• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Śmiertelny Nokturn > Burdel "Przełyk Chimery"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
25-05-2025, 17:56

Burdel "Przełyk Chimery"
Odrapana fasada domu uciech zdobiona jest wyblakłym szyldem z wykrzywioną, wielkogłową, chimeryczną istotą, której złote oczy wydają się prześwietlać każdego przechodnia. Wewnątrz jest ciasno, duszno i ciemno – powietrze przesyca zapach tanich perfum, mdlących kadzideł, alkoholu i starych mebli. Pomieszczenia oddzielają ciężkie, zniszczone kotary, a ściany zdobią kiczowate malowidła przedstawiające fantastyczne stworzenia o przesadnie uwodzicielskich kształtach. Zewsząd dobiegają wymowne odgłosy, bo w tutejszych standardach raczej brakuje odpowiednich zaklęć wyciszających. Pracujące tu czarownice i czarodzieje stosują podstawowe zaklęcia iluzji, by ukryć zmęczenie, cielesne defekty, czasem dość liczne blizny. Klienci to głównie pijacy, drobni złodzieje i ci, którzy nie mają gdzie indziej wstępu. Nikt tu nie pyta o imiona ani powody wizyty – wystarczy, że zapłacisz i nie narobisz kłopotów. Choć jeśli dorzucisz garść galeonów, najprawdopodobniej wybaczą ci znacznie więcej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
Wine stained lips and soft fingertips
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
14-03-2026, 21:43
19 maja 1962

Całą noc dręczyły ją koszmary. Gadający księżyc, olbrzymi, wiszący nad niebem i — co było równie dziwne, jak sam fakt, że do niej przemawiał — przyglądający się jej uważnie znajomymi oczami o hebanowych tęczówkach. Dokądkolwiek nie próbowała uciec, gdziekolwiek nie próbowała się schować, księżyc zawsze ją odnajdywał. I zawsze, za każdym razem, powtarzał niczym mantrę jedno, to samo zdanie.
Nadchodzi to, co już było.
Za każdym razem, gdy słyszała te słowa, wybudzała się ze snu tak gwałtownie, że jej tułów sam unosił się w górę, ciężar ciała opierając na wątłych łokciach wbitych w miękki materac. Ciemność nocy, która spowiła jej sypialnię, rozpraszana była przez jasny materiał pościeli, tkaniny baldachimu, a przez to również — przez srebrne pasma księżycowego światła wpadające przez otwarte już okno. Majowe noce, im więcej ich minęło, stawały się coraz to cieplejsze, bardziej wonne, a spanie przy otwartym oknie urastało już do rangi małej przyjemności. Szkoda tylko, że zmęczony koszmarami umysł nie odnajdywał w tym ukojenia. Gdy złożyła się do snu ponownie, uważała, aby nawet na moment nie spojrzeć w stronę lustra, w którego tafli mógł odbić się księżyc. Nie chciała sprawdzać, czy dalej miał oczy i usta szepczące wciąż to samo zdanie.
Chyba właśnie przez fakt, że nie udało jej się wyspać, była tego dnia taka drażliwa. Szeroko rozumiane sprawy zawodowe zaprowadziły ją ponownie na Nokturn, ponownie do Białej Wywerny, w której spotkała się z tym samym kaprawym pośrednikiem, którego była zmuszona do wcześniejszego odprawienia gdy obok zjawił się przyjmujący zamówienia Axel. Dziś, w ramach wynagrodzenia, zmuszona była do zamówienia czarodziejowi kilku pintów tamtejszego piwa, chociaż sama nie tknęła ani kropli. Marna to strata, właściwie minimalna, zważywszy na to, że do tej pory mężczyzna ten był jej bardzo przydatny i zawsze zjawiał się w umówionym miejscu o umówionym czasie, przynosząc ze sobą odpowiednio wysoki utarg ze sprzedaży trucizn.
I choć nad niebem w każdej innej części Londynu rozpościerały się pomarańczowo—różowe smugi, gdy Manon wystąpiła z Wywerny na Nokturn, na zewnątrz było tak ciemno, że nieprzyzwyczajony do tego zjawiska czarodziej mógłby uznać, że poważnie się zasiedział, a pora była późniejsza, niż w rzeczywistości. Nic więcej nie miała do załatwienia na tej zapomnianej, jak się wydawało, przez sprawiedliwość alei, dlatego pewnym krokiem ruszyła w kierunku dobrze znanego przejścia, łączącego Nokturn z Pokątną. Mijała przy tym wielu czarodziejów; ulice nie były opustoszałe, co dawało jej dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Dopiero, gdyby nagle okazało się, że była wśród nich zupełnie sama, poczułaby się zdecydowanie bardziej zagrożona. W wielu aspektach mieszkańcy Nokturnu bywali bowiem podobni do zwierząt, najczęściej szczurów. Gdy zbliżało się zagrożenie, wyczuwali to podskórnie i decydowali się na bezpardonową ucieczkę. Gdy jednak czuli się bezpiecznie i wyłazili ze swoich nor, można było uznać, że nic nie odbiegało od normy.
I może to niezachwiane przeczucie o swoim bezpieczeństwie — wszakże kto o zdrowych zmysłach zdecydowałby się wyrządzić jej krzywdę, gdy znała przynajmniej kilkanaście okolicznych parszywych mord, którym zależało na dalszej z nią współpracy — a może po prostu fakt wciąż ciążącego na niej niewyspania i zirytowania sprawił, że nic sobie nie zrobiła z pijaczka, którego minęła przy murku obok Przełyku Chimery? Wydawało jej się, że słyszała, że coś kapało, a zaraz po nim dźwięk zapinanego zamka. Szczający na ulicy pijaczyna nie był na Nokturnie niczym nowym, ale dla wychowanej w dobrym domu Manon stanowił obraz wybitnie odpychający, więc odruchowo odwróciła głowę w drugą stronę i przyspieszyła kroku.
— Cukiereczku! — słyszała za sobą jeszcze nawoływanie i nieudolne gwizdanie, ale nie odwracała się, by sprawdzić, kogo akurat musiał nagabywać. To nie jej sprawa, miała własne zmartwienia na głowie i jeszcze większą chęć na gorącą kąpiel. Zawsze to tak kończyła wieczory, gdy w ciągu dnia musiała odwiedzić Nokturn. Głównie dlatego, że była szczerze przekonana, że unoszący się nad dzielnicą smród udzielał się jej samej. A nienawidziła tego zapachu.
Z marzenia o odprężeniu w ciepłej wodzie wyrwało ją mocne szarpnięcie w ramię.
— Cukiereczku, nieładnie tak mnie... hic... zlewać... — szarpnięcie było na tyle silne, że zmusiło jej ciało do pełnego obrotu w stronę napastnika. Od razu uderzył ją ostry fetor rozkładającego się już powoli alkoholu, zmuszając ją do zmarszczenia noska w niezadowoleniu. Mężczyzna, jak na stan, w którym się znajdował, działał naprawdę szybko. Wbił palce w ramię kobiety i kolejnym szarpnięciem wciągnął ją do jednego z zaułków, zaraz obok mijanego wcześniej burdelu.
— Spierdalaj ode mnie, śmieciu — syknęła Manon, już unosząc dłoń w górę, aby wycelować w napastnika różdżką. Ten jednak przesunął uścisk z jej ramienia na nadgarstek, blokując możliwość ruchu. Naparł na nią całym ciałem, zmuszając do oparcia się o śmierdzącą wilgocią ścianę. Przypilił jeden z jej nadgarstkó do ściany, chwilę później robiąc to samo z drugim. Manon próbowała się szarpnąć, ale była zbyt słaba, aby wydostać się z uścisku i pułapki.
— O nie, tak to... hic... Nie do mnie... — tym razem nieznajomy zawarczał, tuż przy jej uchu. Owiał blady policzek kobiety alkoholowym oddechem, od którego alchemiczce zrobiło się natychmiast słabo. — Będziesz mnie jeszcze... Przepraszała na kolanach, rozumiesz? A jak będziesz grzeczna to... hic... nawet tobie zrobię dobrze... — czuła, jak oblewają ją zimne poty. Jak serce zaczyna bić prędko, adrenalina miesza się z krwią w rosnących proporcjach. W ciemności zaułka ledwie widziała zarys twarzy mężczyzny, ale najchętniej teraz splunęłaby mu w twarz. Jak na złość nagłe niebezpieczeństwo sprawiło, że czuła w ustach przejmującą suchość, gardło drapało ją od środka, uniemożliwiając nawet odpowiednie odkaszlnięcie. Ale to, co mogło być najgorsze, dopiero nadchodziło. Czuła jak kolano siłą próbuje wbić się pomiędzy jej nogi, zmusić do stania w choć minimalnym rozkroku. Nie mogąc obronić się magią, zadziałała zupełnie instynktownie. Uniosła prawą nogę — pozornie zapraszająco, aby z całej siły wbić obcas swego buta w stopę napastnika.
I to był strzał w dziesiątkę.
— TY KURWO! — męski ryk odbił się od ścian zaułka; musiał być niewątpliwie słyszalny także z ulicy. — ZABIJĘ CIĘ — wrzasnął raz jeszcze, zwijając się z bólu. Wciąż trzymał prawy nadgarstek Manon przyciśnięty do ściany, drugą połowę ciała zbliżał zaś nieuchronnie do bolącej stopy.
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.