem. Nierówne traktowanie nie oddaliło mnie jednak na stałe od Felixa, wręcz przeciwnie. Trzymaliśmy się razem gdy tylko mogliśmy i bawiliśmy się razem: w rycerzy i muszkieterów, w Merlina i Artura, ale przede wszystkim w łowców przygód i magicznych stworzeń. Każde wakacje spędzaliśmy w hodowli dziadków, gdzie nasze zabawy trwały bez końca, a w dziecięcych marzeniach nie musieliśmy wracać ani do miasta ani do Hogwartu. Pływaliśmy w stawie, ścigaliśmy się na miotłach w lesie, a dziadek chętnie uczył mnie magicznego stolarstwa, do czego Felixowi brakowało cierpliwości. Zacząłem strugać drewniane figurki, którymi obdarowywałem brata i przyjaciół. Chcieliśmy pozostać w tym sielskim miejscu na zawsze, wtedy jeszcze nie widząc jego wad. Hodowla, która była prestiżowa za czasów młodości dziadków, z każdym rokiem traciła na wartości. Nie widzieliśmy tego, że ojciec nie był nią zainteresowany, a dziadkowie zbyt wiele pieniędzy przeznaczyli na podróże Alberta i zbyt mało na nowe inwestycje. Zaczęliśmy to wszystko dostrzegać dopiero jako nastolatkowie, a wtedy dziecięce marzenia ewoluowały już w jedno: że razem zajmiemy się tym miejscem i przywrócimy mu świetność.


1949-1956 - Hogwart

W każde wakacje pomiędzy rokiem szkolnym byliśmy z bratem zawsze razem, ale w Hogwarcie byliśmy w innych domach. Miałem bardzo niemęskie łzy w oczach, gdy trafiłem do Hufflepuffu, a on do Gryffindoru. Staraliśmy się utrzymywać kontakt, choć brakowało mi go w dormitorium… ale może dzięki temu otworzyłem się na nowe znajomości. Chyba byłem bardziej zainteresowanym przyjaźniami niż nauką. Wśród nich wszystkich, jedna przyjaźń była jednak szczególna—Annie, dziewczynka, którą poznałem jeszcze w Cardiff była w moim domu, rok wyżej. Zaczęliśmy trzymać się razem. Łapałem się na myśli, że rozmawia się z nią łatwiej niż z Felixem i że zawsze chciałem mieć siostrę. To w Hogwarcie zacieśniła się nasza przyjaźń na całe życie.

Starałem się mieć dobre oceny przede wszystkim po to, by nie zawieść rodziców i dziadków, co było trochę kołujące, bo dla każdego z nich liczyło się co innego: dziadkowie od strony mamy podpytywali mnie o postępy w nudnej historii magii, ojciec o transmutację, a dziadkowie od strony ojca o Opiekę Nad Magicznymi Stworzeniami. ONMS było jednym z dwóch przedmiotów, na którym błyszczałem i do którego podchodziłem ze szczerą pasją. Szybko uczyłem się faktów o nowych gatunkach, miałem też rękę do zwierząt, podchodząc do nich z mieszanką śmiałości i łagodności. Byłbym najlepszy na roku gdyby nie Darcy Lovegood, Gryfonka z mojego rocznika—zamiast z nią rywalizować, szybko ją polubiłem. Kiedyś nawet chciałem zaprosić ją na Bal Zimowy, ale wahałem się tak długo, że przegapiłem swoją szansę. 


Drugą z moich pasji, dość niespodziewaną, okazała się Obrona Przed Czarną Magią. Może to za sprawą entuzjastycznego profesora, a może po prostu miałem do tego smykałkę—ale bardzo spodobało mi się zarówno ćwiczenie defensywy w praktyce, jak i czytanie o zaklęciach ochronnych. Często się pojedynkowałem, choć ofensywa nie szła mi już równie dobrze. Lubiłem sobie wyobrażać, że rzucając tarcze jestem jak bohaterowie przygodowych książek, które kochałem; a gdy już wyrosłem z tych marzeń uznałem tą dziedzinę magii za praktyczną dla kogoś, kto—jak ja—lubi samotnie chodzić po lasach i marzy o mieszkaniu w odludnej hodowli ropuch oraz o dalekich wyprawach za granicę, w nieznane. W takich sytuacjach trzeba móc obronić siebie i innych, co zagrzewało mnie do nauki.


1956-1959 - hodowla z bratem

Gdy skończyliśmy z Felixem Hogwart, byliśmy pełni młodzieńczego zapału. Brat interesował się galeonami, a ja ropuchami i razem mieliśmy ambitne plany na rozwój hodowli. Plany, które musieliśmy trochę zmienić, a trochę przyśpieszyć, bo w rodzinie nie działo się najlepiej. Wuj Albert od dłuższego czasu nie odpisywał na listy, a dziadkowie z trudem spłacali pożyczkę w Gringottcie, którą podobno wzięli na nowy gatunek ropuch, który się nie przyjął (ale podejrzewam, że jej część pokryła podróże Alberta). Co najgorsze, ojciec zmarł po ciężkiej i nagłej chorobie. Przeżyłem to ciężko, choć nasze stosunki były raczej poprawne. Nigdy nie poświęcał mi tyle uwagi, co bratu i minęły już czasy, gdy gorączkowo pragnąłem mu zaimponować. W zamian odnalazłem akceptację u dziadka i to jego aprobaty szukałem gdy nocami czytałem o kolejnych faktach z życia płazów. Pomimo tego, i tak chyba udało mi się wzbudzić w ojcu dumę… przynajmniej na sam koniec. Gdy odwiedziłem go w chorobie, gorączkującego, zaczął przepraszać mnie za to, że nie był dla mnie dobrym ojcem i wyznał, że zawsze byłem dobrym synem pomimo, że nie jestem jego. Zaniemówiłem, a gdy odzyskałem już mowę niewiele dało się z niego wydusić, bo w malignie bredził już o czymś zupełnie innym. Przez kolejne kilka dni wmawiałem sobie, że to tylko brednie mówione w chorobie, ale po pogrzebie nie wytrzymałem i spytałem o wszystko matkę. Zawsze kiepsko radziłem sobie w rozmowach z matką, zwłaszcza w emocjach, ale ku mojemu zdumieniu nie zaprzeczyła, choć odmówiła podania szczegółów. Kazała mi tylko zrezygnować z tych durnych marzeń o hodowli i nie być nieudacznikiem jak mój prawdziwy ojciec.
Więc oczywiście zrobiłem na odwrót.


Miałem złamane serce tymi rodzinnymi rewelacjami, ale i tak wyznałem bratu prawdę. Felix zapewniał mnie, że to nic i że przecież zawsze będę jego bratem. Dziadkowie powoli przestawali sobie radzić w hodowli. Wspólnie z bratem doszliśmy do wniosku, że po śmierci ich syna i pod nieobecność drugiego syna musimy przejąć stery. Obrażony (i zachłyśnięty tym, że byłem już dorosły), przestałem odzywać się do matki, wierząc w przynależność i akceptację w mojej prawdziwej rodzinie—po co komu więzy krwi? Z lojalności wobec dziadków i brata, a nawet wobec martwego ojczyma, wytrwale odpychałem myśli o prawdziwym ojcu. Czasami tylko, w ciszy nocy, powtarzałem sobie, że skoro według matki był nieudacznikiem to musiał być tak naprawdę dobrym i uczciwym człowiekiem. Nie miałem odwagi spytać jej, czemu nigdy się mną nie interesował, bo bałem się, że jeszcze usłyszałbym coś okrutnego. Może umarł czy coś. Albo robił bardzo ważne rzeczy na drugim końcu świata, jak wuj Albert.

W hodowli mieliśmy pełne ręce roboty. Oprócz pracy fizycznej, snuliśmy ambitne plany modyfikacji warunków hodowli ropuch i ulepszenia zaklęć, które stworzą dla nich odpowiedni klimat. Zacząłem interesować się nauką i planować badania, bo Felix uznał, że pomogłyby nam ministerialne granty dla badaczy magicznych zwierząt. Chcieliśmy lepiej szkolić ropuchy purpurowe olbrzymie, by klienci mogli za wyższą cenę kupować u nas dorosłe osobniki do ochrony domu, tak jak w konkurencyjnych hodowlach. Właściwie, większość tych pomysłów była moja, a Felix przedstawiał je dziadkom jako nasze, ale nigdy mi to nie przeszkadzało. Ktoś musiał snuć wizje, a ktoś musiał wyliczać koszty i wprowadzać je w życie i myślałem, że właśnie tak powinna działać współpraca—dzięki Felixowi nauczyłem się zresztą dużo o finansach. Czasem miałem wrażenie, że brat chce osiągnąć sukces trochę szybciej niż ja i trochę bardziej na skróty, ale to bagatelizowałem. Przecież niecierpliwość jeszcze nigdy nikogo nie zgubiła…
…aż okazała się jego zgubą. Usłyszał jakieś pogłoski o transporcie rzadkich ropuch, które uciekły i zaginęły w lasach na północy Szkocji. Musimy je uratować, uznał, ale dziś zastanawiam się czy chodziło mu o pieniądze z nagrody czy po prostu o kradzież znalezionych płazów. Nigdy się nie dowiedziałem, bo pomimo moich starań o odcięcie się od matki, akurat pilnie potrzebowała mnie w niecierpiącej zwłoki sprawie (wyobraźnia zawsze podpowiadała mi najgorsze, choć zawsze jej chodziło o jakieś błahostki), a Felix nie chciał czekać. Wyruszył do lasu sam, choć to ja orientowałem się lepiej w terenie i choć to ja mógłbym nas obronić w razie kłopotów, bo magię defensywną znałem przecież lepiej od niego. I wyruszył w pełnię. Wrócił bez ropuch, ale z ugryzieniem wilkołaka—na tyle niewielkim, by nie groziło jego życiu, ale na tyle głębokim, by został zarażony. 


To nie koniec świata i to cud, że przeżyłeś - zapewniałem go, czując, że muszę wspierać go bezwarunkowo. W końcu na tym polegała rodzinna miłość… prawda? Nadal byliśmy braćmi, niezależnie od tego czyja krew płynęła w moich żyłach i co będzie działo się z nim w pełnię. Panicznie bał się ministerialnego rejestru i społecznego ostracyzmu, więc wspólnie postanowiliśmy to ukryć. Przed wszystkimi, przed dziadkami też. Wyremontowaliśmy starą piwniczkę na ziemniaki na obrzeżach hodowli—fundamenty były kamienne, mające chłodzić zbiory i zarazem idealne do spędzenia pełni. Wciąż pomagałem dziadkowi ze stolarstwem, co teraz zaprocentowało. Bez trudu przygotowałem plan dostosowania piwniczki do nowego celu. Wzmocniliśmy drzwi ciężkim drewnem i zamontowaliśmy łańcuchy. W pierwszych miesiącach schodziłem tam z nim przed zachodem słońca, zapinałem kajdany i sprawdzałem mocowania. Z biegiem czasu nauczył się robić to sam i zapewniał, że poradzi sobie sam. 
Nie musisz na to patrzeć, Cal. 
Uwierzyłem mu.

Współczułem Felixowi, niezmiennie. Pełnie mieliśmy opanowane (tak mi się wydawało), ale znałem go na tyle by widzieć, że za dnia nie znosi tego dobrze. Czasami wypowiadał się gorzko o planach na przyszłość, czasami wyrywały mu się dziwne uwagi, że całe życie przede mną, nie to co przed nim, albo że założę rodzinę, a on zawsze będzie sam z ropuchami (właściwie, nie rozumiem co jest złego w towarzystwie ropuch). Może to przez te teksty zaciągnąłem go na potańcówkę, gdzie mieli być inni Gryfoni. Może to ze współczucia odstąpiłem mu taniec z dziewczyną, którą samemu chciałem do niego poprosić. A może i tak nie poprosiłbym jej do tańca nigdy, bo Darcy Lovegood wyglądała tam tak… inaczej i ślicznie, że mnie zatkało.

Zatkało mnie też, gdy zaczął się z nią spotykać, a potem się jej oświadczył. Po tych wszystkich tekstach, że z powodu likantropii nigdy nie założy rodziny i… w ogóle. Jak najbardziej dyplomatycznie spróbowałem go podpytać jak to w ogóle sobie wyobraża i co z jej bezpieczeństwem, ale on wytknął mi, że samemu wymyśliłem wszystkie bezpieczne procedury bezpieczeństwa w piwniczce i żebym dał mu żyć i nie był zazdrosny, i to ostatnie naprawdę mnie ubodło, więc się zamknąłem. Nie byłem zazdrosny! No dobrze, trochę byłem, ale to byłoby okrutne, zazdrościć wilkołakowi jedynej dziewczyny jaka go chciała (bo powiedział mi, że zaakceptowała to wszystko, prawdziwa miłość, bla, bla, bla), więc upiłem się na ich weselu i wmawiałem sobie, że życzę im dobrze i wszystko będzie w porządku.

Ludziom czasem nie można ufać (dojście do tego wniosku zajęło mi trochę czasu), ale ropuchom zawsze można ufać i to ich zachowanie zwróciło moją uwagę na to, że nic nie jest w porządku. Niezmiennie mieszkaliśmy w domu przy hodowli całą rodziną—dziadkowie, nowożeńcy, no i ja. Czułem się trochę niezręcznie, więc dużo czasu spędzałem w terenie, z ropuchami. Dlatego szybko zauważyłem, że ich ulubione miejsca jakoś się zmieniły i stały zależne od pory miesiąca. Niedaleko kryjówki wilkołaka był niewielki staw, w którym chętnie przebywały… ale przestały, i to nie zawsze, a konkretnie w okolicach pełni. Najpierw myślałem, że to przez zapach albo odgłosy dochodzące z piwniczki, ale nie zachowywały się tak przecież w pierwszych miesiącach po ugryzieniu Felixa. W dodatku szybsze  ropuchy uciekały czasem przez ogrodzenie do lasu i często musiałem je tam wyłapywać (nigdy nie odchodziły daleko, ale lepiej było ukrócić to ich pragnienie wolności—najchętniej wykupiłbym ten kawałek lasu, skoro tak go lubiły, ale nie było nas na to stać), ale jakoś przestały. Zacząłem nabierać podejrzeń, a po jednej z deszczowych pełni znalazłem w tym samym lesie wpół-ludzkie, wpół-wilcze ślady…

Najpierw próbowałem podpytać go o to delikatnie. Czy na pewno łańcuchy trzymały mocno? Czy nie wolałby, żebym znowu zaczął pomagać mu w każdą pełnię? Ku mojemu zaskoczeniu, rozmowa szybko eskalowała w kłótnię. Usłyszałem, że za bardzo się wtrącam i że w ogóle mu nie ufam. Może podniosłem głos mówiąc coś o bezpieczeństwie dziadków i szwagierki i ropuch. Liczyłem, że ten argument do niego dotrze, ale wtedy—człowiek akceptujący mnie bezwarunkowo i zapewniający, że zawsze będziemy braćmi—warknął, że mam się nie wtrącać i że jestem tylko bękartem.
Wyprowadziłem się tego samego dnia. Moja wymówka, że chcę studiować ropuchy i nabrać więcej doświadczenia, nie była nawet dobra. Chyba wszyscy wiedzieli, że się pokłóciliśmy. Nie wiedzieli tylko, o co.


Gdy ochłonąłem, a kalendarz zaczął odliczać dni do pełni… zrozumiałem, że nie mogę przecież tak tego zostawić. Lojalność nie pozwalała mi zgłosić sprawy służbom skoro nie miałem dowodów. Może zresztą brat miał rację, może przesadzałem…?
Wróciłem do tamtego lasu. Tam, gdzie widziałem ślady.
Powinienem był zgłosić sprawę służbom i nigdy nie powinienem był tam iść, ale to zrozumiałem dopiero później. Wtedy miałem po prostu nadzieję, że się mylę.
Niewiele pamiętam z tamtej nocy, chyba po fakcie byłem w szoku. Pamiętam, że wilkołaki są większe i szybsze niż sobie wyobrażałem. Pamiętam ból i panikę i rzucone cudem (pewnie tylko dzięki wieloletnim ćwiceniom) Ascendio i próbę teleportacji na oślep, gdziekolwiek z dala od bestii. Nawet nie pamiętam bólu rozszczepienia, choć została mi po tym paskudna blizna. Jedna z wielu, bo wszystkie inne zadał on. 
Głupi zawsze ma szczęście, a przynajmniej ja je miałem. Znalazł mnie przypadkowy czarodziej w przypadkowym miejscu. Nie wykrwawiłem się tamtej nocy  tylko dlatego, że znał teleportację łączną i dostarczył mnie jakoś do uzdrowiciela. Gdy się obudziłem, zderzyłem się z gradem pytań, a z każdym panika coraz mocniej ściskała mi gardło. Ugryzł cię? Nie wiem. Czy ślina dostała się do rany? Nie wiem. Czy czujesz się jakoś inaczej? Nie wiem, nie wiem, nie wiem.
Zaczynały do mnie docierać konsekwencje mojej głupoty i zaczynałem żałować, że jednak się nie wykrwawiłem.

Przez lata zapewniałem brata, że likantropia to nic i że da się z tym żyć, ale skonfrontowany z groźbą przekleństwa zrozumiałem, że to gówno prawda. Rany po pazurach były tak rozległe, że uzdrowiciel nie był w stanie ocenić ryzyka zakażenia. Pod nadzorem Ministerstwa i groźbą Rejestru miałem poczekać do kolejnej pełni. To był chyba najgorszy miesiąc w moim życiu. Spędziłem go owładnięty myślą, że moje życie się skończyło i to tylko z powodu mojej własnej naiwności i głupoty. Może i wspierałem Felixa motywującymi przemowami, ale na groźbę likantropii w moim przypadku  nie potrafiłem spojrzeć z podobnym optymizmem, postanawiając nawet, że skończę ze sobą jeśli najgorszy scenariusz okaże się prawdą. Ale oprócz tych ciemnych myśli, były też inne: że mnie okłamał, cały czas mnie okłamywał: albo nie pilnował łańcuchów albo (co podejrzewałem) świadomie spędzał pełnie w lesie. I że zostali tam dziadkowie i ropuchy i Darcy.

Wysłałem Darcy sowę z prośbą o spotkanie na osobności, choć nie pamiętałem nawet czy kiedykolwiek po ich ślubie rozmawiałem z nią na osobności. Musieliśmy mijać się w kuchni czy w korytarzu, ale nie rozmawialiśmy, nie tak naprawdę, nie tak jak w szkole. Z mojej winy, choć wtedy myślałem, że tak będzie lepiej. Zarzuty brata o zazdrość krępowały mnie tak mocno, że czułem potrzebę udowodnienia całemu światu, że wcale nie jestem zazdrosny, że prawie jej nie dostrzegam.
Ten brak doświadczenia w rozmowach okazał się zgubny gdy już porozmawialiśmy (a może nie, może kochała go tak bardzo, że nawet gdybym był mistrzem retoryki—a nie byłem—to nic by to nie zmieniło). Dzięki wysiłkom uzdrowicieli nie było już po mnie widać, że jestem ranny, ale przerażony myślą o nadchodzącej pełni—jego i mojej—nie byłem zupełnie w formie, a moje argumenty zdawały się do niej nie docierać (no dobrze, po namyśle: mówienie żonie wilkołaka żeby uciekała i go zostawiła, a najlepiej wyrzuciła go z domu; tak bez żadnego kontekstu, mogło nie być dobrze zrozumiane…). 
Pokłóciliśmy się tak bardzo, że chyba byłbym obrażony, gdybym nie był bardziej przerażony. Między jej słowami wychwyciłem, że zdawała się nic nie wiedzieć: nie tylko o pełniach, ale o likantropii w ogóle. Czy okłamywał ją przez całe małżeństwo? Czy okłamał mnie, gdy zaręczał, że Darcy akceptuje jego klątwę? 
W nocy nie zmrużyłem oka, a następnego poranka od razu doniosłem na niego Ministerstwu Magii, zatajając tylko fakt, że wiedziałem o jego przekleństwie przez wiele lat. Dopiero tam mnie uspokoili: wpisali go do Rejestru, obiecali, że zajmą się nim, że moja (jego?) rodzina będzie bezpieczna. Wtedy nie czułem nawet wyrzutów sumienia. Gdzieś z tyłu głowy pozostawał strach, że zaraził mnie tym cholerstwem i że i tak będziemy w Rejestrze razem; że we wszystkim będziemy razem. 

Aż przyszła pełnia i najdłuższa w moim życiu nieprzespana noc spędzona w odosobnieniu, pod ministerialnym nadzorem. Dopiero o wschodzie słońca, gdy przedstawiciel Rejestru gratulował mi ogromnego szczęścia (tak rozległe rany, ale najwyraźniej niedostatecznie głębokie), dotarło do mnie, że nie muszę tak żyć. Znowu miałem więcej szczęścia niż rozumu i nie zaraził mnie likantropią, a po tamtej nocy zostaną mi tylko ohydne blizny. Moje życie znów było moje i tylko moje. Nie mogłem i nie chciałem wrócić do hodowli. Nie potrafiłem wybaczyć Felixowi kłamstw i wiedziałem, że on nie wybaczy mi donosu. Zawsze panicznie się tego bał i zawsze znaliśmy nawzajem swoje słabości.


1960 - podróż po Afryce Północnej z wujem

Pozostała ostatnia granica lojalności, której jeszcze nie przekroczyłem. Wiązała się z listem od wuja Alberta sprzed kilku tygodni. Po powrocie z Ameryki Południowej zatrzymał się akurat w Afryce Północnej i zapraszał nas, mnie i Felixa, byśmy dołączyli do jego aktualnej wyprawy. Chciał badać ropuchy purpurowe olbrzymie żyjące w specyficznych warunkach w górach, a okolica nie była bezpieczna i przydałoby mu się nasze doświadczenie i młodość i mięśnie. Z uwagi na likantropię (no i na żonę Felixa) nawet nie rozpatrzyliśmy tej propozycji, choć serce rwało mi się wtedy do wyjazdu. Ale nie mogłem jechać bez brata, ani nie mogłem go zostawić. 
Teraz mogłem.

I może zawsze chciałem, bo nawet pomimo tego, że uważałem wyprawę za nierealną—od jakiegoś czasu za plecami Felixa podczytywałem w bibliotece książki o polityce Algierii i mitach Egiptu i wodziłem palcem po mapie, wyobrażając sobie nieznane krajobrazy.
Zniknąłem praktycznie bez słowa, posyłając krótkie wiadomości jedynie babci (jadę badać ropuchy z wujem!), matce (jadę za granicę, nie pytaj) i Philippie (muszę wyjechać, ale nie martw się).


Na naszej półrocznej wyprawie po Algierii, Maroku i Egipcie było wspaniale. Tylko ja, wuj i ropuchy. Ach, i dziewczyny. Okazało się, że wuj bardzo lubi wieczory w wioskach i towarzystwo dziewczyn, im młodszych tym lepiej. W pierwszych tygodniach upiłem się tak bardzo, że samemu prawie wylądowałem w łóżku z jedną, ale spytała o moje blizny i momentalnie mnie to otrzeźwiło. Byłem trochę zaskoczony tym, w jaki sposób wuj spędza czas, ale nadal był moim idolem. Tygodnie w górach, w namiocie, wśród dzikich szlaków i magicznych stworzeń były wspaniałe i spokojne. Zawsze dobrze czułem się w terenie, ale to tam nauczyłem się odgadywać warunki atmosferyczne, przetrwać z dala od cywilizacji, czy znajdować ślady ropuch w naturalnych warunkach. Wuj opowiadał mi o magicznych stworzeniach i swoim doświadczeniu, czasami natykaliśmy się zresztą na gatunki inne niż płazy. Najbardziej lgnąłem właśnie do tych chwil na odludziu—tylko nasza dwójka i zwierzęta—ale wyprawy do wiosek i miasteczek też zaczęły mi się podobać, choć nie z powodu dziewczyn. Podobało mi się bycie obcym i nieznajomym w całkowicie nowym miejscu: próby komunikowania się na migi i zrozumienia obcych kultur, entuzjazm gdy tylko spotykałem kogoś, kto mówił łamanym angielskim, konfrontacja wiedzy z książek z rzeczywistością. Afryka nie była lądem z moich wyobrażeń i idealizowanym krajobrazem z mitów: zderzyłem się z biedą, z napięciami politycznymi w Algierii (nowy kolega z Algieru wyjaśnił mi łamanym angielskim coś o opresji doświadczanej od francuskich mugoli), z obrażeniem handlarza w Maroku (z grzeczności nie chciałem się z nim targować i okazało się, że było to niegrzeczne), i z oskarżeniami Egipcjan, że moi rodacy wykradli ich cenne artefakty. To wszystko było nowe i ekscytujące i lubiłem sobie z tym wszystkim radzić i polubiłem szczerze lokalnego przewodnika, którego wynajął Albert żebyśmy jakoś dogadywali się po arabsku. Okazało się, że zdolności Alberta w zakresie samoobrony są ograniczone, ale nasz przewodnik pojedynkował się już całkiem nieźle. Najpierw ćwiczyłem Obroną Przed Czarną Magią podczas przyjacielskich sparingów w odludnych górach, a potem już w praktyce, gdy wuj uraził nieodpowiednią osobę w Kairze i wpadliśmy w lekkie kłopoty (rozwiązane wymianą zaklęć i ucieczką). To przez napięcia polityczne i konieczność obrony wuj mnie potrzebował—nie łudziłem się, że przez ekspertyzę. Byłem młody i silny i zdolny zastraszyć lub nawet pobić lub walnąć zaklęciem kogo trzeba (oraz tańszy niż drugi wykwalifikowany przewodnik lub ochroniarz), choć przeważnie wuj przekupywał urzędników, którzy zbyt podejrzliwie patrzyli na angielskich badaczy. Uczyłem się od niego, jak przystosować się do lokalnych kultur. Ćwiczyłem wytrwale zaklęcia defensywne, świadom, że w razie kłopotów będziemy zdani tylko na siebie. Nie znałem języków obcych, zdając się na niego, ale uśmiech i szacunek dla miejscowych obyczajów mogły otwierać wiele drzwi—podpytywałem naszego przewodnika o wszystko i czasem próbowałem wychodzić gdzieś sam, przekonać się ile mogę osiągnąć bez tłumacza. Nawiązałem kilka znajomości ocierających się o przyjaźń, więc może poszło mi całkiem nieźle. I uwrażliwiłem się na biedę i nierówności społeczne i fakt, że Anglicy—szczególnie ci najbogatsi, o czym przypominał mi pewien zapaleniec archeologii z Aleksandrii—się do tych nierówności dokładają. Nagle nawet myśl o hodowli ropuch stała się niewygodna i ciasna; nagle uwierzyłem, że mógłbym podróżować i zmieniać świat albo chociaż go zrozumieć. 

Mijały kolejne miesiące, a ja próbowałem zapomnieć o chaosie, który zostawiłem za sobą. Dochodziłem do siebie. Wyobrażałem sobie, że brat pogodził się już z ministerialną kontrolą i że rodzina wróciła do bezpiecznej równowagi. Wyobrażałem sobie, że spodziewają się z Darcy dzieci i biłem się z myślami, czy powinienem kiedyś wrócić i być dla nich wujkiem oraz z niechęcią do powrotu. Mógłbym być takim wujkiem jak Albert—daleko, na bezpieczny dystans. Mógłbym podróżować z nim dalej, badać ropuchy i służyć hodowli moją wiedzą przekazywaną korespondencyjnie (właściwie, wuj nie pisał nam o ropuchach nic bardzo użytecznego, ale to nic!). Mógłbym ogarnąć to wszystko na spokojnie i robić ze swoim życiem dokładnie to, na co mam ochotę. A po dobiegającej końca wyprawie miałem ochotę wyjechać z wujem na kolejną, do Indii. 

Rozumiałem już, czemu wuj odpisywał nam tak rzadko. Listy do nas nie dochodziły albo dochodziły z opóźnieniem, czy to przez długie tygodnie w górach, czy to przez napiętą sytuację polityczną w rejonie. List o śmierci Felixa dotarł do mnie zdecydowanie za późno. Z niedowierzaniem patrzyłem na datę pogrzebu, uświadamiając sobie, że minęło od niej wiele miesięcy. Nie wiedziałem, jak umarł, ale w głębi serca wiedziałem, że to przeze mnie, przez Rejestr. Odebrałem ten list równolegle z kolejnym, jeszcze smutniejszym: dziadek zmarł we śnie. Z ciężkim sercem czytałem prośbę babci o to, żebym wrócił i pomógł w hodowli—pracy było tam tak wiele, że nawet w dwójkę z bratem (no, trójkę z Darcy) trudno było nadążyć. 
Na szczęście, rozwiązanie tego problemu stało przede mną (a raczej siedziało, popijając lokalny alkohol z kolejną młodą towarzyszką). 
Gorączkowo opowiedziałem wujowi wszystko—prawie wszystko, nie było sensu wspominać o likantropii jego bratanka, skoro nie żył (lepiej dbać o dobrą pamięć o Felixie). Byłem pewien, że ten ekspert od herpetologii i prawdziwy spadkobierca powróci teraz do Anglii, na łono rodziny. 
Ale on spoglądał na mnie z irytująco łagodnym zaskoczeniem. Nie pokłóciliśmy się, jak z Darcy ani jak z Felixem. Tym razem po prostu słuchałem ociekających miodem wymówek—kolejna wyprawa, kolejna ropucha, kolejna dziewczyna—a klapki opadły mi z oczu bardzo szybko. Wuj nigdy nie wróci do domu.
Kolejna osoba, której zaufałem; jedyny idol; to wszystko znów było oszustwem. Nie widziałem już przed sobą błyskotliwego naukowca, a jedynie podstarzałego bawidamka i egoistę, który przez całe życie uciekał od odpowiedzialności.
Już nie mogłem ani nie chciałem być taki jak on.

Jedyną przysługą, jaką mi wyświadczył była zmiana planu podróży aby udać się do notariusza i tłumacza. Przepisał na mnie swoje udziały w hodowli, ale miałem wrażenie, że to ja wyświadczam mu przysługę i że robił to z wyraźną ulgą. Potem ruszyliśmy w swoje strony i—wcześniej niż planowałem—wróciłem do Anglii.


1960-62 - hodowla z Darcy, bez brata

Nie mogłem uciekać od odpowiedzialności, bo nie było nikogo innego żeby się tym wszystkim zająć. Po powrocie poczułem momentalne wyrzuty sumienia gdy babcia powitała mnie tak, jakbym niczym nie zgrzeszył ani nigdy nie wyjechał. Poczułem się jeszcze gorzej, gdy Darcy zabiła mnie wzrokiem, potwierdzając wszystkie moje przypuszczenia o śmierci Felixa. To moja wina, to przeze mnie. Najpierw nie potrafiłem go dopilnować, potem na niego doniosłem, a potem go porzuciłem. Każdy kąt mi o nim przypominał, każda ropucha. Nigdy się tak nie czułem. Nigdy w ogóle tyle nie czułem, smutku i gniewu i tych wszystkich emocji pomiędzy. Hodowla, która była moim marzeniem, ale stała się moim więzieniem—nie zostawię tu przecież babci samej (szczególnie, że zaczęła chorować), Darcy też nie poradzi sobie sama. Znów byłem frajerem i w dodatku czułem się zakładnikiem Felixa, bo umarł i zostawił tu taki bałagan. Spokój, do którego zawsze się trochę zmuszałem bo tak trzeba przestał przychodzić mi naturalnie, przestał przychodzić w ogóle. Znajdowałem go w sobie jedynie przy babci i ropuchach (o ile nie uciekały skakać po lesie), bo nagle zaczęło wkurzać mnie wszystko: krzywe spojrzenia Darcy, zła pogoda, drzazgi przy rąbaniu drewna, Darcy upierająca się, że sama potrafi rąbać drewno, widok tamtej piwniczki, unikanie Darcy w kuchni, wspomnienia dziecięcych zabaw, jego ulubiony zakątek w ogrodzie, jego pokój, jego grób, jego żona. Im dłużej o tym wszystkim myślałem, tym bardziej docierało do mnie, że to Felix wciąż powinien tu być, jakikolwiek by nie był, jakkolwiek by nie kłamał. To było przecież jego życie i jego rodzina. Nie byłem z nim tamtej pełni i zdarzył się wypadek. Atak wilkołaka zniszczył jego życie, ale taki sam atak nie zniszczył mojego. Doniosłem na niego za jego plecami i nadal żyję, a on nie. Dostałem nawet udziały, które tak naprawdę mi się nie należały.

Pozostałem w hodowli, która była naszym marzeniem, ale teraz wydaje się jedynie moim więzieniem—nie potrafię ruszyć dalej choć bym chciał, a każdego dnia w tym cholernym miejscu przypominam sobie, że jedyny (poza niechcącym tego wszystkiego Albertem) dziedzic Diggorych nie żyje, a na cztery łapy spadłem ja, bękart znikąd. 

Czy tak naprawdę znikąd? Segregując rzeczy dziadka, znalazłem stare listy. Dawny Caleb nigdy by ich nie przeczytał, lojalnie wkładając je na dno pudła, ale… zerknąłem do środka. Mój ojcie—ojczym pisał do rodziców o matce i o mnie (serce ścisnęło mi się na myśl, że babcia wie i że to przeze mnie Edmund Diggory wahał się, cz poślubić mamę). Padło tam nazwisko i imię, Daniel Dodge. Nie mam nic więcej, ale to zawsze coś. Czasem żałuję, że o tym przeczytałem—było mi łatwiej, gdy nie musiałem o nim myśleć. Teraz, gdy znam już jego personalia, czasem przychodzi pokusa, by go odnaleźć. Spojrzeć mu w oczy i spytać, czemu zniknął z mojego życia. Może jesteśmy do siebie podobni, bo ja też przecież chciałbym zniknąć, tylko nie mogę. Babcia i Darcy są ode mnie zależne, a ja wciąż mam z tyłu głowy, że beze mnie zostałyby na pustkowiu zarówno bez rąk do pomocy, jak i całkiem bezbronne—podróże nauczyły mnie, że świat jest niebezpieczny, szczególnie dla kobiet; próbuję więc zadbać o zaklęcia ochronne domu i ćwiczę Obronę Przed Czarną Magią jeszcze wytrwalej, jako jedyny mężczyzna na tym szkockim pustkowiu. 

Próbuję czasem nie myśleć o niczym, uciekając z hodowli przy każdej sposobności. Do Londynu, do Cardiff, do pobliskich miasteczek. Na tańce, na karty (choć gram kiepsko), na piwo albo coś mocniejszego. Czasem wdaję się w kłótnie bez powodu i wracam do domu z rozbitym nosem; czasem całkowicie świadomie biję się i zakładam za pieniądze, głównie dla adrenaliny. Muszę znaleźć jakieś ujście, bo cisza, którą kiedyś lubiłem, nagle mnie dobija. Zawsze chciałem być poukładany jak ojczym i dziadek, ale może faktycznie jestem podobny do matki albo do kogoś zupełnie innego—ale tą myśl też zdławię, za wszelką cenę. 







0
Pozostało PP
wand
10
Pozostało PM
15
5
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
3
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
20
15
10
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka III — Opieka nad magicznymi stworzeniami
Hodowla magicznych stworzeń
Wiedza i zrozumienie magicznych stworzeń
Tropienie i śledzenie
Ochrona zagrożonych ekosystemów
Ścieżka VI — Nauka
Planowanie i metodologia badań
Ścieżka VIII — Historia i kultura magiczna
Mitologia i folklor
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Zarządzanie finansami
Sztuka negocjacji handlowych
Rozpoznawanie wartości przedmiotów dotyczących profesji postaci
Ścieżka XIV — Odkrywanie świata
Przewodnictwo i przetrwanie w nieznanych terenach
Kontakt z tubylcami i istotami magicznymi
Ścieżka XV — Przetrwanie
Tropienie i śledzenie
Przetrwanie w ekstremalnych warunkach
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
zastraszanie i manipulacja
Ścieżka XVIII — Sport
latanie na miotle
pływanie
walka wręcz
Ścieżka XIX — Technika i rzemiosło
stolarstwo

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-01-2026, 15:20

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Vincent Rineheart

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
30-01-2026, 00:47

Caleb Diggiry

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[06.02.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 [Transmutacja]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.