Słońce w południe nadal nie było wyjątkowo mocne. Choć marzec zwiastował nadejście wiosny i wydłużał dzień, to anemiczne promienie wcale nie napawały optymizmem. Przypominały raczej o tym, że jeszcze wiele dni upłynie nim Londyn będzie pławił się w tych kilku momentach doskonałej aury. Zbyt niewielu, by faktycznie rozsmakować się w cieple.
Noc była chłodna. Ciemne niebo tylko gdzieniegdzie migotało gwiazdami przebijającymi się z trudem przez kożuch chmur. Te nie rozpierzchły się jeszcze całkiem po popołudniowej ulewie nadającej Cardiff tej nieprzyjemnej cechy – niegościnności. Ilekroć czuję bowiem na swojej skórze chłód i wilgoć, podszytą szeptami portu zdaje mi się, że miasto pragnie się mnie pozbyć.
Podziemia Towarzystwa Królewskiego nigdy nie należały do moich ulubionych miejsc. Traktuję je czysto utylitarnie, jako jedyną możliwość, by zasięgnąć wiedzy bez konieczności angażowania w ów proces drugiego człowieka. Bo też nie zawsze z drugim człowiekiem jest mi po drodze.
Morze przylgnęło do mnie. Choć nigdy tego nie pragnąłem i choć nigdy tak naprawdę nie byłem jego kompanem na wzór żeglarzy i przemytników, to jakoś przedziwnie zawsze było tuż obok – niezmiennie obecne, pomimo transformacji, które przeszedłem na przestrzeni lat.
Pora była młoda, jeśli rozpatrywać ją z perspektywy człowieka pragnącego korzystać z uroków wieczoru i nocy wśród londyńskich ulic oraz atrakcji. Rozświetlone latarniami chodniki roją się od młodszych i starszych czarodziejów zerkających po kuszących witrynach oraz szyldach zachęcających, by wejść na jedno Ale, no może dwa…
Kostki chodnika, drobne szczeliny, zagłębienia wypełnione błotnistym osadem, ludzkie buty gdzieś na peryferiach świadomości. Wszystko mijam miarowym krokiem, wciąż staram się nie myśleć zbyt wiele nad tym, co czeka mnie wraz z zakończeniem wędrówki. Pokątna żyje po swojemu.
Niebo było przejrzyste. Przez cały dzień aura zdawała się rozpieszczać nielicznych przechadzających się nabrzeżem śmiałków. Bo tak należało ich nazywać, kiedy końcówka marca, choć już nieco bardziej optymistyczna, nadal nie zwiastowała szybkiej stabilizacji i ostatecznego wkroczenia wiosny.
Palatium Librae.
Tak obca nazwa. Jeszcze bardziej obcy klimat, który otacza rozległą posiadłość w Manchesterze. Coś, do czego mógłbym aspirować, gdybym mocniej rozsmakował się w dobrobycie tego świata.
Borough Market tętnił życiem niemalże codziennie. Nie sposób było doszukać się momentu, w którym tłumy były przerzedzone, a zgiełk bardziej stonowany. Jest to jedno z tych miejsc, do których trafiłem dość szybko po przyjeździe do stolicy.
Gdybym rzekł, że gotuję codziennie, skłamałbym wierutnie. Moja kuchnia potwierdziłaby zaś tylko, jak bardzo mijam się z prawdą. Jest w niej cicho i dość czysto — warstewka kurzu i okruszków przypomina o konieczności posprzątania blatu roboczego.
Przecieram sennie oczy. Skupiam się znów na pracy, którą wykonuję. Czuję, że ostatnie dni pozbawione łaski nieprzerwanego snu odciskają się na mnie wyraźnie. Kątem oka obserwuję w wypolerowanym metalu kładące się pod oczami cienie.
Są takie miejsca, których aura odstręcza nim jeszcze przekroczy się próg. Są miejsca, których nie odwiedza się nawet w najśmielszych snach. A jednak los zdaje się nie zważać na wyimaginowane przeszkody i układa zdarzenia tak, by udowodnić, że niemożliwe może się ziścić i wcale nie potrzeba do tego magicznych zdolności transmutacyjnych.
Gdy pochłania mnie praca, łatwo tracę rachubę czasu. Dni zlewają się w jedno i nawet sen nie wyznacza wyraźnej granicy pomiędzy kolejnymi kartkami w kalendarzu, bo tak naprawdę nic nie liczy się bardziej niż niekończące się projekty i ludzkie prośby.
Koniec miesiąca przychodzi prędko, bez zbędnych przeciągnięć i zastojów, zwłaszcza jeśli chodzi o moją pracę. Nie mogę narzekać: kilka nowych zleceń, trochę serwisów. Zdaje się, że wszystko to przemawia jednoznacznie za moją rosnącą rozpoznawalnością.
Okazuje się, że wielu spraw nie zakończyłem wraz z opuszczeniem szkoły tak jak należy. Jedynie odseparowałem się od czynników wyzwalających pewne emocje i mogłem udawać dalej, że wszystko jest w należytym porządku.
Zaskakująco rzadko korzystam z dobrodziejstw Londynu. Maj pachnie soczystą zielenią, rozwijającą się chętnie pod czujnym okiem wiosennych deszczowych, chmur. Powietrze jest lekkie, przyjemnie zachęcające do eksploracji.