• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Sowia poczta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 21:53

Sowia Poczta
Naprzeciwko Banku Gringotta znajduje się jedno z najważniejszych miejsc na ulicy Pokątnej - sowia poczta. Dla tych czarodziejów, czarownic i nawet niemagicznych, którzy nie posiadają własnej sowy, a potrzebują wysłać list właśnie przy pomocy sowy, działa sieć sowiej poczty. Inna filia znajduje się chociażby w Hogsmeade. Jest to nieduży budynek z brązowej cegły, zadbany i schludny. Wnętrze jest zdecydowanie większe niż wydaje się patrząc na pocztę z zewnątrz. Każdą ścianę pokrywają żerdzie i klatki, podzielone jednak na sekcje, w zależności od tego jak daleko sowa ma zanieść list bądź paczkę. Do dalekiej podróży potrzebna jest zdecydowanie bardziej wytrzymała sowa bądź inny ptak pocztowy. Sowy są podzielone i na tyle mądre (lub wytresowane), że doskonale wiedzą która żerdź jest im przydzielona. Niektóre są przyjazne, inne dziobią po palcach, gdy próbuje się je pogłaskać, inne żądają przysmaków. Wszystkie cierpliwie jednak czekają na przydzielenie im zadania (chyba, że akurat wyleciały na polowanie).
Na końcu sali znajduje się wysoki blat z kilkoma okienkami, gdzie pracownicy poczty (zazwyczaj zmęczeni życiem i nadmiarem pracy) przyjmują listy do wysłania, odpowiednio stemplują, wybierają właściwą sowę i pobierają opłatę. Wnętrze poczty jest jasne i zadbane, lecz pracownicy nie nadążają czasami ze sprzątaniem nieczystości, zdarza się więc, że petenci wdepną w coś, w co nie powinni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 03:39
8.05

Obudził się wyspany i pełen energii, co wziął za znak, że dziś zdoła załatwić wszystko, co miał na liście rzeczy do zrobienia. Szczególnie tych ważnych, ale niepilnych—one ciągle mu umykały, bo łatwiej było skupić się na tu i teraz, a potem o czwartej w nocy zadręczać wszystkim, co było jeszcze niezrobione. Odkąd wrócił do kraju, źle sypiał. Trochę z powodu zmartwień, a trochę na własne życzenie. Jego tryb życia nie był ostatnio... najzdrowszy, a do Londynu zapuszczał się głównie po alkohol, imprezy, zakłady i zapomnienie. Ostatnie pretensje Darcy trochę otworzyły mu oczy (przynajmniej do czasu, gdy cisza w hodowli znów nie zrobi się przytłaczająca, gdy znów nie zapragnie piwa i gwaru i rozładowania) i postanowił przynajmniej spróbować... trochę się wyciszyć. Dziś przybył tu w interesach.
Dziś będzie odpowiedzialny.
Dziś—a najpóźniej jutro—się zmieni.
W planach miał wizytę w Banku Gringotta by dopytać gobliny o kilka formalności związanych z kredytem i sprawami finansowymi hodowli, ale to zawsze było stresujące, bo bankierzy patrzyli na niego trochę jak na idiotę. Ostatnio co prawda trafił na człowieka (akurat w kwestii zabezpieczenia skrytek), ale tamten pracownik gadał tak dużo i prędko, że Cal i tak niewiele zrozumiał.
Postanowił zacząć dzień na Sowiej Poczcie, naprzeciwko banku. Miał do wysłania list do Amira, swojego przewodnika (kolegi, przyjaciela?) z Algieru. Spędził nad nim kilka dni, dopisując nowe frazy w przerwach między doglądaniem ropuch: czasami prostym angielskim, czasami z wypożyczonym francuskim słownikiem (Cal obawiał się jednak, że z jego prób składania francuskich fraz Amir nic nie zrozumie... i miał rację).
Nie wyśle swojej sowy aż do Algierii, a w Hogsmeade ostatnio zażądali niebotycznej ceny za międzykontynentalną przesyłkę, więc postanowił spróbować szczęścia tutaj.
Na początku szło mu całkiem nieźle. Opłata chyba miała być niższa niż w Hogsmeade, ale najpierw miał wypełnić formularz celny i potem znowu stanąć w kolejce do okienka, by dokończyć formalności i zważyć paczkę Fasolek Bertiego Botta. Chciał je wysłać Amirowi skoro już i tak płacił za list, ale wymagało to dodatkowej papierologii...
I tak na poczcie minęło ponad pół godziny, czego nie przewidział, a jeszcze nawet nie nadał przesyłki. Stał akurat przy niewielkim stole i podpisał się zamaszyście na formularzu, by zgodnie z instrukcjami pracownicy udać się do kolejki (niestety tej dla wszystkich, która zdążyła się powiększyć) i dochodził już do jej końca...
...gdy jakiś typ prawie potrącił go z bara, a potem wślizgnął się przed nieco rozkojarzoną (i dość ładną) dziewczynę przed Calebem.
Cal zmarszczył brwi, a gorąco nagle uderzyło mu do twarzy. Wierzył, że kolejki istniały po to, by ludzie je respektowali (no, poza Afryką Północną, ale to była Wielka Brytania) i nie lubił takiego cwaniactwa i się śpieszył, a ten facet na pewno chciał wykorzystać to, że drobna czarodziejka nie zwróci mu uwagi.
No to się przeliczył.
Takie rzeczy zawsze irytowały Cala, ale dziś poczuł, że mógłby wybuchnąć—i niewiele myśląc samemu przepchnął się przed młodą kobietę, by ciężko położyć dłoń na ramieniu nieznajomego. W Hogsmeade i na szkockiej wsi ludzie przekraczali czyjąś strefę osobistą (gestami, nie wciskaniem się w kolejkę) chętniej niż w Londynie, a w Afryce Cal już w ogóle stracił opory. Szczególnie, gdy chodziło o coś tak ważnego jak ideał respektowania cudzego czasu i niewtryniania się w kolejki.
- Przepraszam -  zaczął uprzejmie, choć jego twarz była posępna. - ale pan tu nie stał!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
09-02-2026, 10:03
Z trudem otwieram zalepione snem oczy i żałuję tego prędzej niż nawet zdążę pomyśleć o tym, że mamy wtorek i że na pewno jestem kurewsko spóźniony. Coś podchodzi mi do gardła, a w ustach Sahara, dopóki nie zestawię stóp z łóżka na podłogę, paskudnie wiruje mi się w głowie. Kiedyś widziałem jak na placu zabaw ojciec kręcił karuzelą z jego małą córeczką, kręcił tak i kręcił, mała darła mordę, żeby przestał, że już wystarczy, a on kręcił dalej. Dzieciak wyleciał z koła i zarył w piach ze dwa metry dalej niesiony siłą odśrodkową, a kiedy wstał, nie trzymał prostej postury i szedł jak koledzy spod sklepu trzysta metrów dalej. Teraz czuję się dokładnie tak - potężnie skacowany i z poprzedniego wieczora pamiętający jedynie śliskie, rybie łuski, macicę perłową i duszące perfumy. Sandy nie ma i chyba się obraziła: śniadanie nie zrobione, pranie nie wyciągnięte, śmieci nie wyniesione; marszczę brwi, oczywiście, wszystko na mojej głowie, a bywałem w lepszej formie i nadal bez ochoty do zajęcia się domowymi obowiązkami.
Zaczynam powoli, bez stresu i ładuję się do wanny. Napuszczam ją sobie po brzegi i włażę do ciepłej wody z puszką zimnego piwa - tak zwany klin. Dla hecy wrzucam do środka żółtą gumową kaczkę, która dryfuje sobie w zamkniętym zbiorniku i dla mojej rozrywki nurkuje między moim nogami. Łazienka paruje, ja masuję sobie skronie i powoli docierają do mnie inne bodźce poza tymi dotyczącymi osłabionego chorobą (kac to choroba) ciała. Lagerek robi mi dobrze, złote bąbelki kopią przyjemnie, a że nikogo nie ma na chacie, to bekam głośno i soczyście - sąsiedzi pomyślą, że gdzieś strzeliła rura. Toaleta przed lustrem kończy się kilkoma zacięciami, parę kropel krwi i głośnych kurew później naciągam skarpety na chude łydki i poprawiam pasek w szerokich sztruksowych spodniach. Spodnie są zielone, a do środka wciągam kremową koszulę, oczywiście z długimi rękawami i falbaniastym przodem. To jedna z tych elegantszych i mniej wygodnych - więc na pocieszenie rozpinam parę guzików. Przypadkowi gapie, którzy wychylą się za klapy brązowej marynarki dojrzą chyboczący na piersi krzyżyk (tylko dla ozdoby) i wyeksponowane włosy na klacie. Psikam się jeszcze codziennym czerwonym old spice’em, który jako-tako niweluje ciągnącą się za mną woń wczorajszej balangi, wyglądam lepiej niż się czuję, a lista rzeczy do zrobienia na dziś jest długa. To odkładam na później, tamtym zajmie się Sandy, tego to w sumie nie opłaca się tykać. Odhaczając w myślach obowiązki konieczne rozumuję, że nadanie paczki to jedyna sprawa, która wykurzy mnie z domu. I im szybciej się tym zajmę, tym szybciej powrócę na litościwe domowe łono, na kanapę, na której wyciągnę giry i odpalę telewizor, licząc na powtórkę meczu albo jakiś niskobudżetowy western, w którym główny bohater zdekapituje całe plemię Indian albo wykolei cały pociąg, żeby uratować swojego psa. Taki finał spodobałby się Sandy - pod warunkiem, że nie pokazywaliby jadących w pasażerskim zarumienionych dzieci z blond kędziorkami.
Doczołguję się na Pokątną.
Jakoś.
Na widok kolejki w Sowiej Poczcie mielę tylko przekleństwo między zębami - no tak, tylko dwa okienka czynne, a petenci stoją w wężyku aż do drzwi. Zbiór pocztowych odgłosów zaczyna się zbierać jak przylegające do siebie kosmiczne śmieci. TUDUM, TUDUM, TUDUM, kobieta w białej koszuli ze sztywnym kołnierzykiem rusza ręką, jakby komuś trzepała i pewnie wolałaby to robić - zamiast tego przybija stemple, aprobując przesyłki zagraniczne. Sowy pohukują raz za razem, a jakiś sześciolatek beczy, bo ruda płomykówka dziobnęła go w palec. Starsza pani w fioletowym berecie poucza swojego dorosłego syna, że kiedy się wchodzi, mówi się dzień dobry, a ta pizda przytakuje, bo nie ma innego wyjścia - obstawiam, że wciąż zajmuje swój dziecięcy pokój i ma tam łóżko z pościelą z ulubioną drużyną quidditcha i nigdy nie zaprasza dziewczyn. Powolutku, powolutku zaczynam mieć tego wszystkiego serdecznie dość: kakofonia odgłosów robi się nie do zniesienia; zgrabnie manewruję między ludźmi i korzystając z zamieszania - jedna z pań z okienka wyszła zaprezentować rozmiary kopert i została obskoczona przez zniecierpliwioną gawiedź, chyba żądną krwi. Zgrabnie manewruję więc, przeciskam się i na pewniaka awansuję na trzecie miejsce w kolejce tuż przed krótko ściętą brunetką (durny pomysł, pozwolić kobietom nosić takie włosy) i dryblasem o niezbyt lotnym wyrazie twarzy. Długo zadowolony jednak nie pobędę, bo oto chłopaczek poczuwa się za bardzo.
– No i gdzie z łapami, co? – odpowiadam opryskliwie, otrząsając się jak kundel po kąpieli w kałuży. – Właśnie, że tu stałem. Cały czas. Wyszedłem tylko na chwilę, żeby zobaczyć te kolekcjonerskie znaczki z Lolkiem – pokazuję palcem na wystawkę niedaleko, opiewającą przyjście na świat małego jednorożca w Magicznym Ogrodzie Zoologicznym. – Pani może potwierdzić – dodaję bezczelnie, spoglądając na czarnulkę, która wygląda, jakby jedyne, na co miała ochotę, to golnąć sobie szota ognistej. – Trochę szacunku do starszych, synku.

| sprawdzam, po czyjej stronie będzie miła pani
k1 - przyzna, że Daniel się wepchnął, podziękuje Calebowi i... chyba jest nim zainteresowana?
k2 - okazuje się, że pani jest niema, więc zaczyna migać, ale nikt nic nie rozumie, Caleb myśli, że jest na niego wkurzona
k3 - przytakuje Danielowi  i zaczyna opowiadać o małym Lolku - okazuje się, że pracuje w zoo
1x k3 (akcja-reakcja):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 20:21
Nieznajomy nie zareagował... uprzejmie. Caleb już miał ochotę się cofnąć, ale w zamian zacisnął mocniej szczękę i odruchowo zacisnął mocniej palce na ramieniu otrząsającego się faceta. Dopiero teraz zobaczył go od przodu: dziwną koszulę, niechlujnie i wulgarnie rozpiętą; jakiś abstrakcyjny wisiorek i zbyt kolorowe spodnie. To chyba nawet nie była moda wielkomiejska, a Cal poczuł się trochę skonfundowany, bo od czasu zerwania relacji z wujem Albertem nie miał do czynienia z nikim ekscentrycznym, ale przed oczyma stanęła mu kwota jakiej zażądali w Hogsmeade za ten list (i to bez paczki Fasolek).
- Właśnie, że nie. Przecież widziałem. - uparł się i zerknął na kobietę jakby w poszukiwaniu wsparcia, przecież jej czas nieznajomy też zmarnował. Ona jednak zawiesiła spojrzenie na Danielu, a potem na wystawce, a potem przytaknęła z entuzjazmem. Cal otworzył szerzej oczy, zdradzony i skonfundowany. Czy to jakiś dziwny flirt? Jednym uchem słuchał, jak brunetka roztkwila się nad Lolkiem. Jednym uchem, więc drugim uchem nie usłyszał, że czarownica pracuje w ZOO.
- Kolejka to kolejka, wepchnął się pan przed panią i przede mnie. - uparł się. - I przed wszystkich! - co jej dawało prawo do wpuszczania przed siebie tego typa? Może dla niej to żaden problem, ale dla wszystkich innych już tak. To niesprawiedliwe. I zasłanianie się jednorożcami też było niesprawiedliwe. Przed laty Caleb poczułby się trochę przytłoczony zarówno konfrontacją, jak i byciem przegłosowanym w tej konfrontacji (nawet teraz liczył po cichu, że ktoś z tyłu się za nim wstawi, ale słyszał tylko wymowne milczenie; ludzie to tchórze i dlatego rewolucje są tak rzadkie, mówił mu Amir, tylko inną gramatyką).
- I młody jednorożec tego nie usprawiedliwia. Właściwie, trzymania ich w ZOO też nic nie usprawiedliwia, to okrutne. - nadął się z całą hipokryzją hodowcy ropuch, ale hej, on prowadził specjalistyczną hodowlę i nie pokazywałby ropuch w klatkach ku uciesze gawiedzi. Kiedyś rodzice wzięli ich do ZOO, Felix się śmiał, a Cal się popłakał. Zderzenie tego wspomnienia z lekceważącym synku podziałało na niego jak płachta na byka.
- I nie jestem pana synkiem! Proszę się do mnie zwracać per pan, wiek nie zwalnia z równości. Albo przejdźmy na ty, co? Zaproponowałbym, żeby z boku, ale powinieneś wrócić na koniec kolejki. - warknął, uparcie nie ściągając dłoni z ramienia nieznajomego. Wyprostował się za to, żeby wyglądać.... godniej i zabrzmieć bardziej... przekonująco. Nagle ta kolejka stała się sprawą honoru i symbolem wszystkiego, co było nie tak z tym światem: od pasywnych kobiet i uwięzionych jednorożców, po nieodpowiedzialnych bawidamków i zdradzieckich braci.
1x k100 (zastraszanie! +10):
44
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
10-02-2026, 08:24
Jak trudne może być nadanie jednej paczki obwarowanej obowiązkiem celnym?
Poradziłby sobie z tym odpowiednio poinstruowany gnom ogrodowy - wystarczyłoby takiemu ziemniaczanemu delikwentowi przytroczyć liścik z instrukcją dla panienki z okienka. I może następnym razem tak właśnie zrobię: zaprzęgnę byle kogo do wykonania za mnie czynności dla idiotów, skoro są z tym same problemy.
Slalom między klientami wykonuję wprawnie, to są lata potrąconych barków, miesiące przepychania się na początek kolejki podczas spotkań autorskich z pisarzami, by później opylić taką książkę z autografem za dziesięć razy tyle, ile wynosi okładkowa cena. Kiedyś czas był wszystkim, co miałem, a i tak nie znosiłem go marnować.
Żaden smarkacz mnie tego nie oduczy.
Mierzę chłopaczka nieprzychylnym spojrzeniem, trochę dłużej zatrzymując się na jego buźce: uszy z powodzeniem mogłyby służyć za wieszaki na ciężkie, zimowe kurtki; pula genetyczna wyrównała mu za rozciągnięte ciało - wyższy jest właściwie od każdego jednego w kolejce.
– No to musiało ci się coś przewidzieć, synku – odpowiadam, znudzony, z zamiarem odwrócenia się plecami i nieuczestniczenia więcej w dyskusji. Jeśli chłopaczyna ma takie ambicje, proszę niech konwersuje ze ścianą. Ją przekona łatwiej niż mnie, mur-beton. Szczególnie, że czarnulka dość nieoczekiwanie potwierdza moją wersję wydarzeń i zaczyna nawijać o Lolku: dowiadujemy się, że jego rodzice (Eugeniusz i Felicja) bardzo długo starali się o potomstwo. Oboje zostali wyratowani z rąk nielegalnych handlarzy - chcieli wypuścić je na wolność, ale kompletnie nie potrafiły zaadaptować się do stada w Zakazanym Lesie.
– Może akurat kichnąłeś i zamknąłeś oczy. Nie róbmy tu awantury, co? Miła pani ci przecież powiedziała – odpowiadam zmęczonym tonem, bo w im wyższe rejestry trafia głos praworządnej cipy, tym bardziej boli mnie skacowany łeb.
– Słyszałeś, co mówiła pani - przepraszam, nie znam pani nazwiska - ah, pani Campbell – gdybym sam szukał partnerki do rozrodu, miałbym jedną na liście, podanie nazwiska tutaj, to jak zdobycie mugolskiego numeru telefonu. Oczywiście nic takiego mnie nie interesuje, jednakowoż ego jest połechtane gdzie trzeba. – Lolek będzie poddany próbie adaptacji. Rozumiesz, synku, że niektóre stworzenia nie nadają się do życia na wolności? – na przykład uprzykrzeni obrońcy honoru, ginący gatunek rycerski, chłopaki walczące z wiatrakami, zamiast po męsku zacisnąć zęby i pod ten wiatr iść.
– Czy ty chcesz się ze mną bić, synku? – a niech mnie, ale się porobiło. – Proszę, proszę, tego się nie spodziewałem – plotę, oceniając jednocześnie swoje szanse w ewentualnym fizycznym starciu z młodszym, wyższym i nie-będącym-po-całonocnym-chlańsku chłystkiem. – Zabierz rękę – rozkazuję, nieznoszącym sprzeciwu tonem, tym samym, którym mówię do ziutków rozwożących mój stuff albo w łóżku do Sandy. – I jeśli ochota ci nie przejdzie, porozmawiamy sobie za chwilę. Chyba nie chcesz stresować dobrych ludzi? – wskazuję na ogonek za nami. Zabawne; każdy z pocztowych petentów chciwie łowi tę naszą wymianę zdań, to nieporozumienie, ale nagle: wszyscy zajęci są swoimi sprawami. Dzieciak dłubie w nosie, pani domu przegląda książki kucharskie na wystawie, a pan starszy porównuje dwa kolory atramentu. I tak go nie kupi - tańszy tusz znajdzie dokładnie dwa numery dalej, w papierniczym. – Moja kolej – uśmiecham się, kiedy z okienka dochodzi głośne “następny”. – Muszę nadać przesyłkę zagraniczną, ale mam też do odebrania paczkę. Na nazwisko Daniel Dodge – mówię, przeszukując kieszenie marynarki w poszukiwaniu kwitu. – Ahh, tu jest – mruczę zadowolony, wyciągając go w końcu z tylnej kieszeni spodni. Rycerzyk? Albo ostrzy swój miecz albo właśnie przypomniał sobie o jakiejś czekającej na niego damie w opałach. Dla jego własnego dobra...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
11-02-2026, 04:09
Jak drogie może być nadanie jednej paczki obłożonej obowiązkiem celnym?
Roztrząsałby to spokojnie w tej kolejce, gdyby nie ten bezczelny facet. Przez jego wcięcie się w ustalony porządek, Cal miał jedynie czas na gorzkie pomyślenie o kilku podstawowych kwestiach. Że w Hogsmeade było drogo, ale byłoby sympatyczniej i szybciej, bo wszyscy w wiosce go znali i on znał wszystkich i ten porządek społeczny nie pozwalał na tak aspołeczne zachowania jak opryskliwość kasjerek czy omijanie kolejek. Że wartość towaru zmieniała się w zależności od popytu i zażądanie dodatkowego galeona za dystans Szkocja-Londyn-Algier było czystym złodziejstwem w porównaniu z ceną, jaką usłyszał tutaj. Że płacił za tego galeona swoim własnym czasem, walutą, której nikt zdawał się nie dostrzegać—i to właśnie ta ślepota przyczyniała się do ucisku mas pracujących. A ten nieznajomy typ—chyba nie burżuj, choć był dziwnie ubrany—okradał właśnie z tego czasu i Caleba i nieświadomą własnego losu czarownicę.
- Nic mi się nie przewidziało ani nie kichnąłem. - uparł się, nawet stojąc na gorszej (bo niepopartej świadectwem towarzyszki niedoli) pozycji. Przez całe życie schodził wszystkim z drogi, tłumiąc własny upór i przekonanie o niesprawiedliwości i sprawiedliwy gniew. Dość tego, przez całe życie był tchórzem albo frajerem i potem deptali po nim tacy ludzie jak Felix i jak wujek. Złość buzowała w nim teraz jak burza, uniemożliwiając mu nawet trzeźwe spojrzenie na sytuację jednorożców, a raczej na sytuacje zoo. Może faktycznie ludzie w zoo nie byli tacy źli, choć zdaniem Cala istniały inne metody pomocy niż pokazywanie tych płochliwych istot gawiedzi (a zoo musiało tworzyć ten spektakl, bo było uzależnione od bezlitosnego kapitalizmu), ale ludzie ogółem...
- O nie, nie słuchał pan? To nie tak, że jego rodzice nie nadawali się do życia na wolności, to ludzie im to uczynili. Plugawi przemytnicy. - warknął ze szczerą pogardą dla przemytników, kłusowników i handlarzy nielegalnym towarem. Poszukał wzrokiem pani Campbell, jakby szukając u niej poparcia, ale ona... właśnie ich wyminęła by spokojnie i dość błyskawicznie nadać swój list. Gdzie dwóch się sprzecza, tam trzecia korzysta, zareklamowawszy przy okazji własne nazwisko oraz londyńskie zoo.
Cal nie zamierzał jednak odpuścić i przez chwilę gotw był autentycznie zawalczyć o swój czas. Coś w autorytarnym tonie nieznajomego zbiło go jednak z tropu, coś kazało mu zwolnić lekko uścisk ręki—aż samemu się zdziwił, bo przecież był dorosły i nie powinien reagować jak upomniane dziecko. Ostatecznie przekonał go jednak argument typa. Może faktycznie nie ma co robić sceny przy wszystkich...
- Może chcę. - powiedział, ale bez przekonania.
Zawahał się, a facet to wahanie wykorzystał. Wolne ramię i sekunda nieuwagi—tyle potrzebował, by pognać do okienka. Cal zaklął pod nosem na własną naiwność (a potem obejrzał się ze wstydem, słysząc prychnięcie oburzonej matki z dzieckiem—chyba w gwałtownym tempie tracił poparcie w tej kolejce, poparcie, którego nigdy nie miał), a potem zacisnął ze złością usta i demonstracyjnie stanął tuż za arogantem. Nie będzie robił sceny przy okienku (przez chwilę korciło go doniesienie pracownicy, że ten pan się wrył, ale coś w jej znudzonym spojrzeniu go powstrzymało), ale niech typ czuje jego oddech na karku, dosłownie i metaforycznie. Gotów był chyba odpuścić i załatwić swoją sprawę po nim, ale dopiero po tym ostatnim popisie męskości. Ciekawe, co w ogóle koleś chciał załatwić i co było niby ważniejsze od interesów całej reszty kolejki. Podsłuchiwał z zamiarem ustalenia tego faktu i nie musząc się specjalnie wysilać, aż...
...najpierw pomyślał, że się przesłyszał. Sylaby zgrzytnęły szorstkim akcentem, zupełnie innym niż w wyobraźni Cala, w której Daniel Dodge brzmiało bardziej elegancko. Zamrugał i cofnął się o krok, prawie wpadając na matkę z dzieckiem. Zapomniał ich przeprosić, bo oto nazwisko rozbrzmiało ponownie, "proszę tutaj podpisać, panie Dodge".
Cal, blady jak ściana, postąpił o krok w bok, rezygnując tym samym z miejsca w kolejce. Zrobił tym samym to samo, co zaproponował mu D o d g e i o czym już nie pamiętał, bo sprawa kolejki i groźby bicia się zeszły na dalszy plan: z zaciśniętymi pięściami (by ukryć drżenie rąk) zastąpił mu drogę.
Zmierzył Daniela Dodge (czy istniała szansa, że to ktoś inny, że pokwitowanie podpisał za niego znajomy?) niedowierzającym spojrzeniem, które na dłużej zatrzymało się na postępującej linii łysienia. Półświadomie pomyślał, że powinien kupić ten nowy cudowny szampon Pottera by przynajmniej spróbować uniknąć tego strasznego losu. Tylko jak ukryje zakup przed Darcy?
- Dodge? Pan jest Daniel Dodge? - uslyszał własny, głuchy głos. Jednak pan, nie ty. Musiał wyglądać osobliwie: blady, ze spiętymi mięśniami, świdrujący Daniela rozgorączkowanym spojrzeniem bagnistozielonych oczu. Tak przenikliwie, jakby był co najmniej wysłannikiem Pinkertona ścigającym Dodge’a z innego kontynentu. Tylko akcent się nie zgadzał. - Czy… - mówił, zanim przemyślał co powie. Wyobrażał sobie to spotkanie setki razy, ale zupełnie inaczej. Wyobrażał sobie, co będzie wtedy czuł, ale w tych wizjach nie było tak bezkresnego niedowierzania i dziwnej pustki i zażenowania rozchełstaną koszulą i wciąż iskrzącej w nim irytacji, bo nawet Danielowi Dodge nie umiał wybaczyć tej kolejki. -…pan wie kim ja jestem? - dlaczego tak uparcie nazywał go synkiem? - Diggory, Caleb Diggory. - wypalił, bo naiwnie zakładał, że może Daniel Dodge znał Diggorych i rywalizował z ojczymem o matkę czy coś. Albo że razem z Geraldine wybierali jego imię, że może nawet to on je wybrał.
Że był dla niego kimś, przynajmniej przez chwilę. A jeśli nie kimś, to przynajmniej imieniem, nadzieją, możliwością.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
11-02-2026, 09:11
Pierwsze wrażenie może być mylące. Przykład pierwszy z brzegu: ja.
Dam sobie uciąć prawą rękę (po pierwsze, tak pewny jestem swego, po drugie, przejawiam patologiczną skłonność do hazardu), że nie bije ode mnie aura kogoś, kto ładnie pakuje prezenty. Przeciwnie - wyglądam jak ktoś, kto przegrywa w starciu z szybkoschnącym klejem na gorąco, taśmą klejącą i ozdobnym papierem. Wyglądam, jakby każda paczka ode mnie przychodziła z pogiętymi rogami opakowana w brązowy, śniadaniowy papier i czarny worek na śmieci. I co? I to, że takie osądzanie po okładce jest bardzo, ale to bardzo niesprawiedliwe. Bolesne wręcz.
Otóż ze względu na rzemiosło, którym param się od… dawna, zdaję sobie sprawę lepiej niż dwudziestolatka zatrudniona na zlecenie do jednoosobowego działu “marketing” w kawiarence Pączuś i Kawusia, że ładne opakowanie się liczy. Że literki powinny być nie tylko czytelne, ale też schludne - możliwie jak najbardziej bezosobowe, równiutkie, jakby każda z nich wyszła co najmniej z prasy drukarskiej. Że kartoniki muszą być czyste, papier nigdy nieużywany, bez śladów załamań, tak łatwo odznaczających się na tym o małej gramaturze. Na poczcie odnajduję się więc doskonale - nigdy nie miewam problemów z cofniętą wypisaną deklaracją dotyczącą wagi, odpowiednim zabezpieczeniem paczki (cała jedna kuchenna szuflada jest wypełniona folią bąbelkową i czarnym streczem) ani tym bardziej z dogadaniem się z opornymi, sztywnymi babami w okienkach. Ujmuję je za serce tym, że znam wymiary kopert, pamiętam, ile płaci się za przesyłkę o wymiarach niestandardowych , która musi być niesiona przez więcej niż jedną sowę i nigdy, ale to nigdy nie próbuję ich poganiać. Wpierdolić się w kolejkę: chleb powszedni. Powiedzieć Pocztowej Przewodnice, żeby się pośpieszyła? Ajć, ajć, ajć - komuś tu chyba życie niemiłe. A już na pewno komuś nie zależy, by paczka bezpiecznie odnalazła drogę do rąk adresata. Będąc biegłym w niepisanych pocztowych zasadach, czuję się na wygranej pozycji; szczególnie że do pionu usiłuje postawić mnie chłopaczek ewidentnie nietutejszy. Próbuje jeszcze dyskutować: bla-bla-bla, podnosi tę rękawicę i wypina dupala, czekając na moje kopnięcie. Chcę go zignorować - bo już prawie moja kolej, platynowa blondynka pyta o godność, wyczytuję to z ruchu jej warg, ale ten nagle zmienia temat i zaczyna o tym nieszczęsnym jednorożcu.
– Nie no, oczywiście, synku, święta prawda. Powinieneś wziąć ulotkę. Tam masz wszystko napisane, że jeśli chcesz wspomóc walkę z nielegalnym handlem magicznymi stworzeniami, możesz przekazać donację na rzecz Fundacji Piórka Pegaza – sugeruję mu, posiłkując się reklamą na papierowym standzie Zoo. Też coś, obrońca uciśnionych się znalazł, co jeszcze - zaraz mi powie o równych prawach dla skrzatów domowych albo okaże się, że jest aktywistą agitującym za posiadaniem różdżek przez gobliny.
– Dobrze. Poczekaj tam na końcu i zaraz to załatwimy. Nie ma co niepokoić państwa. Zdaje się, że tylko ty jeden masz problem – wzruszam ramionami, chamsko typując go jako winowajcę wszczynającego burdę. Chłopaczyna dostaje w prezencie jeszcze parę chwil na zastanowienie się nad swoim zachowaniem, ale coś już zaczyna się dziać w jego głowie: luzuje uchwyt, wobec czego spokojnie zajmuję się załatwianiem swoich spraw w okienku u miłej pani, absolutnie niezainteresowanej właściwą kolejnością. I tak będzie tu siedzieć pewnie do czternastej, biedna, kibluje na zmianie z koleżanką, której ewidentnie nie lubi (do drugiego okienka ogonek jest zdecydowanie krótszy, klienci poczty też wiedzą, co jest pięć), a nie płacą jej na tyle, by brała na swe barki trzymanie porządku w urzędzie. Nie szarpnęli się na ochronę - to mają. Polegać na ludzkiej przyzwoitości, też coś.
Nazwisko, podpis, jeden, drugi, prośba o śledzenie paczki, kolejny podpis, informacja o trzech syklach za dodatkową usługę - składam na druczku zamaszysty podpis, odbieram paczkę - Sandy zamawia tyle szajsu, że nie mam zielonego pojęcia, co to tym razem - a kiedy się odwracam, prawie zderzam się klatą z walecznym kogucikiem, który co prawda postąpił zgodnie z sugestią i zsunął się na bok, ale… czekał. Czekał i był jakiś dziwny: blady jak plastelina, roztrzęsiony i gapiący się na mnie zbyt intensywnie, by to uznać za przypadek lub efekt wypicia zbyt mocnej herbaty.
– We własnej osobie. I? – czy to coś zmienia? Zmieniło, i to jeszcze jak: dzieciuch łapie powietrze jak ryba wyciągnięta na brzeg, jak rekordowy szczupak, którego rybak nie ma najmniejszego zamiaru wrzucić z powrotem do jeziora tylko patrzy jak zdycha w męczarniach. Wypierać się nie ma sensu, pani z okienka trzy razy powtórzyła moje nazwisko, a skoro wypierał się kichnięcia, problemów ze słuchem też nie przełknie lekko. – A powinienem? – unoszę brew, lustrując młodziana od stóp do głów, od bladej twarzy po ubłocone robocze buciory. Może sprzedałem kiedyś kryształ jego młodszej siostrze a ona przedawkowała. Może straciłem pieniądze jego ojca, które były przeznaczone dla niego na studia. Może ruchałem jego matkę. – Nie mam czasu na bzdury synku, więc do brzegu. Albo zejdź mi z drogi – to mówiąc, zaczynam iść w stronę wyjścia. Będzie mnie gonić? A to ci dopiero!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
11-02-2026, 15:50
- Koszt tej ulotki był większy niż części paszy dla jednorożców! O pensji prezesa nie wspominając... - zapowietrzył się Cal, bo choć nie wnikał jeszcze w tą fundację to w Afryce nabrał pewnej nieufności do prywatnych osób, ktore chciały zbawić świat i anihilować problem głodu i przenieść cenne artefakty do bezpieczniejszego British Museum. Amir mówił o tym wszystkim z taką goryczą i pasją, że Calowi naprawdę wstyd się zrobiło, że jest Anglikiem. Wyobraził sobie, jak jakiś błękitnokrwisty czarodziej zakłada fundację dla jednorożców i pompuje datki w swoją willę i zacisnął mocniej pięści. Niedoczekanie. - A płacenie, by uśpić swoje sumienie jest leniwe. - burknął jeszcze, bo gdyby chciał zbawiać jednorożce to ruszyłby patrolować Zakazany Las, z różdżką u boku i gotowością do obywatelskiej interwencji w sprawie przemytników.
Ale tego nie zrobi, bo był odpowiedzialny za babcię i za Darcy i za ropuchy.  Ropucha Lestrange była ostatnio jakaś marudna, pewnie przez to, że naprawił płot przy lesie.
No tak, to też był problem. Ostatnio bał się nawet lasu przy domu, a co dopiero Zakazanego. Prawie umarł w tym lesie aż trzy lata temu, naprawdę powinno mu już przejść.
- Dobrze. - odwarknął z naciskiem, gdy koleś wskazał mu miejsce do czekania. Co prawda odpuścił i co prawda zaczął się trochę wahać, ale mógł chociaż powiedzieć dobrze i lekko typa nastraszyć, chociaż to jakoś nie działało. Po chwili wpatrywał się już ze złością w plecy mężczyzny, który przeszedł po zgiętych karkach ludzi stojących kornie w kolejce aby egoistycznie oszczędzić trochę czasu. Złodziej (czasu) i arogant i... Daniel Dodge.
Może to nie on. Może to nie on. Czekał w umówionym miejscu, nerwowo obracając w dłoniach własną paczkę—pomiętą i krzywo sklejoną, z fasolkami Bertiego Botta dopakowanymi w ostatniej chwili i z zabrudzonymi rogami. Zapomniał już jednak o tej paczce, służyła mu tylko do zajęcia rąk. Wpatrywał się jak w ducha w mężczyznę, który właśnie potwierdził, że jest Danielem Dodge. Nawet wiek się zgadzał. Cal przełknął nerwowo śilnę, nie odrywając od mężczyzny wzroku. Mózg potrzebował jednak jeszcze kilku sekund, by przyswoić tą informację: to był Daniel Dodge, we własnej osobie. Człowiek z listów i z gniewnych słów matki i z marzeń, które teraz wydawały się napompowane i złudne.
A powinienem? - dwa słowa i to już jasne, Daniel Dodge nie kojarzył albo nie chciał kojarzyć ani Diggorych ani jego imienia. Przez twarz Caleba przemknął krótki grymas, a na blade policzki wkradły się rumieńce. Nie, może nie powinien. I może on też nie powinien gonić za duchami, ojczym był przecież dla niego... okej ojcem. Nie dobrym, nie złym, po prostu okej. Inni nie mają w życiu nawet tego.
No i ojczym nie wciskał się w kolejki.
Nie mówił też do niego synku, nigdy. Ani szczerze ani kpiąco.
Otworzył usta, ale zaraz potem je zamknął, coraz bardziej przygaszony po każdym ze szczekliwych słów Daniela Dodge.
To nie ma sensu, to w gruncie rzeczy obcy człowiek. I może ta łysina o niczym nie świadczy.
Nie będzie ścigał wyobrażenia - zawziął się, honorowo. Nie potrzebował przecież... potrzebował tylko wiedzieć, no i wiedział. Nie powinno go to obchodzić.
(Bardzo nie chciał usłyszeć, że jest bzdurą.)
W milczeniu odsunął się o krok w bok, ale gdy tylko Daniel go wyminął, zmienił zdanie. To ostatnia... jedyna... okazja... tylko właściwie na co?
- Proszę poczekać! - znowu zastąpił Dodge'owi drogę, bo był szybszy i zdeterminowany. Wyrzucił z siebie tą prośbę i prędki oddech, ale nie miał pojęcia co właściwie mu powiedzieć i pod ostrzałem niecierpliwego spojrzenia poczuł... presję.
- Upuścił pan sykla, przed okienkiem. - wypalił pierwsze, co mu przyszło do głowy. Poczuł się tak głupio, słysząc własne słowa, że aż sięgnął do kieszeni i znalazł kilka luźnych monet. Jedną, większą, wyciągnął i podał Danielowi na otwartej ręce. - Może nie trzeba było się tak spieszyć. - dodał dla uwiarygodnienia tego kłamstwa, albo może po prostu złośliwie, albo właściwie nie wiedział, co mówi, bo wcale nie przestawał: - I w sumie to ciekawe z tymi jednorożcami, osobiście nie jestem fanem, ale na pewno dzieciom bardzo spodoba się Lolek, wziął już pan tam swoje dzieci? Jeśli - pan je ma? - wyrzucił z siebie słowotok. Miał je—dzieci? Rodzinę? Kogoś, o kim, kurwa, pamiętał?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
12-02-2026, 08:55
Zerkam tylko na typa - leniwie i oceniająco, życząc sobie, żeby nie wycierał sobie mną gęby, nie ścierał zgrzytających ząbków (na pewno ma bruksizm) i po prostu się zamknął. Nie mówię jednak nic, łaskawie zezwalając na słowotok, samemu w tym czasie rozwiązując sprawy urzędowe. W tym okienku wskazana waga, tu krzyżyk, jeśli potrzebuję śledzić położenie przesyłki w czasie rzeczywistym, tu pensja prezesa rodzinnej fundacji, szlag, muszę wszystko wypełniać od nowa. Być może to nie dość podzielna uwaga, być może chłoptaś ma wyjątkowo donośny głos, być może, być może - No, no, no – uspokajam narwańca, bo zaraz mi się tu zagotuje - w Czarownicy raz po raz piszą o ugotowanych żywcem z tych emocji, jak żaby niewyczuwające zagrożenia. W dziewięciu przypadkach na dziesięć są to kobiety, no pewnie że tak, dużo bardziej skłonne do dramatyzowania, ale takie moje szczęście, że nadziewam się na rodzynki i wyjątki.  – Kolportaż tego, synku, to groszowe sprawy, a reklama, widzisz, bez niej nikt by się nie dowiedział o – sam muszę poczęstować się ulotką, żeby doczytać manifest o odbijaniu dorosłych osobników z rąk kłusowników – o tym, że populacja jednorożców w Anglii co roku zmniejsza się o 172 osobniki w wyniku działań zorganizowanych grup przestępczych – przebiegam wzrokiem po tekście, który wygląda, jakby składał go sześciolatek - tu literówka, tam brak przecinka, efekt wolontariatu, ale ja jako szefuńcio bym na to nie pozwolił. Płacę, wymagam, nie płacę - również wymagam, praca to praca (na mnie), nawet za darmo. – Lepszy rydz niż nic, synku. Jak chcesz pomóc, zawsze możesz się zgłosić do czyszczenia im kopyt – pukam palcem w apel wydrukowany czerwonymi literami: SZUKAMY OCHOTNIKÓW DO PIELĘGNACJI ODRATOWANYCH STWORZEŃ. Dwa lata z Sandy przyzwyczaiły mnie do tego, że moje słowo musi być ostatnie - a to, że czasami zgadzam się z nią, o niczym, zupełnie o niczym nie świadczy. Jak opowiem jej tę historię z okienka, pewnie uśmieje się do rozpuku, bo na poczcie jeszcze nie zdarzyło mi się napierdalać. Wracałem z podbitym okiem z barów, klubów, czasem też z restauracji i raz z mięsnego, ale Anglicy oczekujący na wysłanie listu, nawet jeśli wewnętrznie się niecierpliwią, są wzorem flegmatyczności rodem z kawałów zamieszczanych w kolorowej mugolskiej prasie. Ten tu - to ewenement.
I zaczyna mnie nie tyle ciekawić, ile napawać zwiększającą się niechęcią. Ja, balon z helem pompowany do oporu, tylko czekać aż pęknie i okaże się, co naprawdę mam w środku. Sam chłoptaś, lata mi i powiewa, lecz on wie coś, czego ja nie wiem. Sruuuu, cała pozycja tego, który rządzi i dzieli przestaje istnieć, nawet, jeśli na pewniaka sięgam po lśniącego sykla na jego dłoni. Z mojej kieszeni nic nie wypadło. Ja to wiem. On też to wie. Więc: po co? Poklepuję się po kieszeniach, odstawiam aktorksą scenkę, tak, by Sandy była ze mnie dumna, zanim ostatecznie anektuję monetę. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale sprawdzę ją później albo - wydam jak najszybciej, rozmienię, przerzucając problem z przeklętym srebrem na kolejną osobę w łańcuszku.
– A ty co za jeden, opieka społeczna cię nasłała, czy spis ludności prowadzisz? – odpowiadam gburowato, nie mogąc pozbyć się bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnego uczucia, które doczepiło mi się lepko do tyłu głowy i zasysa część należnego mi powietrza. – Dbam o swoje, nie bój żaby – mógłbym mu powiedzieć, że się staraMY, zrobić to tak, żeby wszyscy usłyszeli, że ja i Sandy to robimy, pokazać zdjęcie, które trzymam w portfelu, ale w typku jest coś śliskiego - coś, co każe mi uważać na to, co mówię, bo będzie źle. – To wszystko, panie Diggory? – chyba spakuję plecak ucieczkowy albo skrzyknę bandę, na wypadek, gdyby ktoś mnie szukał. Za co? Rachunek sumienia nie pomoże, wiele nierozwiązanych spraw, niespłaconych pożyczek, wybitych zębów, postrzelonych goleni ciągnie się za mną jak smród po gaciach. Kończę z tym, przysięgam, że kończę: w końcu nie jestem już tylko ja, ale szlag by to, bo przeszłość złapie mnie nawet na pieprzonej poczcie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:08 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.