• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Cardiff, Moorland Road 14/7 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
12-09-2025, 11:43

Salon
Pierwszy pokój tuż po przekroczeniu progu mieszkania. Sprawia wrażenie przytulnego dzięki jasnym beżowym ścianom, kolorowym poduszkom leżącym na kanapie i fotelu, miękkiemu dywanowi w pstrokaty wzór i psim zabawkom zalegającym na podłodze. Kluczowym elementem wystroju jest spory regał wypełniony rzędami książek: znaleźć tam można zarówno powieści sensacyjne i baśnie, jak i stare podręczniki z Hogwartu. Obok znajduje się mały kominek, ozdobiony różnorakimi dekoracjami na półce powyżej. Przed kanapą stoi niski stolik kawowy, na którym często goszczą świeże kwiaty, zaś przy oknach wpuszczających do środka światło słoneczne znalazła się pokaźna kolekcja roślin doniczkowych różnych wysokości. Nieopodal na długim drewnianym regale stoi też żerdź, którą szczególnie upodobał sobie tutejszy puchacz, Dąb.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
04-10-2025, 13:33
Trzy słowa, których nie spodziewała się usłyszeć, zakrywając każdy fragment ciała przed obcym okiem i osądzeniem, wpiły się w nią teraz jak siła zdolna ogłuszać. W oczach, dotychczas zlęknionych i pełnych obrzydzenia, rozgościło się zdumienie, nic więcej; może kłamie, podpowiadał złośliwym szeptem głos, który nie należał do niej, w końcu to dżentelmen, nie chce cię urazić - i tak łatwo byłoby temu uwierzyć. Uznać, że Jasper próbuje być taktowny, ale z drugiej strony wyczuwała targające nim emocje, które musiały być szczere. Pod powłoką jego pozornego spokoju kłębiło się poruszenie, niedowierzanie i coś jeszcze, trudniejsze do nazwania, do dostrzeżenia w ogóle: gniew. Nie na nią, nawet omotana swoją traumą Leonie o tym wiedziała. Na to, co ją spotkało. Na to, że dziś musieli znaleźć się w tym położeniu, bo ktoś wcześniej ją skrzywdził. Na niego. I gdy zdała sobie z tego sprawę, jej zdziwienie jeszcze bardziej przybrało na mocy, sarni wzrok skupił się na jego twarzy w poszukiwaniu choć jednego grama fałszu. Czegoś, dzięki czemu mogłaby wrócić do trzęsawisk niechęci żywionej do samej siebie i dalej nalegać na to, by wyszedł, zostawił ją i po prostu zapomniał.
Przeprosiny Jaspera szarpnęły smutkiem za mimikę jej twarzy, patrzyła mu w oczy, widziała, jak bardzo dotknęło go jego postępowanie. Leonie nie chciała, by tak się czuł, to nie on powinien ją przepraszać, nie on sprawił, że jej świat zatrząsł się w posadach i runął, zbudowany na nowo z blizn i kąsających wspomnień. - Nie zrobiłeś nic złego - szepnęła z przekonaniem, zależało jej na tym, by to zrozumiał. Nie miała do niego ani żalu, ani pretensji, sam Jasper miał prawo zakładać, że po ostatnich dwóch tygodniach prośba straciła na mocy - zresztą poniekąd tak było, po prostu nie zdążyła tego przemyśleć. Oswoić się z tym. Spojrzała na ich dłonie, na to, z jaką determinacją podtrzymywał ten dotyk, i znów pomyślała, że los musiał raz się do niej uśmiechnąć, stawiając na jej drodze kogoś tak niesamowitego, jak Jasper Prince. Opiekuńczego, zabawnego, ciepłego, mądrego; kogoś, kto w słowach o nim zawarł zagryzioną między zębami nienawiść, przez co z wdzięczności miała ochotę się rozpłakać. I może gdyby nie następująca po tym propozycja faktycznie by to zrobiła, ale zamiast tego skrzywiła się i pokręciła głową. - Przestań z tą herbatą - wyrzuciła na płytkim oddechu i zabrała dłonie, acz nie odsunęła się z miejsca tuż obok niego. - Po prostu... poczekaj - poprosiła łagodniej, bardziej wahliwie, i opuściła powieki.
Trwało to kilka minut albo wieczność. Długi wdech, przytrzymanie powietrza w skurczonych płucach, długi i powolny wydech, uświadamiający jej sercu, że nie znajduje się w niebezpieczeństwie. A gdy poczuła, że może spróbować, zaryzykować, sprawdzić, że nie rozpadnie się w trakcie, niepewnie sięgnęła do rąbków golfa i zaczęła podwijać materiał, wysuwać ręce z rękawów, wreszcie też przeciągnęła obręcz tkaniny przez głowę, mierzwiąc ciemne kosmyki. Została obok niego w bieliźnie, z jedną ręką mimowolnie przysłaniającą drugą, z odsłoniętymi dla jego wzroku plecami, nawiasami kilkunastu blizn wijącymi się w stronę kości ogonowej. Sama nie widziała ich od bardzo dawna, nie stawała już tyłem do lustra; zaś teraz opuściła głowę, bezbronna i zawstydzona, nie śmiąc spojrzeć na Jaspera, nie chcąc znaleźć w jego wzroku potwierdzenia, że to wreszcie go od niej odrzuciło.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
05-10-2025, 19:38
Jedynie z uprzejmości skwitował jej słowa milczeniem, bo w tym przypadku wiedział lepiej. Powinien był trzymać ręce przy sobie, prosiła go o coś i prosił żeby go o to prosiła. Nie rozumiał, dlaczego tak irytowało go ilekroć Leonie przepraszała albo rozgrzeszała jego, powinno to być budujące dla ego, ale czuł w tym tylko zgrzyt i dysonans. Herbata pozwoliłaby im ochłonąć, odsunąć się, może jego obecność w kuchni—na bezpieczny dystans—pozwoliłaby jej poczuć się bezpieczniej. Widział jej spłoszoną minę, poczuł jak cofnęła dłonie. Nie wiedział, jakie rozterki właśnie przeżywała w myślach ani kogo lub czego się bała.
Pamiętał, że Eileen się go bała.
Ale poczekał, zgodnie z jej życzeniem, choć miał wrażenie, że to średni pomysł. Nasilające się, gdy cisza przeciągała się uparcie, a oddech Leonie wydawał coraz bardziej nierówny. Dawno nie rzucał zaklęć uspokajających i w przeciwieństwie do niektórych kolegów niechętnie rzucałby je w ogóle poza szpitalem, ale—chyba naprawdę nie radził sobie dobrze z przedłużającymi się chwilami ciszy, bo już zaczął zastanawiać się nad dyplomatycznymi słowami, w których mógłby to zaproponować—może go potrzebowała? Nie podobało mu się to, jaka blada była, jak mocno drżały jej dłonie; że postawił ją w tej sytuacji. Nie podobało mu się to czekanie, bo miał wrażenie, że wcale nie pomaga jej ochłonąć.
Wreszcie sięgnęła do krawędzi swetra, a on dopiero teraz zrozumiał, że wcale nie chciała ochłonąć; że zbierała się do czegoś innego. Nie musisz—przypomniałby jej, ale ugryzł się w język, pozostawiając jej tą decyzję i autonomię. Spróbował podchwycić jej spojrzenie, ale odwróciła się plecami, choć wcale nie chciał—nie potrzebował—patrzeć.
Albo może jednak chciał.
Blizny na jej plecach nie równały się z powagą i głębokością tych nieuleczalnych, po których pod jego okiem i balsamami uzdrawiającymi dochodził do siebie Rineheart. Nie mogły się też równać z ciężarem kompleksów, z jakim mówiła o własnej brzydocie. Z ukłuciem smutku przemknęło mu przez myśl, że istniała szansa, że—gdyby zgasili światło, gdyby poddał się namiętności tak pochopnej i żarliwej jak we własnych snach, gdyby ułożył dłonie trochę wyżej—wbrew jej obawom nawet by nie zauważył.
Ale teraz widział i jako profesjonalista już nie mógł nie zauważyć, nawet w przygaszonym świetle, że były zadane w różnych odstępach czasu (dni? tygodni?); że nie opatrzył ich żaden uzdrowiciel; że nie mogła sięgnąć tam sama. Że panicznie reagowała na bliskość, a potem sama go za to przepraszała. Że przed ten cały czas w sklepie chyba jednak nie była nieśmiała tylko przygaszona, że uciekała wzrokiem i nigdy się nie przedstawiła i w lecie (teraz sobie przypomniał) nosiła długie rękawy. Czy już wtedy...? Przez myśl przeszedł mu scenariusz, w którym właśnie wtedy po pracy czekał na nią ktoś, kto ją krzywdził, a nikt niczego nie zauważył. Ani niczego nie przewidział. Dlaczego nie mógł przewidywać rzeczy użytecznych? Wziął głęboki wdech, bo nieopacznie wspomniał własne sny i był przekonany, że gdyby zamknął oczy to zakręciłoby mu się w głowie i zobaczyłby znowu strzępy dotyczące Eileen albo wojny albo te całkiem inne, ciemne i przesycone czyjąś paniką i mało zrozumiałe. A do tego nie mógł przecież dopuścić, musiał pozostać spokojny i opanowany i...
- Kiedy? - wyrwało mu się z naciskiem zanim zdążył wytrwać w postanowieniu dania Leonie przestrzeni do opowiedzenia lub przemilczenia własnej historii, to nie jego sprawa, ale czy wtedy gdy znali się już w sklepie? - Jesteś... bezpieczna? - dodał na tym samym wydechu, niedawno śmiali się razem z baśniowych czarodziejów, którzy wpadając do rzeki nie mogli znaleźć własnej różdżki, a teraz ledwo pamiętał, gdzie rzucił swoją. W salonie...? Nie, na szczęście cisnął ją na szafkę nocną. Odszukał zgubę wzrokiem i spojrzenie strzeliło ku zaryglowanym drzwiom i ciężkiemu zamkowi, który nagle zdał się jeszcze bardziej cięższy. Oplótł Leonie ramionami i przyciągnął do siebie, jej plecy do swojej klatki piersiowej.
- Chcę zostać. - zadecydował z ustami niedaleko jej szyi, nie czekając na resztę odpowiedzi. Zwykle decydowali o tym pod koniec wspólnych nocy, zwykle zapraszała go sama albo robił to subtelniej, pytając żartobliwie o zaproszenie na śniadanie, zwykle chciał zostać do rana, ale tym razem nie dokończył myśli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
05-10-2025, 20:36
Ufała mu. Ufała, a jednak nie była pewna do końca, czy za moment nie usłyszy zasysanego z odrazą powietrza, nie odczuje materaca rozprężającego się po utracie wagi dodatkowego ciała; to zaś, że jeszcze nie wyszedł... Podkreślało, jak dobrym był człowiekiem, być może najlepszym. Był wszystkim tym, co w nim widziała. Przyszło im żyć w świecie wojen i opresji pod mugolskim butem, a Jasper nie stracił tego niesamowitego pierwiastka, który przyrównywał go do ciepłego oddechu wiosny - talentu do budzenia nadziei. Nawet dla niej tego dokonał, swą cierpliwością pomógł jej nie narzucić tkaniny z powrotem na plecy, mimo że napięcie rozchodziło się wraz z arteriami żył, stłoczone we krwi i obecne w uderzeniach serca. Czekała. Na jego reakcję, na to, czy prawdziwy Jasper Prince jest taki, jak sądziła - i to, że w pierwszych słowach upewniał się o jej bezpieczeństwie, o tym, jak świeże mogło być zagrożenie pełzające po śladach jej cienia, krzyczało: tak, Leonie, to właśnie cały on. Drgnęła delikatnie, jakby mimo wszystko nie spodziewała się zetknięcia z barwą jego głosu, i obróciła głowę o kilka centymetrów w jego stronę, lecz nie odważyła się spojrzeć przez ramię.
- Kilka lat temu - odpowiedziała prawie bezdźwięcznie, nadal nieprzyzwyczajona do mówienia o tym, co ją spotkało. Rany, mimo że zasklepione pod tkanką blizn, nadal były świeże, miały nad nią władzę, nie odwrotnie. Czy na jego ciele mogła odnaleźć coś podobnego? Leonie miała nadzieję, że nie, mroziła ją myśl o tym, że ktoś mógł go skrzywdzić, ktoś gorszy niż nieprzewidywalny, ale pacyfikowany pacjent albo niefortunne zrządzenie losu. - Ja... Tak. Jestem - przełknęła gorzką ślinę, na pięciolinii strun głosowych zamrażając nowinę o tym, jak często popadała w długi i jak łatwo można było za nie oberwać w przypadku braku spłaty. Nie o to pytał. A ona nie wszystkie karty musiała odsłonić za jednym razem. - On już nie żyje - dodała szeptem, nerwowo wyginając palce. Colin Fairchild. Nigdy nie nazwała go po imieniu i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobi, poza tym nigdy nie chciała usłyszeć jego brudnej tożsamości, wypowiedzianej słodkim jak miód głosem Jaspera. Budowali między sobą coś, co należało tylko i wyłącznie do nich. Coś, na co on nadal rzucał swój cień, ale czego nie zamierzała mu oddać. - A ty? - impulsywnie zrewanżowała się tym pytaniem, strach o jego bezpieczeństwo zaglądał pod powieki, targał teraz za zakończenia nerwów; czasem najbardziej promienni i życzliwi ludzie nosili w sobie najwięcej ran.
Zaskoczenie dobiegło z ust Leonie pod postacią płytkiego westchnienia, ramiona tulące ją do ciepłej klatki piersiowej niemal ją wzruszyły i nie panowała nad sobą, gdy dotychczas zmrożone oczekiwaniem ciało wtuliło się w niego zachłannie. Wreszcie obróciła głowę, opierając nos o policzek Jaspera; miała ochotę bez końca powtarzać dziękuję, ale czy naprawdę dałaby radę wyrazić ulgę, którą jej podarował? Leonie przycisnęła usta do jego skroni, dłonią dotknąwszy zmierzwionych loków po drugiej stronie jego głowy, a gdy poczuła na szyi ciepło jego oddechu i wagę jego słów, wtuliła się w niego jeszcze bardziej. - Zostań na ile chcesz - odpowiedziała, spłoniona, bo zarazem miała ochotę poprosić go o to, by nigdy jej nie zostawiał. Nigdy stąd nie odchodził. By słońce nigdy nie wschodziło, a księżyc nie przynosił więcej nocy bez niego obok. - Skoro masz już u mnie piżamę i... lubisz moją herbatę - parsknięcie, które z siebie wydała, było tak smutne, jak i rozbawione. Czy w przeciągu dwóch ostatnich tygodni nie żyli w sposób wykraczający poza każdą normę? Zainteresowanie żywe od ponad dwóch lat wybuchło i pochłonęło wszystko, Leonie zaś czuła się, jakby znała go od zawsze. - Nie dam ci więcej ponad to, czym jestem, Jasperze Prince - szepnęła, oparłszy czoło o jego czoło. A mam w sobie tak niewiele, to pozostało niedopowiedziane. - Ale jeśli to ci wystarczy... - urwała, niepewna nagle, jak skończyć, co powiedzieć. Jak nie dać dowodu desperackiemu głodowi jego towarzystwa. Jak zachować odrobinę godności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
07-10-2025, 22:57
Wydawała się tak spięta, jakby w każdej chwili mogła pęknąć albo nieodwracalnie się rozedrzeć (jak jej sweter, choć on jakimś cudem przetrwał). A jemu wydawało się, że to napięcie i stres dotyczą tylko jej, choć zaczynały być zaraźliwe. Miał wrażenie, że jednym nieostrożnym słowem lub gestem zaraz coś zepsuje (gestem już to zrobił), a mimo to—
Kilka lat temu, to mogło znaczyć wszystko i nic—
- Przed czy po tym jak się poznaliśmy? - mimo to nie mógł przestać pytać, a jego własny głos zabrzmiał teraz ochryple, głucho. - To było dwa lata temu, w kwietniu. - dodał, bo mogła tego nie pamiętać, prawdopodobnie nie pamiętała, musiała mieć wielu klientów. I niewiele równie stresujących sytuacji w pracy jak to, że przy pierwszej wizycie we Fruwokwiacie Jasper pomylił fruwokwiata z młodymi diabelskimi sidłami, ale przecież takich chwil raczej nie wpisywało się w kalendarz. On pamiętał, bo to były pierwsze dni ładnej pogody po śmierci Ingrid—i jego pierwsza sytuacja zagrożenia życia, której nie przewidział. Chciał wierzyć, że to dlatego czuł się tak otępiały i dziwnie spokojny, gdy roślinne pęta niebezpiecznie oplotły jego ramiona i szyję, a kruczowłosa sprzedawczyni kazała mu zastygnąć w bezruchu. Albo że uspokoiły go ton jej głosu i wprawa, z jaką powoli, posiłkując się Lumos, odsuwała od niego każdą z łodyg. Pamiętał, że widział strach w jej ciemnych oczach, ale że wtedy wydawało mu się, że może po prostu bała się konsekwencji w pracy (tak uparcie samemu odsuwał od siebie myśl o możliwych konsekwencjach tego wypadku i własnej niefrasobliwości) i że rozbroi sytuację żartem (nie wyszło...). A teraz chyba miał równie spanikowane spojrzenie gdy na zmianę zerkał to na plecy, to na przedramię Leonie, na próżno próbując oszacować czas powstania tych blizn (kilka lat temu to najbliżej jak mógł trafić); zastanawiając się czy wtedy wróciła po pracy do kogoś, kto jej to robił; czy to dlatego się bała.
I czy samemu był wtedy tak zobojętniały, by nie zauważyć, że ta uprzejma dziewczyna może bezgłośnie wołać o pomoc. Chciałby wierzyć, że nie; ale pamiętał, jak pusty i dziwnie zagubiony czuł się po śmierci i kłamstwach żony—tak, jakby wraz z własną wizją coś się skończyło, ale jakby przyniosło to jedynie nic zamiast ulgi. Nie miał rodziny, po wydziedziczeniu Eileen (czy na pewno akurat po tym?) nie miał dobrego kontaktu z pozostałą mu rodziną, nie miał dzieci, miał tylko monotonną pracę i pesymistyczne sny i nie miał ochoty przyznawać, że w obliczu diabelskich sideł nie czuł ani strachu ani żalu ani desperacji, ale był wtedy w dziwnym miejscu w życiu i tak właśnie było. A skoro nie wzruszyło go tamto niebezpieczeństwo, to mógł przegapić... właściwie wszystko.
Nie, żeby wtedy to była jego sprawa; ale teraz to była jego sprawa—
Kolejne, nieco bardziej optymistyczne zapewnienia, przerwały gonitwę myśli i tym razem Jasper znalazł w sobie na tyle opanowania by ugryźć się w język i nie pytać z satysfakcją jak on umarł. Jeszcze oprócz gniewu usłyszałaby w tym pytaniu zazdrość, a to skomplikowałoby już zupełnie wszystko. Pokiwał tylko głową, a słysząc jej pytanie, miał ochotę albo roześmiać się gorzko albo lekko nią potrząsnąć; Leonie, przestań się o mnie martwić t e r a z. U p r z e j m i e (i ignorując własne zaskoczenie, bo oczywiście, że był bezpieczny; a zarazem jakoś nie umiał określić jak się ma) odpowiedział jednak. - Tak. - i jakoś nie był w stanie tchnąć w te słowa ani uśmiechu ani ciepła, więc w ramach rekompensaty okruszył je odrobiną szczerości: - Czasem tylko źle sypiam. - szczerości niezbędnej, skoro spędzał tu coraz więcej nocy; potrzebnej do snucia wymówek w razie pobudki z koszmarów i zarazem w eufemistyczny sposób łagodzącej jak bardzo źle czasem sypiał; jakie horrory widział w koszmarach.
W końcu ją przytulił, a ona wreszcie odwróciła ku niemu głowę i chyba było nieco lepiej. Teraz uśmiech w naturalny sposób odnalazł drogę na jego usta, strasznie nalegała na tą piżamę, a herbatę robiła świetną; dłonie zsunęły się na jej nagie plecy i przez moment czuł pod palcami tylko rozgrzaną skórę, a nie powidoki ciętyc ran; ale zarazem musiała złamać mu serce dodać kolejne słowa, znowu tak porażająco smutne, naprawdę tak myślała o tych kilku bliznach? (Czy o przeszłości...? — podpowiedziało mu p r z e c z u c i e, zarazem logiczne i lekko zawistne i smutne; ale przecież on też miał przeszłość i bagaż i problemy z głową i—jak udowadniały kolejne dzieci kolegów; coś ostatecznie zdławiło jego nadzieję gdy nawet żona Atticusa doczekała się córki—zdrowiem nieskończenie bardziej kłopotliwe od skrywanych pod swetrem poparzeń).
- Jesteś Leonie - wciął się w jej słowo gwałtownie, obejmując jej policzki własnymi dłońmi i odsuwając ją lekko od siebie żeby móc spojrzeć w jej oczy, jesteś Leonie, a nie tym, co próbujesz mi pokazać. - Figg, choć trzeba kupić u ciebie pięć roślin doniczkowych by się tego dowiedzieć. - dodał z krzywym uśmiechem, przewracając oczami. - I jesteś piękna. - dodał łagodniej, biorąc ją za lewą, poparzoną rękę by pocałować ją w wierzch dłoni. - I lubię u ciebie bywać. Nie tylko po... - scenariusz flirtów nagle go opuścił, bo nie był pewien jak powiedzieć, że nie tylko po potencjalny seks; ani właściwie co powiedzieć. - Odpocznij, dobrze? A ja znajdę piżamę i zrobię tą herbatę. - szepnął i złożył prędki pocałunek na jej czole, bo wcale się nie speszył, to ona była speszona i niegrzecznie byłoby to wykorzystać, mimo, że tkwiła przed nim w samej bieliźnie i nadal mógłby błądzić dłońmi po jej ciele. W drodze do kuchni zdjął koszulę, na dowód, że zostanie. Wiedział już, gdzie jest herbata, choć nie wiedział ile Leonie ją parzyła, a—pochłonięty myślami o tym, że musi jej udowodnić, że nie jest jak tamten i jak tamci w klubie i w ogóle—nie wpadło mu nawet do głowy by spytać.

1. parzę herbatę 5 sekund
2. parzę herbatę 30 sekund
3. robię dobrą herbatę!!!
1x k3 (herbata):
1
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
08-10-2025, 09:43
Napięcie bijące od Jaspera nie było jedynie odbiciem jej własnego. Niemal desperacka potrzeba wpisana we włókna zielonych tęczówek mówiła o innym zmartwieniu, a jedyne, co mogła zrobić Leonie, to podarować mu prawdę. Przypominał tarczę gotową osłonić ją teraz przed światem - i ostrze, które mogło rozpłatać każdego, kto by jej zagroził. Nigdy nie był piękniejszy.
- Przed - przyznała cicho, w ton swojego głosu wplatając uspokajające nuty. Nie miał na to wpływu, nie mógł jej wtedy ochronić. Nie wydostałby jej z tamtego miejsca; Leonie uniosła na niego spojrzenie, które zdradziło cień zdziwionego politowania. - Pamiętam, kiedy to było, Jasperze Prince - sprostowała, naprawdę uważał, że mogłaby zapomnieć? Zainteresowanie, które wówczas zdradził, szybko stało się odwzajemnione, mimo że nie dała tego po sobie poznać, zestresowana wypadkiem. - Wszedłeś mimo tabliczki z inwentaryzacją, przez drzwi, których jakimś cudem nie zamknęłam na klucz - zaczęła, w kącikach jej ust igrał delikatny, niemal nieśmiały uśmiech. - Nigdy nie widziałam nikogo, kto byłby ubrany tak smutno, jak ty. Jakby... wyciekły z ciebie wszystkie kolory. Uśmiechałeś się, ale to nie sięgało oczu, nie od początku. I próbowałeś żartować, ale przez stres ledwo rozumiałam, co do mnie mówisz - parsknęła cicho, mocniej chwytając jego dłoń. Rumieniec rozlewał się na jej policzkach; było coś intymnego w przyznaniu się do tego, jak uważnie go wtedy obserwowała. - Myślałam, że po tym już nie wrócisz. Po diabelskich sidłach trudno byłoby mieć do ciebie o to pretensje. Ale wróciłeś. Wracałeś przez lata - do mnie, chciałaby dodać, ale wtedy to nie było prawdą. Wracał po rośliny i alchemiczne składniki, po zakupy podyktowane praktyczną potrzebą, i Leonie nie wierzyła, że mogło kryć się za tym coś więcej. - Znasz mit o Hadesie i Persefonie? - zapytała nagle. Kolejna porcja prawdy powoli rozdzierała tkankę blizn, jakby sięgała w głąb siebie, żeby podarować mu więcej, niż dawała innym. Tylko czy Jasper zrozumie, co miała przez to na myśli? Wyczyta to między wierszami? - Skazana na półrocze w zaświatach Persefona. Uznaje się, że zjadła owoc z miłości do Hadesa, że chciała z nim zostać - ale on wykradł ją światu bez pozwolenia, więc czy naprawdę mogła kogoś takiego pokochać? Czy przez sześć miesięcy nie śniła o ciepłym dotyku wiosny swojej matki, o łąkach i słońcu? - szepnęła, ze zrezygnowaniem pokręciwszy głową. Demeter była gotowa wykończyć świat, żeby odzyskać swoje dziecko, a to tam dodawało Leonie otuchy. Tak jak zapewnienie, że Jasper był bezpieczny; na jej twarzy pojawiła się trudna do opisania słowami ulga, przez którą znów na moment oparła ze sobą ich czoła. - Spróbuję przegonić złe sny - rzuciła impulsywnie, nie spodziewając się, ile samotnego cierpienia kryło się za jego słowami. Był uzdrowicielem, więc w mniemaniu zielarki widział wiele sytuacji mrożących krew w żyłach i właśnie to dosięgało jego koszmarów, nie... przyszłość. Przeszłość. Rozpacz, na którą nie miał wpływu. Nigdy niespełniona pogoń za siostrą. Walka z przeznaczeniem.
Kiedy wszedł jej w słowo, poczuła, jak jej oczy wilgotnieją. Jasper mówił z tak porażającym przekonaniem, że sama mogłaby mu uwierzyć; jesteś Leonie Figg. Znów zaśmiała się cicho, faktycznie nie przedstawiła mu się jak ostatnia sierota; nakrywszy jego dłonie swoimi, musnęła jego wargi w bezdźwięcznym podziękowaniu za to, co powiedział, a kiedy Jasper złożył pocałunek na jej bliznach, na policzek spadła łza, której nie umiała powstrzymać. Widział w niej człowieka. Widział w niej kobietę, którą mimo swoich ran i blizn nadal nazywał piękną. Zalana ulgą, nie znalazła słów, którymi mogłaby mu odpowiedzieć, więc jedynie kiwnęła głową, słysząc jego propozycję, i odetchnęła głęboko, z trudem rozstając się z bliskością jego ciała.
W czasie, kiedy Jasper zajmował się herbatą i przebraniem, Leonie umyła się szybko i pierwszy raz od lat - dzięki niemu - spojrzała w lustro z mniejszym wstydem, mniejszą odrazą. Jesteś Leonie Figg. Błękitna koszula nocna z długim rękawem zastąpiła ubranie, w którym zwiedzała z nim Edynburg, a gdy Jasper wrócił do sypialni, półleżała już w łóżku w rozkopanej białej pościeli, oparta o wezgłowie. Odczekali razem, aż napar trochę ostygnie, i z ochotą upiła łyk, gotowa pochwalić smak, tylko że... Smaku  w ogóle nie było, nic a nic. Ze zmarszczonymi brwiami spojrzała w kubek, potem na niego, potem znowu w kubek i przekręciła głowę, zbita z tropu.
- Jesteś pewien, że nie zapomniałeś o herbacie w tej herbacie? - dociekała, rozbawiona. Przyniósł praktycznie gorącą wodę bez żadnego zabarwienia. - Dziękuję, ale może umówmy się, że ja będę parzyć... - tym razem jej usta ułożyły się w szerokim i zaczepnym uśmiechu. Jakim cudem poszło mu aż tak źle? Przecież każdy Brytyjczyk miał przygotowywanie herbaty we krwi! Nic nie poradziła na cichy śmiech dobiegający chyba z samego serca, kiedy odkładała naczynie na szafkę nocną, potem przez jakiś czas po prostu na niego patrząc. Na człowieka, który tyle dla niej zrobił, choć ich relacja przeobrażała się błyskawicznie, może zbyt szybko, ale czy jej to przeszkadzało? Nie. Był piękny. Był opiekuńczy. Był... sobą. Prawie bezwiednie sięgnęła do rąbka błękitnej koszuli, nagle zarumieniona, i powoli podwinęła materiał ku górze przez miękkość odsłanianych nóg, przez cały ten czas patrząc mu w oczy. Ze skrępowaniem, odrobinę niepewnie, bo czy w ogóle tego chciał? Nadal? Jej strach ostygł dzięki niemu, zastąpiony ulgą na tyle, by tej nocy nie założyła pod spód bielizny - a zawsze, zawsze, gdy przy nim spała, pod nocnym odzieniem miała jeszcze dodatkową warstwę. Teraz zaś oddech spłycił swój bieg; tkanina zatrzymała się nad kolanem, w połowie drogi do uda, a wargi delikatnie rozchyliły, jakby zamierzała coś powiedzieć, ale z jej gardła nie dobiegł żaden dźwięk.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
09-10-2025, 22:21
Przed. Częściowo wypuścił powietrze z płuc, choć nie umknęło mu jak zręcznie Leonie kluczyła wokół tematu: kilka lat, wcześniej niż dwa lata temu, ale wciąż nie podała konkretów. Jak wtedy, gdy bezskutecznie usiłował poznać jej imię...
...pamiętała ten moment? Dopiero wtedy na jego ustach pojawił się cień bladego uśmiechu. - Mhm, jakimś cudem. - powtórzył żartobliwie (teraz już mógł żartować, skoro tamtego dnia ani wieczoru nikt najwyraźniej nie przypalał jej skóry papierosem...), choć w jego tonie nie było ani pretensji ani rzeczywistego rozbawienia. Może faktycznie było to zrządzenie przeznaczenia, skoro zderzywszy się z zamkniętymi drzwiami wybrałby może inny sklep z roślinnymi ingrediencjami? Spuścił wzrok, a utrzymanie uśmiechu na twarzy stało się trudniejsze, gdy skomentowała jego ubranie i zachowanie. To... nie był dobry miesiąc (i dlatego tak odczytała jego minę, prawda? To przecież nie tak, że do perfekcji opanował uśmiechanie się nieszczerze, to po prostu te tygodnie po śmierci Ingrid były dziwne...), a on mógłby teraz obrócić jej komentarz w żart albo przyznać, że zgodnie z konwenansami nosił wtedy żałobę—ale moment nie wydawał się odpowiedni na żadną z tych reakcji. Nie teraz, gdy Leonie odsłaniała przed nim swoje blizny.  Te na ciele i te głębsze. Uniósł na nią ciepłe spojrzenie gdy zauważyła, że wracał—przez kilka sekund próbował nazwać dlaczego, może nawet jej to wyjaśnić, ale spytała go o coś innego zanim znalazł w myślach odpowiednie słowa.
Oczywiście, że znał ten mit. Wersję, w której Persefona pokochała władcę podziemi. Zmrużył lekko oczy, ale na szczęście roztropnie tego nie powiedział; tylko skinieniem głowy zachęcił Leonie by powtórzyła mu swoją wersję. Otworzył oczy szerzej i sięgnął po dłoń Leonie, ścisnął ją nieco mocniej, gdy chyba zrozumiał co chciała mu przekazać. Nie zrozumiał dosłownie ani wykradnięcia ani półrocza, uznając to za oprawę mitu i metafory, ale wychwycił jej słowa o braku miłości. Pokiwał lekko głową, rozumiem, miłości tam nie było, choć do tej pory ani razu nie w myślach nie nazwałby tego miłością (za to z niepokojem zastanawiał się dlaczego wracałaby do kogoś takiego, bo ogółem o miłości myślał... rzadko). Szczęśliwie byli zbyt blisko, by mogli patrzeć sobie w oczy gdy optymistycznie uznała, że mogłaby przegonić jego sny. Prawda stanęła mu w gardle, to nie był na nią odpowiedni moment, może nigdy nie będzie— wiedział, za jakich szaleńców uznawało się jasnowidzów — ale jej słowa nasunęły mu przykrą myśl, że nie, nie przegoni złych snów; że w zamian może stać się tematem jednego z nich.
Co wtedy—?
Niektórzy jasnowidzowie dosłownie wariowali, chcąc zmienić przyszłość albo zadręczając się koszmarami o losie ukochanych osób. Jasperowi wydawało się, że w kwestii Ingrid postąpił rozsądnie, zarówno akceptując niezmienny los, jak i chroniąc własne serce emocje; nie przywiązując się przedwcześnie.  To była rozsądna decyzja.
Próbowałeś wykraść jej jak najwięcej chwil szczęścia? Uczynić te ostatnie lata życia cieplejszymi? — dlaczego zatem dociekania Mortiego tak bardzo zabolały, dlaczego z perspektywy czasu to wcale nie wydawało się rozsądne?
Może nigdy nie zobaczy w snach losów Leonie, bo te szczęśliwe sny śniły mu się rzadko. Ale co jeśli...? To, co przeżyła, przypominało mu tylko jak życie jest kruche, jak tajemnicza bywa przeszłość i przyszłość. Rozsądnie było się nie przywiązywać, do nikogo, nie zanadto; ale chyba już to zrobił i może lepiej było o tym nie myśleć ani tego nie nazywać.
Może najlepiej było uczynić jej życie cieplejszym, niezależnie od tego, co się stanie...?

Chyba zdołał trochę uspokoić Leonie, ale nie siebie—w roztargnieniu i niecierpliwości nie poczekał aż herbata w ogóle się zaparzy, co oczywiście dotarło do niego dopiero, gdy dziewczyna parsknęła śmiechem. Przewrócił oczami i nachylił się do pocałunku, dość nagłego—wpół jej wybuchu śmiechu—ale czułego i krótkiego. - No nie wiem, smakujesz jak hibiskus. - uparł się, choć była to nieprawda. Z uśmiechem odwzajemnił jej wesołe spojrzenie, choć nagle stało się jakby bardziej przenikliwe, a cisza jakaś gęstsza. Celowo spowolnił oddech, choć ten przyśpieszył lekko gdy Leonie odsłoniła rąbek koszuli nocnej, a Jasper zrozumiał (chyba, zawsze miał przy niej te wątpliwości—) znaczenie jej zaproszenia.
Przez moment milczał, spoglądając to na jej uda, to na jej oczy, to na jej rozchylone wargi. Miał nadzieję, że nie zrobiła tylko dlatego, że wracając z kuchni był odrobinę rozczarowany, że założyła już koszulę nocną, choć oczywiście próbował tego nie okazać. Półnagość przecież ją sporo kosztowała, komfort był warty więcej niż jego krótka przyjemność z ciepła bijącego od jej skóry. Samemu nie założył wciąż ani piżamy ani koszuli, rozkojarzony...
Spojrzał jej w oczy pytająco. Nie powinien. Wciąż pamiętał swój sen sprzed kilku dni i jej lęk ilekroć próbowali. Bezpieczniej byłoby...
...ale bezpieczniej dla kogo? Leonie nie opuszczała koszuli nocnej ani nie cofała wzroku, a dla niego faktycznie bezpieczniej było nie myśleć ani o tym, od jak dawna nie był z nikim blisko ani o tym, że poprzednie próby pozbawione były prawdziwej bliskości. Ani o tym, że z jakiegoś powodu Ingrid uznała o dwadzieścia lat starszego Sandersona za lepszego kochanka—
Wziął głębszy wdech i nachylił się do głębszego pocałunku, jedynej ucieczki przed natłokiem własnych wątpliwości. W tym tej, że powinien potraktować Leonie poważnie; obiecać jej coś, ale nie wiedział co. Egoistycznie zostawił tą kwestię na później, wsuwając dłoń pod jej koszulę nocną — powoli, we własnych myślach dając jej szansę na ucieczkę, choć tak naprawdę zamykał ją właśnie w swoich ramionach.

/zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
03-02-2026, 20:14
02.05.

Była w zasadzie pierwszą osobą, o której pomyślał następnego dnia. W sumie sam nie wiedział czemu najpierw skierował się do Oriany. Może dlatego, że nie znał jej tak dobrze jak siostry, może podejrzewał, że Leonie będzie jednak u Jaspera. Słyszał co się wydarzyło podczas olimpiady na zlocie pocztą pantoflową, domyślał się, że Figg pewnie nie będzie w najlepszym humorze, wolał jej więc nie dokładać zmartwień swoimi własnymi problemami. Pewnie potem go za to zbeszta, powie, że powinien od razu do niej przyjść, ale jednak nie miał na to wpływu. Zawsze stawiał dobrostan innych ponad swój, zwłaszcza jeśli chodziło o Leonie. Bo w tym momencie nie mógł powiedzieć tego o Riven. Cały czas miał przed oczyma jej, skrytą za maską, zapłakaną twarz, słyszał jej łamiący się głos i szloch, kiedy pierwszy raz w życiu postanowił zadbać o siebie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to będzie dla niego, dla ich obojga ciężki okres. Może to właśnie dlatego poszedł do Oriany, podświadomie wiedząc, że ona zrozumie. Oczywiście, Leonie też zrozumie, ale jednak…
Minęły już prawie dwa dni, a on wcale nie czuł się lepiej. Czas niby leczył rany, ale minęło go zdecydowanie za mało, aby jego rany chociażby zaczęły się goić. W pracy robił dobrą minę do złej gry, starał się nie dać po sobie nic poznać, musiał zachowywać się profesjonalnie i naturalnie zarazem. Dlatego schował swój ból i cierpienie za maską wesołego kelnera i barmana. Zagadywał klientów, pomagał na kuchni, prowadził luźne rozmowy z pracownikami. Było mu ciężko, ale nie miał innego wyjścia. Miał zamiar unikać Pod Mewą i Księżycem najbardziej jak się da, podejrzewał również, że Riven również uszanuje jego prośbę i nie będzie próbowała nawiązać z nim kontaktu. Gdyby nadal się widywali, cała ta sytuacja byłaby dla niego jedynie gorsza i nie podejrzewał aby dał sobie z nią radę. Musiał się wyleczyć, musiał zając głowę czymś innym, bo to był w jego mniemaniu najlepszy sposób na to wszystko.
Zmianę skończył około piętnastej i od razu poszedł do siebie. Jego ubrania pachniały jedzeniem, jak zawsze kiedy wracał z pracy. Nie miał zamiaru dzisiaj wychodzić na miasto, ostatnio zdecydowanie za często porywała go zabawa i następnego dnia budził się z bólem głowy. Nadeszła ta chwila, kiedy postanowił się wziąć za siebie. Skupić się bardziej na nauce, poświęcić trochę czasu sobie, przemyśleć kilka rzeczy odnośnie swojego życia. Leonie pewnie będzie miała ubaw kiedy się o tym dowie, ale w sumie nie było w tym nic złego. Była w końcu jego starszą siostrą i chyba w końcu powinien zacząć się jej słuchać, chociaż w niektórych kwestiach w każdym razie.
I właśnie z tym przeświadczeniem przebrał się w czyste ubrania, do kieszeni kurtki wsadził małe pudełeczko i wyszedł z domu. Po drodze zaszedł do sklepu i poczynił w nim niewielkie zakupy. Nic wielkiego, paczkę ciastek z czekoladą niezgorszej jakości, mąkę, butelkę mleka i paczuszkę cynamonu. Z zakupami zrobił sobie spacer do domu Leonie. Zatrzymał się przed kamienicą, w której mieszkała panna Figg i przez moment obserwował okna jej mieszkania aby się zorientować czy ta jest w ogóle w domu. Widząc, że światła się palą, z lekkim uśmiechem wszedł do budynku i po schodach wszedł na odpowiednie piętro. Zapukał dwa razy w drzwi i nie czekając na odpowiedź, nacisnął na klamkę i wszedł do środka.
- To ja! - zapowiedział się od wejścia, zamykając za sobą drzwi i ściągając buty w przedpokoju.
Kurtkę zawiesił na wieszaku na ścianie, wyciągając z kieszeni pudełeczko i już wszedł w głąb mieszkania. Już po chwili znalazła sie u jego nóg Helga, merdając wesoło ogonem i wystawiając łepek do standardowego głaskania.
- Cześć urwisie. - uśmiechnął się na widok psa, po czym kucnął przy zwierzaku i wytarmosił go za uszy, by po chwili cmoknąć w czoło - Przychodzę z darami. - odezwał się po chwili podnosząc wzrok na właścicielkę suczki i uśmiechając się do niej łagodnie - Może upieczemy ciasto? Mam mąkę, mleko i cynamon, ja masz czekoladę możemy zrobić piernik, znalazłem fajny przepis ostatnio. - zaproponował podnosząc się z kucków, by podejść do siostry - Jak cię czujesz? - spojrzał na nią z troską, starając się ocenić jej stan.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
06-02-2026, 16:55
Nie tak wyobrażała sobie wielki finał Zjazdu Absolwentów. Łzy spływające po policzkach, prędka wizyta u walijskiego felczera, para rękawiczek wydobyta z szafy i zaczesanie włosów bardziej na twarz, a potem upchnięcie wymarzonej sukienki w koszu na pranie i konieczna teleportacja do Londynu, gdzie w mieszkaniu Jaspera zostawiła Helgę. W obecności narzeczonego chciała udawać, że wszystko jest w porządku, ale kiedy tylko na nią spojrzał, od razu pojął, że coś było nie tak, i zadane na głos pytanie spowodowało, że wybuchła płaczem w jego ramionach. Gładził tył jej głowy, słuchając urywanych fragmentów opowieści o porażce, której dorobiła się na Gumochłonku, o Irytku, o tym, że nie zobaczy Fran w Turnieju Pojedynków, na smutek z niezatańczenia w Wielkiej Sali porywając ją na nogi z miękkim szeptem na ustach, że w takim razie przynajmniej on poprosi ją do tańca. I tańczyli. Spokojnie, łagodnie, razem bujali się do puszczonej z gramofonu płyty, aż Leonie ostygła w jego ramionach, uspokojona po salwach szlochu tak bolesnego, jakby dzień miał oznaczać koniec jej życia i całego świata.
Niestety nie mogła wziąć urlopu przez wzgląd na... krzywdy wizerunkowe. Pewnie nawet nie powinna tego rozważać, skoro w sali egzaminacyjnej zawiodła mimbulus mimbletonię na amen i powinna chcieć odpracować swoje winy na roślinach w Sennym Fruwokwiecie - tyle że nie umiała na nie patrzeć bez obaw, że zaraz nieuważnie zrobi im coś złego. Stąpała w sklepie niemal na paluszkach, wszystko sprawdzała po sobie dwa i trzy razy, a zanim położyła dłonie na jakimkolwiek gatunku, najpierw prewencyjnie go przeprosiła. Porażka w Hogwarcie kosztowała ją sporo pewności siebie, dlatego gdy Leonie wróciła do domu w Cardiff, czuła się szczerze wycieńczona. Przypominało to nieustanny taniec uników przed bombardami, męczący zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Opatulona kocem i umoszczona na fotelu nawet nie poczuła, że odpływa w niebyt drzemki, zanim było za późno; światła nadal paliły się w mieszkaniu, natomiast płyta w gramofonie zdążyła skończyć repertuar, zastąpiona przez miarowe klekotanie, o dziwo kojące jej nadszarpnięte nerwy. W pierwszej chwili uznała podbijający dźwięk stukot za część wypoczynkowych majaków, ale kiedy odgłos został ponowiony i Helga uniosła głowę, szczeknąwszy w zaanonsowaniu gościa czekającego za drzwiami, Leonie z trudem wydrapała się z kokonu snu, prawie na oślep błądząc do wejścia, gdzie wpadła na wieszającego kurtkę Keitha i witającą go psinę. Zamroczona przez drzemkę nie usłyszała wyraźnie, ze zdążył się już do niej odezwać, dlatego była okrutnie zdziwiona, gdy odbiła się od niego w progu pomieszczenia, a wzrok trochę się wyostrzył, padając przez szpary ledwo otwartych oczu.
- Śniło mi się, że spóźniłam się na zielarstwo - wybełkotała niewyraźnie i ziewnęła, ocierając powieki, z których spróbowała zmazać ciągoty za kolejną porcją snu. Mało tego, w wizji nawet te zajęcia oblała, a to na pewno miało coś wspólnego z Gumochłonkiem i zadaniem, z którym Leonie sobie nie poradziła. - Tak, powinnam coś mieć. A czemu ciasto? Ktoś ma urodziny? Ty masz urodziny? - nie, to niemożliwe, obchodzili je w lutym, jednak w stanie obecnej używalności zwojów mózgowych nie potrafiła ocenić, jaki mieli miesiąc. Przytomność wracała stopniowo, jako takie rozbudzenie wyrażając coraz bardziej otwartymi oczami, aż odpoczynek stał się słodkim - chociaż trochę stresującym - wspomnieniem, zaś grawitacja znów przyciągnęła ją do rzeczywistości. Wtedy obejrzała Keitha jak pacjenta, co do którego stanu zdrowia trzeba się szybko upewnić, i objęła go powitalnie. - Bywało lepiej... - przyznała szczerze. Miała na dłoniach rękawiczki, których używała do zamaskowania czerwonych śladów, włosy też poprawiła, żeby zakrywały dwie czy trzy małe plamki widoczne z boku policzka. - Strasznie dałam ciała, wiesz, i nie mogę tego przeżyć - westchnęła. Poza kilkoma miłymi spotkaniami i odświeżeniu dobrych wspomnień Zjazd był dla niej porażką. - A ty? - zapytała, pociągnąwszy Keitha za sobą do kuchni. Nic tak nie łagodziło trosk jak herbata, poza tym musiała też sprawdzić, czy wykopie z szafek brakujące składniki na deser.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
08-02-2026, 13:44
Początek zjazdu absolwentów był dla niego udany, nie mógł powiedzieć, że nie. Spotkanie starych znajomych, tych, z którymi miał dobry kontakt jeszcze w czasach szkolnych, a nawet przygody z Irytkiem, a doświadczył ich aż dwóch, wcale nie postrzegał jako coś złego. Dopiero zbliżający się wieczór sprawił, że jego humor zdecydowanie się popsuł i to do granic, o które sam się nigdy nie podejrzewał. Wyjście do Zakazanego Lasu to była porażka. Wiedział, że duży wpływ na jego zachowanie wtedy miała przede wszystkim zazdrość, która zawładnęła nim prawie całkowicie. Podejrzewał jednak, że również i sama atmosfera lasu miała na niego duży wpływ. Nie bez kozery był zakazany, powietrze było tam ciężkie, atmosfera gęsta, a sam pomysł podążania tropem olbrzyma był po prostu głupi. Nigdy wcześniej nie zachowywał się tak względem swoich znajomych, nie ważne jak bardzo mógł być wtedy zły czy cokolwiek innego. Zazdrość jednak była okropnym uczuciem i wyciągała na wierzch zachowania, o których człowiek nigdy wcześniej nie wiedział. A potem ten przeklęty bal, padające słowa, które nie powinny zostać wypowiedziane na głos, łzy, które nie powinny się pojawić i całkowite rozdarcie, które powodowało wręcz fizyczny ból. To właśnie te dwa wydarzenia sprawiły, że nie zamierzał zapisać tego dnia do udanych, nie ważne co wydarzyło się wcześniej.
Teraz jednak musiał jakoś z tym wszystkim żyć. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób sobie z tym wszystkim poradzi, ile czasu będzie musiało minąć zanim pozbiera się po tym zawodzie miłosnym, tak naprawdę pierwszym w swoim życiu. Nie przypominał sobie aby kiedykolwiek wcześniej do kogokolwiek poczuł to co czuł do Riven. Wszystkie jego poprzednie romanse były chwilowe, były wypełniaczami chwil, niczym więcej. Czasami zaczynały się wieczorem, a kończyły następnego ranka, aby już nigdy więcej się nie spotkali. W tym wypadku było jednak inaczej i zaczął się zastanawiać czy on również kiedykolwiek sprawił, nieumyślnie oczywiście, że ktoś cierpiał tak jak on teraz. Wiedział o jednej, o tej, która teraz złamała jego serce, ale w tym wypadku mleko się już rozlało.
Dlatego w tym momencie postanowił skupić całą swoją uwagę na siostrze, bo ona również potrzebowała wsparcia. Wydarzenia, które miały miejsce podczas olimpiady z całą pewnością podkopały jej pewność siebie, a coś mu mówiło, że odkąd znów wróciła do jego życia, ta jej cecha charakteru była bardzo krucha. Miała teraz co prawda Jasper’a, człowieka, któremu zależało na niej, który otoczył ją opieką i, jak mu się wydawało, uczuciem, którego sama Leonie potrzebowała bardziej niż sama by się do tego głośno przyznała. On jednak był jej bratem, młodszym i przyszywanym, ale jednak bratem i nie wyobrażał sobie aby kiedykolwiek mógł ją zostawić samej sobie.
Widząc teraz zaskoczenie wymalowane na jej twarzy kiedy go zobaczyła i koc zawieszony na jej ramionach, uśmiechnął się łagodnie. Zdecydowanie musiał ją zastać w trakcie drzemki i obudziła się kiedy zaanonsował swoje przybycie.
- Nie dobrze, że śnią ci się takie koszmary. - pokręcił głową z lekkim uśmiechem, po czym delikatnie ją objął i cmoknął w czubek głowy na powitanie - Eee…nie, no nikt nie ma urodzin, ale pomyślałem, że ciasto zrobione razem rozgoni te ciemne chmury. - odparł po chwili patrząc na nią.
Ostatnio ich wspólne pieczenie sprawiło, że poczuł się lepiej. Część trosk, którą nosił na barkach zniknęła i było mu lżej. Nie wiedział czy Leonie połączy tak szybko kropki biorąc pod uwagę, że jeszcze była nie w pełni przytomna po drzemce, ale może to i lepiej. Oboje mieli za sobą ciężkie dwa dni i może lepiej niech ta świadomość nie przychodzi za szybko.
- Nie przejmuj się tym. Zdarza się najlepszym, a po za tym to w żadnym razie nie definiuje cię jako człowieka. jesteś świetną specjalistką od roślin i jakiś jeden test na jakimś tam zjeździe absolwentów tego nie zmieni. - pokręcił głową będąc w pełni pewny swoich słów.
Wszedł za nią do kuchni i zaczął wyciągając z reklamówki zakupione składniki na ciasto.
- A właśnie, mam coś dla ciebie na poprawę humoru. - wyciągnął w jej stronę niewielkie, drewniane pudełeczko - Udało mi się zdobyć od pani Lian tą herbatę, o której rozmawialiśmy jakiś czas temu. To dla ciebie. - uśmiechnął się do niej łagodnie, na razie mimo wszystko chcąc unikać tematu jego i tego jak on się czuje po zjeździe, chociaż czuł w kościach, że i na to niebawem przyjdzie pora.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
Wczoraj, 10:38
Uśmiech Keitha od zawsze przypominał lekarstwo, słodki syrop łagodzący kaszel i ból gardła; biła z niego dobroć wpisana w charakter młodego czarodzieja już od dziecięcych lat, jego szczodrość, otwartość oraz uprzejmość, dzięki której potrafił zjednywać sobie nawet najbardziej zacietrzewione starsze panie. W tym wypadku podziałał również na Leonie. Mięśnie ramion rozluźniły się odrobinę, a ona wtuliła się w przyjaciela, ciesząc się, że mogła schować się przy nim przed resztą świata. Od czasu porażki na Gumochłonku niechętnie wychodziła z domu, choć przecież musiała jakoś funkcjonować. Jasper pomagał jej pamiętać, że jedna mimbulus mimbletonia wiosny nie czyni, a roztargnienie Zjazdem to prawdopodobne uzasadnienie wyniku jej egzaminu, ale mimo to miała wrażenie, że ludzie na ulicy oglądają się za nią i szepczą za plecami, że właśnie minęli zielarkę, która skatowała Merlinowi ducha winną roślinę.
- Dobry pomysł, przyda mi się teraz mała zmiana pogody - westchnęła markotnie, w końcu wypuszczając go z uścisku, i chociaż jej oczy wyglądały przytomniej niż wcześniej, nadal nie zrzuciła z ramion ciepłego brązowego koca w słoneczniki. Używała go jako zbroi, która miała za zadanie trzymać smutki z daleka od zmęczonego i strapionego serca. Tymczasem chwyciła Keitha za rękę i poprowadziła go do kuchni, mijając wylegującą się w drzwiach Helgę, która ani myślała ruszyć się, żeby zrobić im więcej miejsca. Skądże znowu, Leonie musiała ostrożnie przełożyć stopę przez włochate cielsko i w ten sposób dostać się do środka, rzucając jej pełne politowania spojrzenie; psina wydawała się całkiem zadowolona z bycia kłodą pod nogami.
- Mimo wszystko powinnam była być uważniejsza - uparła się z przygnębieniem. Świadomość wróciła niemal w całości, lecz cienie pod oczami pozostały, najwidoczniej drzemka nie wystarczyła, żeby zregenerować zmęczony nerwami organizm. Od czasu Colina jej samoocena ryła nosem po dnie jeziora, teraz natomiast nie mogła wyzbyć się wrażenia, że jej głowa została jeszcze mocniej przyciśnięta do mułu. - Infekcja mimbletonii nie była łatwa do zdiagnozowania, ale znam te objawy i nie rozumiem, dlaczego uznałam je za inną dolegliwość. Nie rozumiem. A jeśli za bardzo obrosłam w piórka i brakuje mi pokory, Keith? - zapytała poważnie, zerkając na niego sarnimi oczami. Przeczyły temu wszystkie znaki na niebie i ziemi, to prawda, tyle że nie potrafiła w tej chwili oszacować swojego charakteru, bała się, że stabilna praca w Sennym Fruwokwiecie uderzyła jej do głowy wodą sodową i nagle uznała się za nieomylną specjalistkę.
Już sama jego obecność poprawiała jej humor, ale i tak ciekawsko spojrzała potem na puzderko w jego dłoni, odebrawszy je ostrożnie, jakby w środku mógł znajdować się cenny klejnot. I znajdował. Jej wzrok momentalnie wypełnił się błyskiem ekscytacji, a na twarzy rozkwitł szeroki uśmiech, tak jak kwiat herbaty miał rozkwitnąć w gorącej wodzie. Prawie podskoczyła ze szczęścia, z cichym piśnięciem dopadając go w kolejnym uścisku ramion.
- Bogowie, jesteś najlepszy! Ale to pewnie kosztowało majątek, powinnam ci zapłacić chociaż część... - zasugerowała, czule klepiąc go wolną dłonią po policzku, lekko i z całą siostrzaną miłością. Zapamiętał, że interesowała się egzotycznym naparem i zdobył dla niej trochę na spróbowanie, bo wiedział, jak uwielbiała herbatę, na Merlina, czy można było prosić los o lepszego małego brata? - Napijemy się teraz, zanim zaczniemy pieczenie? Zaraz poszukam czekolady. Powinnam mieć też powidła, jeśli chcemy przełożyć nimi piernik - zastanawiała się, z namaszczeniem odłożywszy pudełeczko na blat kuchenny, po czym zaczęła buszować w szafkach i szufladach. Wyjęła z wiszącego narożnika dwa kolorowe kubki na herbatę, potem dołączyła do nich słoik masy śliwkowej na ciasto i spojrzała na niego kątem oka. - Nie myśl, Keith, że mi umknęło, że nie odpowiedziałeś na to, jak się czujesz - przestrzegła cicho. Nie wiodło mu się kolorowo, a złamane serce musiało ciągle cierpieć w klatce żeber, skoro przemilczał pytanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 16:50 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.