• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Baya Wenworth
Baya Wenworth (z d. Ouali)
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Badis i Diya Ouali
Aspiracje
Kontrola sprawowana zza kulis, satysfakcja
Amortencja
Oleander, wilgotny piasek, puder
Różdżka
12 cali, włos z głowy wili, orzech, elastyczna.
Hobby, pasje
Taniec, moda, charakteryzacja, kontrola umysłu
Bogin
Zamknięty sejf
Umysł
Data urodzenia
2 listopada 1936
Miejsce urodzenia
Djidjelli, Algieria Francuska
Miejsce zamieszkania
Belfast, Irlandia Północna
Język ojczysty
francuski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Instytut Magii Durmstrang, Nøkken
Zawód
"Asystentka", charakteryzatorka
Czystość krwi
Czysta
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
25
160
57
Wiek
Wzrost
Waga
Czarne
Czarne
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Szerokie, silne ramiona. Wąska talia i biodra. Dość nabita, poza kanonem typowej kobiecości.
Znaki szczególne
Śniada cera, duży nos, gęste brwi, gęste i czarne włosy - uroda zdecydowanie egzotyczna, południowa.
Preferowany ubiór
Ulubiony kolor to z pewnością zielony lub czarny. Preferuje długie sukienki czy spódnice i proste formy, które kontratują z ciężarem noszonej biżuterii.
Zajęty wizerunek
Alba Flores
Obrazek postaci

Rodzina Ouali

W roku 1679 pochodzący z okolic Algieru, kabylski pirat – Badis Ouali – zrobił na swojej załodze olbrzymie wrażenie – wybuchając magią, której nigdy nie opanował, a która pojawiła się w jego ciele – czyniąc go pierwszym czarodziejskim przodkiem rodziny o, jak się potem okazało, sporym przywiązaniu do swojego magicznego dziedzictwa. Ale wrażenie, chociaż rzeczywiście ogromne, nie jest wrażeniem dobrym; Badis umiera jeszcze tego samego dnia, nabity na ostrze przez przerażonego członka załogi. Liczba wymienionych demonich imion jest długa, ale Badis nie usłyszy ich już nigdy. Tak samo nigdy nie pozna bliżej syna, który tak jak on zostanie czarodziejem, tym razem trafiając już na nauki do Beauxbatons. Ifrit  Ouali rozpoczyna magiczne dziedzictwo. Historia jego imienia i nazwiska zmienia się przez pierwsze lata, ale nie przeczytasz tego w żadnych archiwach. Urodzony jako Lekbir Ouali – ale matka porzuca go, nazywając synem demona. Przyjęty pod opiekę starej czarownicy wychowywany jest ciężką ręką pod imieniem i nazwiskiem Naim Argaz. Nie pozostaje jednak obojętny na wspomnienie swojego ojca. Gdy wraca do Algieru, tak jak przodek – pracuje na statku. Jest dobrym nawigatorem, czyta gwiazdy jak książki, pozostaje chyba najlepiej wykształconym człowiekiem na łajbie. Porywa czystokrwistą, francuską czarodziejkę – dwa lata młodszą koleżankę ze szkoły. Założy z nią rodzinę częściowym przymusem, nazywając się już jednocześnie Ifritem Ouali, nawiązując bezpośrednio do opowieści o ojcu.

A rozwój rodziny idzie dobrze. Kolejnym synom, wnukom i dalszym potomkom udaje się często żenić się dość intratnie. Część wciąż pływa na statkach, część dołącza do rodzinnych biznesów teściów, część poznaje tajniki astronomii, numerologii czy wiedzę o starożytnych językach czy systemach zapisu. Ciężko stwierdzić, jak dużo w ich historii odnaleźć można ciężkiej pracy – ci bywają prędzej szczęściarzami, którym odmówić nie da się również pewnego sprytu, podszytego ewidentnym brakiem skrupułów. 
Pozostają związani z mugolskim światem raptem kilka pokoleń – potem odrywają się od niego zupełnie, czując irytację francuskim kolonializmem w latach 30 XIX wieku. Stają się ważną rodziną w algierskim, czarodziejskim społeczeństwie. Nigdy nie interesują się władzą bezpośrednią, jednak dzięki zgromadzonemu majątkowi – umieją wpłynąć na decyzje władz na swój własny, lisi sposób. Nawet pomimo znajomości języka francuskiego – nigdy nie posyłają już dzieci do Beauxbatons, chyba na znak protestu. W nowych warunkach nieco częściej trafiają przed oblicze sprawiedliwości, ale nawet pomimo łatki problematycznych – wciąż pną się do góry po społecznej drabinie – gromadząc coraz większe majątki i dorabiając się coraz mniej rozrzedzonej czystości krwi. Pierwsze pokolenie czystokrwistych Ouali rodzi się w roku 1892. Wtedy właśnie rodzi się Amayas Ouali – mój dziadek.



1936-1948 - dzieciństwo

Jestem dziewczynką, ale mam znaczenie. Rodzice mówią, że jesteśmy prawdziwymi, kabylskimi czarodziejami (z czasem wiem, że to tylko wygodna dla nich łatka, wymówka, tożsamość której nie rozumieją, ale która brzmi dobrze w towarzystwie) – ale nie jesteśmy jak ich mugolscy przedstawiciele. Rodzice mówią, że rodzina posiada na własność pół dzielnicy miasta, ale większość mieszkańców to europejczycy. Rodzice mówią, że mogę zostać kim chcę, ale mam trafić do Durmstrangu, a potem dobrze wyjść za mąż, urodzić trochę zdrowych dzieci i kontynuować pielęgnowane latami dziedzictwo rodziny. Mogę zostać kim chcę, bo chcę zostać właśnie tym prawda? Przez dłuższy czas w to wierzę, a potem nie jestem już przekonana. Ale teraz jestem jeszcze dzieckiem, mama ubiera mnie w kolorowe stroje, pokazuje koleżankom swoją jedyną córeczkę. Każda sugeruje, że kiedyś wyjdę za jej synka – a ja o dziwo nie gubię się w ich imionach. Najbardziej lubię jakiegoś francuza, którego matka próbuje omamić moją wróżbiarstwem. Ale mama sugeruje, bym pobawiła się chwilę z wnukiem kenijskiego właściciela kopalni – ma brytyjskie nazwisko. Jest biały i wysłany zostanie do Hogwartu. Matka mówi ojcu, bym też tem trafiła, ale ten jest nieugięty. Spotkam go po latach, ale relacja którą nawiążemy będzie nieco inna od tej, którą przewidziała nam moja mamusia. 

Dziecięca magia otula moje ciało gdy jestem pięciolatką. Podobno cieszono się, kiedy po roku wreszcie zaczynała się uspokajać, ale w pierwszych momentach sprawiała, że przedmioty w wielopokoleniowym domu przesuwały się jakby z rozmysłem, doprowadzając moją babkę do paranoi. Przemieszczały się z miejsca w miejsce nagminnie, chaotycznie, niespodziewanie. Nie mogła znajdować odstawionych na swoje miejsce flakonów perfum, kubków po wypitej kawie, pozostawionych na wierzchu książek – aż zastanawiać zaczęła się nad swoim zdrowiem psychicznym. Robiłam to niecelowo, albo nie do końca celowo. Polubię jednak zaklęcia działające na umysł i od najmłodszych lat dorobię się u starszych łatki złośnicy – a oni dopiero później zdadzą sobie sprawę z tego, że wzbudzanie mojej złości tylko intensyfikuje moje wpół świadome wybryki. 
Mama mi pobłaża. Kocha mnie i traktuje mnie jak małą wersję siebie. Od małego pięknie tańczę, jestem silna, sprawna, zwinna. Nie oczekuje się ode mnie bycia kobietą delikatną, mimozowatą. Uczy się mnie, że relację z mężczyzną zbudować mam na zasadach równości – mówi mi, że i tak za bardzo daje ojcu wejść jej na głowę. Przez jej słowa przebija elastyczna moralność, sugerująca, że mamy chyba we krwi zdolność do stosowania podstępu i zdolności tej nie powinnyśmy porzucać. Gdy chce złapać ojca na zdradzie, wykorzystuje mnie w roli przynęty, a ja muszę potem patrzeć na ich sprzeczki, nie rozumiejąc jeszcze nic. Tak samo niewiele rozumiem wtedy, kiedy służby sprawdzają księgi ojca i kiedy mama każe mi odwrócić ich uwagę. Czepiam się nogawki jednego z nich i nazywam wujkiem, a ci poświęcają mi odpowiednie kilka momentów. 

Uczą mnie podstaw norweskiego od małego - wiem, gdzie trafię. Ale i tak nie kryję niezadowolenia.



1948-1955 - Nøkken

Nie jest mi lekko wynieść się z domu rodzinnego. To miejsce tak wygodne, pełne rozrywek, które nigdy nie powinny stać się dziecięcymi rozrywkami. 
Nie będę już mieszkać w pięknej, śródziemnomorskiej willi. 
Przenoszona do Norwegii płaczę, ale to płacz manipulujący, wyuczony. Do tej pory na to nie naciskałam, ale w ostatniej chwili zapieram się, że chcę iść do Hogwartu (nazwę wymawiam z okropnym akcentem), jak Luca Wenworth, nazywając go najlepszym przyjacielem. Zapomnę o nim jednak na kilka najbliższych lat, a łzy to podstęp łatwy do przejrzenia. W tym wypadku okrutnie nieszczęśliwy, bo ani ja, ani Luca nie wiedzieliśmy w tamtym czasie o napięciach handlowych pomiędzy moim, a jego ojcem.
Trafiam do Nøkken, a filozofia domu i Szkoły odpowiada mi – z małymi wyjątkami. Nie byłam szczególnie posłuszną dziewczynką, a w miejscu tak surowym jak to, często oznaczało to odpowiednią karę. Kary znosiłam jednak z uniesioną głową, bowiem z wiekiem coraz lepiej uczę się, jak unikać zasad tak, by nie zostać na tym przyłapaną. Jestem popularna – bo wyglądam inaczej od mieszkańców północy. Bo moi rodzice są dziani, a nikt nie pyta na czym dorobili się przez wieki. Lubią mnie, bo tu pasuję - mam czystą krew i kiełkującą niechęć do każdej innej. Dobrze dogaduję się z dziewczętami, a te dobrze dogadują się ze mną, a po pewnym czasie trafia do mnie, że wcale nie muszę przypodobać się każdemu. Życie nastoletnie rządzi się swoimi prawami – jest niekiedy zbyt brutalne. 
Wytykanie palcami to chyba pierwszy z naszych grzechów. Potem śmiech za plecami. Zwinna manipulacja tymi, którzy odważą się nam zaufać. To czysta przemoc psychiczna, ale nazywamy to sprawiedliwością, bo niektórym się należy, bo muszą umieć się bronić. Od lat segreguję więc kontakty na warte mniej i więcej. Dobrze odnajduję się w magii zakazanej – jakby sugerować to miało, że rzadko miewam czyste intencje i chyba właśnie tak jest. Lubię handel przysługami i część zajęć zaliczam odpowiednią wymianą. 

Ale gdy kończę szkołę rozumiem już więcej – w pierwsze wakacje po roku szkolnym siadam na swoim łóżku, przynoszę ze sobą dyplom wybitnie… Przeciętny. Teoria – paskudna, praktyka – bardzo dobra, zainteresowanie legilimencją – podkreślone, bo chyba w złośliwości, po ostatnich egzaminach w szkole, mówiono o mnie jako o kimś, kto albo wejdzie ci na głowę, albo wejdzie ci do głowy.
Nawet jeżeli Durmstrang próbuje wyrugować ze mnie bycie rozpieszczoną córeczką mamusi, algierskie słońce przywraca mnie do dawnego stanu. W końcu wszystko jest tutaj dobrze znane i niegdyś wiele działo się tu po mojemu. A ja bardzo, bardzo lubię kiedy wszystko dzieje się po mojemu.
Po chwili już wiem, po kim to mam. Ojciec dogadał się, a za kilka tygodni pojadę do Londynu. Poślubię Wenwortha. Pytam, czemu nie wspomniał, a on wypomina mi, jak kiedyś, jeszcze jako dziecko, płakałam, że chciałabym jechać do szkoły w Szkocji, więc nie powinnam narzekać. To dobry facet – interesy znowu się układają.
Wmawia mi, że wreszcie poszedł po rozum do głowy i mnie wysłuchał. Robi mi przysługę, ale nie muszę jej spłacać. Handluje mną, ze mną samą - ma wyczucie, skurczybyk. Nie mam siły się złościć, znam podstawy angielskiego, szykuję się do wyjazdu… Ale moim mężem nigdy nie zostaje pieprzony Luca Wenworth. Kiedy piszę do niego konspiracyjny list, dowiaduję się, że chętnie powita mnie w domu jako młodą teściową.



Rodzina Wenworth

Rodzina Wenworth ma reputację. Reputację cwaniaków. Kamieniczników i dorobkiewiczów. Nowobogaccy, ale w angielskiej formie, bo zamożni chyba dopiero od kilku pokoleń, kiedy sprawnie dostosowali się do nowych warunków zaistniałych w świecie – podróżując do Indii na początku wieku dziewiętnastego. W tamtym czasie byli dobrymi negocjatorami, szybko uczącymi się obcych języków i pośredniczącymi w handlu z lokalnymi wpływowymi głowami. Gdy wrócili do Anglii – kupili dwie kamienice. Obecnie mieli ich pewnie z kilkanaście. 
To dobrzy ekonomiści, z ewidentną smykałką do złotych strzałów. Po złych decyzjach i upadkach, zawsze jakoś się pozbierali. W gazetach pisywali o nich oszczerstwa (które niekiedy i niestety okazywały się prawdą), ale oburzali się na nie rzadko – jedynie kiedy dotyczyły kontaktów z mugolami – twierdzili, że wszystkie ich przedsiębiorstwa to przedsiębiorstwa zupełnie czarodziejskie i zbudowane na czarodziejskim kapitale. 
Ktoś powiedziałby, że na nieruchomościach robią jedynie wałki, ale oni woleli mówić, że po prostu dobrze czytają przepisy i rynek. I pewnie tak jest, bo w ostatnich latach ciąg dobrych inwestycji pokrywał się z bankructwem innych przedsiębiorców czy z nieszczęściami ogarniającymi większe grupy. Wyraźnie wzbogacili się niedawno, korzystając z faktu, że Wielka Brytania nigdy nie zaznała tragedii Wojny Czarodziejów – środki inwestowali w miejscach ją dotkniętych, oferując dobre pieniądze za budynki doszczętnie zniszczone, które odbudowywali lub burzyli, byle do cna wykorzystać teren znajdujący się pod nimi. Gdy rodzina robiła się coraz większa, a wpływy coraz szersze, często posyłali latorośle do innych krajów, gdzie poprzez pośredników i poprzez kontakty biznesowe znajdujące się w Europie i poza nią, szukali kolejnych możliwości na pomnożenie majątku. Inwestowanie w Afryce było złotym strzałem. Mój przyszły mąż trafił do Nigerii, gdzie zarządzał kopalniami rud magicznych swojej pierwszej żony. 
Londyn nie był jednak łatwym miejscem do prowadzenia interesów i zauważyli to po kilku pierwszych sukcesach. Nieruchomości w nim kupowali tylko za bezcen – od ludzi zadłużonych i bez większego wyboru. Dwa domy towarowe kupione w latach 30 (przejęte, mniejsze, podupadające – jakiś krewny Wenworthów musiał pojawić się po prostu w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie), do tego trzeci, najnowszy, sygnowany ich nazwiskiem. Kupiony na początku lat 60 po katastrofie budowlanej. Las kamienic, strumienie dochodu z czynszów i powolne przenoszenie się do innych miast, szukając inwestycji w kategoriach… Bardzo licznych, różnorodnych, czasami absurdalnych. Ale najczęściej rozrywkowych.



1956 - ślub z Alanem Wenworthem

Luca Wenworth wita mnie na dworcu kolejowym w Londynie. Kaleczę angielski, ale próbuję, bo nie minie wiele czasu, a będę porozumiewać się nim już bardzo skutecznie. Nikt nie lubi tu mówić po francusku (o ile w ogóle ten język znają), a norweski znajduje zastosowanie tylko w kontakcie z brytyjskimi znajomymi, którzy z jakichś powodów kończyli Durmstrang.
Pyta mnie czy jestem zestresowana, a ja odpowiadam, że jestem wkurwiona – on nie jest za to szczególnie zdziwiony, ale jego słowa irytują mnie jeszcze bardziej, bo okazuje się, że o problemach finansowych własnej rodziny dowiaduję się dopiero od młodego Wenwortha. Mówi, że ojciec będzie traktował mnie dobrze i że bardzo cieszy się z mojego przybycia – nie na tyle jednak, by pofatygować się po mnie na dworzec. Kiedy trafiam do domu w którym zamieszkam – to piękne przedmieścia stolicy – wreszcie poznaję swojego męża w sposób inny, niż dziecko poznające znajomego ojca. Faktycznie nie traktuje mnie źle, ale bardzo szybko przechodzi do rzeczy i nie daje złudzeń co do mojej roli. Na początku jestem ładnym dodatkiem, ozdobą do pokazania znajomym. Stoję przy kominku, kiedy znajomi przyszłego męża rozmawiają przy mnie o nim, myślą, że nic nie rozumiem. Nie rozumiem wszystkiego, ale rozumiem więcej niż im się wydaje. Informacje które potem mu przekazuję zapewniają mi miłe spojrzenie i skracający się dystans. Uznajemy, że nauka angielskiego idzie mi źle – stan ten umiemy utrzymać przez kolejny rok, a ja nawet na ślubie dukam przysięgę z wyraźnie francuskim akcentem. Kiedy na weselu mówię mężowi o tym, że ktoś nazwał mnie francuską dziwką w nasz wyjątkowy wieczór – ten prosi Lucę o poprowadzenie niemiłych panów do wyjścia.
Alan Wenworth dba o mnie, nigdy nie podnosi na mnie ręki, zapewnia mi godne życie, nazywa mnie inspiracją (ale właściwie do czego?) i robi wszystko, bylebym nie czuła się dłużej jedynie elementem transakcji handlowej.



1957 - "asystentka"

Mój mąż spełnia moje zachcianki – pozwala mi ubierać się modnie, sprawia mi prezenty, daje mi wyjątkowo dużo wolności. Miewa oczekiwania, to oczywiste, ale chociaż kiedyś przez moment żałowałam, że nie pozwolono mi wyjść za jego syna – przystojnego, młodszego, równie bogatego – tak z czasem zauważam, że chyba dobrze trafiłam. Nawet jeżeli mojego męża pasjonują biznesy dla dorosłych, o których słucham do znudzenia (ale słucham, bo kiedy nie słuchałabym, nie mogłabym potem błyszczeć w towarzystwie zasłyszaną od niego wiedzą) i nawet jeżeli jedyne co interesuje go w poniedziałkowe poranki to skaczące lub spadające słupki giełdowe (o tym też słucham, bo zależnie od wyników jego inwestycji – oboje mamy dobry bądź zły dzień, z czasem powoli uczę się nawet nomenklatury) – wciąż żyję z człowiekiem z żyłką do biznesu. 
Nie z jego synem, ryzykantem. Rozumiem, że Luca dostaje wolną rękę i może inwestować w co tylko chce – ba, rozumiem nawet, że ojciec zachęca go do ryzyka. Ale po tym jak któregoś razu do domu zapukali smutni panowie, których reputacja śmierdziała chyba Śmiertelnym Nocturnem, mój mąż pozwolił mi (stara śpiewka, ojciec też pozwolił mi wyjechać do Londynu i poślubić Alana…) mieć oko na Lucę. Siostry Lucasa nie przepadają za mną (jestem za młoda na macochę), ale nie przepadają też za jedynym bratem, traktowanym przez ojca wyjątkowo pobłażliwie. To chyba sprawia, że znajdujemy wspólny język. W tamtym momencie przyjaźniliśmy się już – a ja nie miałam zamiaru patrzeć obojętnie na to jak mój “pasierb” przepieprza idiotycznie kasę mojego męża. Lubiłam wygodne życie, dawało mi satysfakcję. 
Nie wiedziałam nawet w jaki sposób poznał przez swoje życie tak wiele szemranych typów. Przeglądam podpisywane pomiędzy nimi umowy i czasami łapię się za głowę; na początku pokazywałam je jeszcze mojemu mężowi i słuchałam o tym, jak nie robić interesów. Potem sama zaczynam skreślać niekorzystne zapisy, nim młody Wenworth złoży pod nimi swoją wielce znaczącą parafkę. 
Można powiedzieć, że wiele razy posprzątałam po Luce, a z biegiem lat robiłam to już na wszelkie możliwe sposoby. Po dobroci, groźbą, podstępem, przekupstwem, na ładne oczy... Potem dociera do mnie, im głębiej w to wnikam, że Lucas Wenworth może nie być totalnym nieudacznikiem, a może być najmądrzejszym z głupich – bo chociaż ryzykował i lewe interesy traktował z takim samym podejściem, z jakim ojciec traktował wszystkie swoje – nie do końca moralnie poprawne – ale zupełnie legalne… Miał faktyczne oko. Znajdował “tanie” wyjścia, a potem ja znajdowałam je razem z nim – chociaż częściej jako człowiek od brudnej roboty. Jako człowiek rozumiejący konsekwencje swoich działań. Albo raczej, jego działań.
Dzieła sztuki w których sprzedaży pośredniczył (swoja drogą, dobry krętacz – nie miał o nich często pojęcia i nie oszukujmy się, ja też nie – a sprzedawał je z wysokim zyskiem), były kradzione. A restauracje w sprawie których wchodził w spółkę przynosiły zysk, bo podawały chrzczoną wódkę albo nie-tak-świeże jedzenie. Czasami byliśmy bardzo sprawni w budowaniu relacji z samotnymi, zamożnymi staruszkami – co najmniej trzy oddały nam trochę swoich ruchomości w postaci biżuterii albo pojedynczych antyków (ryzykowanie z zasadzaniem się na ich nieruchomości to prędzej bajka mojego męża). 
Kasa czasami była, a czasami znikała, utopiona w czymś pozornie obiecującym, a realnie totalnie nietrafionym. Z czasem mogę powiedzieć, że pracujemy razem, a nie jedynie mam na niego oko w imieniu mojego męża. Mężowi mówię jednak wszystko – doradza mi czasami, chociaż woli nie mieszać się do zabaw własnego syna. Śmieje się i nazywa mnie jego asystentką. Na początku trochę mnie to obraża, ale potem znajduję w tym rację.



1959 - charakteryzatorka w La Perle Noire

Luca jest kawalerem - a w tamtym czasie, w moim przekonaniu –  zostanie im pewnie najdłużej jak tylko będzie mógł. Któregoś dnia mówi mi jednak, że oszalał na punkcie jednej z tancerek. Jakich tancerek do cholery – pytam wtedy, bo chociaż śledzę jego życie czasami niemal uważniej od własnego, nie mam zielonego pojęcia o czym mówi. Kiedy dochodzi do mnie o jakim lokalu właściwie wspominamy, rozumiem więcej. Rozumiem, co mogę pomijać. Rozumiem, kogo mogę nie poznać. Rozumiem, że wiele rozmów młodego Wenwortha po prostu odbywa się za moimi plecami i bez mojej kontroli. To irytujące, prawda? Nie zauważę czegoś, co ukrywane było przed oczami większości kobiet i to irytujące, że wchodząc do lokalu drzwiami frontowymi wzbudzę tylko zamieszanie.
Klub dla dżentelmenów to nie jest miejsce dla kobiet – mówi mój mąż, kiedy zagajam do niego o wizytach Lucasa w klubie tanecznym. Mówi tak, bo doskonale wie o czym myślę i co rozważam. Ale nie mówi nic więcej. Szanuję jego opinię, ale on szanuje moją. Są miejsca, w których po prostu warto być – komunikuję, a nie sposób się z tym nie zgodzić. 
Luca chyba mi ufa – albo lubi myśleć jedynie, że mam wszystko pod kontrolą. Kiedy proponuję swoje usługi osobie administrującej lokalem, proszą mnie o to, bym pokazała dokumenty i dopytują o nazwisko osiadłych w Irlandii kamieniczników. Dokumenty nie są podrobione – mówię tylko. Pytają z kpiną jak duże problemy w interesach mieć musi Luca Wenworth (rozważnie nie myślą o problemach mojego męża - ten w końcu nie jest bywalcem tego miejsca, co wkrótce potwierdzam), że jego krewna musi tańczyć w klubie. Śmieję się, nigdy nie miałam zamiaru tu tańczyć. Nigdy nie miałam zamiaru upokorzyć mojego męża w ten sposób.
Moi przyszli pracodawcy nie wiedzą, że Luca Wenworth nie dorobi się kolejnego problemu w interesach, tak długo, jak będę tu pracować. Ciagle trzymając na oku jego pojawiające się i znikające miłostki. 
Od trzech lat maluję i ubieram tancerki, z czasem coraz odważniej, ambitniej, finezyjniej - mając chyba nieco arystycznego zacięcia. Przy przypadkowej rozmowie polecam właścicielom dobrą pracownię krawiecką - zupełnie przypadkowo znajdującą się w katalogu inwestycji mojego pasierba. Czasami załatwię tancerkom odpowiednie środki, kiedy chcą mieć siłę pracować dłużej. Czasami pomagam im w wymyślaniu choreografii - od dziecka tańczę świetnie, egzotycznie. Nawiązuje dobre relacje z dziewczynami. Momentami poczuję się tu nawet jak w domu - mój własny nigdy nie był w końcu standardowy, a matka doskonale uświadomiła mnie w kwestii siły kobiecego wpływu. 
Gdy w garderobach słucham o klientach – niemalże nigdy nie pojawiając się na sali na własną rękę – gromadzę informacje. Czasami odwiedzą ich wpływowi ludzie, którzy cenią sobie dyskrecję. Ja też cenię sobie dyskrecję, ale bardziej informacje, dlatego trzymam je blisko siebie – dyskretnie. Pozwalam informacjom kiełkować, rosnąć, owocować. A gdy nadejdzie odpowiedni czas, lubię zaskoczyć na salonach - witając po imieniu i nazwisku (nawet bez przedstawienia się) - któregoś ze znanych z opowieści bywalców La Perle Noire. 
Myślą, że są popularni. Czują się zaskoczeni swoją sławą. Czasami dopytują gdzie się poznaliśmy. Albo coś zmyślę, albo zachowam tajemnicę dla siebie. Satysfakcję daje mi czasami tylko to, że oni nie wiedzą - a ja wiem.



1961 - Śmierciożercy

Utrzymuję kontakty z nielicznymi znajomymi z Durmstrangu. W Wielkiej Brytanii nie ma ich wielu – głównie kilka koleżanek z dobrych domów i kilkoro facetów, którzy są obecnie wspólnymi znajomymi moimi i Lucasa. Kiedy mam szansę zaistnieć w jakimś gronie – zwykle nie rezygnuję z tej szansy, nawet jeżeli z czasem szansa ta okazać może się kajdanami nie do zrzucenia. 
A chociaż rodzina Wenworth ma przewrotną reputację – od zawsze stawiała na przodzie swoje proczarodziejskie wartości. Mój mąż był chyba akolitą, ale w tamtym czasie nie znaczyło to już nic; kiedy dołączam do grona Śmierciożerców, o Gellercie jest cicho. Wciąż cicho. Alan Wenworth odmawia stanięcia po stronie Czarnego Pana, nawet jeżeli jest zaproszony bezpośrednio. Mnie zapraszają zaś angielscy znajomi ze szkoły. Chociaż słuchaliśmy o powodach, do których nie powinniśmy tego robić – Luca i ja nie odmawiamy, a tajemnica ta jest pierwszą wspólną – pierwszą, do której nie wprowadzam swojego męża. Przypominam sobie, jak wiele jestem w stanie zaakceptować, byle żyło mi się lepiej. Wiem ile potrafi czarna magia, wiem ile osiągnąć można, nie oglądając się za tym co dozwolone czy niedozwolone. Nauczona znaczenia podstępu i brutalnej siły poprzez historię rodzinną, ale i przez szkołę, której byłam wychowanką – wiem, że w odpowiedniej godzinie, to właśnie ci dysponujący odpowiednimi środkami wyznaczą nowy kierunek świata. Posłuszeństwo woli przywódcy to niska cena za dobrą przyszłość – a tak właśnie przedstawiają ją inni sprzymierzeńcy. Dlatego jestem posłuszna – coraz mniej mężowi, coraz bardziej zasianym we mnie ideałom. Wraz z odnowieniem szkolnych znajomości - odnawiam zainteresowanie magią umysłu; znowu zerkam chciwie w kierunku legilimencji - umiejętności, która bywała pożyteczna, ale też lokalnie zakazana i niebezpieczna. Z biegiem czasu zauważam granice moralności wyraźniej i te zaczyznają mnie drażnić. Owszem, praca którą wykonuję na co dzień jest pracą zupełnie zwyczajną – sprzyjającą uprzedmiotowieniu kobiet, ale większość z nich jest tu z własnej woli, a te które nie – nie zasługują na inne traktowanie. Irytują mnie przepisy, irytują mnie ograniczenia, irytuje mnie status quo. Podobno najlepszym motorem do zmian jest gniew. Chyba mam go w sobie wystarczająco, by móc być częścią zmiany. 
W końcu nigdy nie przebierałam w środkach.

0
Pozostało PP
mind
40
Pozostało PM
0
10
5
OPCM
Uroki
Czarna magia
11
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
8
7
13
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka VIII — Historia i kultura magiczna
Znajomość obyczajów i etykiety
Ścieżka X — Polityka i prawo
Znajomość prawa i regulacji
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Inwestowanie w ryzykowne przedsięwzięcia
Znajomość prawa handlowego i nielegalnych praktyk
Ścieżka XII — Przestępczość
Sabotaż i eliminacja śladów
Przemyt i czarny rynek
Ścieżka XIII — Szpiegostwo
Kamuflaż i maskowanie tożsamości
Sztuka infiltracji
Fałszerstwo i manipulacja dokumentami
Ścieżka XIV — Odkrywanie świata
Przystosowanie do obcych kultur
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
Urok osobisty
sztuka kłamstwa i oszustwa
odczytywanie emocji i czujność
zastraszanie i manipulacja
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
Śpiew
Charakteryzacja
Ścieżka XVIII — Sport
Taniec
Ścieżka XX — Poliglotyzm
Angielski
Norweski

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-02-2026, 15:15

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Lucinda Macnair

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-03-2026, 18:22

Baya Wenworth

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[15.03.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 transmutacja
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:31 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.