• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Ministerstwo Magii > Piętro IV > Pusty gabinet
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-01-2026, 20:23

Pusty gabinet
Niewielki gabinet o prostym, urzędowym wystroju. Przy jednej ze ścian stoi biurko z ciemnego drewna, na którym nie ma żadnych dokumentów ani przyborów do pisania. Krzesło jest odsunięte i puste. Po bokach ustawiono dwa regały z kilkoma segregatorami oraz zamkniętą szafkę archiwalną. Okno częściowo zasłania jasna roleta, przez którą wpada rozproszone światło. Oświetlenie sufitowe jest wyłączone. W pomieszczeniu panuje cisza, a jedynymi widocznymi śladami użytkowania są lekko wytarta wykładzina i odciski na klamce drzwi..
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
06-02-2026, 19:48
9 maja 1962

Miasto zapadło na chorobę, która nazywała się wiosna. On też cierpiał na tą przypadłość. Kreśliła się na jego wargach pod postacią uśmiechu, gdy, pokonując ostatnie stopnie klatki schodowej, wsunął do ust papierosa. Zacisnął zęby na filtrze i zaciągnął się głęboko, pozwalając, aby dym osiadł w jego płucach na tyle długo, aż nie poczuł znajomego łaskotania w gardle, które zwykle prowadziło do kaszlu.
W drodze do teatru czuł na swoich policzkach pocałunek promieni słońca; kiedyś, dawniej, gdy ciemność zamieszkała w jego duszy, miał wrażenie, że jego żar go spali, dzisiaj wystawiał ku niemu twarz, rozluźniając zawiązaną wokół szyi apaszkę, która, po pokonaniu dystansu kilkudziesięciu kroków okazała się zbędnym elementem krajobrazu. Rozwiązał ją i wsunął do kieszeni, jednocześnie nasuwając na oczy okulary przeciw słoneczne, aby ich nieustannie nie mrużyć.
Nie mógł się dzisiaj skupić na próbie; listy, które otrzymał na przełomie tego i poprzednia dnia, pozostawiły żywy ślad w jego pamieci. Przeczytał je dostateczną ilość razy, aby teraz, podczas kolejnej sekwencji akordów, w głowie cytować najbardziej zapadające w pamięć fragmenty. I podejrzenie, że to, co o czym dzisiaj śnił, było chaotycznym zlepkiem pragnień, które pozostawiły po sobie zapisane na papierze słowa, nie tylko w nim rosło, ale też coraz głębiej zapuszczało swoje korzenie. Jego rozkojarzenie nie pozostało bez komentarza, ale dezaprobata w spojrzenie scenarzysty nie podziałał na niego jak wylane prosto na głowę wiadro z zimną dłonią. Chociaż myślami był daleki od kompozycji Bacha, grał swoje partie, a czasem nawet jego wiolonczela pełniła rolę przewodnika dla innych instrumentów, wyznaczając tempo symfonii, która, od próby do próby, zbliżała kwartet smyczkowy do harmonii, jednak dzisiaj było inaczej, bo obecnie pragnął harmonii z kimś innym. Z kimś, kto skrył się za drzwiami ministerialnego gabinetu.
Wiedział, jak trafić do Ministerstwa, ale co zastał na miejscu przerosło jego najśmielsze oczekiwania.
Fontana, o której tyle słyszał, przykuła jego uwagę. Mógłby się zachwycać kunsztem wykonania, ale zabrakło mu w krtani ochów i achów na ten koncert aprobaty, zarezerwował je na inne chwile. Przez chwile przyglądał się wnikliwie posąg, przywodziły na myśl pomniki próżności, a nie coś, co miało podkreślić braterstwo między czarodziejami a istotami na tyle rozumnymi, aby poddawać pod wątpliwość ludzkie intencje.
Och, Morty, nie powinieneś krytykować czegoś, co wznosi czarodziejów ponad hierarchii i czyni ich najdoskonalszymi istotami, jakie stąpają po tej ziemi, skarcił się z przekąsem w myślach. Dla większego dobra pozostało gdzieś z tyłu jego głowy, lecz nie poświęcił tej kwestii nawet dodatkowej minuty uwagi. Już dawno przestał się łudzić. Już dawno doskonałość stała się dla niego ucieczką od świata.
Pięć minut później znalazł się na właściwym piętrze. Myślał o tym, by zapowiedzieć swoje przybycie krótkim "puk, puk", ale się rozmyślił, w końcu zaproszenie, jakie otrzymał, było wiążące, więc zamiast tego ujął klamkę w dłoń, a gdy za nią szarpnął, drzwi otworzyły się z cichym jękiem na zardzewiałych zawiasach, nie stawiając szczególnego oporu. Dwa uderzenia serca później jego spojrzenie w końcu zakotwiczyło na człowieku, który spychał otaczającą go rzeczywistość na peryferie świadomości, czyniąc z niej tylko rozmazaną, nieistotną mozaikę barw.
- Wiec tu się ukrywasz przed całym światem, Panie Crouch - niefrasobliwy uśmiech ukształtował się na jego ustach, gdy przekroczył próg pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Nie sądził, że pusty, zakurzony gabinet zagwarantuje im odrobinę prywatności. Podobnie, jak w rodzinnej posiadłości Crouchów, i tutaj miał wrażenie,że ściany mają i uszy, i nawet język. – Trafić tu graniczyło z niemożliwym, przekonać kogo trzeba, że jestem twoim asystentem i mam prawo tu przebywać poza godzinami przyjmowania interesantów jeszcze większym.
Całe szczęście rzeczy niemożliwe załatwiał od ręki, na cuda trzeba było trochę poczekać, chociaż w tym wypadku nie polegał na swoich cudotwórczych możliwości, a uroku osobistym i darze przekonywania.. Zgadywał jednak, że w tym wypadku ojcem jego sukcesu było zmęczenie jakie towarzyszyło kobiecie do której puścił oczko i ładnie się uśmiechnął.
- Zastanawiam się co bardziej osłodzi ci późne popołudnie ja, czy one - położył na blacie biurka papierową torbę z ptysiami i jednocześnie korzystając z okazji objął spojrzeniem blat, aby upewnić się, ze nie oprawił w ramkę zdjęcie swojej żony, chociaż wmawiał sobie, że to nie ma znaczenia, nawet jeśli widok złotej obrączki na serdecznym palcu jego prawej dłoni sprawiał, że palce zazdrości zacisnęły się na żołądku Mortiego. – I wygląda na to, że jesteś tym, którego zdaniem będzie rozstrzygnąć ten dylemat, Rafaelu. – Podobało mu się nie tylko to, jak smakowało jego imię pod językiem, ale też to, jak te sześć słów układało się na wargach, gdy je wypowiadał, zniżając nieco głos, by nadać mu barytonowej głębi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 09:25
Gdy skrzypnęły drzwi, podniosłem wzrok znad przypadkowo dobranych papierów, które w pośpiechu zabrałem ze swojego gabinetu udając, że wybieram się z niesamowicie ważną wizytą na inne piętro. Na szczęście nikomu nie przyszło do głowy mnie zatrzymać i nikt nie wyraził zainteresowania faktem, że wchodzę do pomieszczenia, które od dawna stało puste. Przez krótką chwilę mierzyłem się z niedowierzaniem, że Morty naprawdę pojawił się w progach ministerstwa i to na moje wyraźne życzenie, że nie jest zjawą, która wielokroć pojawiała się w mojej wyobraźni podczas dłużących się godzin pracy. Niedowierzanie szybko jednak ustąpiło miejsca zadowoleniu, którego wyraz pojawił się na moich ustach, wyginających się machinalnie w uśmiechu.
- Nie ukrywam się, panie Dunham, ciężko pracuję – odpowiedziałem, przesuwając wymownie palcem po blacie biurka, na którym zebrała się delikatna warstewka kurzu sugerująca, iż rzeczywiście praca w tym pomieszczeniu aż wrzała... kilka lat temu. - A jak sam pan widzi, ten gabinet zapewnia odpowiednią ciszę, spokój i jest na tyle odseparowany od reszty, by nikt niepowołany nie zawracał mi głowy, gdy zajmuję się ważnymi sprawami. - Tobą na przykład. Uniosłem brwi, próbując odgonić wizję Mortiego jako prawdziwego asystenta, zawsze pod ręką, gotowego wykonać każdy mój rozkaz i żądanie i choć fantazja ta była nad wyraz przyjemna, musiała pozostać wyłącznie fantazją.
Morty kompletnie nie pasował do ministerialnej rzeczywistości ze swoją duszą artysty; byłby tu o wiele bardziej obcy i samotny niż ja, zbyt żywy i zbyt kolorowy ze swoim entuzjazmem jak na szarości snujące się po szerokich korytarzach wielkiego gmachu. A jednak jego obecność w opuszczonym gabinecie wydawała mi się w tej właśnie chwili bardzo na miejscu.
Podniosłem się z krzesła i obszedłem biurko, stając między zakurzonym meblem a mężczyzną, ale moja uwaga na moment skupiła się na torbie, którą ze sobą przyniósł. Z zainteresowaniem zajrzałem do środka, a potem wyciągnąłem ze środka jednego z ptysiów, brudząc sobie palce kremem. Nie musiałem dotykać Mortiego, aby czuć jego bliskość i towarzyszącą temu radość. Odłożyłem trzymane dokumenty na biuro i położyłem na nim ptysia, zlizując z opuszek palców przyklejony do nich krem i dopiero wtedy spojrzałem na swojego gościa. Milczałem, chcąc aby przemówiła cisza i moje spojrzenie, po paru chwilach wyciągając w jego kierunku otwartą dłoń, jakbym chciał go powstrzymać przed dalszym zbliżaniem się, chociaż cały czas stał w miejscu. Położyłem ją płasko na jego piersi i pchnąłem.
- Zanim przejdziemy do rzeczy, panie Dunham – powiedziałem miękko, postępując krok za krokiem za cofającym się mężczyzną – proszę się najpierw rozebrać. - Mój głos był lekki, żartobliwy, ale wzrok zawierał w sobie napięcie, które wisiało w powietrzu. Cały mój plan, aby podejść do tego spotkania na chłodno, pokazać mu swoje miejsce pracy, w które jego obecność przynajmniej dzisiaj mogła tchnąć trochę radości, powoli sypał się jak domek z kart. Zanim zorientowałem się, co wyczynia moje ciało, Morty stał oparty plecami o drzwi, blokując ich otwarcie, a ja błądziłem spojrzeniem po jego ustach. - Marynarka – podpowiedziałem mu cicho, przelotnie dotykając palcami materiału na jego ramieniu, zanim dłoń zsunęła się niżej, wędrując po jego boku do biodra. Nie śpieszyłem się, każdy kolejny centymetr traktując jako nagrodę na niecierpliwe wyczekiwanie jego przybycia. Sięgnąłem głębiej, nachylając się w jego stronę, ale palce zamiast zatrzymać się na plecach i przyciągnąć go do siebie, dotknęły chłodnego metalu klucza tkwiącego w zamku. Przekręciłem go dwa razy; słaba ochrona, ale zawsze dawała pięć sekund dodatkowego czasu. Przetestowałem to z francuskim asystentem, działało doskonale. Odsunąłem się o krok, dając mu przestrzeń, aby zdjął z siebie marynarkę i powiesił ją na haczyku przy drzwiach tuż obok mojej, a gdy to zrobił, nie czekałem ani sekundy dłużej i złapałem go za materiał koszuli, przyciągając do siebie i mocno całując.
- Tęskniłem – zdążyłem jeszcze mruknąć, zanim znajomy smak jego ust zawrócił mi w głowie, wypełniając mnie przyjemnością i absolutną lekkością myśli, jakby nic oprócz nas nie istniało i niczym nie musieliśmy się przejmować. Przeciągnąłem dłonią po jego szyi, objąłem na chwilę policzek i wsunąłem we włosy na karku, zanim bardzo niechętnie wypuściłem go z objęć i wróciłem do biurka, opierając się o nie tyłem.
- Naprawdę myślisz, że masz jakieś szanse z ptysiami? - zapytałem, kierując swój wzrok na torbę ze słodkościami, a potem z powrotem na niego. Przechyliłem nieznacznie głowę, jakbym oglądał go sobie pod innym kątem i faktycznie oceniał, czy wart jest zamiany za kremowe ciastko. - Cóż... teraz możemy udawać, że to spotkanie służbowe - przybrałem nagle formalny ton, wyciągając z kieszeni pomięty pergamin, który w pośpiechu zapisałem ledwie godzinę temu, zawierający wszystkie pytania, które chciałem mu zadać. Miał w końcu problem z dokumentami, należało więc uzupełnić wszystkie białe miejsca w jego aktach. Wskazałem mu miejsce na krześle, a sam sięgnąłem po podkładkę i pióro, stojąc przed nim jak na przesłuchaniu.
Biedny Morty nie miał pojęcia, że naprawdę przesłuchiwałem kiedyś ludzi. I byłem w tym całkiem niezły.
- A zatem, panie Dunham, zacznijmy od początku, aby wszystko uporządkować. - Zerknąłem na niego znad pergaminu. - Mieszka pan w Londynie, ale gdzie się pan urodził i skąd pochodzi? Czym się zajmuje na co dzień i co jest źródłem pańskiego utrzymania? Czy ma pan... współlokatorów? - Głos zdradził mnie w najmniej odpowiedniej chwili, ale postanowiłem zignorować jego nagłe drżenie udając, że wcale się nie zawahałem. - Studiował pan? Uczył się za granicą? Często wyjeżdżał? - Część odpowiedzi znałem, część wydedukowałem z naszych krótkich spotkań, ale potrzebowałem formalnego zapewnienia, oficjalnego tak albo nie, które pozwoliłoby mi zaszufladkować każdą z nich na odpowiednim miejscu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 15:59
Doprawdy? kreśliło się bezdźwięcznie na jego wargach, kiedy Rafael zapewnił, że ciężko pracuje, przy jednoczesnym zabraniu palcem warstewki kurzu, jaka osiadła na biurku, które wcale nie uginało się pod ciężarem stosu wymagających jego uwagi papierów, chociaż niewykluczone, że to Dunham nie poświęcił tej przestrzeni zbyt wiele własnej, bo nie mogła konkurować z siedzącym za meblem mężczyzną. Nie musiał stać blisko niego, aby poczuć to, co czuł raptem dwa dni temu w jego towarzystwie. Mimowolna radość osiadła się nie tylko na jego ustach i spojrzenie, ale też w całym ciele; napięcie wygenerowane dzisiejszego dnia opadło, znikło niemal zupełnie, a on zanurzył się w poczuciu ulgi. Kolejne słowa również nie spotkały się z komentarzem Mortiego przynajmniej niewerbalnego, bo uśmiech, na jaki sobie pozwolił, sugerował, że domyśla się czym są te ważne sprawy, które wymagają od mężczyzny izolacji od upierdliwej natury innych urzędników.
Nawet nie drgnął, gdy Rafael się przemieścił. Obserwował cały ten spektakl w milczeniu, a ta cisza zastępowała wszelkie słowa, jakie mogłyby paść z ich ust. Nie czuł się nią skrępowany, raczej zafascynowany, zwłaszcza tym, jak Rafael, niby to całkowicie mimowolnie zlizał z palców krem, który pozostał na jego skórze po kontakcie z ptysiem. Nawiązany kilka sekund później kontakt wzrokowy utwierdził Mortiego w przekonaniu, że potrafili prowadzić ze sobą dialogi bez marnowania słów. Podskórnie wyczuwał, co raz nastąpi, ale nie zrobił nic, aby temu zapobiec. Niemal zachłysnął się powietrzem, czując napór jego dłoni na swojej klatce piersiowej. Wycofał się pod drzwi i dopiero wtedy plecy skonfrontowały się z ich powierzchnią padły słowa, przez którego przez jego plecy przebiegł przyjemny dreszcz rozbiegający się po całym ciele. Napięcie, jakie zawisło w powietrzu, było zupełnie innego rodzaju. Pełne wyczekiwania zdradzało swego rodzaju zniecierpliwienie, jakie tylko się pogłębiło, gdy palce Rafaela rozpoczęły swoją wędrówkę; Morty miał wrażenie, że nawet pod materiałem wyczuwał jego ciepło. Dopiero szczęk klucza w drzwiach uspokoił natłok jego myśli. Nadal bez słowa zsunął z ramion i pleców marynarkę, zawierzając ją obok tej, która niewątpliwie należała do mężczyzny, a potem już nawet nie próbował udawać, że ma chociaz pozorną kontrolę nad sytuacją.
- Nie będę prowadzić licytacji kto-
Reszta słów została zabrana przez męskie, stęsknione usta, które przywarły niespodziewanie do jego warg, by uzupełnić naprędce deficyt bliskości. Odwzajemnił zapalczywie ten gest czułości, pozwalając, aby reszta zdania- kto tęsknił bardziej - pozostało w obszarze jego myśli, bowiem ciche westchnienie, jaki skradł mu Rafael tym pocałunkiem stanowiło najlepszy dowód na to, że podzielał tęsknotę, która zadomowiła się w nim obu. I wolał odsunąć na brzegi świadomości myśli, że tęsknota była pierwszym objawem przywiązania, bo przecież nie wyczekiwał jedynie momentu, aż ich usta spotkają się w jednym punkcie; wyczekiwał chwili aż do znowu go ujrzy, zanurzy heban w błękicie jego oczu, usłyszy znajomy tembr głosu, który podczas wspólnej nocy, którą ze sobą spędzili, sięgnął rejestru, jakiego Mortimer się nie spodziewał.
Przymknął na moment oczy, lecz nie przejął inicjatywy, delektując się nie tylko smakiem jego warg, wagą jego pocałunku, ale też dotykiem jego palców, które najpierw pozostawiły po sobie smugę ciepła najpierw na szyi, a potem policzku. Czujac, jak wsuwając się we włosy, miał ochotę zacisnął dłonie na jego przedramionach i przyciągnął go do siebie, przeciągnąć tę chwile o kilka uderzeń serca, lecz Rafael uchronił go przed całkowitym zatraceniem się w cieple jego obecności; odsunął się, zanim Morty przeszedł do czynu, a na jego usta zarysował się grymas szerszego uśmiechu.
Wszystko to trwało ledwie pięć oddechów, chociaż Mortiemu wydawało się, że trwało znacznie dużej i wyglądało na to, że Rafael miał zamiar wywiązać się sumiennie ze swojej deklaracji, jaką było testowanie granic jego cierpliwości.
- Nie dalej niż kilka minut temu sądziłem, że przegram z nimi z kretesem, ale chwile wcześniej udowodniłeś mi, jak bardzo się pomyliłem - odpowiedział nieskromnie, nie tyle co przez pytanie, ale spojrzenie, jakie mu wysłał, jednocześnie się z nim drocząc.
Jaką słodycz zapamiętasz na dłużej - moich ust czy bitej śmietany?, zawisło między nimi niezwerbalizowane.
- W rzeczy samej - przyznał, kiedy urzędowy ton, zupełnie inny od tego, jakim posługiwał się mężczyzna na co dzień, wyjrzał spomiędzy jego warg. – Obiecuję, że nie posunę się do konfabulacji - sam, idąc za jego przykładem, sięgnął po mniej frywolny ton, takim, którego używał, rozmawiając ze swoim przełożonymi w teatrze.- Bo zależy mi na tym, aby jak najszybciej przez to przebrnąć i przejść do mniej oficjalnej części tego spotkania. - Zerknął wymownie na ptysie, chociaż oczywiście nie miał na myśli ich konsumpcji.
Oczekując ciągu dalszego, toczył batalię, gdzie usiąść. Pojawiła się w nim pokusa, by obejść biurko i oprzeć pośladki o jego blat, ale zrezygnował z zuchwałości, decydując się jednak na wskazane krzesło.
- Zanim zacznę udzielać panu wyczerpujących odpowiedzi, chcę się dowiedzieć, jakie przyświecają panu intencje. To przesłuchanie, panie Crouch? - uniósł brew, imitując zaskoczenie. – Próba kwestionowania mojego pochodzenia? - starał się zabrzmieć poważnie, jednak uśmiech, który tlił się w kącikach ust, rujnował ten obraz. – Podejrzewa pan, że przebywam na angielskiej ziemi bezprawnie? - pytał dalej, ale więcej było w tym przekory i zaczepności, niż treści. – A może jednak zdecydował się pan na przeprowadzenie rozmowy kwalifikacyjnej upojony wizją naszej bliskiej współpracy?
Chociaż wiedział, że nie odnajdzie się w gąszczu ministerialnych korytarzy, możliwość widywania się z nim wydawała się Dunhamowi obiecująca i na swój sposób pociągająca.
- Na świat przyszedłem w Birmingham, gdzie też dorastałem, więc można śmiało uznać, że właśnie stamtąd pochodzę - ten punkt mógł odhaczyć ze swojej listy. Nie był w Birmingham od dawna, odkąd jego rodzinny dom przeszedł w obce ręce. Bał się wspomnień, jakie wiązały się z tamtym miejscem. I nie miał też do czego zwracać. – Jestem wiolonczelistą. Ścieżkę mojej zawodowej kariery kontynuuję na deskach teatru Aradii - o tym mówił mu wcześniej, w wannie. – Mieszkam sam - wyczuł drżenie w jego głosie, ale nie wiedział, jak je intepretować. Wahał się, jakby nie był pewny, czy chce poznać odpowiedź na te pytanie; dlaczego? – Ale czasem zdarza się, że ktoś u mnie nocuje. - Na przykład ty, dodał w myślach, bo wydawało mu się, że kilka sekundowa cisza była bardziej wymowna od słów. – Nie studiowałem, nie uczyłem się też za granicą. Hogwart to jedyna szkoła jaką ukończyłem. - Ile Rafael miał lat? Był od niego starszy, ale o ile? Cztery-pięć lat? Jeśli tak, występowało prawdopobieństwo, że natknęli się nieświadomie na szkolnym korytarzu, bo to, że Crouch ukończył tutejszą szkołę magii nie mial wątpliwości. Znał przecież lokalizacje Pokoju Życzeń. Ktoś z zewnątrz raczej nie powinien być świadomy jego istnienia. - Od początku wiązałem swoje życie z muzyką, więc nie wystąpiła u mnie potrzeba, aby kontynuować edukacje, chociaż możliwości finansowe też stały mi na drodze do rozpoczęcia akademickiego życia - wyznał, bo kiedyś, dawno temu przecież w jego głowie narodziła się myśl, aby rozpocząć studia artystyczne na Evershire College, ale potem uświadomił sobie, z jakim kosztami wiązała się ta intelektualna przyjemność. Kosztami, które zdecydowanie wykraczały poza jego budżet. – Przez pewien czas, zaraz po ukończeniu szkoły, mieszkałem we Francji. Ta przygoda skończyła się po niespełna roku.
Drzwi do swojego życia, które zostawił uchylone, teraz otwierały się coraz szerzej, a Morty… Morty pierwszy raz, odkąd się poznali, nie miał nic przeciwko, by przepuścić go przez ten pokrytymi pajęczynami próg.
Spojrzał mu prosto w oczy; też planował wypytać go o kilka kwestii z jego życiorysu, lecz nie tutaj - w miejscu, które znało oficjalny ton Rafaela Croucha, w miejscu, które wymagało od niego chłodnego profesjonalizmu, w miejscu jego pracy. Wymyślił sobie, że zrobi to w łóżku, zaraz po tym, jak kakofonia jęków ucichnie i zdołają wyciszyć oddechy na tyle, by nie zagłuszały ich szeptów, z papierosem między palcami, jak zmęczenie ogarnie ich ciała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 19:22
- To urocze, że uważasz, że będzie jakaś część nieoficjalna – powiedziałem powoli, wędrując spojrzeniem od jego twarzy w dół, ślizgającym się wymownie centymetr po centymetrze, aż zatrzymało się na zagiętym materiale spodni między udami. Szczeniackie zagranie, którego nie mogłem sobie darować, bo w jego obecności, upojony bliskością, której istnienie niemal wyparłem ze świadomości, odkąd Thobias odszedł, czułem się tak, jakbym znów korzystał z uroków młodości i towarzyszących jej prowokacyjnych gestów i spojrzeń. Studenckie krycie się po kątach uczelni, wyrwane na szybko pocałunki w jakimś bocznym korytarzu, przelotny dotyk, który miał na celu wyłącznie fizyczne pobudzenie... Z Mortym balansowałem na granicy między młodzieńczą przeszłością z dojrzałą dorosłością.
Odchrząknąłem, wracając wzrokiem w górę jego ciała i obserwując, jak toczy ze sobą batalię o to, gdzie usiąść. Przez jeden krótki moment zapragnąłem, aby mi się sprzeciwił i wybrał inne miejsce, aby wykazał się nieposłuszeństwem i krnąbrnością, na którą mógłbym odpowiedzieć subtelnym przymusem. Ta nagła myśl wstrząsnęła gwałtownie moją wyobraźnią, podsyłając obraz, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Poczułem dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa, gdy walczyły we mnie dwie skrajności: świadomość, że zmuszanie go do czegokolwiek jest złe, ale i podniecenie wywołane wizją jego złamanej uległości. Zacisnąłem mocniej palce na podkładce.
- To przesłuchanie, panie Dunham. - Pergamin szeleścił cicho, gdy przesunąłem go o kilka centymetrów, poprawiając jego ułożenie. Przez moment mogłem wyglądać jak ktoś, kto zamierza prowadzić bardzo skrupulatne i dokładne przesłuchanie, aby nie pominąć żadnego ze szczegółów. Mojej postawie przeczył jedynie delikatny uśmiech w kącikach ust. - Jest kilka niejasności, które chciałbym wyjaśnić, zanim wpuszczę cię do swojego życia. Potem możemy zamienić się rolami, jeśli też masz jakieś... pytania. - Uniosłem wzrok znad pergaminy, pozwalając sobie na nieco dłuższe spojrzenie w chwilowej ciszy, w tych paru uderzeniach serca i oddechów, które minęły, nim Morty odpowiedział.
A ja notowałem; lekko drżącą dłonią wpisywałem na chropowatej powierzchni wszystko, co mi o sobie mówił, nie ufając własnej pamięci. Birmingham, teatr, wiolonczela, wyjazd do Francji. Drobne elementy układanki jego życia, które nie tworzyły jeszcze żadnej całości, ale ledwie szkic, ramowy plan, w którym brakowało tak wiele rzeczy. Mimowolnie zastanowiłem się, jakie miejsce ja mógłbym zająć na tablicy jego życia, czy umiałbym się wkraść w tę carte blanche i wypełnić ją swoimi kolorami.
- Francja – powiedziałem cicho, stukając w zamyśleniu w pergamin. Niewielki kleks rozlał się w rogu, ale nie zwracałem na to uwagi, skupiając ją całą na tym, jak swobodnie Morty siedzi na krześle i z jaką lekkością odpowiada na moje pytania, jakby nie miał nic do ukrycia. - I przypadkowi nocni goście. - Oderwałem się od biurka i zrobiłem pół kroku, bo tyle wystarczyło, by znaleźć się tuż przed nim, oprzeć dłoń na oparciu krzesła, pochylić nad jego twarzą, spojrzeć prosto w oczy... Te cholerne oczy, w których – gdybym stał pod światło – na pewno dojrzałbym teraz swoje odbicie. - Kto u pana nocuje, panie Dunham? - zapytałem z napięciem w głosie tak wyraźnym, że nie sposób go było nie wyczuć. - Albo nie, nie odpowiadaj. - Potrząsnąłem głową, gdy dotarło do mnie, że nie chciałem wiedzieć. Nie chciałem znać odpowiedzi na to pytanie, nie chciałem bać się, że gdybym ją poznał i gdyby mi się nie spodobała, musiałbym walczyć z innymi uczuciami, które się we mnie rodziły. Z zazdrością i zaborczością.
Odłożyłem pergamin i ująłem Mortiego pod brodę, lekko unosząc ją w górę świadomym, wyliczonym ruchem, który miał wprowadzić zamęt w jego głowie, w jego myślach, w jego tu i teraz. Kciukiem musnąłem jego dolną wargę, jakby zdradzając swoje intencje, o które wcześniej pytał, zdradzając swoje własne myśli i pragnienia.
- Jak się pan zapatruje na kwestie wyłączności? - Kiedy się odezwałem, mój głos był szeptem słyszanym tylko między nami. Puściłem go i wyminąłem, stając za jego plecami; dłonie opadły na męskie ramiona, przytrzymując go w miejscu. Z trudem odzyskiwałem równowagę, a o powrocie oficjalnego tonu mogłem jedynie pomarzyć. - Zakładając, że spotykasz się z kimś... z kim potencjalnie możesz stworzyć w miarę trwały związek... relację opartą na partnerstwie. - Zamilkłem, zastanawiając się nad kolejnymi słowami, jak i nad tym, co mnie podkusiło, aby właśnie teraz zacząć ten temat. Kompletnie... z dupy. To nie było miejsce ani czas, by o tym rozmawiać, a jednak coś nakazywało mi zapytać, coś chciało uzyskać odpowiedź, desperacko pragnęło wiedzieć, na czym stoi nasza relacja. - W którym momencie tej znajomości... po jakim czasie można uznać, że nie chce się spotykać z nikim innym? A może – ścisnąłem mocniej jego barki – jest pan dość otwarty w tych kwestiach? Zaufanie emocjonalne jest ważniejsze niż fizyczna wyłączność? - Puściłem go i cofnąłem się, wciągając głęboko powietrze, aby uspokoić nerwy, zanim znów przed nim stanąłem. Tym razem jednak nie oparłem się o biurko, ale przysunąłem sobie drugie krzesło i usiadłem na obitym siedzeniu, nie ufając swoim nogom. Nie drżały i nie chwiały moją sylwetką, ale nagła słabość, którą poczułem, nakazywała znaleźć jakiś punkt podparcia.
- Czy miałbyś coś przeciwko, gdyby w moim życiu, właśnie teraz gdy badamy to, co jest między nami, byli inni mężczyźni? Albo czy sam chciałbyś spotykać się z innymi w tym czasie? - zapytałem w końcu wprost, czekając aż pytanie wybrzmi między nami. Uniosłem ramiona w geście pozornej obojętności, która nijak miała się do tego, co faktycznie kotłowało się pod skórą, do napięcia, które powróciło ze zdwojoną siłą w oczekiwaniu na to, jakie słowa padną z ust Mortiego. Chciałem wiedzieć, jak na to patrzył, czy wyłączność była dla niego naturalnym następstwem każdej bliskości, czy była raczej ograniczeniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
08-02-2026, 17:44
Chciał powiedzieć, ze to nie ma nic wspólnego z jego urokiem ,lecz z pewnością siebie, do której sam go zechecał w listach, ale nie powiedział nic, bo było kilka ważniejszych kwestii, które chciał poruszyć Rafael. Czując jak adoruje go swoim spojrzeniem, Morty wykrzywił usta w lekko prowokacyjnym uśmiechu, chociaż traktował to bardziej jako prolog do tego, co nastąpi później, gdy opuszczą ministerialne mury, bo nie wierzył, że nie będzie częściej mniej oficjalnej.
Na jego pytanie odpowiadał, jak ktoś,kto nie miał nic do ukrycia. Morty nie spodziewał się, że Rafael będzie notował jego słowa; później je zweryfikuje, by zważyć jego szczerość i przekonać się, czy przyłapie go na kłamstwie?
Uniósł brwi w geście zdziwienie, ale żadne komentarz nie opuścił jego ust. Już otwierał usta, aby odpowiedzieć na kolejne pytanie, lecz pan Crouch wycofał je, zanim odpowiedź padła. Potem stało się coś, czego Morty nie przywidział. Czując, jak jego palce na swoim podbródku, podniósł na niego wzrok. Najchętniej złapałby w zęby palce, który musnął jego dolnej wargi. Najchętniej podniósłby się gwałtownie z krzesła, złapałby go za kark, przyciągnął do siebie i pocałował go zapalczywie prosto w usta, wsuwając jezyk pomiędzy nie, lecz zdusił w sobie te pragnienie, czując, jak z natłoku myśli, tworzy się mętlik. Przez ten mętlik przebił się jego głos, chociaż był ledwie szeptem, który wypełnił przestrzeń oddzielającą od siebie ich usta. Zamrugał, skonfundowany. Nie spodziewał się tego pytania. Jak się pan zapatruje na kwestie wyłączności? odbiło się echem od scian jego czaszki, a on poczuł, jak serce w piersi zaczęło pracować na szybszych obrotach.
- Do tej pory ta kwestia była dla mnie zupełnie obcym konceptem - poszedł jego śladem i także zniżył głos do cichego szeptu. Czuł go za swoimi plecami i drgnął, gdy położył mu ręce na ramionach. Mortiemu wydawało się, że oparł o niego cały ciężar swojego ciała; a może to balast emocjonalny, jaki nosił? Ten, który uwierał także Dunhama i doprowadzał do dyskomfortu? Poczuł jego palce zaciskające się przez materiał koszuli. Nie wypuści cię, póki nie pozna odpowiedzi na dręczące go kwestie, w jego umyśle zmaterializowała się myśl, która objęła paraliżem napięcia mięśnie. Zazwyczaj przed tym uciekał. Uczuciami, które zalegały pod sercem, bo się w nim nie mieściły. Przed emocjonalnym przywiązaniami, które sprawiał, że się dusił. Przed tym, co dawało szczęście, bo się bał, że szczęście przeminie i pozostanie poczucie żalu, a pustka, jaką wydrąży tęsknota, będzie się tylko pogłębiać. Uciekał przed tym, gubiąc oddech, a teraz spadło na niego poczucie „porażki”, jakby to, przed czym uciekał, w końcu go dogoniło. – Zwyczajnie nie wiem. Nie mam w tym żadnego doświadczenie. Nigdy nie nawiązałem z nikim stałej relacji - drżał jego głos, gdy wyrzucał z siebie te słowa, drżały jego ręce, gdy zacisnął je na kolanach; drżało też jego serce, wszystko w nim drżało. I nie potrafił zrozumieć dlaczego. – Zazwyczaj trwały krócej niż pory roku, zaczynały się u schyłku lata i kończyły, gdy z drzewa spadły ostatnie liście.
Milczeli oboje, a cisza, jaka zapadła, była pełna napięcia. Morty chciał spojrzeć prosto w jego oczy, zanurzyć się w błękicie jego spojrzenie, ale, czując wciąż obecność jego dłoni na swoich barkach, wbił wzrok w nieokreślony punkt przed sobą, skupiając się na swoim oddechu, które z rozpaczliwym świstem wydobywało się z ust.
Nie spodziewał się, że ten temat padnie, nie dzisiaj, nie teraz, nie w tej chwili, nie w ministerialnym gmachu, może nigdy? Nie po tym, jak Rafael powiedział mu, że w tej relacji nie było miejsca na deklaracje, na żadne "na zawsze". I wtedy Morty był podobnego zdania, a teraz czuł, jak ta pewność, która wyprzedziła jakiekolwiek słowa, wyślizgiwała się spomiędzy jego drżących palców. Uśmiechnął się smutno do własnych myśli.
Ciszę wkrótce przerwały jego słowa, Mortiemu wydawało się cięły przestrzeń, jak zimny sztylet noża. Czując jak palce mężczyzny mocniej zacisnęły się na jego barkach, zesztywniał jeszcze bardziej, dopiero po chwili uzmysławiając sobie, że ten dotyk ciepłem palił jego skórę, jakby był rozgrzanym stropem metalu. Jego słowa ciążyły, zupełnie jak powietrze przed burzą. Chciał wejść z nim w trwałą relacje, chciał go mieć na wyłączności? Do czego prowadziła to rozmowa?
- Za każdym razem, gdy nawiązywałem z kimś romans, robiłem wszystko, by nie zaplątać się w sieć przywiązania, z której trudno będzie się wyplątać. Osoby, z którymi sypiałem - złapał w zęby dolną wargę, zastanawiając się czy powinien kontynuować, lecz chwile później z jego gardła popłynęła kolejne sekwencja słów – na ogół postrzegały mnie jako obiekt pożądania, a nie uczuć... pan jest inny, panie Crouch? - wypalił, nie panując nad językiem, który wyprzedzał myśli. Nie chciał bawić się jego uczuciami. I nie sądził, że ktoś taki jak on mógłby obdarzyć go poważniejszym uczuciem.
Poczuł ulgę, gdy mężczyzna cofnął dłonie, odkrywając jednocześnie ,że potrzeba ucieczki z niego wyemigrowała. Nawet nie zerknął w kierunku majaczących za jego plecami drzwi, będącymi jednym wyjściem awaryjnym z tej sytuacji.
- Nie wiem... nie potrafię odpowiedź na te pytanie, bo - nie chcę cię zbywać słowami, które chcesz usłyszeć, czy słodkimi obietnicami, bo w tym, co czuł nie było słodyczy, był uścisk w klatce piersiowej.
Niedopowiedzenie zawisło między nimi, i trwało dłuższy czas. Trwało chwile, gdy Rafaela przysunął sobie krzesło i usiadł na przeciwko. Morty jeszcze chwile patrzył ponad jego ramię, unikając kontaktu wzrokowego, obawiając się, że mógłby się zatracić w błękicie jego oczu.
Pytanie, jakie mu zadał, sprawiło, że zacisnął dłoń w pięść.
- Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś, kogo chciałbym tylko dla siebie i nie poznałem nikogo kto chciałby tylko dla siebie mnie, ale gdy wspominasz o innych mężczyzna w swoim życiu, wolę o tym nie myśleć, bo mimowolnie zaczyna płonąc we mnie - przełknął ślinę – ogień zazdrości.
I dopiero wtedy zainicjował kontakt wzrokowy; pozwolił, aby ich oczy spotkały się w jednym punkcie. Nie wiedział nawet kiedy jedna z jego dłoni odnalazła dłoń, która należała do Rafela i zacisnął na niej palce. Wyczul pod opuszkiem jednego z nich twarde złoto obrączki.
W życiu Rafaela była kobieta, przy której obiecał trwać aż do śmierci. W życiu Mortiego była inna, której niczego nie obiecywał, bo wiedział, że nie może dać jej niczego w zamian. Wiedział też, że kiedyś odejdzie. Wiedział też, że w jej życiu byli inni mężczyźni.
- To, że tamtego dnia spotkaliśmy się na pomoście, to nie był jedynie zbieg okoliczności - odezwał się po chwili kontemplacji, nadal głosem zniżonym do szeptu. – Co sprawiło, że pojawiłeś się tam tamtej nocy? - zacisnął nieco mocniej palce na jego dłoni, lecz nie na tyle, by Rafael nie mógłby się wyswobodzić spod jego naporu. Dawał mu wybór, którego on wcześniej mu odmówił. – Miałem sen. Nie taki zwykły, który pojawia się niemal każdej nocy. To była wizja, a potem obudziło mnie przeczucie, przez które wyplątałem się z pościeli, zszedłem na pomost i mnie tam przyłapałeś – mówił, nie kontrolując lekkiego uśmiechu, który zjawił się w kącikach ust, bo lubił otulać się tym wspomnieniem. – Ja...jestem jasnowidzem, wiec nie zdziwi sę, jak kiedyś obudzę się w środku nocy, dysząc jak po pokonaniu maratonu lub zacznę mamrotać przez sen, czasem mogę też krzyczeć, ale... na Merlina – westchnął ciężko. – Wybacz, gdy jestem zdenerwowany mówię co mi silna na język przyniesie, a zaraz zacznę je połykać.
Wstał nagle, wysuwając dłoń spomiędzy jego palców i przespacerował się po pokoju. Musiał rozchodzić i emocje, i myśli, i wszystko, co się w nim obecnie kotłowało. Wszystko, poza jego obecnością, bo jej nadal pragnął. Nadal czuł na dłoni ciepło jego palców.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
08-02-2026, 21:18
Morty wyglądał na zaskoczonego, ale byłem pewien, że moja twarz prezentuje tę samą gamę emocji, od niezrozumienia po zdziwienie. On swoją reakcję mógł w pełni uzasadnić tym, że nie spodziewał się emocjonalnego szoku, który w nim wywołałem, ale ja? Ja nie potrafiłem wyjaśnić, dlaczego w ogóle o to zapytałem. Nie miałem pojęcia, dlaczego z mojego gardła wyrwały się właśnie te słowa, nie miałem...
Nie, oszukuję sam siebie. Wiedziałem, dlaczego je wypowiedziałem, choć miejsce i czas ku temu nie sprzyjały. Wiedziałem, czym jest to spowodowane: koniecznością wiedzy, uzyskania odpowiedzi nadających kształt i ciężar naszej relacji. Miałem świadomość, że była zbyt świeża i zbyt krucha na wielkie deklaracje i gesty, że podejmowanie jakichkolwiek zobowiązań na tym etapie było głupotą, która mogła wszystko zniszczyć i tak naprawdę nie chciałem od niego żadnych obietnic, żadnej odpowiedzialności za to, co nas łączyło. Nie chciałem, aby patrzył na cienką nić, która związała nas ze sobą i czuł przymus trzymania jej między palcami, aby nie została zerwana.
Nasza relacja nie mogła zostać j e s z c z e opakowana w słowa żadnych gwarancji, ale m u s i a ł a zostać wyjaśniona w najbardziej palących kwestiach, aby w przyszłości, za miesiąc czy pół roku, nie wywołać o wiele poważniejszych problemów. Jeśli on albo ja... jeśli któryś z nas poczułby coś... więcej. Nie mogłem czuć się winny za to, że chciałem wiedzieć, na czym każdy z nas stoi i czego każdy z nas oczekuje.
- Nie wiem... to uczciwe przedstawienie sprawy. - Powiedziałem powoli, czując wciąż zagubienie swoim pytaniem, ale i zadowolenie wywołane tym, że Morty nie unikał odpowiedzi. Nie kluczył próbując znaleźć taką, która nie była prawdą, ale za to w pełni by mnie zadowoliła, lecz przyznał się wprost do swojej niewiedzy. Rozumiałem go, bo czułem się identycznie. - Nie wiem, czy jestem inny, Morty, bo też silnie na mnie działasz i pożądanie... to chyba oczywiste, że trudno o nie myśleć o tobie w takich kategoriach. Ale obaj wiemy, że gdyby chodziło tylko o fizyczność, nie zadałbym tego pytania. - Do mojego tonu wdarł się chrapliwy śmiech, który szybko umilkł. - Zapytałem o to wszystko, bo... bo szukam odpowiedzi na to, czym jest ta relacja. Myślałem że będziesz mądrzejszy ode mnie, ale tak jak ja błądzisz po omacku. - Uśmiechnąłem się, na poły ze smutkiem, na poły z rozbawieniem, nie mając pojęcia, jak powinienem się teraz czuć, bo to co czułem, kompletnie nie oddawało stanu mojego ducha.
Zaskoczony, zagubiony, podrażniony poczuciem, że wszystko układa się nie tak jak powinno, z gruntem chwiejącym się pod stopami. Nasza znajomość, nienazwana i pozbawiona oficjalnych ram, wydawała się prosta i lekka, bezkształtna, bo kształt mieliśmy jej dopiero nadać kolejnymi spotkaniami, kolejnymi godzinami w swoim towarzystwie, kolejnym latem, o które go poprosiłem pod wpływem chwili. Jednak podskórnie doświadczenie podpowiadało mi, że jeśli pewnych ram nie nadamy sobie już teraz, w przyszłości ta relacja może stać się bardziej niż problematyczna. Nie musieliśmy niczego sobie deklarować, sam daleki byłem od wszelkich obietnic – dawanych i przyjmowanych – ale nie mogliśmy udawać, że nie widzimy, do czego to wszystko zmierza. Nie chciałem deklaracji naszej relacji, bo deklaracje niosły ze sobą konsekwencje; skutki działań, których nie dało się naprawić jednym słowem, spojrzeniem czy choćby dotykiem.
- Przepraszam, wiem, że to było kompletnie niespodziewane. - Podrapałem się po karku, czując lekkie zawstydzenie, że tak łatwo dałem się ponieść chwili i nie umiałem zapanować nad emocjami. Morty mówił o braku doświadczenia, o ucieczce przed przywiązaniem, a ja zdałem sobie sprawę, w jakiej niekomfortowej sytuacji mogłem go postawić swoją natarczywością. Najchętniej objąłbym go mocno, szepcząc w rozgrzaną skórę tuż przy uchu, że nie musi już nic więcej mówić. - Chociaż skłamałbym, gdybym powiedział, że nie czuję satysfakcji na myśl o tym, że mógłbyś być... zazdrosny. - Bo nie byłem wolny od sprzeczności; mogłem czuć zawstydzenie i radość jednocześnie, strofować sam siebie za brak wrażliwości i nieumiejętność wyczucia chwili i jednocześnie gratulować sobie słów, które sprawiły, że Morty się przede mną odsłonił. - Tylko że zazdrość wypływa albo z chorobliwej chęci posiadania i kontroli, albo z zaangażowania. Nie sądzę, byś chciał mnie kontrolować, a na zaangażowanie jest chyba za wcześnie. - Odpowiedziałem na jego spojrzenie, nie uciekając wzrokiem i poruszyłem palcami ściśniętymi w jego dłoni.
- Proponuję... myślę, że możemy dać sobie czas do... powiedzmy końca lata. Obserwować, jak się to wszystko rozwinie, bez żadnych deklaracji, obietnic, bez konsekwencji i wyłączności – ostatnie słowa wypowiedziałem nieco ciszej. Brak wyłączności nie oznaczał, że musieliśmy z niej korzystać; że musieliśmy przekraczać niewypowiedzianą granicę. To miała być osobna decyzja każdego z nas. - Kilka tygodni, po których podejmiemy decyzję, czy potrzebujemy tych deklaracji. Chyba że któryś uzna, że trzeba to zakończyć wcześniej. Czy to dla ciebie w porządku? - zapytałem, jakimś cudem nadając głosowi odrobinę oficjalnego tonu i przedstawiając swój pomysł na to, jak rozwiązać ten emocjonalny galimatias. Miałem na pewno większe doświadczenie od Mortiego w kwestii trwałości związków, chociaż to on zdawał się być tym sentymentalnym wrażliwcem i wiedziałem, jak krucha jest powierzchnia, po której każda p a r a porusza się na samym początku poważniejszej znajomości.
Bo nie chodziło tylko o wyłączność rozumianą jako zakaz, czerwoną i nieprzekraczalną linię. Chodziło o świadomość, że to, co się między nami działo tu i teraz, w pewnym momencie zacznie wykraczać poza ramy bezpiecznej gry spojrzeń i niedopowiedzeń, stawiając nas przed ostatecznym wyborem, czy chcieliśmy to kontynuować, czy zakończyć przyjemną zabawę, zanim któryś z nas zostanie zraniony. Nie chciałem znów cierpieć tak jak po odejściu Thobiasa, a to oznaczało, że musiałem czuwać nad swoimi uczuciami. Musiałem być rozsądniejszy, opanowany i nie deklarować niczego, co znów rozorałoby świeże rany w moim sercu.
- Tamtej nocy była pełnia, więc nie mogłem zasnąć, bo w takie noce... wracały wspomnienia o kimś, kogo kochałem. Szukałem ucieczki. - Od życia, które istniało w mojej głowie i wspomnieniach, którego przez lata nie potrafiłem wymazać. - Bardzo mnie wtedy zaskoczyłeś. Myślałem, że jesteś nim. Nierzeczywistą zjawą, która wróciła, aby sprawdzić, czy wciąż... pamiętam. - Zaśmiałem się chrapliwie. Pamięć o Thobiasie była jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem. Nie chciałem zranić Mortiego opowiadaniu o swojej miłości, jak dotąd jedynej, o której mogłem powiedzieć, że była prawdziwa i że w świecie, który nie tolerował takich uczuć między mężczyznami, znalazłem coś realnego. Nie chciałem go ranić, ale zasługiwał, by wiedzieć, że potrafię oddać się komuś całym sobą.
- Mój brat też zmaga się z tym darem. - Powiodłem wzrokiem za mężczyzną, gdy ten krążył po pokoju. Najchętniej bym do niego dołączył, ale rozumiałem, że mógł potrzebować przestrzeni po tym, gdy zrzuciłem na niego tę emocjonalną niespodziankę. - Nie będę zaskoczony, a ty nie przepraszaj za to, że jesteś szczery. - Mój wzrok padł na pozostawione na biurku podkładkę z pergaminem. Inne pytania, które miałem mu zadać, przestały mieć znaczenie. - Chcesz mnie o coś zapytać? - Ale może jego miały większy sens.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 19:42
Przez chwile miał przeczucie graniczą z pewnością, że patrzył na niego, jak na nową, zupełnie obcą formę życia, której ojczyzną była inna galaktyka. Zaczął rozumieć, jak się czuje ktoś, kto utknął w potrzasku. Między niewygodną prawdą a tym, co jeszcze chwile temu wydawało mu się po prostu jedną z wielu niezobowiązujących rozmów. Do jego spojrzenia zajrzało niezrozumienie, do mięśni napięcie. I tylko własne myśli mu świadkiem, że w pierwszej chwili chciał uciec, włożyć głowę w piasek, jak zwykle to czynił, gdy coś go przytłaczało, byle nie mówić o uczucia, byle nie myśleć o tym, ze zazwyczaj jego związki było sumą uniesień i niczym więcej, a tymczasem Rafael spowodował, że w końcu spojrzał prawdzie w oczy. Prawdzie równie bolesnej, co nóż, który kiedyś przeciął skórę między żebrami.
Tej relacji daleko było do deklaracji, obietnic, górnolotnych frazesów, jakie wychodziły spod pióra poetów, a jednocześnie Dunham miał wrażenie ,że z każdym wypowiedzianym słowem grunt osuwa mu się pod stóp, jakby gdzieś w tym, co myślał, pojawiła się wyrwa, która wciągnie go w końcu w otchłań, zacierając granice między tym co chce, a co może.
Teraz nie mógł wiele. Nawet nie mógł skonfrontować się z tym,czego nie rozumiał, bo obaj nie rozumieli zbyt wiele, a jednak narodził się między nimi przymus szczerości, jakby w tym niezrozumieniu dążyli do wybudowania pomostu, którego fundamentem mogło stać się zaufanie.
- Skoro obaj błądzimy jak dzieci we mgle, wygląda na to, że będziemy musieli wspólnie znaleźć odpowiedź na te pytanie - zmusił usta do uśmiechu, chociaż w przełyku poczuł gorycz, jaka rosła wraz z gulą.
Dotychczas ich znajomość była pozbawiona określonego kształtu, miała luźne ramy, wydawała się być niczym więcej, jak odskocznią, ucieczką od rzeczywistości, łapczywie łapanymi chwilami szczęście, lecz, czy tam, gdzie wydziera tęsknota, nie pojawia się zobowiązanie? Czy "tęskniłem", jakie wypowiedział ku niemu Rafael, tyczyło się tylko fizyczności, czy czegoś więcej? To, w jakim kierunku skręciła ta rozmowa, wydawało się wskazówką.
- Było - uśmiechnął się tym razem szczerze, co odbiło się w też hebanie jego oczu. – Ale przeprosiny wydają się być nie na miejscu, nawet jeśli w pierwszej chwili miałem ochotę uciec. Dobrze, że mi to uniemożliwiłeś, bo już dawno byłbym za drzwiami - do jego tonu zakradła się żartobliwa nuta, która była desperacką próbą odzyskania równowagi. – Nie, nie chcę ci kontrolować i chyba wolę myśleć, że w tym wypadku nie ma racjonalnego podłoża - bo nie był w stanie w żaden sposób odkryć jej źródła. Po prostu była, i chyba zwyczajnie wolał zaakceptować jej istnienie.
Tak, jak jasny przekaz słow Rafaela, bo chyba dopiero teraz Morty uzmysłowił sobie jeden, prosty fakt - skoro mężczyzny to rozważał, nakreślał ramy czasowo, to brał pod uwagę, że to, co ich łączyło, mogło nie był tylko zwykła fascynacja, ani chwilowym zauroczeniem.
Nie odpowiedział od razu. Musiał najpierw przetrawić jego słowa. Znaleźć dla nich miejsce. Kontakt wzrokowy pomógł w tym bardziej niż sądził. Podobnie, jak ciepło palców schowanych w jego dłoni.
- Tak, chyba tak - przytaknął w końcu. – Myślę, że tak - dodał, rozumiajac,że to pierwszy raz, gdy otwarcie z kimś o tym rozmawiał; pierwszy raz, gdy rozważał, nawet jeśli jeszcze nie do końca świadomie, kwestie wyłączności, która nadal wydała się obcym konceptem, ale czy zupełnie nieosiągalnym? Tego nie wiedział. Rozumiał jednak jego potrzebę nakreślenia granic.
Gdy mówił o wizji nie wiedział, czy dobrze postępuje, ale nie mógł cofnąć czasu. Musiał mierzyć się z konsekwencjami tej decyzji, a tą konsekwencją było wyznania Rafaela.
Kochałeś, czy nadal kochasz?, pytało spojrzenie, lecz nie usta; usta związał ciasny supeł milczenia, bał się bowiem, że słowa, jakie tworzyły te zdanie, chociaż głębiły się w otworze przełyku, zostaną zdławione przez zaciskającą się na jego gardle pięść żalu, gdy tylko postanowi poruszyć wargami. Tęsknisz za tamtym uczuciem, czy jego powidokiem? A może za snem, z którego obudziłeś się pewnego dnia i uzmysłowiłeś sobie, że została po nim tylko pustka?
Może właśnie tym dla niego był - namiastką kogoś, kogo kiedyś kochał? Przechadzał się po zgliszczach tego uczucia, czy nadal płonął w nich ogień minionych dni, do którego rozpaczliwe pragnął powrócić?
Morty był pewny, że nie dało się zupełnie zapomnieć o kimś, kogo kiedyś się kochało. Nie dało się zepchnąć go na dno świadomości i zakopać pod gruzami zapomnienia. Widział to błękicie jego oczu. Rozdarcie, jakie towarzyszyło tym słowom. Tęsknota wypalona na peryferiach duszy.
Próbował się uśmiechnąć, ale nie potrafił. Próbował coś powiedzieć, lecz obawiał się, że słowa skonają w gardle, zanim po nie sięgnie, a tymczasem pod sklepienie jego czaszki zawitały inne myśli, zwodnicze jak najpiękniejsza iluzja szczęścia. Jak mógł konkurować z kimś, kto był dla niego taki ważny? Czy ktoś w ogóle miał szansę zająć jego miejsce?
- Tamta noc była przepełniona nostalgią - odezwał się po chwili, czując wagę własnych słów na języku. – Czułem ją, twoją tęsknotę - wyznał, i perfidnie ją wykorzystałem. – Nie wiem tylko czy spłynęła wraz z wizją, czy może czułem ją, bo żyła w tobie od dawna, a pełnia sprawiła, że się nawarstwiła - zastanowił się na głos, chociaż miał świadomość, że bredzi bez sensu, że być może Rafael zaraz go wyśmieje, zapyta: co ty możesz o tym wiedzieć? Westchnął cicho, gładząc kciukiem wierzch jego dłoni, jakby to mogło pełnić rolę oparcia. – Bardzo byłeś rozczarowany, gdy okazało się, że nie jestem tym, na którego czekałeś? - zapytał i zaraz pożałował tych słów, bo uświadomił sobie, że może nadal go wyczekiwał.
Nie chciał go zastąpić. Tego, kogo chciał ujrzeć na pomoście. Już wiedział, że nie. Nie mógłby. Ale może, tylko może, czysto hipotetycznie, byłby w stanie wypełnić pustkę, jaką pozostało po tamtym rozstaniu.
Nie wiedział czy wstał, bo zmusił go do tego stres, czy bałagan własnych myśli, lecz jednak to zrobił. Zaczął krążyć po pokoju, jak sęp, wypatrujący padliny, chociaż Mortiemu daleko było do drapieżnika. Pogrążył się raczej we własnej udręce.
Uśmiechnął się cierpko na jego słowa, bo czasem zastanawiał się, czym było jasnowidzenie - darem czy przekleństwem. Niebezpiecznie było znać przyszłość, tym bardziej, że przeznaczenie nie raz udowodniło Dunhamowi,że nie życzy sobie ingerencji. To, co ma się wydarzyć i tak - prędzej czy później - się wydarzy. Przekonał się o tym wielokrotnie na własnej skórze.
- Skoro nazywasz to darem, mogę założyć, ze nie traktujesz tego jak bredni? - czuł na sobie jego spojrzenie, lecz nie okazał mu podobnego zainteresowania. Badał swoim własnym wyposażenie tego pokoju. I nagle te surowe, zakurzone, przesiąknięte zapachem stęchlizny pomieszczenie zaczęło mu wybitne przeszkadzać. Wydawało się zwyczajnie zbyt ciasne. - Mam kilka - przyznał, przerywając swój pozbawiony celu marsz. Zatrzymał się w połowie drogi do biurka i stanął między meblem a Rafaelem. – Ale nie chcę, aby te pomieszczenie było ich świadkiem, poza tym - spojrzał wymownie na kartę, a w kącikach ust zatliło się rozbawienie – chyba nie wyczerpałeś zasoby swoich własnych. To definitywny koniec przesłuchania, panie Crouch? - zapytał zaczepnie, przechylając głowę pod lekkim kątem, gdy na niego spojrzał.
Jeśli tak, to chyba nie mieli powodu, by nadal tkwić w tym opuszczonym gabinecie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
12-02-2026, 16:12
Chociaż znaczenie wypowiedzianych dotąd słów wciąż unosiło się w powietrzu, wisząc nad nami ciężarem niemal teatralnej kotary oddzielającej widzów od aktorów, czułem lekkość i ulgę, która towarzyszyła zrozumieniu. Morty krążył po gabinecie, jakby sam gubił się w tym, co gubiło mnie, w niewiedzy i niepewności co do tego, jaka będzie nasza przyszłość i właśnie to uczucie wspólnego niepokoju, wspólnego problemu, któremu musieliśmy stawić czoło, w jakiś sposób mnie uspokajało. Bałem się, że gdy zacznę rozmowę, której kierunku nie umiałem określić, Morty zażąda konkretów i jasnych deklaracji, tymczasem odpowiedział mi tym samym zagubieniem, które tkwiło we mnie.
I tą samą ostrożnością, z jaką patrzyliśmy w przyszłość, jakby obawiając się, że nadmierna nadzieja może wszystko zniszczyć. Gdybyśmy byli na tafli jeziora skutego lodem, to pod naszymi stopami kruszyłby się właśnie lód w ostatnim ostrzeżeniu. Wycofałem się więc ostrożnie, przepraszając Mortiego jeszcze raz, już samym uśmiechem.
- Nie uciekaj przede mną – poprosiłem. - Nie jestem człowiekiem, który łatwo mówi o uczuciach. W rodzinach takich jak moja... Sam rozumiesz. - Chciałem wzruszyć ramionami, ale zamiast tego wykonałem nimi tylko dziwny gest, jakbym otrząsał się z wody jak mokry pies. Uczucia nie były dla mnie zagadką – czułem, rozumiałem, umiałem je nazwać, ale ubranie ich w miękkie słowa, które można było wypowiedzieć, patrząc komuś w oczy, stawało się zadaniem ponad moje możliwości. - Wiem, że nasza sytuacja i tak jest skomplikowana, bo jesteśmy mężczyznami i to, co dla innych jest naturalne, my musimy ukrywać – powiedziałem gorzkim i pełnym żalu tonem. - A ja jeszcze to komplikuję takimi nagłymi... ale chyba nie umiem inaczej. Moment odwagi przychodzi niespodziewanie – próbowałem się usprawiedliwić, nadać łagodność ostrym krawędziom moich uczuć, które postanowiły tak niespodziewanie dać sobie upust i wyrwać się spomiędzy moich warg. Zwykle wolałem analizować niż wyznawać swoje emocje, ustalać zasady i postępować według nich, niż ulegać zachciance chwili wywołanej lękiem o jutro.
Wróciłem myślami do nocy na pomoście, lekko zdziwiony faktem, że od pełni księżyca nie minęły lata, ale zaledwie kilka tygodni. Długich, pełnych wyczekiwania i niecierpliwości, które okazały się preludium do zmian w moim życiu. Pełnia rozlewająca się srebrzystą poświatą po wodzie jeziora nie zapowiadała wtedy żadnych zmian; była kolejnym minionym miesiącem tęsknoty i niewiedzy, nagle przerwanym pojawieniem się intruza. Miałem ochotę zaśmiać się w duchu na myśl o tym, że ten sam intruz, którego chciałem wtedy wyrzucić z terenu posiadłości, siedział teraz przede mną, a ja zastanawiałem się, jakie uczucia mam wobec niego.
- Nadal ją czuję, echa tęsknoty za mężczyzną, który niegdyś był całym moim życiem – wyznałem, nie chcąc ukrywać rzeczy, która była dla mnie ważna. Uczucie do Thobiasa było ważne, tak samo jak ważny był on. - Powinieneś to wiedzieć. Że nie mam czystej karty, ale właściwie... kto ją dzisiaj ma? - zaśmiałem się krótko i chrapliwie śmiechem, w którym nie brzmiała ani odrobina wesołości, za to gorycz. - I powinieneś też wiedzieć, że nie traktuję tej relacji jako metody zapominania. Nie jesteś lekarstwem Morty, bo moje uczucia do niego to nie choroba. - Pokręciłem głową i chociaż patrzyłem na niego, nie widziałem niczego poza zamglonymi konturami jego sylwetki. Wiedziałem, że szczerość bywała niebezpieczna, złudna, że mogła obrócić się przeciwko mnie i wywołać ból, ale z drugiej strony brak szczerości był o wiele gorszy. Mógł sprawić, że oboje w pewnej chwili poczulibyśmy się zdradzeni swoimi oczekiwaniami względem siebie. - Dlatego nie czułem żadnego rozczarowania ani smutku, że nie byłeś nim. Mówiłem ci to – przypomniałem mu cicho – mówiłem, że wiem, że nie jesteś nim i że chcę ciebie a nie jego. - Thobias nigdy mnie nie opuści, pogodziłem się z tym i przywitałem jego wspomnienie z sentymentalną ulgą, ale to z Mortym – niezależnie od tego, jak bardzo chciałbym trzymać od niego dystans – zaczynało mnie łączyć coś mocniejszego od zwykłej znajomości.
Dlatego nie chciałem ranić Mortiego żadnym ze swoich słów, ukrywać prawdy, która we mnie tkwiła, udawać że rzeczywistość jest zupełnie inna, niż była. Przestałem być obserwatorem swojej przyszłości, ale w końcu musiałem podjąć decyzję, co z nią zrobić: tkwić we wspomnieniach, czy pójść dalej. Morty miał być tym, który pociągnie mnie do przodu? Weźmie za rękę, szarpnie za koszulę, wskaże drogę? Trudno było mi cokolwiek mu obiecać i zadeklarować, powiedziałem mu wprost, że błądzę we mgle, że kierunek w którym zmierzamy jest mi kompletnie nieznany... i cieszyłem się, że on czuje to samo zagubienie.
Nie byłem sam. A samotność była najgorszym, co mogłem teraz czuć.
- Wizje przyszłości to nie brednie. - Nie mógłbym uważać inaczej po tym, jak widziałem, z czym mierzył się mój brat i jakie obciążające to dla niego było. Wróżenie z fusów po tym, jak wypiło się słodką herbatę, czy oglądanie chmur, by ustalić, kto jest nam przeznaczony, było wobec jasnowidzkich wizji czystą abstrakcją i niemal dziecinną zabawą. - Wiem, jak się zachować w takiej sytuacji – zapewniłem go, nie dodając, że już samo to czyni go tak różnym od Thobiasa. Obaj byli inni, obdarzeni innymi przekleństwami, obaj mierzyli się z innym życiem, w którym przyszło im stawiać swoje kroki. Thobias odszedł, uważając że stanowi dla mnie niebezpieczeństwo; choć tego nie akceptowałem, rozumiałem powody i argumenty, które do niego przemówiły. Morty był... mniej niebezpieczny, a jego umiejętność, mimo że tak trudna, nie stanowiła dla mnie zagrożenia. Nie musiał mnie zostawiać. Nie musiał... odchodzić, uznając, że tak będzie lepiej. Istniała mniejsza szansa na to, że w jego przypadku też będę musiał mierzyć się z możliwością straty. Może i nie umiałem mówić o uczuciach, ale umiałem kalkulować swoje emocje.
Morty nie był Thobiasem i to powinno być dla mnie w tej chwili najważniejsze.
- Skończymy przesłuchanie, gdy tak uznam – napomniałem go uprzejmym, ale i pełnym przekory tonem, zadowolony, że postanowił zmienić temat. Sięgnąłem ponownie pod podkładkę z formularzem i udałem, że wczytuję się w niego z najwyższą uwagą, po czym podniosłem głowę. - Ale może faktycznie powinniśmy zostawić to na inne okoliczności. A póki co, może chciałby pan zobaczyć ministerstwo od środka? - zapytałem, świdrując go wzrokiem tak natarczywie, aby absolutnie i pod żadnym pozorem nie wpadło mu do głowy odpowiadać twierdząco.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
4 godzin(y) temu
Chciał go zapytać o tak wiele. O to, czy w pytaniach, które tu padły, upatruje przyszłość. O to, czy, chociaż jego uczucia są nieokreślone, toruje sobie w taki sposób drogę do ich poznania, a później również, co, jak się Dunhamowi wydawało było tego następstwem, nazwania. I o to, czy stały związek, oparty na wzajemnych zrozumienia i zaufanie, był tym, czego szukał.
Chciał go o to zapytać, lecz nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, bowiem one kłębiły się w otworze gardła i tłoczyły w korytarzu krtani, jak nieznośny tłum, który napiera i sprawia, że pragnie się przed nim uciec.
Morty nie chciał przed nim uciekać, chować po kątach tego, co czuł, rozglądać się nerwowo przez ramię, w obawie, że przeczucie, jakie go prześladowało, w końcu go dopadnie, bo to przed czym uciekał, nie nosiło jego imienia, nie miało jego twarzy. To przed czym uciekał było lękiem przed tym, co mogło nadać sensu i dodatkowego ciężaru ich lękiem, lękiem przed emocjonalnym przywiązaniem.
- Nie chcę przed tobą uciekać i wierzę, że powstrzymasz mnie przed ucieczką, jak teraz, gdy tylko przyjdzie mi do głowy, aby próbować- bo czasem, gdy sobie z czymś nie radził, irracjonalnie przed tym uciekał, udając, że problem nie istnieje. W jego słowach wyłapał to, co sam odczuwał, to, co sprawiało, że wszystko, co się w nich tliło, musieli w sobie tłumić, aż nie znajdą się w bezpiecznej przestrzeni, za drzwiami jego mieszkania - żal i gorycz, i jedno, i drugie było w nim żywe, czuł ich obecność pod żebrami. – Podoba mi się,to że stawiasz sprawę jasno, że... chociaż takie rozmowy nie przychodzą ci łatwo, jednak podjąłeś się tego tematu.
Moty też słowa nie łatwo przechodziły przez gardło; potykał się o nie, próbując uporządkować natłok myśli, jakie gromadziły się pod kopułą czaszki, a tym słowom towarzyszyło zagubienie. Czul się tak, jakby stąpał po polu minowym, jeden nierozważny ruch, ale nadepnie na minę, która w przeciągu kilku sekund położy kres jego istnieniu. Jednocześnie za bardzo wierzył w to, że ścieżki ich życia było wybrukowane przez przeznaczenie, że prowadziła ich niewidzialna ręką losu, aby wierzyć, że to, co się wydarzyło i sprawiło, że byli teraz zamknięci w tych kilku metrach kwadratowych działo się bez wyraźnej przyczyny.
Rafael mówił dalej; kreślił słowa tęsknoty, które nie były zupełnie Moritemu obce. Podszedł nań, na tyle blisko, aby poczuć jego bliskość. Przez chwile nie wiedział, co powiedzieć, a więc trwał w milczeniu, jakie nastało, gdy zamilkł. Zwyczajnie miał ochotę zamknąć go w obwolucie swoich ramion i trwać tak, póki żaden z nich nie zdecydowałby się przełamać ciszy, ale, myśl, gdzie był, wciąż czaiła się z tyłu głowy, mimo iż serce, na ostatnie jego wyznania, zabiło mocniej w piersi, obijając się boleśnie o żebra. Ulżyło mu jednocześnie, że mężczyzna nie szukał zamiennika, czegoś, co napełnił go złudzeniem za tamtymi uczuciami. Ulżyło mu, że nie pełnił roli atrapy kogoś, za kim tęsknił, lecz człowieka z krwi i kości, odrębny byt, z którym być może chciał budować coś, co wcześniej wymknęło mu się spomiędzy palców.
Miał do niego tyle pytań. Szczególnie chciał wiedzieć, co się stało z jego ukochanym, dlaczego go opuścił, dlaczego skazał go na samotność, tęsknotę i cierpienie, ale nie odważył się, jeszcze nie teraz, nie w tej chwili. Rany były zbyt świeże, chociaż nie krwawiły, Morty był pewny, że nie zabliźniły się do końca.
Nie znalazł żadnych słów, jakie mógłby włożyć we własne usta. Zamiast tego zdecydował się na gest. Na trwającą ledwie parę uderzeń serca chwilę, sięgnął dłońmi najpierw do jego karku, potem zanurzył palce w jego włosach, zmuszając go do tego, by uniósł głowę. Spojrzał mu w oczy, wycofując obie dłonie.
- Nie możesz o nim zapomnieć, jest częścią twojej tożsamości - szepnął tylko cicho, i częścią ciebie samego, dodał w myślach, bo wiedział, że nie dało się zapomnieć o kimś, kogo się kiedyś kochało; jego cień zawsze wił się gdzieś w kącie pokoju, jak upiór; takie właśnie były emocje, ich echo cichym zawodzeniem zawsze krążyło gdzieś w odmętach umysłu.
Pochodząc do biurka, przejechał palcem po jego powierzchni, zdejmując kurz. Przy tej separacji z hipnotyzującym kontaktem wzrokowym, towarzyszyła mu ambiwalencja emocjonalna. Z jednej strony miał wrażenie, ze kamień spadł mu serca, z drugiej - czuł uścisk na klatce piersiowej na myśli o mężczyźnie, który tak głęboko zakorzenił się w umyśle Rafaela. Walczył z tym rozdwojeniem do momentu, aż głos mężczyzny znowu dotarł do jego uszu i wtem poczuł ulgę, ulgę, bo Rafael nie postrzegał jasnowidza, jak czegos, co wzbudza pogardę, chociaż Morty podejrzewał, że czasem prowadziło do utraty zmysłów. Poczuł nagle potrzebę, by zmienić temat, aby na moment zgnieść obawy, przełamać dokuczliwy napięcie, jakie wyczuwał w powietrzu, przy każdym oddechu. Szczęśliwie Rafael odnalazł się w jego intencjach.
- Chociaż nie wątpię, że ministerialny gmach skrywa wiele tajemnic, obawiam się, panie Crouch, że to, co sprawiłoby mi największą przyjemność w tym budynku, odnalazłem w tym gabinecie - mówiąc to, znowu do niego podszedł, nachylając ku niemu, nadal siedzącemu na krześle. Prawdą dłoń oparł o jego kolano, druga znalazła się na wysokości jego ramienia, zaś usta zawiesił kilka centymetrów do jego ust i wyszeptał w nie krótkie w twojej obecności.
Nie dał mu czasu na reakcje, na choćby słowo skargi, czy nierozważny krok, jaki mógł ostatecznie popchnąć ich swoje w objęcia. Wiedział przecież, że, gdyby to się stało, zanurzeni w sobie, zapomnieliby o tym, co ich otacza, o świecie, za drzwiami tego gabinetu i o miejscu, które nie wybaczyłoby im tej ochoczej manifestacji uczuć. Nie dał im zatem sposobność na utratę zdrowego rozsądku; w jednej sekundzie wycofał i twarz, i dłoń, a w drugiej wyprostował, pogłębiając dzielący ich dystans o kilka kroków. Sięgnął dłonią po obie, zawieszone przy drzwiach marynarki.
- Zanim zdecyduje pan, jak chce spędzić ten wieczór, proponuję spacer w swoim towarzystwie - zaoferował, podając mu tą, która należała do niego,chociaż jego mysli mu świadkiem, że przez chwile korciło go, aby je podmienić lub chociaż zaciągnąć się jego zapachem, jaki pozostał na jej drogim, wyjętym z rąk krawca materiale. Nie zrobił tego,bowiem wątpił, że mężczyzna chciałby paradować w marynarce o kremowym odcieniu z haftem wyszyte na rękawach. – Potrzebuję przewietrzyć głowę - zwłaszcza po słowach, jakie tu padły i przez wyznania, jakie przechadzały się korytarzami umysłu, szukając drogi do ust, które, wygięty w uśmiechu, póki co uciekały od obowiązku ich werbalizacji. – Zdaje się, że niebo nadal jest prawie bezchmurne - spojrzałby w okno, aby się o tym przekonać, lecz gabinet był go pozbawiony, ponadto wiedział, że Ministerstwo ukryte zostało w podziemiach Londynu, a widoki, jakie rozciągały się za szyb, były wyłącznie atrapą. – A nic nie sprawia mi tak wielkiej radości, jak się przechadzka po parkowych alejkach i obserwowanie budzącej się po zimowym letargu przyrody - bzdura! Mógłby wymienić co najmniej kilka innych aktywności, które sprawiłby mu porównywalnie większą radość i był pewny, że to, co tliło się w jego spojrzeniu, było tego potwierdzeniem.- Nie wiem czy o tym wspominałem, ale uwielbiam wiosnę. - Wiosna na zewnątrz. Wiosnę Vivaldiego. I tą we własnym sercu, która uczyniła świat radośniejszym miejscem. – Sprawi mi pan tą przyjemność? - podejrzewał, że na odpowiedź na te pytanie; dostrzegał ją w natarczywości jego spojrzenia, które zdawało się mówić: nie chcę zostać tu ani sekundy dłużej niż to konieczne. –Czy jednak obowiązki zawodowe zmuszają Pana, aby posiedzieć tu trochę dłużej?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:59 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.