• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Restauracja "Złota Krewetka" > Stoliki z tyłu sali
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-02-2026, 11:27

Stoliki z tyłu sali
W tylnej części sali stoją trzy stoliki, które przeważnie są zajmowane przez stałych bywalców lokalu. Oświetlenie w tej części sali jest troszkę przyciemnione, jednak nadal odpowiednie. Miejsca sprzyjają prywatnym rozmowom oraz czasowi spędzonemu w samotności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
14-03-2026, 22:20
23 maja 1962 roku

Ludzie potrafili dokonywać rzeczy okrutnych bez większego powodu, przymusu, który pociągnąłby ich w stronę nienawiści. Czasem po prostu tacy byli, innym razem zostali stworzeni przed swoje środowisko. Jak można wychować mordercę stawało się pytaniem, które zaczęli zadawać sobie mugolscy psychologie.
Sprawa z Torquay była przygnębiająca, na wskroś przesiąknięta cierpieniem. Trwało ono jednak znacznie dłużej niż finalny akt kończący żywot rodziny. To stan dzieci przykutych do łóżka, fakt uwiezienia własnych potomków jak psy na łańcuchu. Nie mogła tego zrozumieć, co doprowadzało do takich czynów. Wykraczało to poza standardowy kanon zbrodni, gdzie zazdrosny mąż zabijał kochanka żony. Od kiedy kazano zbadać jej tą sprawę, nie mogła pozbyć się jej z myśli. Jej biurko stawało się sanktuarium papierów, dokumentacji śledztw, które prowadziła. Obecnie miała sprawdzić czy doszło tam do użycia magii, do tego początkowo ograniczono jej działania. Zaraz obok leżały dokumenty, które uzyskała od Keitha dotyczące śmierci jego ojca. To było jednak jej małe, prywatne śledztwo, które w standardowych działaniach winno trafić do Policji, która po prostu ułożyłaby postępowanie. Świadoma była trudności jakie czekają ich w toku wyjaśniania kolejnych faktów, liczne sytuacje, które mogłyby szybko zakończyć ich wędrówkę.
I na końcu pozostawała sprawa Fawley, która zdawała się w końcu ruszyć do przodu, po gruzach i ciężarach.
Ona i jej mały świat zbrodni, szybko zapomniała o trumfie z końca kwietnia. Maj przywitał ją jeszcze większą stertą papierów, pracy, która zdawała się nigdy nie kończyć. Wtedy też dostała list, który początkowo wywołał u niej parsknięcie, a następnie zwiększoną czujność, gdy maszerowała ulicami. Nie brzmiał wcale jak list przyjaciela, raczej jak ukryta ostrzeżenie, które postanowiła posłuchać. Mogłaby zignorować wiadomość, zapomnieć o jej istnieniu, a może powinna nawet powiadomić przełożonego o jej treści. Zamiast tego może zrobiła najgłupszą z możliwości – zdecydowała się na spotkanie. Głupie, ale była całkiem pewna swych umiejętności; wiedziała, że była dobra. Kiedyś ta pewność może stać się jej wrogiem, lecz najczęściej była przyjacielem w wysoce stresogennych momentach. Wybrała stoliki z tyłu, chcąc podarować im pewną prywatność, lecz było to trudne pojęcie w restauracji. Była godzina dwudziesta pierwsza, dopiero co wyszła z biura. Zamówiła tylko herbatę, nie miała pewności jak dużo czasu zajmie jej to spotkanie. Może wcale się nie odbędzie? Żart, o którym nie miała pojęcia albo zmiana zdana nadawcy. Analizowała w głowie kto mógł być autorem listu, każde kolejne nazwisko stawało się jej coraz bardziej abstrakcyjne.
Kolejną z jej teorii była opcja informatora, który chciał w anonimowy sposób zgłosić możliwość przestępstwa. Mogła wcale nie znać autora, a użycie słowa przyjaciel miało tylko zaznaczyć brak zagrożenia ze strony twórcy. Dlatego musiała tutaj przybyć, nawet jeśli różdżka znajdywała się idealnie pod ręką. Czasami właśnie takie anonimowe źródła potrafiły ruszyć sprawę do przodu, były szansą na przełom. Nie mogła tego zmarnować, pozostawało jej tylko oczekiwanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
20-03-2026, 22:56
Pisanie listów i niezręczne spotkania stają się jego codziennością. W okolicach kwietnia przestaje liczyć, który to już raz i ile jeszcze przed nim zdawkowych tłumaczeń albo tych bardziej rozwlekłych. Nie wie, dlaczego sam sobie to robi, bo przecież nie czerpie z tego tytułu ani krztyny przyjemności, tym bardziej realnych zysków. Wróć. Może czasami coś faktycznie z tego ma, ale czy to nadal jest warte upodlenia się, ciągłego pielęgnowania poczucia winy, że postąpił źle, choć przecież obiektywnie przerwa była mu konieczna, bo inaczej nic przed nim — tylko powolne staczanie się w objęcia obłędu? Obłędu wynikającego z życia rozszczepionego na dwa pokraczne rozgałęzienia, z których żadne nie jest tym, czego dla siebie pragnie.
Roshtwaite było niczym obietnica nowego startu, bezpieczna oaza, gdzie jego przeszłość nie dyktowała kształtu codzienności. Jak długo jednak mogło to trwać? Przeliczył się i z goryczą, gdy przychodzi mu powrócić do Londynu, zaczyna lokować się na starych torach. Tyle, że to już nie to samo. Nie jest tym samym człowiekiem, w sumie sam do końca nie ma pojęcia, jaka rola obecnie mu przypada. Jest wyrzutkiem, to i owszem. Ale i tu panuje pewna hierarchia, a on czuje obrzydzenie, gdy myśli sobie o uległości. Jest wprawdzie zdolny do pewnych ustępstw, choć i to zależy od tego, względem kogo ma je czynić.
Wie dobrze, że jego obecność nie pozostanie na wieki niezauważona — dobitnie przekonuje się o tym, kiedy zostaje wezwany do Ministerstwa. Stąd tylko o krok od tego, by i inni odkryli prawdę, a zwłaszcza jego „przyjaciele”.
Czy pisząc do Fran czuł wyrzuty sumienia? Czy pojawiło się w nim coś na kształt piekącej winy, która mogłaby wynikać właśnie z owego zniknięcia bez słowa? Przez ostatnie tygodnie przekonuje się, że ludzie potrafią skrajnie odbierać jego życiowe wybory. Zaczyna rozumieć, że relacje nie są zawieszone w próżni, a czas nie stoi w miejscu. Wszystko się zmienia, ewoluuje. Jego decyzje mają moc wpływania na innych. To na swój sposób coś, co może dowartościować. On jednak spycha ów aspekt dalej, dalej od siebie, wydobywając zamiast irytację, znużenie, może nawet odrobinę złości, bo ktoś próbuje go przekonać, że źle zrobił.
Nie zna Cardiff zbyt dobrze, ale ma w sobie morską woń, sznyt, który posiadają jedynie portowe miasta. Nie jest mu to w żadnym stopniu bliskie — jest przyzwyczajony do terenów zalesionych, mniej okiełznanych, raczej uważanych za zapyziałe dziury lub miejsca, w których przetrwają tylko miejscowi, a obcy pozostanie obcym, choćby żył tam i przez czterdzieści lat.
Do „Krewetki” wchodzi z dozą ostrożności, rozgląda się uważnie. Jest dokładnie o godzinie, którą wymienił w korespondencji. Nie wie czego powinien się spodziewać. Myśli, że nie rozczaruje go ewentualność, w której Goldsmith nie przyjdzie. Siada gdzieś przy barze, zamiast zająć stolik. Przyjmuje na moment rolę obserwatora. Nie kryje się szczególnie, ale też i ostentacyjnie nie próbuje być „na widoku”. Czeka. Cierpliwie. Wypija po drodze coś mocniejszego, kiedy po kwadransie aurorki nadal nie widać. Potem jeszcze coś. Około godziny dwudziestej pierwszej drzwi uchylają się kolejny raz, a jego instynkt nakazuje sprawdzić sytuację.
Przyszła.
Czy czuje ulgę?
Może raczej niepokój?
Nie podchodzi od razu, kiedy dociera do niego, że chyba nie zauważyła. W spokoju dopija zawartość wysokiej szklanki. Potem dziękuje i wskazuje, że przyszła osoba, na którą czekał, dlatego zmieni miejsce.
Trzy korki, potem jeszcze kilka na niemal sam tył sali. Poprawia kołnierz koszuli i wywija mankiety po same łokcie. Pod ręką trzyma znoszoną, skórzaną kurtkę, dłonie wsuwa wreszcie w kieszenie. Zatrzymuje się z boku, nie staje za plecami, gdyż nawet teraz uznaje to za duży nietakt. Choć czy może być bardziej niezręcznie?
Pozostawił ich? Pozostawił Francescę? Jakże komicznie. To oni wpierw pogardzili N I M. Zagryza wnętrze policzka. Wie dobrze, że kobieta jest przyszykowana na każdą ewentualność. Jeśli wykona choć jeden, niepotrzebny ruch, zrobi użytek ze swoich umiejętności. Teraz przypomina sobie, jak bardzo z nią igrał w liście. Ma to wszystko na własne życzenie.
— Przyszłaś, nim zacząłem spisywać to spotkanie na straty — przyznaje w przedziwnym powitaniu, po czym siada bez zaproszenia naprzeciw, roszcząc sobie do tego prawo, skoro to on zapraszał. — Goldsmith, naprawdę powinnaś być bardziej czujna. — Opiera się wygodniej, dłonie układa na blacie, a spojrzeniem celuje dokładnie w zieloną toń jej oczu. Nie uśmiecha się, choć prawy kącik ust drga mu lekko. — Głodna? — pyta jeszcze, tym razem rozluźniając nieco stężały grymas. Wybiera najbardziej absurdalną ze ścieżek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
27-03-2026, 23:33
Bycie aurorem było w powołaniem, nie dało się tego przetrwać traktując to, jako zwyczajną pracę. Była to służba, tak brzmi przełożony na szczególnie istotnych spotkaniach.
Służba, oddanie, misja
Wielkie słowa do małych rzeczy, jakaś próba przekupienia duszy, która miała zostać oddana w posłannictwie. Realia były jednak znacznie brudniejsze, pozbawione aury boskości. W tym zawodzie bardzo łatwo o splugawienie, zbyt wiele zła dostrzega się każdego dnia i zbyt wiele władzy dzierży się w swoich dłoniach. W niektórych rodzą się pokusy, ta choroba nigdy jej nie sięgnęła. Zawsze była profesjonalna do bólu, pragmatyczna w całości swojego postępowania. Nie wybrała ścieżki aurora z powodu moralnej potrzeby ratowania świata, nie była idealistą, choć potrafiła dla ułatwienia sobie życia tak to przedstawiać. To porządek i hierarchiczność ułatwiały jej funkcjonować, zawsze potrafiła odnaleźć się w sztywnie narzuconych ramach. Byli swego rodzaju żołnierzami tego magicznego świata, lecz daleko było im do tradycyjnej jednostki wojskowej, którą znała z opowieści ojca. Bliżej było im do oddziałów specjalnych policji, mniej marszów i więcej zagadek.
Każdy odnajdywał w tym zawodzie coś dla siebie, powód, aby zostać. Pieniądz, pragnienie adrenaliny czy poczucie przynależności do rodziny, którą tworzył każdy zespół. Nigdy nie zapytała Jesse’ego czemu został aurorem, choć miała wiele okazji, by zrozumieć jak się znalazł obok niej ściągając kolejnego złoczyńcę. Powinna zapytać o to Lizzy, najmłodszą z ich towarzystwa, która nie była jeszcze skażona tym światem. Patrzyła na nich wszystkich z takim uznaniem i uwielbieniem, ślady wielkich idei za szklanymi oczami. Sama Francesca nigdy taka nie była, może naprawdę ludzie tacy jak ona stworzeni zostali dla wojny.
Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie mieć okazje, by spytać Jesse’ego o cokolwiek. Jego odejście było nagłe i niezrozumiałe, bolesne i nadal uderzające. Do momentu tamtej informacji o odejściu ze służby, miała nadzieje, że do nich wróci. Potem zaczęła wierzyć, że nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy usiadł naprzeciwko niej długo na niego patrzyła w milczeniu. Miała w Złotej Krewetce wiele spotkań, które czasem przybierały charakter trudnych, lecz teraz czuła, że zobaczyła ducha. Echo przeszłości, które dosięgło ścian Cardiff. Kiedy ostatni raz go widziała? Trzy lata temu? Musiała kończyć wtedy kurs, może pierwsze miesiące w roli pełnoprawnego aurora? Znacznie mniej doświadczona, równie uparta co dzisiaj.
Zgadza się z nim, powinna być bardziej czujna. Nie zauważyła go, gdy wkroczyła do restauracji. Była jednak pewna, że był tu dłużej niż ona, obserwowała drzwi od swojego pojawienia się w lokalu.
– Potrafisz być naprawdę bezczelny – stwierdziła na głos, jakby chcąc wypuścić ten komentarz z ust. Była w jej słowach oschłość, ślady pamiętliwości, która towarzyszyła jej ruchom. Miała dobrą pamięć, wszelkie wspomnienia sprzed kilku lat do niej wracają. Jątrzące się rany, które nigdy nie zaschły. Ignoruje jego pytanie o głód, nie ma zamiaru mu niczego ułatwiać, zresztą, straciła wszelkie apetyt wraz z jego pojawieniem jakby nic się nie stało, jakby było to naturalna kolej rzeczy.
– Co tutaj robisz? – w Cardiff, przed nią w tym lokalu? Miał kłopoty, a może ich szukał? Różne wyobrażenia na temat jego losów miała w głowie, niektóre tragiczne, a inne komiczne. Obecnie był jednak przed nią, bardziej prawdziwy niż wszelkie idee w jej głowie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
30-03-2026, 22:43
Potrzeba związku z przeszłością jest bardzo silna. Choć stara się ją wyplenić, rzucając obelgi w kierunku starych współpracowników i przełożonych, to okazuje się, że raz wtłoczony w żyły obowiązek nie jest tak łatwy do usunięcia. Może upuszczać kolejne porcje zestarzałej krwi, może się zatracać w nienawiści, której niepojęte ilości przetacza w krwioobieg miast aurorskiej powściągliwości, a jednak nie umie (może nie chce?) zerwać raz na zawsze toksycznej nici trzymającej go przy tym, co utracił nieodwracalnie bez nawet odrobiny nadziei, że jeszcze istnieje jakakolwiek szansa na odmienienie się losu. Gdyby nie ta nić, nie podjąłby próby rozmowy z Goldsmith, nie spotkałby się z Nedem, nie pertraktowałby dłużej niż pół minuty z Titusem i Ambrosem. Miałby to wszystko za nic, żyłby w oderwaniu, tak jak próbował to robić przez dwa lata z marnym skutkiem. Wciąż jednak powraca, a wymówka w postaci ujawnionej tożsamości jest jedynie kiepską przykrywką dla prawdziwych motywów. Nie potrafi pogodzić się z nową rzeczywistością; miota się wciąż gdzieś pomiędzy prawem a jego zupełnym brakiem, nie umie wybrać, gdzie tak naprawdę pasuje.
Może nigdzie?
Może wmawiana sobie sprawiedliwość jest wydmuszką, ale podobnie i znieczulica, którą pielęgnuje na przekór naturalnym instynktom? Bycie pomiędzy potrafi doprowadzać do szału, miesza zmysły, utrudnia ostateczny wybór. To dlatego chce się przekonać; zderzyć się z Francescą, jakby szukał jakiegokolwiek poruszenia w sercu oznaczającego coś więcej niż żywioną do aurorskiego gatunku urazę. Może źle wybrał i ocenił kiepsko sytuację, ale sądzi, że nie mógł wybrać obiektu doskonalszego. Nie była bezpośrednio zamieszana w to, co się z nim działo, a w przeszłości ich zawodowe relacje zdawały się nienaganne, o ile można tak powiedzieć. Nie potrafi zarzucić jej wiele, nawet jeśli nosi w sobie grzech zgodnego milczenia, które jednocześnie staje się przyzwoleniem. Jest na tyle neutralna, że potrafi teraz przełknąć dumę, a nawet wysilić się na ton, który choć zdaje się bezczelny, wyraża jedynie tyle, że w pewien sposób czuje satysfakcję widząc ją w Złotej Krewetce ledwie na odległość niewielkiego stolika.
Spod zastygłej obojętności powoli kiełkuje faktycznie uśmiech, którego prowodyrem był rwący się do okazania jakiejkolwiek ekspresji kącik ust. Jej wyraźnie nie jest natomiast do śmiechu i raczej daleko, by sądzić, iż uzna to spotkanie za przyjacielską pogawędkę znajomych sprzed lat.
W lokalu zaczyna robić się gwarno, zapachy mieszają się w jedną, wielką, apetyczną całość. Uświadamia sobie głód, który sam przywołał zbytym dość szybko pytaniem.
— Pochlebiasz mi — stwierdza. Bo to, że jest bardzo nietaktowny w swym zachowaniu wie doskonale. Wie też, że bywa taki dość często, jakby jeszcze w czasach Hogwartu, zadając się zbyt intensywnie z Whitfieldem, musiał nieuchronnie przesiąknąć wężową mową. Znów zrzuca to na karb czyjejś ingerencji, nie zaś na wrodzoną wyboistość charakteru. Nie oczekuje też, że Francesca go z marszu zrozumie, że przyjmie jego obecność jako coś przyjemnego, może nawet i rozrzewniającego w sentymentalnym wspomnieniu. — Sprawdzam, co u ciebie. Aktualnie. — Znów się wyzłośliwia. Potem nachyla się lekko w jej stronę. — Zupełnie szczerze, Fran. Chyba zatęskniłem nieco za straymi śmieciami. — Potem namyśla się przez moment. — Albo raczej zmusiły mnie do tego okoliczności. Abym zatęsknił, wiesz… Co nie zmienia faktu, że zwyczajnie chciałem cię zobaczyć. Może sprawdzić, jak sobie radzisz. — Poczucie obowiązku? Dlaczego więc go nie czuł, kiedy przepadł bez słowa? W pewnym sensie mówi jednak zupełnie szczerze, bo kłamstwo nigdy nie zdołało przywrzeć do niego na kształt drugiej skóry. Z zasady mówił dość prosto, nie kryjąc się z posiadanymi zamiarami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:06 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.