• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Glen Coe (Argyllshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 12:15

Glen Coe (Argyllshire)
Dolina wije się między olbrzymimi skałami, zapraszając głodnych przygód wędrowców. Mgły osnuwają dno, a kołyszące się rzędy świerków zdają się opowiadać dawne tragedie. To miejsce niejedno już widziało. W ciemnych prześwitach ścian skalnych kryją się cieniste urwiska – chłodne, nieprzystępne – i do głosu spacerowiczów dochodzą niepokojące szepty: „bądź pokorny wobec pierwotnej potęgi ziemi”. Pojedyncze strumienie wiją się po kamiennych progach, tworząc krótkie wodospady, które rozbijają ciszę i odzywają się echem w dolinie. A w miejscu, gdzie słońce odważnie przecina mgłę, pojawia się kojący promień – znak, że Glen Coe nie jest tylko miejscem pamięci, ale też nadziei.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
24-03-2026, 04:31
15.05

Górskie szczyty zdawały się sięgać ku niebu—dziś wyjątkowo jak na Szkocję czystemu, błękitnemu niczym niebo nad Saharą. Taka pogoda—szokująco nieskalana chmurami, a rześka i świeża—była idealna do wypadu w góry. Caleb przesuwał tęsknym wzrokiem po graniach, wyobrażając sobie szlaki, na których mógłby zniknąć. Może nawet na zawsze. Czasami zapominał, że jego brat zniknął na zawsze i wyobrażał sobie zniknięcie innego rodzaju: romantyczne, nieobarczone obowiązkami. Życie, w którym mógłby być daleko i zdołałby zapomnieć. Ropuchy i poczucie odpowiedzialności trzymały go jednak pod Hogsmeade niczym ciężka kotwica.
Znał okolice doliny Glen Coe jak własną kieszeń, choć nie mógł tego powiedzieć o wszystkich szkockich szczytach. Właśnie dlatego lubił tutaj mieszkać, choć nie wychował się w Szkocji i nie miał akcentu i nie rozumiał niektórych tradycji. Niezależnie od tego, ile czasu spędziłby na wędrówkach, natura wciąż go zaskakiwała. Nie dało się obejść wszystkich gór, szlaki pozostawały nieodkryte. Felix mógł wybrać jeden z takich szlaków by umrzeć i wszyscy uznaliby to za nieszczęśliwą tragedię. Ale nie, on zagubił się w lasach ciągnących się nieopodal hodowli—w lasach, które Caleb znał jak własną kieszeń. Czy zrobił to złośliwie? Przed laty Cal nie przypisywałby bratu złośliwości, właściwie nie przypisywał nikomu złośliwości... ale brat trochę to wszystko skomplikował.
Odkąd Diggory dowiedział się o jego śmierci i jej przyczynach (czytając list wyobrażał sobie wypadek podczas pełni księżyca albo samoobronę funkcjonariuszy Ministerstwa, albo ewentualnie jakieś szybkie i męskie samobójstwo—a nie zniknięcie w szkockich lasach, w których brat najwyraźniej nie chciał albo nie umiał znaleźć strumienia i w których Cal znał wszystkie strumienie. Jak bardzo było z nim źle? Albo jak duży miał do niego żal?) — jakoś unikał lasów dookoła domu. Kojarzyły się z tą wersją Felixa, której nie chciał pamiętać, a która i tak skutecznie przyćmiła wszystkie weselsze wspomnienia. Z wilkołakiem, który prawie go tam zabił i z zagubionym szaleńcem, którego widmo będzie teraz nawiedzało każdą ścieżkę. Im bardziej ograniczał wędrówki przy hodowli—a ograniczał je bardzo, bo ilekroć znajdował się w tamtym lesie, tylekroć jego serce zaczynało bić jakoś szybko i zaczynał czuć się jakoś źle jakby oddychało się ciężej i jakby ubranie było bardziej ciasne.
Tutaj, względnie daleko od domu mógł wreszcie odetchnąć pełną piersią.
Tyle, że ten oddech nie niósł ze sobą rześkiego, górskiego powietrza—a zapach łajna, słomy i ludzkiego oraz zwierzęcego potu.
Wiosenne targi w Glen Coe były coroczna tradycją dla okolicznych czarodziejów: drobnych rolników, hodowców bydła, sprzedawców innych zwierząt gospodarskich, czy trenerów psidwaków. Podobno od ostatnich kilku sezonów można się tu było również przejechać na kucyku (jeśli było się dzieckiem, rzecz jasna) i przyjść z rodziną na kremowe piwo i nawet kupić sowę. O ile Caleb wiedział, nie dało się tu jednak kupić ropuchy.
Niestety nie zdążył zapisać Ropuszego Triumwiratu jako wystawcy w tym roku—może miałby do tego głowę, gdyby nie musiał ogarniać kredytu i współpracy z Darcy i formalności celnych (myślał, ponuro usiłując jakąkolwiek inną wymówkę niż to, że przegapił terminy i formalności)—ale miał takie aspiracje na przyszły rok i postanowił wybrać się na targi w celach edukacyjnych. Darcy powiedział, że szuka możliwości perspektywicznego rozwoju biznesowego dla hodowli i ma bardzo ważne spotkanie (brzmiało to jakoś dumniej niż spacer po wiejskim festynie) i zdołał wygospodarować popołudnie (ropuchy i tak wtedy drzemały) na dzisiejszą wycieczkę.
Chciał przekonać się, jak reklamują się wystawcy, co interesuje publiczność, uważniej przyjrzeć czarodziejom: dotarły do niego pogłoski, że festyn przyciąga nie tylko okolicznych mieszkańców, a i gości z innych zakątków Szkocji.
(Chyba chciał też uciec. Chociaż na chwilę.)
Miało być pięknie i miał rozwijać siebie oraz hodowlę biznesowo, ale jego wzrok uparcie uciekał w kierunku gór. Obejrzał już większość straganów i atrakcji (prawdę mówiąc festyn był mniejszy niż Cal sądził, prawdę mówiąc była to dziura) i wypadało porozmawiać z niektórymi wystawcami, ale zawsze wolał obserwować niż rozmawiać—mimo, że w roboczych butach i flanelowej koszuli wtapiał się właściwie w styl innych hodowców.
Felix był tym rozmownym.
Przystanął przy jednej z zagród, zastanawiając się jak pokonać nagłą nieśmiałość i wycisnąć z festynu jak najwięcej.
Przydługo wpatrywał się w ziemię, aż podniósł głowę i napotkał spojrzenie najpiękniejszych oczu, jakie w życiu widział.
Krowa patrzyła na niego łagodnymi oczyma, których wyraz zdawał się wręcz rozumny, może nawet melancholijny. Zwierzę było wspaniałe, dobrze odżywione—zarejestrował Cal—ale patrzył głównie w te oczy, smutne i miłe.
Aż poczuł gryzący dym papierosa, drażniący jego nozdrza i, co gorsza, nozdrza szlachetnego zwierzęcia.
Zerknął w bok, spojrzeniem przyszpilając sylwetkę palacza. Chyba trochę starszego od niego, ale niedużo. Nie rozpoznał w nim nikogo związanego z tą zagrodą, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie paliłby przy swoich zwierzętach.
- Nie powinieneś przy nim palić. - mu? Jej? Spytałby właściciela zagrody o płeć i imię pięknej krowy, ale chyba go tu nie było. - To im szkodzi. - wytknął, a w obronie zwierzęcia nieśmiałość jakoś zniknęła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:13 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.