• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Skellig Michael
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-09-2025, 12:33

Skellig Michael
Daleko od stałego lądu, w sercu Atlantyku, wyrasta stroma, skalista wyspa Skellig Michael – ostre iglice kamienia, na których od setek lat stoją kamienne chaty mnichów. Droga na szczyt to wąskie, wykute w skale stopnie, gdzie każdy krok stawia się nad przepaścią. Tutaj morze jest zawsze głośne, a wiatr wyrywa słowa z ust. Tysiące maskonurów i mew krążą nad wyspą, ich krzyk miesza się z hukiem fal. Mówi się, że ci, którzy spędzili noc w klasztorze na Skellig Michael, wracają inni, jakby ocean zabrał im coś, czego nie byli świadomi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
26-09-2025, 11:04
15 kwietnia '62

Każdy poszukiwacz miał w swojej historii własny złoty graal, przedmiot, który istniał na granicy obsesji i marzenia, który potrafił nawiedzać w snach i wracać uparcie w najmniej spodziewanych chwilach. Dla Lucindy takim graalem był Clach na Naoi Guthanna - kamień dziewięciu głosów. Sama nazwa niosła w sobie ciężar zapomnianego języka, którego nikt na Wyspach już nie używał, jakby wraz z nim przepadła cała legenda. Ślady, które udawało jej się odnaleźć, były skąpe, pourywane. Zapiski w manuskryptach ginęły nagle, jakby ktoś celowo je wymazywał. Wspomnienia starszych czarodziejów przypominały raczej echo niż prawdziwą historię. Lata spędzone na poszukiwaniach nie zbliżyły jej ani o krok do prawdy, a jednak nie potrafiła się poddać. Było w tym coś więcej niż zwykła ciekawość. Legenda mówiła, że kamień nosi w sobie dziewięć głosów. Jedni twierdzili, że odpowiadają na każde pytanie, inni, że prowadzą do obłędu, mnożąc wątpliwości zamiast je rozwiewać. Jedno pozostawało pewne, jeśli naprawdę istniał, nie był czymś, obok czego można przejść obojętnie.
Nie wszyscy jednak wiedzieli, że mnisi, którzy przybyli na Skellig Michael, mieli własny, ukryty cel. Nie chodziło jedynie o modlitwę i kontemplację - pod osłoną habitów tropili ślady starożytnej magii, o której nawet w klasztorach bano się mówić. To oni pierwsi natknęli się na Clach na Naoi Guthanna. Widzieli, jak kamień migocze w słońcu i słuchali głosów, które przynosiły im wizje niepojętych światów. Prawdę.
Mnisi próbowali zapisywać te doświadczenia, choć szybko odkryli, że żadne słowa nie potrafią oddać prawdziwej istoty kamienia. Każdy z nich słyszał coś innego - jednemu głosy mówiły o spokoju duszy, a drugiego ostrzegały przed pychą i zdradą. Wielu opuściło wyspę z poczuciem, że przedmiot ten należy zniszczyć. Pozbyć się go na zawsze, bo nikt nie powinien wiedzieć więcej. Rozumieć więcej.
Kilka razy podążała ku wyspie, zaglądała w skaliste zakamarki, lecz wejście do podziemi dawnego klasztoru pozostawało nieosiągalne. Po latach nieustannych poszukiwań i przewracania kolejnych starych zapisków w końcu odpuściła. Ciąża przyniosła jej nieoczekiwaną ciszę i czas, którego wcześniej brakowało, a wraz z nim możliwość wertowania notatek męża. Nie wszystkie były dla niej dostępne, wiele pieczołowicie zamknięto, jakby chronił własne sekrety, ale i tak okazało się, że przez lata zgromadził właściwie skarbiec trudno dostępnych manuskryptów. Jej serce zabiło szybciej, gdy wśród pożółkłych kartek natrafiła na brakującą stronę z dziennika mnichów. Sama strona nic nie znaczyła, była wyrwana z kontekstu, ale w połączeniu z jej częścią dziennika w końcu dawała odpowiedź jakiej oczekiwała. Odpowiedź, której szukała całe swoje poszukiwacze życie.
W końcu dotarli na Skellig Michael. Próbowała ujarzmić gotujące się w niej podekscytowanie, lecz było to niemal niemożliwe. Może naprawdę mieli szansę dotrzeć do jej własnego marzenia? Sama nie potrafiła do końca wyjaśnić, dlaczego tak bardzo jej na tym zależało. Czy chciała zadać kamieniowi pytania, które od lat kotłowały się w jej myślach? Czy może ciekawiło ją, jak zabrzmią wszystkie dziewięć głosów razem, w jednym niezwykłym chórze? A może chodziło po prostu o to, by odnaleźć coś, czego nigdy nikomu się nie udało. Dotarli niemal na sam brzeg klifu, a ona jeszcze raz spojrzała na zagadkową kartkę zapisanej na brzegu wskazówki, czując, że wkrótce wszystko może się zmienić. – Nie dotykaj mnie by zobaczyć, nie słuchaj mnie by usłyszeć, powiedz moje imię, a wejście się otworzy. – przeczytała jeszcze raz rozglądając się dookoła. – To brzmi jak wyznanie niezadowolonej z życia kobiety. Ty się lepiej znasz na kobietach więc… - kąśliwy uśmiech pojawił się na jej twarzy. Wiedziała, że to miała być jej wyprawa, ale naprawdę liczyła, że jej pomoże. W końcu stanowili jedną drużynę już do końca. Do końca życia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
13-10-2025, 21:07
Mając w pamięci naszą rozmowę o wspólnej wyprawie zdawałem sobie sprawę, iż takowa prędko dojdzie do skutku, jednakże nie sądziłem, iż Lucinda zdecyduje się na równie trudny, a przede wszystkim niezwykle zagadkowy cel. Clach na Naoi Guthanna – kamień dziewięciu głosów, którego legendę zasłyszałem właśnie od niej, stanowił poniekąd mityczną opowieść rozbudzającą wyobraźnię i napędzającą ambicję, a jednocześnie, zważywszy na szczątkowe informacje, tłumiącą zapał. Wielokrotnie snuła plany, poświęciła niezliczoną ilość wieczorów na poszukiwanie nowych to wzmianek czy informacji, jednakże zwykle kończyło się to tym samym – rozczarowaniem. Podobnie z resztą jak podróże na skaliste wybrzeża, o jakich skora była napomknąć dopiero wtem, gdy nasze drogi spoiły słowa przysięgi oraz nakreślone na dłoniach runy. Znaki wierności, oddania i rodziny. Staliśmy się nie tylko małżeństwem, ale zespołem; na próżno było już szukać indywidualności, a konkurencja przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Rozumiałem jej podejście; w istocie, to właśnie ta nieustępliwość czyniła ją wyjątkową. Lecz z biegiem miesięcy zacząłem wątpić w sens ograniczania swego zainteresowania wyłącznie do tego jednego artefaktu – przedmiotu niewątpliwie wyjątkowego i pożądanego, ale, jeśli faktycznie nie był jedynie wytworem wyobraźni, skrytego z niebywałą starannością i pieczołowitością. Gdy tylko jednak chciałem o tym napomknąć przypominałem sobie jak sam goniłem za niemożliwym – za pogłoską, za ledwie pijackim wspomnieniem mężczyzny rozkoszującego się kolejnym kieliszkiem wódki. Zebrani byli przekonaniu o jego bajdurzeniu, zaś ja przeczuwałem, iż za tymi opowieściami kryło się coś więcej – coś do czego sam nie potrafił dotrzeć i to właśnie poczucie przegranej zamknęło go w czterech ścianach przeciętnej karczmy. Napędzony wizją sławy, bogactwa i spełnienia rozpocząłem swego rodzaju pogoń nie widząc problemu w nieprzespanych nocach, nie czując zmęczenia podczas licznych wypraw prowadzących wyłącznie do ślepych zaułków. Miałem cel, miałem plan. Brakowało tylko jednego – informacji.
I gdyby nie wizyta w Londynie, który wnet wciągnął mnie w swój mrok, gnałbym zapewne dalej; nie potrafiłem odpuszczać. Nie umiałem powiedzieć sobie dość i Lucinda miała w sobie dokładnie to samo; zaciętość, upartość i niezłomną ambicję.
Skłamałbym twierdząc, że czasem nie wracałem myślami do wschodnich ziem. Minąłbym się z prawdą opływając w zachwyty w kwestii stabilności, lukratywnej posady i względnie przewidywalnej codzienności. Żyłbym w ułudzie i fałszywej utopii przekonując o zamkniętym rozdziale – ta księga miała spocząć na zakurzonej półce gabinetowej biblioteczki dopiero wtem, gdy na blacie masywnego biurka spocznie skarb. Artefakt, którego nazwy do tej pory nie zdołałem poznać. Ale wierzyłem, że istnieje.
Tak samo jak najważniejsza dla mnie osoba wierzyła w kamień dziewięciu głosów i nie zamierzałem jej tej nadziei odbierać – wręcz przeciwnie; pragnąłem pomóc jej to marzenie ziścić.
Zjawiwszy się na wybrzeżu Skellig Michael widziałem jej podekscytowanie. Niemal namacalna była kłębiąca się w niej ciekawość, a zarazem pewność, iż tym razem naprawdę znalazła właściwą wskazówkę. Udzielił mi się jej nastrój, bowiem sam pragnąłem czym prędzej wdrapać się na klif i dotrzeć do zaznaczonego na prowizorycznej mapie miejsca. Być może to było powodem niepasującej do nas ciszy, przerywanej jedynie lakonicznym wskazaniem właściwego kierunku krótkiego marszu.
Zmrużyłem oczy słysząc wypowiadane przez nią słowa. -Nie dotykaj mnie by zobaczyć, nie słuchaj mnie by usłyszeć- powtórzyłem za nią nieco ciszej i zbliżyłem na tyle, aby samemu móc przeczytać zapisane w dzienniku słowa. -To może być wszystko- mruknąłem pod nosem zaciskając wargi w zastanowieniu. -Ale wciąż ich nie rozumiem, a zatem może postarasz mi się to wytłumaczyć? Wczuj się, pewnie też byłaś niezadowolona z życia, gdy zwinąłem ci artefakt- wygiąłem wargi w kpiącym uśmiechu, ale właściwie od razu spoważniałem. Nie był to ani czas, ani miejsce na żarty – zależało nam zbyt bardzo, aby skupiać się wyłącznie na szczenięcych zaczepkach. -Nie dotykaj mnie by zobaczyć- wypowiedziałem ponownie rozglądając się wpierw po sąsiednich skałach, a następnie ziemi. -Runa, napis. To może być to- zerknąłem na dziewczynę, by już po chwili rozglądać się po licznych kamieniach szukając jakiegokolwiek wyróżniającego się. -Nie słuchaj by mnie usłyszeć może oznaczać, że należy coś przeczytać. To by miało sens- w istocie, bo przecież od tego były zagadki – wiele rzekomych rozwiązań, a jedno właściwe. Zwykle najmniej oczywiste. -Powiedz moje imię, czyli trzeba przeczytać to na głos- dodałem oddalając się od Lucindy – nie było czasu do stracenia. Musiałem sprawdzić, czy miałem rację. -Co jeśli klif, na którym stoimy, jest bramą, której nie można dotknąć?- zerknąłem na nią przez ramię. W mojej głowie roiło się od pomysłów, a nowa, szybka analiza goniła następną - byłem narwany, niezaprzeczalnie. -Corpus Umbrae- rzuciłem kierując różdżkę wprost na siebie. W wielkiej wierze, bo czar był trudny, zbyt zaawansowany jak na moje możliwości, jednakże musiałem spróbować.
1x k100 (Corpus Umbrae):
66
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-10-2025, 17:46
Ten upór, który od zawsze nosiła w sobie, już dawno przestał być tylko cechą charakteru - stał się jej znakiem rozpoznawczym, częścią tożsamości, którą pielęgnowała z dumą. Czasami był ciężarem, częściej jednak ratunkiem. To właśnie dzięki niemu wciąż potrafiła stawiać kroki naprzód, nawet wtedy, gdy świat próbował zatrzymać ją w miejscu. Bo gdyby nie on, nie byłoby jej tutaj - nie tylko na irlandzkiej ziemi, ale w tym punkcie życia, w tej historii, którą sama zdążyła już napisać. To upór pchał ją ku marzeniom, które inni uważali za nierealne. To on sprawił, że została łamaczką klątw, że ruszyła w świat, by szukać artefaktów tak pożądanych, jak i przeklętych. Przedmiotów, o których większość wolała tylko słyszeć, nigdy ich nie dotykając. To dzięki tej sile woli poznała jego - bo gdyby nie ona, pewnie nigdy nie przecięłyby się ich drogi. A nawet jeśli, skończyłoby się na uprzejmym skinieniu głowy, kilku grzecznych słowach i niczym więcej. Nie byłoby obietnic, nie byłoby wspólnej przyszłości. Nie byłoby ich. Czasem przerażała ją myśl, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby wtedy uległa. Gdyby pozwoliła, by ktoś inny wytyczył jej ścieżkę, gdyby poddała się oczekiwaniom, które próbowano w nią wcisnąć. Zadrżała na samą myśl o tej wersji siebie - cichej, pokornej, zgaszonej. Dlatego zawsze, nawet dziś, była sobie wdzięczna. Za każdy bunt, za każdą odmowę, za każdy krok wbrew. Bo choć wszelkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że kamień, którego szuka, to tylko legenda, ona nie potrafiła odpuścić. Każda nowa wskazówka, każdy najmniejszy trop dawał jej nadzieję. Wiedziała, że gdy w końcu go odnajdzie - jeśli w ogóle - nie będzie to tylko spełnienie marzenia. To będzie dowód. Na to, że miała rację, że nie warto było słuchać innych. A jednak - apetyt rósł w miarę jedzenia. Wiedziała już, że nawet jeśli spełni jedno marzenie, zaraz narodzi się kolejne. Takie, które znów każe jej ruszyć w drogę.
Parsknęła śmiechem i spojrzała na niego z lekkim wyrzutem, choć w jej oczach pobłyskiwało rozbawienie. - Ty za to byłeś z siebie bardzo zadowolony - zauważyła, udając powagę. - Pewnie schlebiało ci to, jak za tobą latałam, żebyś mi go oddał. - dodała, wracając wzrokiem do zapisków na kartce, jakby chciała zatuszować, że wcale nie o pergamin teraz chodziło. Wspomnienie tamtej przygody wciąż żyło w jej głowie - barwne, pełne emocji. Może i minęło sporo czasu, ale pamiętała doskonale to napięcie, tę rywalizację, jego bezczelny uśmiech, gdy triumfował i własną satysfakcję, gdy zdołała mu się odwdzięczyć. - Chociaż wydaje mi się, że napsułam ci wtedy sporo krwi - rzuciła z udawaną niewinnością, zerkając na niego kątem oka. Wiedziała, że nie było dziś miejsca na zamknięcie się we wspomnieniach, ale nie byliby przecież sobą, gdyby do rzeczy poważnych i trudnych nie dodawali tej frywolności i dobrze znanej im złośliwości.
Skupiła się na jego słowach, sama próbując znaleźć rozwiązanie zagadki. Tak naprawdę te słowa nie odnosiły się do niczego konkretnego, a jednocześnie do wszystkiego. Nie dotykaj mnie, by zobaczyć, nie słuchaj mnie, by usłyszeć. Może właśnie dlatego nikomu dotąd nie udało się dotrzeć do kamienia - bo sama zagadka stanowiła wystarczające zabezpieczenie przed wścibskimi poszukiwaczami. - Runa - powtórzyła po nim cicho, mieląc to słowo w myślach. - Może o to chodzi - dodała, rozglądając się uważnie po kamieniach. Nigdzie jednak nie dostrzegała niczego, co przypominałoby choćby fragment napisu, ryciny czy runy. - Masz rację - przyznała po chwili, a kącik jej ust drgnął w lekkim uśmiechu. Nic dziwnego, że dziś był tam, gdzie był - potrafił łączyć fakty i znajdować rozwiązania z taką łatwością, jakby to było jego drugie imię. - Postarajmy się niczego nie dotykać, skoro rozwiązanie może kryć się wszędzie. - dodała, ignorując jego uwagę o tym, że może to sam klif jest tym, czego nie powinni dotykać. Nawet nie chciała brać takiej opcji pod uwagę.
Obchodziła skałę, wytężając wzrok. Miała wrażenie, że są już blisko, ale wciąż nie na tyle, by dotrzeć do odpowiedzi. Na powierzchni kamieni widziała różne rzeczy - naturalne zacieki, ale też dawne napisy, zostawione przez innych ludzi, którzy chcieli udowodnić, że tu dotarli. Żłobienia układały się w przeróżne kształty - uśmiechy, fale, kropki - ale żadna z nich nie przypominała runy. Znów poczuła rozczarowanie. Znów miała wrażenie, że trafiła w ślepą uliczkę. Przystanęła przy krawędzi klifu i spojrzała w dół, na spienioną wodę. Wsłuchała się w jedyny dźwięk, który ich otaczał - w rytm fal odbijających się od skał.
Olśnienie przyszło nagle, jakby ktoś zdjął z jej myśli mgłę, przez którą od początku próbowała się przebić. Nie słuchaj mnie, by usłyszeć. Nie dotykaj mnie, by zobaczyć. - Miałeś rację - powiedziała cicho, podchodząc bliżej skały, na której dostrzegła wyryty kształt… fali. Ten symbol powtarzał się niemal we wszystkich językach hieratycznych, w każdym z nich znacząc coś pierwotnego, coś żywego. - Jedyne, co słyszymy, to uderzające o brzeg fale - zaczęła powoli, myśląc głośno. - Ale nie o samą falę tu chodzi, tylko o to, co ona symbolizuje. - uśmiech rozjaśnił jej twarz, gdy słowa same ułożyły się w całość. - A symbolizuje wodę. Odpowiedzią jest… woda. - wypowiedziała to niemal jak zaklęcie i w tej samej chwili ziemia pod ich stopami delikatnie zadrżała. Kamienna ściana, na której widniał znak fali, pękła wzdłuż, jakby rozcięta niewidzialnym ostrzem. W powietrzu uniósł się kurz i echo kruszącego się kamienia, a przed nimi otworzyło się przejście prowadzące w głąb klifu. Do wnętrza. Do kamienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
21-11-2025, 21:12
Byłem przekonany, że gdyby nie jej upór, to nigdy nie znalazłaby się w tym samym miejscu swego życia – nie tylko zawodowego, ale przede wszystkim rodzinnego. Poddając się surowemu wychowaniu, idąc za powinnościami płynącymi z krwi, ulegając tradycjom i stawiając czoła wymaganiom nie miałaby możliwości sięgnąć po własne marzenia, a tym bardziej cele. Mimo swej wyjątkowości stałaby się jedną z wielu – żoną zamożnego, błękitnokrwistego mężczyzny, dla którego hańbą byłaby jakakolwiek wykonywana przez nią praca. I być może przyszłoby nam się poznać; być może skupiłbym na niej swój wzrok niezmiennie podziwiając urodę i cudowny uśmiech, ale czy istniałaby jakakolwiek szansa na rozwój tejże znajomości? Czy byłby choć cień nadziei, że pozostawałaby wolna od małżeńskich zobowiązań nim miałbym okazję zjawić się na salonach? Wątpliwe – nie oszukujmy się, praktycznie niemożliwe. Wielu skradła serce, wielu oglądało się za nią z błyskiem w oku i byłbym głupcem, gdybym tego nie zauważał. Pozostało jedno istotne pytanie – czy jednak wciąż byłaby wtedy sobą? Kobietą magnetyzującą, pewną siebie, tryskającą energią, odważną i wyjątkowo mądrą? Czy drzemiąca w niej iskra nie zostałaby stłamszona przez szarą rzeczywistość? Klatkę, w której zapewne musiałaby nauczyć się egzystować? Trudno to było nazwać życiem; prawdziwym, pełnym niespodzianek i przygód, chwil radości oraz smutku, momentów ciężkich, ale i tych napawających wiarą, że każdy krok miał sens, a każda decyzja, nawet jeśli niektóre okazały się błędne, doprowadziła do upragnionego celu. Samorealizacji tudzież spełnienia marzeń – bo to było możliwe tylko wtedy, gdy człowiek był wolny.
-Oczywiście, że tak- odparłem z przekąsem. Malujący się na twarzy, złośliwy uśmiech tylko potwierdzał moje słowa. -To było akurat całkiem zabawne- rzuciłem z lekkim wzruszeniem ramion, bo choć pierwotnie zależało mi wyłącznie na poznaniu jej planów, to z każdym kolejnym spotkaniem uczynek nabierał nowego, bardziej skomplikowanego kształtu. Przestało chodzić wyłącznie o pracę, o zadziorność i bezczelność, której trudno było mi wtem odmówić, a o sposobność spędzenia wspólnie czasu oraz rozprawiania na temat podróży i artefaktów. Zaciekawiła mnie sobą; sprawiła, iż pierwotne motywacje odeszły w niepamięć, podobnie jak interesowne podejście do kobiet. Wielokrotnie zastanawiałem się czy dobrym ruchem byłoby oddać jej mapę i notatki, jednakże – co abstrakcyjne – gdzieś w głębi siebie obawiałem się, iż sam pozbawiłbym się asa z rękawa. Bowiem co, jeśli był to jej główny cel wspomnianych spotkań? Co, jeśli nigdy nie chodziło przyjemność, a wyłącznie wyrachowane pragnienie odebrania swojej własności?
-Zdecydowanie testowałaś moją cierpliwość- zmrużyłem oczy nie spuszczając z niej spojrzenia. -Długo musiałem czekać, a jeszcze więcej wycierpieć nim sukienka zapraszająco opadła na posadzkę- wygiąłem wargi w szelmowskim wyrazie będąc przekonanym, iż doskonale pamiętała nie tylko ten wieczór, ale i wiele innych – być może zwłaszcza ten, kiedy to przywitała mnie mosiężnym świecznikiem. -Do tej pory pobolewa mnie głowa, zrobisz coś z tym? Chyba należą mi się jakieś przeprosiny?- uniosłem pytająco brew, a dłonią potargałem włosy w miejscu pamiętnego guza.
Złośliwości były niczym chwila oddechu – tak było zawsze, gdy prowadziliśmy wspólne poszukiwania. Przeplatały się z prawdziwym celem, snuły pomiędzy rozmowami poważniejszymi i skupiającymi się na zrobieniu kroku w przód. Wbrew wielu przeświadczeniom wykonanie go wymagało wiele godzin, a nierzadko nawet dni czy tygodni pracy lub prób rozwiązania napotkanych na drodze zagadek, nie wspominając już nawet o konieczności mierzenia się z wieloma rodzajami magicznych zabezpieczeń. Odpowiedzialni za ukrycie cennych przedmiotów pragnęli, aby nikt nieproszony ich nie znalazł, więc dwoili się i troili w swej kreatywności.
-Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić- krzyknąłem w kierunku Lucindy zaraz po tym, gdy moja inkantacja okazała się ledwie beznadziejną próbą. Warknąłem pod nosem – czyniłem to zawsze, gdy orzechowe drewno odmawiało mi posłuszeństwa – ale nim zdążyłem ponowić zaklęcie usłyszałem przyznanie mi racji. Znalazła coś? Uniosłem na nią spojrzenie, po czym bez dłuższej zwłoki ruszyłem w kierunku blondynki i zatrzymawszy się tuż obok skupiłem na skalnych żłobieniach. -Myślisz, że to by było takie- przerwałem czując drżenie ziemi. -Łatwe- dodałem cicho – właściwie sam do siebie. Obserwowałem kruszejący kamień, ledwie łupiny lądujące na mokrej trawie, które po chwili utworzyły podłużną szczelinę i odkryły przez nami wejście w nieznane. Kątem oka zerknąłem na Lucindę; odniosłem wrażenie, iż lekko drżała, a z każdym uderzeniem skały jej ciekawość i adrenalina tylko rosły, podobnie jak szeroki uśmiech – gest triumfu. Nie myliła się. Nie poddała. To była jej zasługa. -Powiedziałbym Panie przodem, ale- nie kończąc zdania wcisnąłem się do środka. Proste lumos rozświetliło wilgotne ściany. -Bezpieczeństwo to podstawa- dodałem z przekąsem w głosie. Oczywiście – mogłem puścić ją jako pierwszą, lecz jeśli cokolwiek czaiło się w ciemnościach wolałem wziąć to na siebie.
Spodziewałem się labiryntu korytarzy, ale na próżno. Nieustannie szliśmy prosto, a z każdym krokiem temperatura zdawała się spadać, zaś przejście zwężać. -Zimno- rzuciłem tylko po to, aby zobaczyć, czy pojawi się obłok pary i nie pomyliłem się – musieliśmy mieć to na uwadze. Pogoda nie rozpieszczała, jednak typowo zimową aurę mieliśmy już daleko za sobą, więc bez stawiania irracjonalnych hipotez mogliśmy uznać to za anomalię. -Ostrożnie- mruknąłem czując jak buty zaczęły ślizgać się po podłożu, jednak co dziwne, gdy zbliżyłem kraniec różdżki nie dostrzegłem tam lodu. -Karmię się strachem, karmię obawami. Krew i runy prowadzą mnie- zatrzymałem się w miejscu słysząc głos. -Czy ty też to słyszałaś?- obróciłem się w kierunku Lucindy, ale… jej już tam nie było. -Karmię się strachem, karmię obawami. Krew i runy prowadzą mnie- wyprostowałem się, gdy parszywy tembr znów wypełnił me uszy. -Lucinda?!- krzyknąłem – bezskutecznie. Zacisnąłem mocniej dłoń na wężowym drewnie obracając się dookoła własnej osi; być może jej szukając, być może łudząc się, że właśnie stałem się ofiarą jej perfidnego żartu. Ofensywy w zamian za wejście pierwszym. I znów, znów ten głos, znów te cholerne słowa – kiedy tylko ucichł na skalnej ścianie jasnym blaskiem ukazały się runy.

ᛈᛟᚹᛖᛞᛉ ᚲᛖᚷᛟ ᛋᛁᛖ ᛒᛟᛁᛋᛉ
ᛈᛟᚹᛖᛞᛉ ᛗᛁ ᛉᚨᚾᛁᛗ ᛈᛟᚹᛖᛞᛉᚨᚾ ᛏᛟ ᛉᚨ ᚲᛁᛖᛒᛖ ᚲᚱᛖᚹ ᛁ ᚲᛁᛖᚾ
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
13-12-2025, 12:34
Nie była typem ruminatora. Nie lubiła gdybać, rozwlekać myśli, rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. W poszukiwaniach - owszem, tam refleksyjność była jej najwierniejszą towarzyszką, cechą niezbędną, z której nigdy nie rezygnowała. Lecz w codzienności… w codzienności pozwalała wielu sprawom po prostu się wydarzać. Już dawno zrozumiała, że jej droga wcale nie należała do niej. Mogła próbować podejmować decyzje, przyjmować różne postawy, ale los i tak robił swoje. Popychał ją tam, gdzie chciał, niezależnie od jej sprzeciwu, niezależnie od jej wysiłków.
Nawet jeśli na początku kierowała nią czysta determinacja - chęć odzyskania tego, co jej skradziono, żal i niechęć do jego złodziejstwa - to samo odzyskanie mapy niczego nie zmieniło. Nie przestała chcieć go widywać. A gdy naprawdę próbowała wmówić sobie, że już jej na nim nie zależy, że ich historia dobiegła końca… los znów udowadniał jej, że ma wobec nich własne plany. Prowadził ich krętymi ścieżkami tak, by finalnie zderzyć ich ze sobą raz jeszcze.
Miesiącami pracowała nad tym, by o nim zapomnieć; sklejała swoje zranione, porozbijane serce; wyrzucała go ze snów, by choć przez jedną noc zaznać spokoju. Chciała nie widzieć jego oczu, nie słyszeć w głowie jego głosu, po prostu ruszyć dalej. I gdy już myślała, że się udało - że stawia pierwszy krok w nowej rzeczywistości, niczym dziecko uczące się chodzić - on znowu pojawiał się na horyzoncie. A ona znowu przepadała bez reszty, jak kamień rzucony w wodę. I nigdy tego nie żałowała. Ani przez chwilę. Bo los wiedział, co robi. Wiedział, jakie decyzje musi za nią podjąć, te decyzje, na które ona sama pewnie nigdy by się nie zdobyła. Dlatego prawda była oczywista: nieważne, co by zrobili, jak daleko by od siebie odeszli, na jakim życiowym zakręcie by się znaleźli - i tak musieli trafić tutaj. Do tego miejsca. Do tego momentu.
Do szczęśliwego zakończenia. Do ich zakończenia.
Prychnęła z udawanym oburzeniem, choć on znał ją już na tyle dobrze, by bez trudu wychwycić rozbawienie kryjące się pod tym gestem. - Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że tylko o to ci przez cały czas chodziło - rzuciła, unosząc na niego spojrzenie, w którym pobrzmiewało wyraźne pytanie. - O sukienkę, która opada na podłogę. - testowała jego cierpliwość przez miesiące. Jej własne opory nie brały się znikąd; gdzieś z tyłu głowy wciąż miała tę uporczywą myśl, że przez swoje pochodzenie nie powinna pozwalać sobie na pewne rzeczy. A jednak… pozwoliła. I tej decyzji nie żałowała ani przez moment.
Prychnęła ponownie, tym razem jeszcze bardziej teatralnie oburzona, jeszcze bardziej rozbawiona. - Ja mam cię przeprosić? - pokręciła głową z lekką rezygnacją, wracając spojrzeniem do poszukiwań wskazówki. - Jeśli ktoś w środku nocy zakrada się do domu kobiety, to zasługuje na znacznie większe konsekwencje niż tylko uderzenie świecznikiem w głowę. - zrobiła kilka kroków w stronę krawędzi klifu, bo myślami była już kawałek dalej, po drugiej stronie zagadki. - Ale może faktycznie przesadziłam z siłą - dodała z niewinną złośliwością. - Bo od tamtej pory zdarza ci się dziwnie bełkotać. - oczywiście nie wierzyła w to ani trochę. Oboje doskonale wiedzieli, że jego głowa była wystarczająco twarda, by przetrwać znacznie więcej niż jedno spotkanie ze świecznikiem.
Gdy jej dłoń spoczęła w wydrążeniu skały, od razu poczuła, że wybrała właściwie. Sekundę później ziemia pod ich stopami zadygotała, a skalna ściana rozstąpiła się, ujawniając wejście do długiego, ciemnego korytarza prowadzącego w głąb góry. Zrobiła krok do przodu, gotowa ruszyć bez wahania, ale powstrzymał ją głos męża. Rozumiała jego obawy, naprawdę - po prostu nie czuła ich tak jak on. Może przez ekscytację, a może dlatego, że niejednokrotnie podejmowała już podobne decyzje: ryzykowne, ale konieczne, ostatecznie zawsze opłacalne. Mimo to cofnęła się o pół kroku, pozwalając mu przejść pierwszemu. - Uważaj na siebie - powiedziała miękko, patrząc jak znika w mroku. Dopiero potem ruszyła za nim, unosząc różdżkę rozświetloną białym blaskiem Lumos.
W rzeczywistości nie wiedzieli o tej jaskini niemal nic. Nie mieli mapy. Nie znali długości korytarza, pułapek ani zaklęć zabezpieczających. Jedynym, czego mogli się trzymać, była legenda i przeczucie -oraz nadzieja, że od czasu żyjących tu niegdyś mnichów nikt inny nie odważył się zejść pod górę. Jeśli tak było, ich szanse na odnalezienie artefaktu rosły.
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach jeszcze zanim Drew o tym wspomniał. Schodzili w dół, to prawda, ale nie spodziewała się, że temperatura spadnie tak gwałtownie. Szli ostrożnie, krok za krokiem, a ona ledwo widziała błysk światła przy końcu różdżki męża. - Ilość pajęczyn zwisających z sufitu utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze… - urwała, bo powietrze przeciął szept. Natychmiast odwróciła się z uniesioną różdżką. Brzmiało, jakby ktoś stał tuż za jej plecami. Szept odezwał się ponownie - tym razem przed nią. Znów się obróciła, szybciej, czując jak serce uderza mocniej o żebra. Znów. I znów. Szept okalał ją ze wszystkich stron. Obcy. Nieludzki. Złowrogi.
Zamilkła, wsłuchując się w powtarzający się jak mantra, lepiący się do myśli szept. Karmię się obawami. Krew i runy prowadzą mnie. Głos odbijał się od ścian, wracał do niej ze wszystkich stron jednocześnie. Obróciła się ponownie i dopiero wtedy dostrzegła, że za jej plecami nie ma już Drew. Ani jego sylwetki, ani najbledszego blasku lumos. Jakby rozpłynął się w mroku. Zimny dreszcz spłynął jej wzdłuż kręgosłupa. - Drew! - zawołała, ale jej głos był przytłumiony, jakby powietrze wokół pochłaniało każdy dźwięk. Szept natomiast nie milkł. Był wyraźniejszy. Bliższy. - Drew! - spróbowała ponownie, ruszając przed siebie na oślep, starając się wypatrzeć jego cień, chociażby najmniejszy ruch. Nic. Tylko ciemność i szept.
Blask jej lumos omsknął się po ścianie i wtedy to zobaczyła. Na chropowatej powierzchni wyłaniały się znajome znaki. Runy. Zatrzymała się jak zaczarowana. Palce same odnalazły błyszczące pismo. W chwili, w której ich dotknęła, szept poderwał się jak furia. Stał się głośniejszy, ostrzejszy, natarczywy - jakby wgryzał się jej prosto w myśli, jakby wiedział, czego się boi najbardziej. – Odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz – powtarzał głos. Nawoływał. Rozkazywał. Nie mogła się skupić na niczym innym. Czuła, że nie może uwolnić się od tego głosu, że nie znajdzie Drew, dopóki nie spełni polecenia niesfornego szeptu. Spotykała na swojej drodze już różne zjawy, oni razem takowe spotykali, a teraz jedyne co mogła to temu ulec, bo nic innego nie przyniosłoby rezultatu. Nie wiedziała skąd to wie, ale wiedziała. – Odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz!
Więc zaczęła czytać. Każdą runę, każdy znak - tak jak robiła to już milion razy wcześniej. Litera po literze, znaczenie po znaczeniu, aż wszystko złożyło się w jeden sens. W jedno pytanie. - Powiedz, czego się boisz. Powiedz mi, zanim powiedziane to zostanie za ciebie - przeczytała, a na końcówce głos lekko jej zadrżał. - Odpowiedz! - nie miała już, dokąd uciec. Więc zrobiła to, o co prosił ją głos. Odpowiedziała. - Boję się… - przełknęła ślinę. - …boję się najbardziej śmierci własnego syna. Boję się zobaczyć jego ciało w trumnie. - zamknęła oczy, jakby mogła w ten sposób odepchnąć ten obraz, nie dopuścić go do siebie. Mała trumna. Małe ciało. Jej maleńki syneczek.
Chichot przeciął powietrze, nie jeden, nie dwa… nie była w stanie ich zliczyć. Nie wiedziała do kogo należą. – Wiemy to. Tak, tak. Wiemy. – mruknął głos. – Powiedziałaś nam prawdę. My też ją tobie powiemy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
21-01-2026, 21:31
-Naprawdę łudziłaś się, że chodziło o coś innego?- rzuciłem wyginając wargi w kpiącym uśmiechu. Na próżno było doszukiwać się w tym prawdy, aczkolwiek kąśliwe komentarze stały się niejako naszą domeną; towarzyszyły od samego momentu poznania, aż po dziś dzień, kiedy to łączyło nas nie tylko wspólne nazwisko, ale przede wszystkim syn. -Zależało mi tylko na tym, żeby dopiąć swego i jak widać- uniosłem ręce w geście teatralnej bezradności. -Udało się- zmarszczyłem brwi. -Niech ci będzie, połowicznie. Ten dalszy etap- przerwałem cicho wzdychając. -Wypadek przy pracy- zawiesiłem wzrok na linii jej tęczówek starając się zachować powagę, ale na nic się to zdało. Bredziłem od rzeczy – była tego świadom, wszak czekałem na nią latami. W końcu cierpliwość spotkała się ze ścianą, ale tego już nie mogła wiedzieć i najlepiej, aby tak pozostało.
-Wypadałoby, nie jest ci wstyd?- prychnąłem pod nosem udając oburzonego. Oczywiście, że mi się należało, przecież wpadłem do niej w środku nocy i to jeszcze w stanie mocno… odbiegającym od dobrego. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, co było powodem barowej bójki, jednakże sierpowy rosłego agresora okazał się silniejszy niżeli pierwotnie zakładałem. Sprawka nietrzeźwości, czy nader wielkiej pewności siebie? Zapewne jednego i drugiego. Najważniejsze jednak, że finalnie wyszedłem z tego obronną ręką – nawet jeśli krwista plama pod prawym okiem goiła się przeszło tydzień. -Jakoś żadna inna panna nie chwytała za świecznik tylko właśnie ściągała sukienkę, widzisz różnicę?- zacisnąłem wargi starając się nie roześmiać. -Ale doceniam defensywną kreatywność. Dochodzę do wniosku, że faktycznie mogło być gorzej, zwłaszcza gdybyś sięgnęła po różdżkę. Prysznic to było ostatnie na co miałem wtedy ochotę- zamyśliłem się. -Chyba, że wspólny. To inna sprawa- dodałem.
Zmrużyłem oczy, gdy wspomniała o rzekomym bełkotaniu. -Ostatnio Igor przyznał, że mnie zmieniłaś, więc najwyraźniej powiedzenie, że z kim się przystajesz taki się stajesz, nabrało realnych kształtów- uniosłem dłoń i nieznacznie zacisnąłem palce na jej ramieniu. -Nie martw się kochana, w końcu mówimy jednym głosem- przyznałem.
Lucinda miała znacznie większą skłonność do podejmowania ryzyka niżeli ja, dlatego musiałem ostudzić zapał, który niemal od razu ujrzałem w jej oczach. Najpewniej, gdyby tylko mogła od razu wbiegłaby w skalną ciemność i zatrzymała dopiero wtem, gdy pojawiłaby się pierwsza przeszkoda tudzież upragniony artefakt. Nie postrzegałem tego jako coś złego – wręcz przeciwnie, ale nie wyobrażałem sobie, aby stała jej się jakakolwiek krzywda. Rozumiałem pragnienie, akceptowałem ekscytację i ogromną ciekawość – musiała jednak uzbroić się w cierpliwość i zaakceptować moją decyzję, co też – o dziwo bez większego sprzeciwu – uczyniła. Lata temu mogła uznać to za chęć zwycięstwa, złowieszczy plan, byle tylko wyrwać jej nagrodę z rąk, lecz obecnie wszystko było inne i opierało się o znacznie wyższe wartości, niżeli irracjonalna, młodzieńcza satysfakcja. Codzienność w dobrym zdrowiu nie była już tylko dla nas, nie żyliśmy już tylko dla siebie.
-Trzymaj się blisko- mruknąłem do żony przedzierając się przez wilgotny korytarz. Blask orzechowego drewna tylko pozornie ułatwiał wędrówkę, bowiem wraz ze zwężającym się korytarzem ciemność zdawała się pogłębiać. Ona nie była w tym miejscu zwyczajna; nie rozpraszała się pod wpływem światła, lecz zdawała się je chłonąć, jakby jaskinia trwała w stanie niemej wrogości. Krople spływały po ścianach cienkimi strużkami, tworząc przy podłodze poszarpane smugi lodu, a każdy krok wydawał się zbyt głośny, zbyt wyraźny. Powietrze było mroźne i ciężkie, niosło ze sobą zapach starego kamienia i czegoś jeszcze - metalicznego, jakoby niepokojąco znajomego. Przestrzeń kurczyła się nie tylko fizycznie; równie silnie niepokoiła umysł, rodząc absurdalne poczucie, że droga powrotu przestała istnieć.
Promień różdżki drżał, jakby reagował na coś, czego jeszcze nie dostrzegałem, a w myślach pojawiło się obce, natrętne przeświadczenie: to miejsce nie jest puste. Jest czujne. I od bardzo dawna czekało na tych, którzy nie tylko odważą się je odnaleźć, lecz zejdą wystarczająco głęboko.
Cisza zgęstniała jeszcze bardziej, aż w końcu stała się niemal namacalna, niczym zapowiedź czegoś, co miało się dopiero objawić – i nie kazało na siebie długo czekać.
Nie słyszała mnie, nie widziała. Obracałem się dookoła własnej osi licząc, że to tylko umysł płatał mi figle; igrał ze mną, karmił się rosnącym napięciem wszak nie dostrzegłem śladu zagrożenia, żadnej obecności pułapek tudzież klątw. Czyżbym coś przeoczył? Zacisnąłem wargi w wąską linię, kiedy to szept nawiedził mnie ponownie, a wraz z nim ukazały się połyskujące w mroku runy – rząd złowieszczych znaków. Emanowały mocą niebezpieczną, magią niecierpliwą - nawoływały do wyznania prawdy, wyzwały do okazania swej największej słabości.
A ja tego nie uczyniłem.
Zacisnąwszy mocniej różdżkę w dłoni zignorowałem ostrzeżenie i cofnąłem się kilka kroków w poszukiwaniu Lucindy. Serce dudniło mi w piersi, podobnie jak niezadowolone głosy w głowie i choć za wszelką cenę chciałem je powstrzymać, te w końcu wygrały – silny ból rozciągnął się wzdłuż skroni sprawiając, że przed upadkiem uratowała mnie tylko wąskość korytarza. Opadłem na ścianę, różdżka mimowolnie wypadła z dłoni i uderzyła o posadzkę; nie byłem w stanie poruszyć się choć o cal. Paląca tortura była nie do zniesienia, podobnie jak dla nich sprzeciw.
-Boję- warknąłem przez zaciśnięte zęby. -Boję się, że ona umrze. Że Lucinda umrze- dodałem niechętnie spełniając żądanie, bowiem nigdy nie zwykłem obnażać własnych słabości.
W jednej chwili ból ustąpił, a mych uszu doszedł drżący głos żony; głos, który zdradzał jej największą obawę – śmierć naszego jedynego syna. Spojrzałem na nią, ale nie potrafiłem znaleźć żadnych odpowiednich słów. To miejsce z nami igrało i czułem, że był to dopiero początek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
31-01-2026, 12:25
Wsłuchiwała się w jego słowa z wyraźnym powątpiewaniem. Pokręciła głową w geście sprzeciwu, gdy mówił, mówił i mówił. Doskonale wiedziała, że to wszystko - nieważne, jak bardzo przekonujące - było tylko bujdą. Farsą, którą budował po to, by wbić kolejną szpileczkę w jej doskonale do tego przystosowane ciało. Bo był złośliwcem, a jego słowa często zalewał sarkazm tak idealnie wyważony, że ktoś, kto go nie znał - albo ktoś przysłuchujący się ich rozmowie z boku - mógłby pomyśleć, że mówi całkowicie poważnie. Mógłby pomyśleć, że jest karygodnym mężem, wypowiadając się w ten sposób o żonie, do żony. Prychnęła, zwieńczając jego wywód. Bo nie uwierzyła w ani jedno słowo, które w tej chwili padło. - Czasami tak gadasz i gadasz, a nawet nie masz pojęcia, jak takie słowa mogłyby wpłynąć na naszą relację - odparła, może i sama biorąc udział w wykreowanej przez niego farsie. - Pomyśl tylko, jak bardzo musiałbyś się tłumaczyć, gdyby to wszystko okazało się tylko… zabawą. Albo gdybym uwierzyła w twoje słowa. - machnęła dłonią, a przechodząc obok, szturchnęła go jeszcze ramieniem. Zabrakło jej innego komentarza, bo choć wiedziała, że to nieprawda, może kiedyś właśnie tak myślała. Może kiedyś - zanim była pewna tego, co do niej czuje, zanim dostrzegła w nim prawdziwą determinację. Od zawsze była przygotowywana na wejście w związek małżeński z mężczyzną, którego właściwie nie będzie znała. Na uczucie nie mogła liczyć - wszystko miało być zaledwie umową między dwiema rodzinami. Jedyne, na co mogła liczyć, to szacunek. Gdy więc odkryła, że jej uczucia względem niego są inne, że naprawdę zaczyna coś czuć, pojawiła się w niej myśl, czy to znów nie forma umowy. Zabawy. Wodzenia jej za nos. Merlin jej świadkiem, że czasami dawał jej ku temu powody. Teraz nie miała ich wcale, ale gdy plątał się w tych bzdurach, naprawdę miała ochotę potraktować go odpowiednim zaklęciem. To nie byłoby niczym dziwnym w ich relacji, prawda?
- A jednak to nie z tymi, które tak chętnie przed tobą zdejmowały sukienki, dziś dzielisz codzienność - zaczęła z kąśliwym uśmiechem wymalowanym na twarzy. - Czas się pogodzić z faktem, że się starzejesz, mój drogi mężu. Teraz to tylko dom, dziecko, obowiązki poważnego polityka. Jeśli twoja nostalgia jest oznaką zbliżającego się kryzysu wieku średniego, to proszę, uprzedź mnie zawczasu, abym mogła zaopatrzyć się w większą ilość świeczników - dodała, z wyraźną złośliwością w głosie. Mógł zapomnieć, że jego własną broń znała od podszewki i doskonale potrafiła się nią posługiwać. - I nie, nie wstyd mi - odpowiedziała, uśmiechając się przy tym szeroko. W tamtym momencie był przede wszystkim nieznajomym, który bez ostrzeżenia wtargnął do jej mieszkania. W środku nocy. Faktycznie miał szczęście, że skończyło się tylko na świeczniku i jedynie guzie na głowie.
Gdy wspomniał, że nawet Igor zauważa w nim zmianę, uniosła brew w pytającym geście. - Co miał na myśli? - zapytała, po czym lekko wzruszyła ramionami. - Mam nadzieję, że na dobre? - ludzie zawsze zmieniali się pod wpływem innych. Przebywanie z kimś w każdej chwili, dzielenie z nim codzienności, musiało zostawiać ślad. Na duszy, na rozumie, na samym istnieniu tej osoby. On również ją zmienił. Pokazał jej inny świat, pokazał, że związek to nie tylko transakcja - że mogą być w tym inni niż wszyscy ludzie w ich otoczeniu. Nie byli już tą samą parą, którą tworzyli na samym początku – nie kłócili się co chwilę, nie wystawiali się na próbę. W końcu zaczęli ze sobą współpracować nawet jeśli czasem cała Warownia drżała od ich krzyków.
Wrogość tego miejsca zdawała się być namacalna. Czuła, że nie są tu mile widziani, że ich obecność wręcz motywuje mieszkającą tu siłę i energię do wyraźnego sprzeciwu. Odczuwała to z każdym stawianym na twardym podłożu krokiem. Widok męża idącego przed nią nadawał jej poczucie bezpieczeństwa, ale lęk jeszcze jej nie ogarnął. Jeszcze nie było w niej chęci ucieczki, bo doskonale wiedziała, po co tu się znalazła. Jakby właśnie na ten dzień czekała przez większość swojego zawodowego życia.
Lęk objął jej ciało dopiero wtedy, gdy Drew rozpłynął się w powietrzu. Gdy głos nakazał jej zdradzić swój największy strach, a z każdą chwilą zwłoki napierał coraz mocniej, mocniej i mocniej. Nie chciała nawet mierzyć się z konsekwencjami braku odpowiedzi - czuła każdą komórką ciała, że te głosy dominują to miejsce. Mogły pozwolić im przejść albo zmiażdżyć ich w niewerbalnym uścisku. Wraz z wypowiedzianymi słowami cała iluzja zniknęła. Zobaczyła męża opierającego dłonie o chłodną ścianę - wyraźnie spiętego, z twarzą wykrzywioną bólem. Z jego ust wyrwało się wyznanie. Inne niż jej własne. Inne, bo dotyczące jej samej. Gdy spojrzał jej w oczy, gdy oboje zrozumieli, że była to nierówna, bolesna gra, której musieli ulec, ruszyła w jego stronę szybkim krokiem i podniosła opuszczoną przez niego różdżkę. Zanim mu ją podała, wyciągnęła dłoń i przejechała nią po jego policzku. - Jesteś mój - mruknęła, składając na jego ustach krótki pocałunek. Musiał to wiedzieć. Nieważne, jakie słowa tu padną. Nieważne, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Byli tu razem - i to było dla niej najważniejsze.
Oddała mu różdżkę i już wspólnie ruszyli do przodu. Nie miała zamiaru zawracać - nie po tym, co przed chwilą się wydarzyło. Temperatura powietrza nieco wzrosła. Nie wiedziała, czy to za sprawą emocji, czy też prawidłowa odpowiedź wzmocniła ich pozycję w jaskini. - Wszystko w porządku? - zapytała, gdy mijali kolejne zwężenie. Nagle do jej uszu dotarł szept. Ten sam, który słyszała już wcześniej. Obślizgły. Nerwowy. Nie jest z nim w porządku. Nigdy nie było. Myślisz, że wciąż możesz mu ufać? Zatrzymała się w miejscu, czując, jak zimny dreszcz przechodzi jej po plecach. Pokręciła głową, próbując wyrzucić to z myśli, ale głos odezwał się ponownie. Zaprzeczaj, ile chcesz, ale czujesz to w kościach. Czujesz to w sobie… może to tylko kolejna gra? - Zamknij się! - krzyknęła, gdy w końcu głos dotknął struny, która grała w niej najmocniej. - Przepraszam, przepraszam, to… - nie dokończyła.
Uniósła różdżkę wyżej, gdy dotarli do ślepego zaułka. Gładka ściana, po której spływały idealne kształtem krople wody. Wyglądało to tak, jakby ściana… płakała. - Koniec drogi. Przejścia nie ma. Ale może… może wam się uda - odezwały się głosy, wszystkie jednocześnie, a słowa te zwieńczył chichot. - Przejście otworzy się tylko wtedy, tak, tak - tylko wtedy, gdy zranicie siebie wzajemnie. Krew? Może być krew. Słowo? Tak, wolimy słowo. Wybierzcie. Czekamy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
Wczoraj, 13:10
Obserwowałem zmiany zachodzące w jej mimice; przyglądałem się lekko zmrużonym powiekom i drgającym kącikom ust, które najpewniej tylko czekały na koniec tego – niemniej wyjątkowo trafnego w swej ironii – wywodu. Rzadko kiedy składała broń, trudno było mi przywołać w pamięci sytuację, w której to udało mi się przegadać ją na tyle, aby po prostu odpuściła i skwitowała kpinę gorzkim przywołaniem do porządku. -A mogłyby?- uniosłem pytająco brew tłumiąc rozbawienie, bowiem dopadła mnie myśl, iż naprawdę mogła poczuć się urażona. Choć… przecież nigdy tak nie było. Znała mnie zbyt dobrze, aby wiedzieć, że mówiłem to wszystko celowo i bynajmniej nie byłem jedynym uczestnikiem na placu werbalnego boju. Lubowaliśmy się w docinkach wszak to od nich rozpoczęliśmy swą znajomość i po dziś dzień celebrowaliśmy podobny sposób komunikacji. Złapałem ją za dłoń tuż po tym, jak celowo, a zarazem niezwykle wymownie, szturchnęła moje ramię i ruszyła przed siebie. -Chciałabyś ma miła, bym prawił ci jedynie komplementy i rozprawiał się o twym pięknie wewnętrznym jak i zewnętrznym? Mogę- odparłem posyłając jej szeroki, nader słodki uśmiech i na tyle do mnie niepodobny, że w innej sytuacji mógłby przywodzić na myśl wyłącznie niecne zamiary. -Cóżem ja wygadywał przed chwilą- westchnąłem teatralnie, unosząc dłoń w okolice czoła, by ukryć rzekomo zawstydzone spojrzenie. -Twe oblicze, ma żono, onieśmiela brzask poranny, a oczy twoje są jak dwie gwiazdy, które zbłądziły z firmamentu tylko po to, by oświecić mą nędzną egzystencję- ożywiłem się powracając wzrokiem do jej tęczówek. -A serce?- podjąłem z jeszcze większym patosem. -Serce twe jaśnieje czystością tak nieskalaną, iż inni muszą spoglądać nań z zazdrością, pytając w sekrecie, czy nie pomylono królestw niebios z tym oto miejscem, gdzie stoisz. I jeślim kiedykolwiek szydził, było to jeno z lęku, że tak doskonała istota mogłaby spalić mnie swym blaskiem, niczym słońce zuchwałego Ikara- dodałem w udanej zadumie.
I gdyby tylko wiedziała cóżem uczynił, by te dwie zbłąkane dusze scalić w jedną… dość; ileż można. Zatrzymałem galopujące myśli, bowiem już sam nie mogłem siebie słuchać. -Naprawdę się złościsz?- mruknąłem zerkając na nią z ukosa, po czym delikatnie trąciłem ją łokciem. -Dzisiaj już ta jedyna ściąga, więc nie mam na co narzekać- dodałem unosząc nieznacznie kącik ust. -Starzeję?- uniosłem pytająco brew, bowiem nie takie miałem do tego podejście. -W moim mniemaniu pojąłem za żonę kobietę, z którą jestem szczęśliwy i cieszę się z nią wspólnym życiem, a przede wszystkim synem. Nigdy nie czułem się lepiej- odparłem zgodnie z prawdą. -Może z boku to wygląda na wspomniane tylko, lecz dla mnie to coś więcej. Obecne zajęcie to okres przejściowy, doskonale wiesz- skwitowałem, bo naprawdę miałem taką nadzieję. Nie wyobrażałem sobie grzać miejsca w Ministerstwie przez kolejne lata, czy – co gorsza – dekady. I zapewne, z tego właśnie powodu zależało mi na możliwie szybkim wdrążeniu pomysłu własnej gorzelni w życie, czy nieustannym przyjmowaniu zleceń – rzecz jasna w kuluarach – na przekleństwa. Nie chciałem wypaść z obiegu, nie mogłem pozwolić sobie na zastanie, bowiem wtem z pewnością ciepła posadka przy okrągłym stole narad stałaby się sytuacją bez wyjścia. -A powinno- mruknąłem do jej ucha, po czym złożyłem krótki pocałunek na skroni i puściłem jej dłoń tym samym przyspieszając nieco kroku. -Jestem przekonany, że znasz odpowiedź- rzuciłem z uśmiechem obróciwszy się na moment przez ramię.
Wędrując wąskimi korytarzami trudno było porzucić uczucie niepewności i zarazem swego rodzaju fascynacji. Oboje mieliśmy ryzyko wpisane w krew; lubowaliśmy się w odkrywaniu, podobnie jak potrafiliśmy postawić na szali własne zdrowie, byle tylko zdobyć to, na co polowaliśmy od dawien dawna. Jednak tym razem z każdym krokiem czułem coraz większą obawę – coś na miarę braku przekonania, że odkrywanie tajemnic tego miejsca było dobrym pomysłem. Mogłem zrzucić to na karb długiej przerwy, choć najpewniej powodem była towarzysząca mi kobieta, bowiem nie wyobrażałem sobie, aby cokolwiek się jej stało. Nie mogłem jednak jej tego zabronić i nie chciałem tego czynić, gdyż dusząc jej prawdziwą naturę zmusiłbym ją do zmian i zaprzeczył wszelkim słowom, jakie padły w trakcie naszej relacji. Była odważna, była niezwykle mądra i mogła pochwalić się ogromem doświadczeń, a zatem pozostało mi zaufać, że w kryzysowym momencie zdrowy rozsądek wygra z napędzanym przez adrenalinę nałogiem. Obydwoje byliśmy uzależnieni.
Wiedza o jaskini była skąpa – jeśli nie powiedzieć żadna. Podejrzewałem, iż nie brała pod uwagę faktycznego dostania się do środka, a jedynie odnalezienie kolejnej wskazówki, która w trakcie kolejnej wędrówki doprowadzi nas dalej. Nie było czasu na zasięgniecie wiedzy w starych manuskryptach, brakowało przestrzeni na przeszukanie ksiąg w celu prawidłowego rozpoznania powtarzających się na ścianach symboli. Ni to runy, ni to żaden znany mi język; obrazy przypominały ledwie bazgroły obłąkanego szaleńca – być może jednego z zaginionych poszukiwaczy tudzież twórcy tejże kryjówki. Może zaś zupełnie czegoś innego.
I właśnie to coś innego igrało z naszymi emocjami, igrało ze strachem i poczuciem bezpieczeństwa. Bez pytania, bez żadnego ostrzeżenia wdarło się do umysłu i utkało wizję, która wzmogła czujność jednocześnie pozbawiając szans na obronę – uczyniło nas podległymi niecnym planom, w których niezwykle bolesna okazała się kara za niesubordynację. Tępy ból zniknął, lecz jego echo pozostało wywołując mroczki przed oczyma. Na szczęście kołatające serce zdawało się uspokoić – być może na widok kobiety, być może też na skutek ustąpienia uścisku w skroniach. Skinąłem głową w podzięce za podniesioną różdżkę. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktokolwiek lub cokolwiek wytrąciło mi ją z dłoni.
-Tak- odparłem pozostawiając wcześniejsze stwierdzenie Lucindy bez komentarza. -Po prostu zastanawiam się czy to dobry pomysł- odparłem i dopiero do chwili do mnie dotarło, że powiedziałem to głośno. To już drugi raz jak podzieliłem się swoimi obawami. -Wiem, że ci na tym zależy, ale nic nie wiemy o tym miejscu i najpewniej nie bez przyczyny jeszcze nikt nie napisał o tym, co dzieje się w środku- zerknąłem na nią z ukosa, po czym zatrzymałem się w miejscu obserwując zmiany na jej twarzy. Niepokój mieszany ze złością – kiełkujący gniew obnażający rosnące wątpliwości. Otworzyłem nieco szerzej oczy słysząc krzyk i mimo cofnięcia się o krok wysunąłem dłoń, która po chwili zacisnęła się na jej ramieniu. -Spokojnie, co się właśnie stało?- mruknąłem, lecz zamiast odpowiedzi w głowie pojawił się znów ten szept. Prześmiewczy, kpiący głos dyktujący warunki, opowiadający o kolejnym, czekającym nas wyzwaniu. Warknąłem ze złością pod nosem, po czym uniosłem spojrzenie na jej tęczówki licząc, że zrozumie, mając nadzieję, iż słowa nie musiały tłumaczyć tego, co było nieuniknione. Pragnęła iść dalej, nie mogłem jej tego uniemożliwić. Ponadto nie miałem pewności czy pamiętny ból był jedynym na co było stać zamieszkującą tu magię tudzież… istotę.
Stanąłem naprzeciw niej i wolnym ruchem chwyciłem znajdujący się nieopodal ostro zakończony odłamek. Wziąwszy głęboki wdech ująłem w palce jej lewą dłoń, nachyliłem się by musnąć jej wewnętrzną część wargami, a następnie krawędzią kamienia przesunąłem wzdłuż delikatnej skóry. Cały czas przy tym patrzałem jej w oczy, jakbym liczył na to, że w moich odnajdzie usprawiedliwienie. Słowa nierzadko bolą bardziej niż czyny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 16:50 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.