• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Pub "Fontanna Szczęśliwego Losu" > Beczka przy barze
Beczka przy barze
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-05-2025, 23:21

Beczka przy barze
Na samym środku dębowego kontuaru, nieco odchylona w stronę lewego krańca baru, stoi beczka — niepozorna, stara, z wypalonym znakiem przypominającym stylizowaną koniczynę. To miejsce, przy którym zatrzymują się ci, którzy nie mają czasu na długie wieczory, ale i ci, którzy szukają rozmowy bez zbędnych ceregieli. Z beczki sączy się nieustannie najstarsze piwo w lokalu — warzone według receptury właścicielki z poprzedniego stulecia. Nie ma tu krzeseł — bywalcy opierają się o kontuar łokciem, kufel trzymając w jednej ręce, a drugą często gestykulując z rozmówcą, barmanem, albo... do własnego odbicia w lśniącej powierzchni lady. Atmosfera przy beczce jest głośniejsza, bardziej bezpośrednia — zewsząd spływają ważniejsze plotki i ryzykowne propozycje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
29-03-2026, 03:47
Arthyen rozumiał wiele, naprawdę wiele—na przykład to, by nawet w towarzystwie bardzo pijanego Cala zachować myśli o ropuchach dla siebie. Wszak mieli miło spędzić czas (nie licząc bójki pod nieobecność Borgina... i przerażenia łysieniem... i krytyki gotowania... i wspominania koszmarnych wizji i fatamorgan....), a w ich obronie Diggory musiałby stanąć. Mógł wybaczyć Artowi wszystko naprawdę wiele, ale ropuchy były jedynie zwierzętami. Bezbronnymi wobec pogardliwych określeń (bo wobec przemocy już nie, Cal cierpliwie trenował je do funkcji obronnej!) i znajdującymi się pod jego opieką. Ich honoru musiałby bronić zawsze, nawet teraz, a co do honoru Darcy....
...Cal pobił kiedyś kogoś w obronie jej honoru, ale Arthyen chyba nie mówił nic złego, a do półtrzeźwego umysłu przedarło się wspomnienie niedawnej rozmowy ze szwagierką. Rozmowa również była odbyta pod wpływem (toksyn) i Cal wątpił w cały jej przebieg, ale wydawało mu się, że niechcący napomknął Darcy coś o Arthyenie i używkach. I że szwagierka nie była tym zachwycona. Może... lepiej ich nie konfrontować i jej tego nie przypominać.
- To nie taki... głupi pomysł. - bąknął, nerwowo wiercąc się na barowym stołku. Sala jeszcze nie wirowała mu przed oczyma, co wziął za dobry omen. Należy pić dalej! Zwłaszcza na wspomnienie Darcy należy pić dalej! - Bo jakby jej nie było... a raz na miesiąc znajdę datę, że jej nie będzie, to... byłoby nam spokojniej, hmm? - spróbował skłamać, ale szybko się poddał. Nie umiał precież dobrze kłamać nawet na trzeźwo. - Możliwe, że wypsnęło mi się przy Darcy, że jestem odporny na toksynę ropuch, bo brałem z tobą silniejsze rzeczy i hmpf... nie wiem, czy ona myśli dobrze o tobie. Bo o mnie na pewno nie. Ale nie panikuj, może wcale tego nie powiedziałem, bo halucynowałem wtedy po toksynie ropuch! - uspokoił przyjaciela, tak jakby to jemu zależało na opinii Darcy Lovegood.
A potem... Arthyen zniweczył wszystkie wysiłki Caleba by nie myśleć w ten sposób o szwagierce (a były naprawdę dojrzałe i staranne, od nieodzywania się do Darcy po zagłuszanie emocji ulicznym boksem) i wypalił... to o pocieszaniu i w ogóle.
Cal zrobił się nagle czerwony jak ropucha purpurowa w chwili stresu.
- Eee... no... bo.... - po omacku sięgnął po cokolwiek do picia. Piwo, za słabe. Nieprzekonująco udał, że się krztusi. - Nie no, Darcy tego... nie lubi. I to jakieś... niewłaściwe, nie? - zamrugał pośpiesznie. Nie bądź zazdrosny, nie potrzebował nawet halucynogenów żeby w uszach zadźwięczała mu znowu tamta uwaga Felixa. Myślenie o Darcy w ten sposób byłoby jakieś nielojalne, ale był zbyt lojalny wobec Arta żeby mieć do niego pretensje o rozdrapywanie ran. Lepiej zmienić temat.
Wytrzymał w zmianie tematu przez jakieś dziesięć minut. W te dziesięć minut zdążył nie dopytać o rosyjski zwrot Arthyena, przytaknąć z entuzjazmem na pomysł nabierania lasek na zagraniczne tożsamości i przytaknąć bez entuzjazmu w sprawie nielegalnej imigracji.
-Ministerstwo chyba to rozwiąże tą rejestracją różdżek, nie? - wtrącił - z drugiej strony może przez dziedzictwo kolonializmu nie powinniśmy narzekać na emigrantów, choć to w głównej mierze wina mugoli... - dodał, ale w jego głowie brzmialo to inteligentniej i składniej niż po kolejnym kieliszku wódki.
A potem przyznał, że zabił brata i tama wylała.
- Znał się na ropuchach, nie na lasach. Ja znam się na lasach. - wyjaśnił ze smutkiem. - Mhm, żałosne. - westchnął bez przekonania. Uleciał z niego gniew, z jakim mówił te same rzeczy Darcy. - Nic go nie zjadło. - spuścił wzrok, byleby Arthyen nie wyczytał w jego spojrzeniu niemęskiej wdzięczności. Nie prosił o pocieszenie, ale i tak je otrzymał. - Mhm. - z trudem zgodził się z tym, że gdyby Felix nie powiedział mu tamtych przykrych rzeczy to faktycznie by nie wyjechał. - Może mogłem wyjechać... bliżej. - mruknął pod nosem. Tak naprawdę wystarczyłby Londyn. Brat błądził po lesie kilka dni, zdążyliby wezwać Cala na pomoc...
- Nie, nie... On mógł jej zagrozić. - sprostował, choć pewnie niewiele to Artowi rozjaśniało. Jak w trzech słowach streścić, że byli idiotami i że Felix był wilkołakiem i że może Cal powinien od razu z tym iść do Arthyena zamiast do Ministerstwa? Nie da się, te słowa grzęzną w gardle, lepiej zalać je wódką. - Mi grożą co najwyżej zobowiązania kredytowe. Felix umarł zanim wprowadził swój wielki plan, a mój wujek erotoman zostawił dziadków z długami. Rodzinne dziedzictwo przepieprzone—dosłownie— - roześmiał się nagle, bo rzadko żartował tak wulgarnie i rozbawiło go, że się udało - w egipskim burdelu, czaisz?
Od tematu wujka rozsierdził go bardziej jedynie temat Daniela Dodge—po pijaku budzący wybuchową mieszankę złości i żalu i wstydu.
- Nie spytałem... - mruknął markotnie, z pokorą przyjmując kazanie przyjaciela. Faktycznie, źle rozegrał to wszystko. Żałośnie.
- Mówisz, że prawo tak działa? - otworzył szeroko oczy. - Powołam się na ciebie, znasz się na tym lepiej. - zadecydował. Art pracował w Ministerstwie, a gdy się poznali, rozwiązywał sprawę styczności zabłąkanego mugola z uciekającą ropuchą. Kto miał się znać na temat odszkodowań w sprawie MUGOLSKICH SMOKÓW jeśli nie on?! Na pewno nie Daniel Dodge on nawet o jednorożcach wiele nie wiedział!
- Masz rację! - dochodził do etapu upojenia alkoholowego, w którym Art zawsze miał rację. - Ten smok jest niebezpieczny, należy go zlikwidować! - i tak oto doniósł na własnego brata do Rejestru Wilkołaków, a na własnego ojca do Likwidatora Niebezpieczych Stworzeń. Taka passa.
- No dobrze, na piśmie faktycznie pójdzie mi łatwiej niż na żywo. - zgodził się, skoro już Art pofatygował się poprosić barmankę o pomoc... Już dwie osoby się w to zaangażowały, nie mógł ich teraz rozczarować. Gestem poprosił barmankę o więcej wódki i zaczął pisać, glośno chwaląc się Artowi kolejnymi zwrotami. Pochłonięty pracą, nie widział nawet, że przyjaciel pisał w tym czasie coś innego.
- Drogi Tatusiu, Danielu Dodge. A może drogi ojcze? - zawahał się i ostatecznie napisał wszystko na raz. - Dziękuję za podwiezienie mnie do Munga, ale nie myśl, że... że to wystarczy. Twój żelazny smok jest niebezpieczny i tresujesz go równie nieodpowiedzialnie, jak płodzisz dzieci. Czy masz więcej dzieci? Czy zabierasz je do zoo oglądać jednorożce? Zawsze uciekały od zagrody, gdy chodziłem tam z mamą. Przez ciebie mój drugi ojciec nie chciał nawet brać mnie na ryby. Chwila, Art, chyba zbaczam z tematu... - jeszcze łyk, na odwagę. - Skonsultowałem się ze specjalistą z Minis..Minitrel... Mistrelstwa i okazało się, że jesteś mi winien pieniądze według prawa. - zerknął pytająco na Arthyena, tak to szło? - A żelaznego smoka należy zlikwidować... bo stanowi za...grzenie dla ludności cywilnej. - skwitował z satysfakcją. - Musisz się ze mną spotkać i powiedzieć, ile pokoleń w twojej rodzinie łysieje, bo smok zginie. - postawił ultimatum, bo zdążył już zapomnieć, że pieniędzy też chciał żądać (może Art go uratuje?). - Nie wiem, jakie epitety jeszcze dodać...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
31-03-2026, 10:15
― Potrafisz doskonale przedstawiać swojej dziewczynie przyjaciół, dzięki aniołku ― A więc Diggory ― tak zwyczajnie ― sprzedał ich wspólne degustacje nieokreślonych, podejrzanie pachnących halucynków pierwszej lepszej babie? Uśmiechnął się niewinnie ― zbyt niewinnie, by mogło to wróżyć cokolwiek dobrego ― i nim tamten zdążył właściwie zareagować, dłoń już spoczęła na jego ramieniu, przesunęła się wyżej, na kark, w geście niby poufałym, niemal braterskim. Przyciągnął go bliżej, jakby chciał wyszeptać coś na ucho, coś poufnego, coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego.
A potem, z tą samą płynnością, zmienił nacisk.
Ramię zacisnęło się nieco mocniej, oddech Diggory’ego został przyciśnięty do gardła, a cała sytuacja ― jeszcze przed chwilą balansująca na granicy żartu ― przechyliła się w stronę czegoś bardziej pouczenia. ― Wiecznie będziemy spotykać się w lesie, czy Londynie… A tak bardzo chciałem popatrzeć na waszą hodowlę ― Wcale nie denerwować jego szwagierki. Chociaż czego można się było po nich spodziewać? Przy nim Diggory nie bywał wcale taki grzeczny, to jakby dziecku zaproponować pierwszy raz ognistą, zamiast lizaka. ― Diggory, wiesz… Ona by zgłosiła nas na policję? ― Bo z babami to różnie było. Podtrzymując go nadal, uśmiechnął się w ukojeniu do kelnerki, łykając kolejny kieliszeczek promili, tak jakoś na dopalaczu dostawał większej werwy do życia. ― Skąd wiesz? Każda dziewczyna lubi bajerowanie, podziwianie ich walorów i umiłowanie jej osoby… ― Chyba, że lubi tylko ropuchy, wtedy jest problem. Dywagował wewnętrznie nad tym, czy faktycznie puchon mógł ją lubić lubić, niż tylko lubić i denerwować. ― Zaprosiłeś ją kiedyś na tańce, hmmm?
Braci się nie zdradza.
Puścił go po chwili, jakby nic się nie stało, jakby całe zajście było jedynie drobnym nieporozumieniem, które nie zasługuje na dalszą uwagę. Uśmiech nie zniknął całkowicie, choć stracił na lekkości, nabierając czegoś ostrzejszego na krawędziach. Jeszcze by tutaj mu padł i z kim by polował? Zaraz się zdenerwował, gdy poruszył temat szlam, brudasów i pasożytów.
― Ministerstwo sprowadza się do rangi krytykowania nas ― czarodziejów porządnych i prawych! Promugolskie świntuszenie będzie ich hasłem rozpoznawczym na kontynencie i świecie! ― Jebudu! Palnął z otwartej dłoni w posady baru, wprowadzając w letarg właściciela, zdziwienie u innych gości i podskok biednej dziewuszki. Pardon kobieto, ale tutaj chrzanił się jego świat i spokój! ― Niedługo będą propagować prowadzenie się z tymi… Tymi tamtymi, wiesz, brudasami…
Polał kolejkę, zbyt hojnie jak na własne standardy, jakby alkohol miał wypłukać nie tylko smak, lecz i samą myśl ― niechcianą, która pojawiała się zawsze wtedy, gdy tylko zahaczył o temat mugoli. Już sam ich obraz budził w nim odruchową niechęć, niemal fizyczną, jakby gdzieś pod mostkiem zalegał zaduch nie do zniesienia. Uniósł szkło, nie celebrując, nie smakując ― raczej pozbywając się czegoś, co nie miało prawa w nim zostać.
Na przekór wszystkiemu, przed oczami stanęła mu ona.
Ta jedna.
― On zagrożeniem?  Chyba przesadzasz, co taka płotka mogła zrobić z kimś? Zaszczuć słowem, groźbą dłoni? Przestań, byś dwakroć go rozłożył na czynniki pierwsze… ― Mruknął pod nosem, zbyt cicho, by nadać temu formę słów, i przeciągnął dłonie po twarzy, jakby mógł w ten sposób zetrzeć obraz, który i tak wżerał się głębiej, niż pozwalała skóra. Na chwilę schował się w tym geście, w tej pozornej ciemności własnych dłoni, oddzielając się od świata ― i od siebie samego. Trwał tak dłużej, niż zamierzał, z irytacją odkrywając, że nie potrafi po prostu wrócić do prostoty bycia. Franka Firanka ― nawet w myślach nie potrafił nadać jej powagi ― zdawała się przyklejona do jego trajektorii, jak fatum o nieprzyjemnie ludzkim obliczu. Nieproszone, uparte, zbyt obecne. I, co gorsza, trudne do odrzucenia bez pozostawienia śladu. ― Pokraczne macie upodobania… Kochacie Afrykę jak mało kto, ale chyba Tobie rachunku nie przyślą, co? ― Alkohol zaczął szykanować całe jego jestestwo, to pewnie przez wcześniejsze opary Calebowskiego piwa! Odrzucił myśl o byłej, niedoszłej; skupiając się na punkcie centralnym jego problemu, nie swojego. ― Działa! Kolega miał podobne bzdury z swoim starym, a potem on z swoją babą i dzieckiem… Zaufaj mi, jeszcze Ci załatwię wezwanie do zapłaty dla tego gniota. ― Znał się na tym, ba! Pisał takie ścierwa, gdy baba wysłała mu codziennie wezwania do zapłaty za jakieś remonty, odliczając pieprzone siedem dni roboczych do jednego, gdybając o odsetkach. Skoro uruchomili już dziwaczy krąg zdarzeń i polowań; sięgnął po pergamin, gdybając nad profesjonalnym zapytaniem do panny Gold w temacie mugoli. Chyba się znała na tych pełzających realiach i ich smokach?? ― Tutaj po specjaliście, dopisz… Daj… Prawo mówi jasno: za zaniedbanie obowiązków rodzicielskich, odpowiada się, prędzej czy później. Gdyby potraktować to czysto for… figuralnie, zalegasz nie tylko z latami podtrzymania, ale i z setami za każdy rok nieobecności. W praktycznie oznacza to sumę, której nawet nie próbujemy tu wyliczać… Tutaj okej… ― Przechylił głowę, mrużąc lekko oczy, jakby próbował spojrzeć na sprawę pod innym kątem ― takim, który nie narzucał się od razu. W tle wciąż czaiła się ona, niewygodna, uporczywa, ale tym razem odsunął ją brutalnie na bok. ― Bądź grzeszny… Inaczej kolorowy smok zagłady puszczony przez mugoli zniknie jeszcze jutro… Jesteś na celowniku, tatusiu… ― Podsunął mu ostatnie wersy własnego pomysłu. Caleb zasługiwał na coś lepszego niż to jałowe trwanie między cudzymi zobowiązaniami a własnym rozczarowaniem; niż dzielenie się kredytem z babą, która wysysała z niego resztki przyzwoitości, niż to nieustanne branie na barki ciężarów, których nikt rozsądny by nie podniósł. ― Piszę do znajomej o radę w sprawie smoka… Wiesz tamtej! Sprawdź, czy grzecznie o Tobie mówię…
Już on mu zagwarantuje rozrywki.
Zsunął pergamin bliżej, niemal pod sam nos, pozwalając, by Caleb wczytał się w te starannie dobrane frazy. Uprzejme zapytanie o sprawę mugolskiego smoka; nic zobowiązującego, nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia. Musiał zrobić porządne rozpoznanie, bo inaczej zginą i cywile i porządni przedstawiciele wyższych kast społecznych. Czytał w najlepsze list do dziwnego łysola, wcale nie zlewały się mu tak jakoś literki szukając błędów ― bo tych zwyczajnie nie było ― w jego osobistej ocenie. Pergamin trzymał pewnie, wzrok przesuwał się po linijkach; wszystko było na swoim miejscu, elegancko skrojone, niemal wzorcowe w swej profesji. Cosik nie dawało mu jednak spokoju, uporczywie domagało się zauważenia.
― Przyjacielu, a lubisz tą szwagierkę? Wiesz… ile się wdową jest? ― wystrzelił jak akromantula z krzaków, gdyby tak połączyć fakty... Jeśli aniołek rumienił się po same uszy ― a rumienił się, i to nie raz ― to był znak aż nazbyt oczywisty, niemal kardynalny w swej prostocie. Lubił ją. Tę szwagierkę. ― Wiesz, często o niej piszczysz... Nie chcesz rozpalić jej serduszka do czerwoności, hmm? ― Parsknął cicho, bardziej z własnych myśli niż z rzeczywistego rozbawienia ― i wtedy właśnie stało się to drobne, irytujące potknięcie. Kieliszek przechylił się nieznacznie: upsik. Subtelnie łupnął krawędzią na drewno, rozlewając zawartość, dewastując kawałek pergaminu z jego koślawym dziś pismem do Franki. ― Napiszmy do niej anonima o miłości, hm? ― skoro już trwali przy głupotach, a Caleb przyjmował jego pomysły w pozytywnym rozpatrzeniu spraw ważnych i ważniejszych, czemu by nie. Pogwizdując pod nochalem, złapał mniej szkaradny ostatek papierzyska. ― Droga żabciu… nawet nie wiesz, jaka jesteś piękna, kiedy karmisz te swoje ropuszki. Serio. Człowiek stoi gdzieś zza winkla, niby przypadkiem, niby tylko przechodzi… a tu proszę ― pełen profesjonalizm i wdzięk, jakbyś była królową bagna, tylko taką… no… elegancką. I te Twoje ruchy ― takie spokojne, pewne… Ja tam się nie znam, ale jakby ktoś robił zawody w karmieniu ropuszek, to byś wszystkich rozniosła. Bez dwóch zdań. ― Może w poprzednim wcieleniu był jakimś poetą?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
01-04-2026, 22:30
- Przecież ja nie mam dziewczyny... - zaprotestował z roztargnieniem, bo pił już trochę dłużej od Arthyena—a pijąc arak w Egipcie zamiast wódki w Rosji również tolerancję miał nieco mniej wyrobioną—i zaczynał gubić wątki w rozmowie. Dobrą chwilę zajęło mu zrozumienie, że nie mówią o żadnej dziewczynie, a o tym co wcześniej. O narkotykach i Darcy i...
- To nie jest moja... - zaczął, gdy uścisk dłoni na ramieniu go trochę otrzeźwił. Spojrzał na Arta z cielęcą wdzięcznością, niewinnie zakładając, że jego celem było przywołanie go do porządku. I że szczerze pragnął zobaczyć hodowlę. - Masz rację - przyznał, tknięty poczuciem winy. Co z niego za gospodarz? Od dawna, odkąd wrócił, nie zapraszał nikogo do siebie... bo choć była to jego hodowla to wcale nie czuł, by dom był jego. Jedynie szopę urządził po swojemu, cała reszta zdawała się przesiąknięta wspomnieniami dziadków (niegdyś radosnymi, teraz bolesnymi—nie było go w kraju, gdy dziadek zmarł i na samą myśl miał ochotę wypić więcej wódki) i duchem Felixa i urządzona wedle upodobania Darcy. Nie mógł już nawet znaleźć widelców we własnej kuchni, bo teraz leżały tam łyżki. Poczuł nagły bunt. Art zawsze potrafił z niego wykrzesać iskrę przekory i podsycić pełzające pod skórą płomienie gniewu. Bo to przecież nie było tak, że Cal się nie złościł. On po prostu bardzo nie chciał się złościć, pamiętając z dzieciństwa krzyki mamy. Przeczuwał, że jest zdolny do podobnej furii. Możliwe, że był do niej zdolny gdy wprost wytknął wujowi co o nim sądzi, a potem wuj przepisał mu udziały... Ale wolał nie być, nie wynikało z tego nic dobrego (choć pięćdziesiąt procent hodowli nie było też niczym złym). - Masz rację, zapraszam, musisz zobaczyć hodowlę. - chrzanić to, Darcy też może (może?) zapraszać swoich przyjaciół. Zresztą, może... i tak wybierze dzień, w który nie będzie jej w domu. Otworzył usta, by pochwalić się tym, jakie efekty przynosi tresura ropuch purpurowych olbrzymich, ale uścisk stał się jeszcze mocniejszy i coś—siła Arthyena, czy jego słowa?—na moment odebrało mu oddech. Policja? W spojrzeniu Caleba na moment mignęła panika, ale Borgin nie znał jej źródła. Zgłosiłem jej męża do Ministerstwa Magii, zrobiłem coś jeszcze gorszego—pomyślał zaskakująco trzeźwo. A potem wziął głębszy wdech i również zaskakująco trzeźwo postanowił wybrnąć z tego problemu: - Żartujesz! I co by im powiedziała, że przypadkowo naćpany jadem ropuchy bredziłem coś o innych narkotykach i mówiłem nonsensowne rzeczy o znajomych? Powiedziałbym, że mi się wydawało i tyle. To jakby pozwać kogoś za to, że widział różowe chmurki. - zaparł się. W kilku zdaniach właśnie wyraził gotowość do poniżenia Darcy przed magipolicją oraz sprytnie uniknął pytania Arthyena (czy zgłosiłaby ich na policję?),  ale nawet nie zauważył, jaki wyszedł z niego diabełek.
Ogień jednak szybko przygasł. Nawet po pijaku, perspektywa prawienia komplementów Darcy wprawiła Caleba w ogromne zakłopotanie, a tańcami Arthyen rozjątrzył niechcący nigdy niezagojoną ranę.
- Felix zaprosił ją do tańca. Gdy ja chciałem... - wyznał, o trzy słowa za dużo, a potem pokiwał zniechęcony głową. - Nieważne. Tańce są spalone i on też prawił lepsze komplementy. Wiem, że trudno rywalizować z duchem, ale to jakbyś próbował poderwać mieszkankę Doliny Godryka a obok stałby złoty pomnik Godrica Gryffindora. - spróbował wytłumaczyć. Nie, ta metafora chyba nie wyszła. - Albo jakbyś był w barze w Złotym Brzegu albo Słonecznych Piaskach - wuj Albert opowiadał mu o tych wspaniałych miejscach w Bułgarii. Gdyby nie pieprzone długi, może mógłby wyjechać do Bułgarii... - i obok stałby Igor Karka... nie, bez sensu, to my bylibyśmy tam intrygującymi emigrantami. - poprawił się, gubiąc wątek. Wyjazd do Bułgarii by zatańczyć z jakąkolwiek dziewczyną i tak wydawał się bardziej realistyczny niż poproszenie do tańca Darcy Lovegood.
- Mhm, mhm... - przytakiwał w kwestiach politycznych, woląc nie zastanawiać się nad tym, kogo Art ma za świnie i brudasów. W trakcie nieobecności Borgina i wyjazdu do Afryki najlepszym przyjacielem Caleba został mugolak-Algierczyk, ale Art na pewno nie miał na myśli takich osób, Amir był w porządku i by się polubili.
- Ja bym go rozłożył - przytaknął - ale Darcy się wypsnęło, że bywał... porywczy. A ja ich zostawiłem - Felixa, babcię, dziadka, Darcy - i nawet tego nie zauważyłem, rozumiesz? - Arthyen nie mógł zrozumieć, bo Cal okłamywał teraz i jego i samego siebie. Chodziło o likantropię, sekret, który z jednej strony brat zabrał do grobu, a którym z drugiej strony Caleb podzielił się z Rejestrem. W paradoksalnej lojalności, obwiniony o tamten donos, nie chciał o tym mówić po jego śmierci... choć uczucia te, jak każde które dusił, pewnie kiedyś wybuchną. Tak, jak od kilku tygodni wybuchały w nim podejrzenia, że może niesłusznie oskarżał Felixa o agresję tylko w wilczej formie. W trakcie kłótni Darcy wypsnęło się coś, z czego natychmiast się wycofała, ale o czym nie umiał zapomnieć. Wiedział, że brat ją okłamywał, ale czy to możliwe, że również...?
W głębi serca znał odpowiedź. Lepiej nie zaglądać czasem w głębiny.
Kolejny kieliszek, SZYBKO.
List do ojca pozwolił mu zająć myśli, wylać z siebie kumulowaną agresję. Ochoczo kiwał głową i dopisywał kolejne zwroty, dyktowane przez Arta. Tak, tak, każde słowo było prawdziwe i potrzebne i to wcale nie brzmiało jak szantaż, tylko jak... obywatelskie pouczenie. Z satysfakcją podpisał się na dokumencie gotowym do wysłania i zerknął przez ramię Borgina. Pijany, ale jeszcze nie na tyle, by zapomnieć o wypadzie w góry przed kilkoma laty. O tym, że choć Borgin miał wiele dziewczyn—przez sekundę szczerze miał ochotę zapytać o którą chodzi—ale tylko o jednej mówił tym tonem.
- Tej... nimfy najsłodszej? - upewnił się trochę bełkotliwie, ale ostrożnie. Zaproszony, przeczytał to o sobie, zobaczył nagłówek. - Nigdy nie mówiłeś, jak ma na imię... - Franka? - Ani, że ma nazwisko jak okno... - dlaczego firanka? - PIĘKNIE! - ryknął, gdy doczytał. - Laski na nic nie lecą tak, jak na polowanie na smoki. Egipcjanie mówią, że można wejść dwa razy do tej samej rzeki o ile to jest Nil... może przekonasz się, czy nadal jest taka słodka, hmmm? - zachęcił przyjaciela. Alkohol zintensyfikował wspomnienia komplementów, jakimi przed laty obdarzał ją Art i przyćmił (podwójnie...) wspomnienie tego, jak bardzo się urżnęli gdy bardzo posępnie obwieścił, że to koniec.
- No pewnie, że lubię. Ona mnie nie lubi, ale ja zawsze ją lubiłem... - alkohol i jemu rozwiązał język, bo od ostatniej rozmowy o Darcy minęło już kilka kieliszków. - No nie wiem, wdową się jest chyba już zawsze? Bo przecież nie panną, chociaż wróciła do panieńskiego nazwiska... - dywagował. - Albo do kolejnego ślubu... Tfu!!! Jeszcze mi brakuje kolejnego samca w hodowli... pewnie znowu by przyprowadziła jakiegoś blondyna... - przeraził się, gniewnie. - Choć jeśli miałaby być szczęśliwa... - zamyślił się, smętnie. - Myślisz, że anonim poprawiłby jej humor? - podrapał się po głowie, niepewnie. Nie był przekonany do tego pomysłu, ale wtedy Art wyrecytował najpiękniejszy w świecie wiersz, który poruszy serce każdej niewiasty—bo przecież w sercu szkockiej głuszy gdzie jest TYLU przypadkowych przechodniów wcale nie wprawi jej w niepokój! - DOBRA, mi by to poprawiło humor. - zgodził się. - Ale końcówkę trzeba poprawić, bo na karmieniu się znam... Jakby ktoś robił zawody w karmieniu ropuch, to najbardziej kochałyby właśnie ciebie? - zerknął na Arta pytająco. - I dodaj coś o jej włosach... jakie są złote w słońcu, jakby była wilą... czy wile mają złote włosy? I że ma oczy większe niż ropucha smocza... - rozmarzył się, choć prawdopodobnie zanonimizowanie tej ostatniej informacji będzie potrzebowało pewnej korekty. Albo i nie. A Arthyen właśnie otrzymał całkiem klarowne potwierdzenie swoich podejrzeń.
- Jeszcze... jedna... - westchnął Cal, kiwając na barmankę. - Darcy się złości jak wracam poobijany... - i pijany, ale przecież nie był pijany!!!!!! - mogę przekimać u ciebie...?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.