• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 31/13 > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-09-2025, 21:53

Salon
Pomieszczenie ogrzewane tradycyjnym kominkiem jest głównym miejscem popołudniowego wypoczynku, dlatego znajduje się w nim kanapa oraz fotel. Kilka regałów oraz półek z książkami wypełnia resztę przestrzeni. Jest to miejsce całkiem przyjemne i równie czyste co reszta wynajmowanego mieszkania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
16-03-2026, 22:55
6 maja 1962 roku


Przez uchylone okno sączą się odgłosy tętniącej życiem Pokątnej. Jeszcze nie jest na tyle późno, aby ludzie rezygnowali z przechadzek, czemu się wcale nie dziwię, gdyż dodatkowo aura wyraźnie sprzyja wielbicielom miejskich spacerów. Maj jest przyjemny, przynajmniej przez kilka dni, póki znów pogoda nie zacznie grymasić. Korzystam z tego i ja, dlatego zwykle szczelnie zamknięte okno dzisiaj ma przerwę i nie broni tak zażarcie zeszłorocznego, pachnącego sezonem grzewczym i wspomnieniem zimy, powietrza. Sam pozwalam sobie na oddychanie pełną piersią — leżę na kanapie pogrążony w myślach nie przejmuję się tym, że zaraz w drzwiach rozlegnie się pukanie. Zachowuję pozorny spokój dla własnego dobra, dla komfortu psychicznego, którego dobrodziejstwo będę musiał porzucić ze względu na temat, który mnie czeka.
Na stoliku nieopodal leży kilka rozrzuconych kartek: zapisane są ścisłym, wyraźnym pismem. Może nie jestem mistrzem kaligrafii, ale ciężko powiedzieć też, że moje notatki są niechlujne, a co gorsza nieczytelne. Nie ma tam nic odkrywczego, tylko wolny strumień przemyśleń, które zaczęły się rodzić jedno po drugim od czasu mojego spotkania z Mortym. Od tamtego dnia Kyros prześladuje mnie każdej nocy: stoi wpatrzony w drzwi wejściowe naszego mieszkania przy Trinity Street i ściska nieszczęsny tom, przez który to zawędrowaliśmy z Dunhamem do przybytku starego Nottle’a. Nie wiem czy była to decyzja słuszna, nadal nie potrafię przypisać jej odpowiedniej wartości. Momentami zdaje mi się, że skomplikowałem sobie jedynie codzienność, rozdrapując stare rany, innym zaś mam w głowie przekonanie, że pozostawiając to wszystko raz na zawsze, nigdy nie osiągnąłbym upragnionego spokoju. I tak źle, i tak niedobrze.
Przyznam szczerze, że niekoniecznie chętnie grzebałem w informacjach dotyczących rozpoznanej przez przyjaciela ryciny. Pod skórą porusza się nieprzyjemne uczucie lęku. Zdaje mi się, że to tylko obnaży mnie przed nim, że nagle będę musiał spowiadać się z meandrów przeszłości, których wolałbym nigdy nie uzewnętrzniać. Moje korzenie, cały ten… Merlinie, nawet nie wiem jak nazwać okoliczności, w których stało się jasne, że ktoś taki jak ja przyjdzie na świat i będzie musiał mierzyć się z konsekwencjami czynów nie własnych, a jednak dotykających mnie bezpośrednio. Czasami mam wrażenie, że to ja i tylko ja jestem odpowiedzialny za każde wydarzenie, choć to przecież niemożliwe, chyba że ktoś daje wiarę w wędrówkę dusz. W takim razie, w przeszłym wcieleniu musiałem prowadzić się jeszcze gorzej niż obecnie, skoro jakaś wyższa siła postanowiła tak mnie urządzić.
Czy to ma jakikolwiek sens? Wzdycham ciężko.
Kiedy słyszę poruszenie na klatce i chwilę później rozchodzi się dźwięk obecności gościa za drzwiami, podnoszę się nieszczególnie skwapliwie. Ukrywam twarz w dłoniach, pocieram kilkukrotnie oczy, potem policzki. Znów wzdycham. Muszę wstać i otworzyć, bo mało uprzejmym jest skazywać gościa na czekanie.
Zmęczenie wcale nie ustępuje, ma się dobrze, rozlokowane w rysach twarzy, które obserwuję przez ułamek sekundy w lustrze zawieszonym na korytarzu. Odgarniam tylko zmierzwione na czubku głowy kosmyki włosów. Przekręcam klucz w zamku i uchylam lekko drzwi. Po drugiej stronie widzę Morty’ego więc uśmiecham się łagodnie. Nim zada pytanie, ubiegam go, choć moje wytłumaczenie wcale nie brzmi dobrze.
— Zasnąłem po obiedzie, wybacz. Średnio mi idzie ostatnio nocny wypoczynek — mówię markotnie, choć staram się by w głoski przelać odrobinę entuzjazmu, bo przecież cieszę się na jego widok. Przepuszczam go dalej, aby spokojnie mógł odwiesić okrycie wierzchnie, potem wskazuję salon. — Zaparzę herbaty, chyba że masz ochotę na coś innego — proponuję, patrząc na niego wyczekująco. Nagle w ciele pojawia się napięcie, przed którym tak zaciekle się broniłem od poranka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
28-03-2026, 20:00
Stracił rachubę czasu, znowu.
Nie wiedział, kiedy poranek przeszedł w południe. Nie zarejestrował momentu, kiedy słońce zajrzało przez okno salonu, oświetlając pomieszczenie swoim blaskiem.
Znalazł schronienie w objęciach skupienia, które nie opuszczało go na krok. Wsunięcie papierosa do ust było nie odruchem, a nawykiem, jaki wszedł mu w krew dawno temu. Zacisnął zęby na filtrze, jeszcze raz rozpisując na pięciolinii ten sam akord, co wcześniej; ten, co prześladował go przez ostatni dwie godziny.
Sięgnął po wiolonczelę znajdującą się w zasięgu jego ręki. Chwile później spod sunącego po strunach smyczka narodził się pierwszy dźwięk, a potem dwa kolejne, a te sprowokowały pojawienie się pojedynczej zmarszczki na czole Mortimera.
Diagnoza mogła być tylko jedno. Źle, znowu zrobił coś źle.
Odłożył instrument i przymknął na moment powieki i, uderzając opuszkami palców blat stolika, wystukiwał nimi znajomą melodią, która prześladowała go odkąd myśl o mężczyźnie, z którym spędził noc z ostatniego kwietnia na pierwszy maja nie chciały go opuścić. Zaciągnął się głęboko papierosem, skupiając się chwilowo na tym, jak dym wypełnia przestrzeń płuc.
Zacisnął palce na ołówku, drugą dłonią wygładzając papier, na który rozlewało się ciepło światło. Pięciolinia wydawała się gotowa, aby przyjąć nuty, które od kilku dni nie dawały mu spokoju. Melodia, która wciąż brzmiała w jego głowie, powstała tamtej nocy – wtedy, gdy poświata księżyca spłynęła na sylwetkę. Zanim męski głos nie wypełnił przestrzeni, miał wrażenie, że była stworzona z cieni szeptów, jakie wybrzmiewały tuż przy jego uchu i dopiero, gdy zetknął swoje wargi z ciepłą fakturą ust, uzmysłowił sobie, że nie były prawdziwy, jak nic, co przytrafiło mu się przez ostatnie tygodnie, może miesiące.
Po wypuszczeniu z ust chmury dymu, spróbował zanucić pierwsze takty, ale dźwięki plątały się nieposłusznie, jakby nie chciały dać się ująć w ramy nut. Każda próba zapisania kolejnych dźwięków w tym amoku bezsilności wydawała się być walką z własną, szwankującą pamięcią – raz balansowały wyraźnie na krawędzi świadomości, innym razem znikały jak mgła unosząca się nad Londynem.
Zacisnął palce na ołówku i docisnął go do kartki, wskutek czego rysik pękł pod naporem tego nacisku. Ciche westchnienie opuściło jego usta, gdy wypuścił przedmiot z palców, a ten potoczył się po stoliku, by zatrzymać się tuż przy krawędzi blatu.
Emocje były równie ulotne, co ta melodia. Sięgnął dłonią do potylicy i zbadał ją pod opuszkami palców. W rzeczywistości, jakiej utknął, wszystko wydawało się takie być.
Szybka kapię później był gotowy do wyjścia. Uzbroił się w dobre chęci, uśmiech, którym obdarował sąsiadkę, z którą mieszkał ściana przy ścianie, gdy zbiegł po schodach, a jego kroki niosły się echem po klatce schodowej. W drodze do mieszkania Lysandra zaopatrzył się w butelkę Ognistej. Na wszelki wypadek, gdyby Hatley potrzebował ucieczki przed spoczywającym na dnie duszy ciężarem.
Mógł sobie jedynie wyobrazić, jakie to uczucie, gdy ktoś, z kim dzieliło się wspomnienia z dzieciństwa, nagle zostaje zabrany przez śmierć w niewyjaśnionych i całkowicie niejasnych okolicznościach.
Przed znajomymi drzwiami zameldował się kwadrans po czasie, lecz sądził, że protetyk był przyzwyczajony do jego spóźnień. Już nie raz był zmuszony na niego czekać. Ostatecznie przywitała go znajoma twarz. Lysander wyglądał tak, jakby miał za sobą kilka nieprzespanych nocy, a słowa, jakimi go powitał, potwierdziły tę teorię.
Reanimacja popołudniowymi drzemkami rzadko pełniły rolę lekarstwa na dolegliwości zwaną bezsennością. Coś o tym wiedział, bo sam się z nią borykał- kiedyś częściej, obecnie rzadziej.
- Możemy przełożyć te spotkanie, jeśli nie masz dzisiaj do tego wszystkiego głowy - zasugerował, wchodząc jednak do środka; w jego towarzystwie Lysander nie musi silić się na przesadny, udawany entuzjazmem. Znali się zbyt długo i wystarczająco dobrze, aby nie ulegać takiej potrzebie, a do tego wszystkiego mógł intepretować na wiele różnych sposobów. Mogło chodzić o wizje, która skłoniła ich go wizyty w antykwariacie, ale równocześnie mogło chodzić o znalezione znaki, pochodzącego z alfabetu, którego żadne z nich nie znał. Morty próbował je rozgryźć na własną rękę, lecz z marnym skutkiem. – Co jest źródłem twojej bezsenność? Wiesz? – zapytał nie gryząc się w język. – Kyrios? Sprawa zaginionej książki?
Po przystąpieniu progu, zamknął za sobą drzwi i zdjął buty.
- Zadowolę się herbatę, ale w razie czego zaopatrzyłem się po drodze w kontrabandę - wręczył gospodarzowi butelkę nabytego niedawno alkoholu. Sprawiał wrażenie, jakby tego potrzebował.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
31-03-2026, 22:29
Wszystko przypomina mi abstrakcyjny obraz, w którym, przez braki w edukacji artystycznej, nie potrafię się połapać. Plamy układające się przed oczami, bliżej niezidentyfikowane kształty falują, wszystko to potęguje jedynie ucisk w podbrzuszu oraz wrażenie, że ściany mieszkania powoli przybliżają się do siebie, a ja zaraz stracę możliwość oddechu — tak bardzo paraliżuje mnie ów widok. Uśmiecham się jednak wytrwale, potrząsam mocno głową. Nie mogę przełożyć naszego spotkania, bo jeśli to zrobię, nigdy więcej nie otworzę przed Mortym drzwi. A przynajmniej nie w okolicznościach mających na celu próbę wyjaśnienia historii Kyrosa. To jedna z tych szans, które później się nie powtórzą i jestem świadom wagi moich obecnych decyzji. Jeden nieodpowiedni gest i znów będę poruszał się samotnie po omacku.
— Nie — rzucam, a zaraz dopełniam — nie tylko to. Prócz ducha mojego brata, dręczy mnie jeszcze kilka innych spraw, ale nie powinieneś się tym przejmować. To normalne w moim życiu. Za kilka dni padnę po prostu i wszystko nadrobię. — Uśmiecham się krzywo. Zdradzam przy okazji, że bezsenność to coś, co zdarza mi się cyklicznie. Podobnie jak zmartwienia nawiedzające mnie co jakiś czas. Ale czy to przypadłość na tyle niespotykana, żeby miała budzić zaraz niepokój? Zdaje mi się, że z podobnymi problemami mierzy się całkiem spora część społeczeństwa.
Przyjmuję butelkę i asekuracyjnie układam ją w pogotowiu, sam natomiast znikam na chwilę w kuchni, żeby przygotować imbryczek z herbatą. To daje mi moment na ponowne zebranie myśli i ugładzenie niepewności. Morty i tak już wie, że nie jest to dla mnie rzecz prosta, teraz muszę skupić się na decyzji, którą podjąłem. Zamierzam wycisnąć jak najwięcej informacji z prowadzonego śledztwa.
Stukanie porcelany przerywa ciszę zalegającą w mieszkaniu, nie odzywam się wiele, nie chcę krzyczeć przez drzwi. Po kilku minutach wracam z tacką, na której niosę napój. Układam wszystko na niziutkim stoliku wcześniej zasłanym papierami. Porządkowanie zajmuje mi dosłownie mgnienie oka.
— Częstuj się — nalewam bursztynowy napar do filiżanki — tej z lepszego zestawu, przeznaczonego dla gości. Na spodeczku układa się gałązka śliwy z jasnym kwieciem, natomiast wnętrze naczynia ukazuje dorodne, fioletowe owoce poprzetykane delikatnymi listkami. Już nie pamiętam, skąd to mam, ale prawdopodobnie kupiłem za pieniądze Millborrow, obiecując sobie, że w Londynie zacznę żyć prawdziwie. Nie wiem czy akurat porcelana przyczynia się w jakimś stopniu do poprawy mojej egzystencji, ale na pewno cieszy oko, a ja lubię to, co ładne i noszące znamiona luksusu. Wszystko średnio pasuje do otoczki prostego, raczej pozbawionego zbędnych sprzętów mieszkania, jednak nie próbuję się tym nawet przejmować.
Przez jakiś czas kontempluję sześciany cukru piętrzące się w cukiernicy. Zaczyna się moment, w którym pora przejść do sedna.
— Szperałem… szperałem trochę w księgach. Odwiedziłem Podziemia Towarzystwa Królewskiego, żeby nieco się rozejrzeć w tamtejszych księgozbiorach — mówię ostrożnie, nalewam herbaty również sobie i zaczynam ją popijać. Gorzką, bez dodatków. — I na Merlina, naprawdę nie wiem, skąd on mógł mieć nagle dostęp do tamtego tomu. Skąd w nim w ogóle chęć, żeby szukać czegoś, czego nawet nie potrafiłby przeczytać. Stary Nottle mówił coś o tym, że to nie on ją kupił, że musiał dostać albo ukraść — wykrzywiam się dla zasady, kończąc zdanie myślą o złodziejskiej naturze brata. Nie powinienem jednak się burzyć, bo przecież sam w jego wieku miewałem lepkie palce. Odkładam filiżankę i opadam znów na kanapę. — Morty? — Rzucam niepewnie. — Obawiam się tylko, że to doprowadzi mnie do kawałka, którego wolałbym nie… — zacinam się. Zerkam na przyjaciela niepewnie. — Morty, moja… to znaczy nasza przeszłość — bo przecież Kyros był jej częścią — to coś, o czym czasami wolałbym zapomnieć. Lub odciąć się po prostu, ale zaczynam rozumieć, że jeśli będę tak uciekał, to nie dowiem się prawdy. — Ukrywam twarz w dłoniach. — Są dwa wyjścia, albo pogodzić się z przeszłością i ją zaakceptować, a tym samym zamknąć sprawę śmierci Kyrosa. Lub zostawić to w spokoju i nauczyć się żyć z poczuciem winy, z myślą, że zostawiłem go w odmętach zapomnienia… — Nie patrzę na Dunhama. Trochę zaczynam żałować, że go wciągnąłem w tak paskudną sprawę. Chcę mu zaufać, jednak nadal mam swoje obawy, wpisaną w naturę ostrożność. Zbyt wiele razy udowadniano mi, że mogę liczyć jedynie na siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 23:05 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.