• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 18 lipca 1945r. | She's still my sister.
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Drusilla Carrow
Akolici
Wiek
54
Zawód
Pani Domu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
8
7
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
13
8
Brak karty postaci
14-02-2026, 14:35
...auntie?
Świat nie wymaga reform. Wymagaselekcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Drusilla Carrow
Akolici
Wiek
54
Zawód
Pani Domu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
8
7
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
13
8
Brak karty postaci
14-02-2026, 14:54
Powietrze nad Manchesterem było ciężkie, przytłumione, nasiąknięte wilgocią i metalicznym zapachem przemysłu. Nawet lipiec nie przynosił tu prawdziwego lata - słońce przebijało się przez warstwę dymu z fabrycznych kominów, rozproszone i blade, jakby samo nie miało odwagi świecić pełnym blaskiem. Mgła snuła się nisko nad wrzosowiskami, osiadając na czarnych kamieniach murów i wilgotnej ziemi. Droga prowadząca do posiadłości Crouchów była wąska, wysypana żwirem, który chrzęścił sucho pod krokami - dźwięk zbyt wyraźny w tej ciszy, jakby każde zbliżenie do rezydencji było rejestrowane przez samą przestrzeń.
Posiadłość wyrastała z krajobrazu bez łagodności. Surowa, kamienna, z ostrymi liniami dachu i wysokimi, wąskimi oknami przypominała bardziej twierdzę niż dom. Bieliła się chłodno na tle ciemnego nieba, jak kość obnażona z mięsa. Nie było w niej zaproszenia - była manifestem trwania, potęgi, rodowej ciągłości. I kontroli.
Drusilla nie przybyła tu jako gość.
Jej pojawienie się nie zostało ogłoszone domownikom. Nie oczekiwano jej w głównej sali, nie przygotowano oficjalnego przyjęcia. Jedynie uzdrowiciel wiedział o jej drodze z Yorkshire i to jego podpis widniał pod lakoniczną wiadomością, która dotarła do Allerton Castle dwa dni wcześniej. Nie było w niej emocji. Nie było błagań. Była diagnoza. „Stan pacjentki uległ pogorszeniu. Epizody nasilone. Wymaga wsparcia o charakterze mentalnym. Obecność pani wskazana.”
Mentalnym.
To słowo nie było przypadkowe. Uzdrowiciel wiedział, do kogo pisze. Wiedział również, że oficjalne konsultacje magomedyczne zawiodły. Że eliksiry jedynie wygaszały objawy, nie dotykając źródła. Że Medea wymykała się klasyfikacjom.
Drusilla przyjęła list bez zmiany wyrazu twarzy. Nie potrzebowała wyjaśnień. Nie przyjechała tu z siostrzanej tkliwości. Nie była kobietą, którą prowadziły sentymenty. Przyjechała, ponieważ sytuacja wymagała interwencji. A interwencje należały do niej.
Skrzat otworzył drzwi bez pytania. Rozpoznał ją natychmiast. Lestrange. Carrow.
Wnętrze rezydencji było przytłumione, jakby światło nie miało prawa przekraczać progów. Ciężkie kotary przygasały blask dnia, a powietrze było chłodne mimo pory roku. Echo kroków odbijało się od marmurowych posadzek, niosąc się zbyt długo w wysokich korytarzach. Od zwycięstwa Albusa Dumbledore’a nad Grindelwaldem minęło zaledwie kilka tygodni. Europa magiczna chwiała się w nowej równowadze. W wielu domach szeptano o porażce, zdradzie, reorganizacji. O przyszłości. W murach tej posiadłości napięcie miało jednak inne źródło. Tutaj rozpad nie był polityczny. Był osobisty.
Uzdrowiciel czekał w bocznym salonie. Młodszy, niż zapamiętała, z cieniem bezsenności pod oczami. Na stoliku obok stały fiolki z eliksirami - wyciszającymi, stabilizującymi, tłumiącymi.
— Pani Carrow — Przywitał ją cicho, z wyraźnym napięciem. — Dziękuję, że pani przybyła tak szybko.
Drusilla zdjęła rękawiczki powoli, jeden palec po drugim. Jej ruchy były precyzyjne, oszczędne. Każdy gest przemyślany. — Raport.
Uzdrowiciel przełknął ślinę.
— Epizody uległy intensyfikacji. Pacjentka nie odróżnia już w pełni wspomnień od projekcji. Halucynacje mają charakter słuchowy i wizualny. Pojawia się paranoidalne przekonanie o obserwacji.
— Od kiedy?
— Około trzech tygodni. Nasilenie zbiegło się z wiadomościami z kontynentu. Reaguje na słowo „porażka”. I na nazwisko Grindelwald.
W powietrzu zapadła cisza. Drusilla uniosła wzrok. Jej twarz pozostała niemal niewzruszona, lecz w oczach pojawiło się coś ostrzejszego - nie lęk. Analiza.
— Theseus? — Zapytała sucho.
— W Londynie. Sprawy ministerialne. Nie powrócił od czterech dni.
Oczywiście. To słowo nie padło na głos, lecz wybrzmiało wyraźnie w ciszy. Nie było jej rolą komentować nieobecność męża siostry. Ale w jej pamięci zapisała się kolejna linia rachunku.
Zaprowadzono ją do komnat Medei. Drzwi były zamknięte, choć nie zabezpieczone zaklęciem. Wnętrze tonęło w półmroku. Kotary zaciągnięto mimo jasnego dnia. Na stoliku przy łóżku stały fiolki, niedopita woda, miska z wilgotnymi chustami. Powietrze było ciężkie od zapachu eliksirów i długiego braku świeżości. Medea siedziała przy oknie. Nie poruszała się. Jej sylwetka była szczupła, niemal krucha, lecz nie w sposób naturalny - raczej jakby coś ją wyżarło od środka. Wzrok miała wbity w ogród, ale oczy nie skupiały się na żadnym punkcie.
— Drusilla — Wyszeptała nagle, zanim ta zdążyła się odezwać. To było pierwsze uderzenie. Rozpoznanie. — Oni są w ścianach — Dodała cicho. — Słyszysz ich? Mówią, że wszystko się zawaliło. Że to dopiero początek.
Drusilla nie odpowiedziała natychmiast. Podeszła bliżej, spokojnie, bez pośpiechu. — Nikogo tu nie ma.
— Kłamią —Szepnęła Medea, zaciskając palce na drewnianym podłokietniku. — Zmienili maski. Ale głosy są te same.
Uzdrowiciel cofnął się o krok. Drusilla uklękła naprzeciw siostry. Ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. — Medeo. Spójrz na mnie.
Medea drgnęła. Oczy, mętne i rozproszone, przez chwilę błądziły. Wreszcie zatrzymały się na twarzy Drusilli. Wystarczyło. Nie było inkantacji. Nie było gwałtownego przełamania bariery. Drusilla nie była brutalna w legilimencji. Była precyzyjna. Wejście nastąpiło miękko - jak przesunięcie palców po wodzie. Umysł Medei nie był polem bitwy. Był ruiną. Korytarze wspomnień wyginały się nienaturalnie. Głosy nakładały się na siebie. Twarze pojawiały się bez oczu. Pojęcia traciły znaczenie. Słowo „porażka” rezonowało jak dzwon w pustej sali. Drusilla nie próbowała porządkować wszystkiego. Szukała rdzenia. Przyczyny. Nie znalazła jednego źródła. To nie była klątwa. Nie było obcego zaklęcia. Był rozpad - powolny, konsekwentny, głęboki. Odsunęła najgłośniejsze projekcje. Uciszyła najbardziej agresywne echa. Wzmocniła jedną, konkretną nić - świadomość chwili obecnej. Kiedy się wycofała, Medea zaczęła krzyczeć, a jej ciało nadnaturalnie wyginało się, czemu towarzyszył dźwięk podobnym łamaniu kości. Widok przerażający i porażający. Po chwili zaczęła się uspokajać - ruch zamienił się w bezruch. Wrzask w jęki. Jej spojrzenie było nadal zmętniałe, ale mniej rozproszone.
— To pomoże na kilka dni — Oznajmiła chłodno, wstając. — Zmniejszyć dawkę eliksiru wyciszającego. Otępienie pogłębia dezorientację. Potrzebuje jasności. Nie ciszy.
Uzdrowiciel skinął głową z ulgą, niemal wdzięcznością.
Drusilla odwróciła głowę w stronę drzwi i wtedy dostrzegła trzy, smukłe postury. Najmłodszy z synów Medei zniknął za uchylonymi drzwiami, gdy tylko napotkał wzrok ciotki. Ta jednak swoje spojrzenie utkwiła w Evanderze. Wpatrywała się w niego na tyle długo, że niejeden jej syn już odwróciłby wzrok - swoją głową lekko pokiwała na boki, przekazując w ten sposób informację, że lepiej będzie matki teraz nie odwiedzać.
Świat nie wymaga reform. Wymagaselekcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
17-02-2026, 23:10
Lato było gorące. Duszne, ciężkie, jakby niewidzialna zmora usiadła mu na klatce piersiowej. Snuł się po posiadłości z ciężkim oddechem i mętnym spojrzeniem, nieustannie uniesionym gdzieś wysoko, ponad horyzont. Był jak obłąkany, chodził jakby po omacku, nieuważny, zamyślony - zupełnie jak nie on, za to bliźniaczo podobnie do własnej matki, dla której nie było już nadziei. Nocami przesiadywał do późna, gapiąc się bezmyślnie w gwiazdy, w dzień unikał domowników, albo uciekając gdzieś na koniu, albo wałęsając się po okolicznych polach. Paradoksalnie, pogoda wcale nie była taka uciążliwa - tylko jemu ciągle było gorąco. Gorączka nie brała się z powietrza, lecz z niego samego. Z myśli, które nie chciały podporządkować się rozumowi. Z pragnienia, którego nie potrafił nazwać, a tym bardziej ujarzmić. Chaos, który kotłował się w młodzieńczej głowie drwił z jego systemu nerwowego, z każdej komórki ciała, wywołując anomalie, nad którymi nie potrafił zapanować. Drażnił go ten stan, i drażnił go tez fakt, że za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział parę tych czekoladowych, wpatrujących się w niego blisko, jeszcze bliżej, aż w końcu dwoje oczu zamieniało się w oko cyklopa, a wargi napotykały miękki opór drugich warg, ni to dziewczęcych, ale jeszcze nie kobiecych. Wspomnienie to pochłaniało go tym mocniej, im bardziej próbował od niego uciec. Nigdzie jednak nie mógł znaleźć odpowiedniej kryjówki, więc trwał w tym amoku, w nieustannym biegu, bo miał wrażenie, że jeśli tylko się zatrzyma - zginie. Przeklinał ją w myślach - a to przecież nie ona skradła mu ten pocałunek. Była jednak winna innych grzechów. Drażniącej inteligencji, ciętego języka i zapachu jaśminu, który wyrył się w jego umyśle. Wytrącała go z równowagi, zmuszała do konfrontacji z samym sobą. Z tym, że nie był wyłącznie echem własnego nazwiska. I że pod chłodem, który zdawał się przychodzić naturalnie, było coś miękkiego, żywego. Nienawidził jej za to. Odkryła w nim słabość, zanim on sam zdołał odkryć ją w sobie.
Rozpadało się jednocześnie kilka światów. Ten zewnętrzny i jego własny, na wielu płaszczyznach. Gubił siebie, ale tracił też matkę, której krzyki wdzierały się pod skórę jak ciernie. Europa chwiała się w nowej równowadze, każdy szukał dla siebie kawałka tortu, a on spoglądał na polityczną szachownicę z niechęcią, dostrzegając spiralę zależności i teatr, w którym wszyscy grali wyuczone role. W domu dużo mówiło się o nadchodzących zmianach, o zmianie kierunku, przebiegunowaniu. Polityką karmiono go przy stole, a im więcej słuchał, tym bardziej chciał od tego świata uciec. Miał wrażenie, że nie kibicuje nikomu, bo wszystkich nienawidził po równo - może z wyjątkiem ojca. Do niego niechęć miał szczególną. Znikał w delegacjach, które musiały nosić imiona żeńskie, jak Edith albo Mathilda, i choć ich posiadłość nigdy nie była pusta, Evander czuł się, jakby cała odpowiedzialność za rodzinę spadała na niego. Przynajmniej tę najbliższą - Cressida była już dorosła, ale niewiele starsza od niego, pozostawała jeszcze panną. Młodszy brat nie chodził jeszcze do szkoły, a matka… matki zawsze było mu szkoda. Nie był szczególnie ckliwy, rzadko kiedy poruszało go cokolwiek, ale myśl, że jego rodzicielka, którą pamiętał jako tą najbystrzejszą, najbardziej utalentowaną, szczerą i czułą, żyła tylko w mętnych wspomnieniach, snując się po domu jak duch, budziła w nim gniew, nie litość. Gniew na świat. Na ojca. Na system, który potrafił regulować wszystko, oprócz ludzkiego umysłu. Kiedy jej stan się pogarszał, wiedział, kogo należało wezwać. Ojciec nie wiedział o niczym - a nawet gdyby był świadomy, Evander wyczuwał, że nic by go to nie obeszło. W chwilach, gdy eliksiry okazywały się niewystarczające, posyłał list do ciotki. Posiadała umiejętności potężne i przerażające, ale nie dla niego. Coś, co w świetle prawa przekraczało granice wolności, w jego oczach było narzędziem, które potrafiło choćby na chwilę pomóc Medei. Skoro świat pozwalał jego matce rozpadać się na kawałki, on nie zamierzał przestrzegać tych zasad. Sztuka legilimencji była niebezpieczna grą - i nawet jeśli Drusillę i Medeę łączyła jedna krew, nawet jeśli jego ciotka działała w słusznej intencji - każda ingerencja była też ryzykiem. Ale ryzyko było czymś, co rozumiał. Sam miał rodzeństwo - trudno było powiedzieć, by byli sobie szczególnie bliscy. Jeszcze trudniej - by porzuciłby siostrę lub brata w potrzebie. Dla niego rodzina była najważniejsza - ale skąd wyniósł to przekonanie, trudno było stwierdzić. Może właśnie z nieustannego braku ojca, który ostatecznie trzymał pieczę nad wszystkim. Nawet jeśli w tamtym czasie Evander tego nie widział, ani tym bardziej nie rozumiał.
Krzyki matki dochodzące zza zamkniętych drzwi nie wzbudzały w nim większych emocji. Stał w korytarzu wyprostowany, ręce miał splecione za plecami, jakby pilnował czegoś więcej niż tylko drzwi do komnaty. Był przyzwyczajony - jak cała ich trójka, choć najmłodszy z nich nie rozumiał tego tak jak on czy Cressida. Kiedy w ościeży zmaterializowała się figura ciotki, długo nie odrywał od niej wzroku - jakby próbował odczytać intencję, zanim padnie choć jedno słowo. Nie posiadał jej umiejętności, ale potrafił obserwować, ważyć i analizować. Nie ustępował spojrzeniem. Chłód jego stalowych oczu ścierał się z jej wyważoną, niemal laboratoryjną uważnością. W młodzieńczej butności było coś prowokacyjnego, coś na granicy wyzwania - nie wobec niej jako kobiety, lecz wobec jej mocy. Przez moment byli jak dwie skrajnie tej samej natury: jedna ukształtowana, druga jeszcze nieoszlifowana, ale już niepokojąca w mojej ambicji. Wiedział, że jej obecność była niezbędna i skuteczna, a w tej długiej, niemej wymianie myśli odczytał to, o co nie musiał pytać już na głos. Zrobiła to, ponownie. Weszła tam, gdzie nikt inny nie potrafił i wyciągnęła siostrę z otchłani, choćby na kilka dni. Koszt jak zwykle był wysoki. Był młody, ale rozumiał dużo. Więcej niż inni nastolatkowie w jego wieku. Zawsze był bardziej. Bardziej świadomy. Bardziej bezlitosny w ocenach.
- Myślisz, że kiedyś do nas wróci? - zapytał w końcu. W jego głosie nie było wahania ani drżenia, może jedynie zgorzkniałość, zupełnie niepasująca do kogoś tak młodego. Pytanie zawisło w powietrzu niczym pobożne życzenie. Jedynie powrót miał dla niego sens. Wszystko inne było formą kapitulacji, a tych młody Crocuh nie kolekcjonował. Drusila również nie wydawała mu się w tym podobna Zastanawiał się czasem, kim była teraz dla niej jego matka. Ciężarem, polem treningowym, przypadkiem klinicznym, a może sentymentalnym wspomnieniem - nie potrafił tego odczytać i to go drażniło.
- Jeśli jest coś więcej, czego potrzebujesz, żeby jej pomóc… - zawahał się ledwie dostrzegalnie. - Zrobię to. - W jego głosie wybrzmiewała wola. Twarda i porywcza, jeszcze nieociosana, ale było w niej coś niebezpiecznego, podobnie jak w błysku jego lodowatych oczu, które bez lęku spoglądały na Drusillę. Nie patrzył na nią jak na przewodniczkę, a raczej jak ktoś, kto pewnego dnia mógł stać się jej równy. I być może ona też to dostrzegała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Drusilla Carrow
Akolici
Wiek
54
Zawód
Pani Domu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
8
7
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
13
8
Brak karty postaci
27-02-2026, 15:11
Drusilla nie odpowiedziała od razu. Stała naprzeciw niego w wąskim korytarzu, gdzie półmrok tłumił ostrość rysów, a krzyki Medei wciąż drżały w powietrzu jak echo niedawnej burzy. Jej spojrzenie było skupione, nieruchome - nie szukało w nim dziecka, lecz struktury. Analizowała napięcie w jego szczęce, sposób, w jaki trzymał ramiona, zbyt prosto jak na kogoś w jego wieku. Widziała w nim przegrzaną ambicję, złość trzymaną w ryzach i coś jeszcze - głód kontroli, który dopiero zaczynał nabierać kształtu.
— Wrócić? — Powtórzyła w końcu, spokojnie, bez cienia złudzeń w głosie. — Nie w taki sposób, w jaki tego oczekujesz.
Nie podniosła tonu. Nie próbowała go oszczędzać.
— Twoja matka będzie miała chwile jasności. Okresy względnej stabilności. Być może dni, w których rozpozna was bez zawahania i wypowie wasze imiona bez lęku — Zawiesiła na moment wzrok na zamkniętych drzwiach. — Ale to nie jest powrót. To jedynie zatrzymanie upadku, w locie… na krótką chwilę.
Gdy zaoferował pomoc, dostrzegalnie uniosła brew. Nie z dezaprobatą - raczej z namysłem. W jego słowach nie było teatralności. Była wola. Jeszcze surowa, jeszcze porywcza, lecz prawdziwa.
— Jeśli uznam, że jesteś w stanie coś dla niej zrobić, powiem ci — Jej głos pozostał niezmienny; przestąpiła krok bliżej, minimalnie, lecz wystarczająco by skrócić dystans i zaznaczyć ciężar własnej obecności. — Nie wcześniej.
Przyglądała mu się jeszcze chwilę, jakby rozważała coś, czego nie zamierzała wypowiadać na głos. W końcu ruszyła przed siebie, w kierunku salonu, wiedząc, że młodzieniec dotrzyma jej kroku i będą mogli kontynuować rozmowę.
— To, co teraz w tobie wrze… — Dodała ciszej, zaplatając palce swoich dłoni na brzuchu i przyglądając się przestrzeni przed sobą. Liczyła na to, że służba przygotowała dla niej jakiś poczęstunek. Po chwili kontynuowała: — …nie jest słabością. Ale jeśli nie nauczysz się tego kontrolować, stanie się nią bardzo szybko.
Jej spojrzenie złagodniało jedynie o ułamek, choć nie było w nim czułości. Gdy weszli do salonu przywitał ich chłód kamiennych ścian, na co Drusilla cicho odetchnęła. Na stole stały filiżanki i srebrny dzbanek, znad którego unosiła się para.
Usiadła na jednym z foteli, a stojąca obok kobieta nalała do obu naczyń herbaty. Potem zniknęła, nim kobieta obdarzyła ją jakąkolwiek uwagą. — Największą pomocą dla matki będzie to, że t y pozostaniesz stabilny — Filiżanka wydała cichy dźwięk przy zderzeniu ze spodkiem, gdy ciemnowłosa upiła łyk ziołowego naparu, a jej wzrok spoczął na siostrzeńcu. Przez chwilę przyglądała mu się w ciszy, pozwalając, by przyswoił wszystkie jej słowa. — A co u ciebie? Jakie masz plany na tę przerwę letnią?
Świat nie wymaga reform. Wymagaselekcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
23-03-2026, 21:05
Czy był gotowy, by usłyszeć tak chłodny wyrok? By zostać sprowadzonym na ziemię, obdartym z resztek nadziei, które tliły się jeszcze w młodzieńczym, butnym sercu, nawet jeśli był to płomień wątły. Nie chciał takiej rzeczywistości. Nie chciał godzić się z tym, że było to już na zawsze, bo pamiętał przecież matkę jako tę najwspanialszą, najsilniejszą, najbystrzejszą. Zawsze uważał, że była inteligentniejsza od jego ojca, potrafiła w locie podchwycić jego sposób rozumowania, zupełnie jakby tę naturalną bystrość odziedziczył właśnie po niej. Powoli zapominał, że taka właśnie była. Z umysłem ostrzym jak brzytwa, który transmutował w rozwodniony budyń. Milczał, stojąc w bezruchu i analizując słowa ciotki. Ona pierwsza nie karmiła go złudzeniami, za o był jej poniekąd wdzięczny, choć daleki był od uznania jej słów i okazywania tej wdzięczności. Spojrzał na siostrę, której oczy zaszkliły się łzami; nie zareagował. Nie pozwolił sobie na reakcję, na słabość. Jego świat rozpadał się tak samo. Cisza narastała, a wraz z nią oczekiwanie, by to wszystko nie okazało się prawdą, a jedynie błędną diagnozą.
Ale gdzieś w głębi duszy wiedział, że stan jego matki był nieodwracalny.
- Znasz ją od zawsze. Czy ona… czy kiedykolwiek były jakieś znaki? - odezwał się po dłuższej chwili milczenia, w czasie której stojąca obok Cressida walczyła ze szlochem zduszonym w gardle. Miał swój obraz matki, zbudowany na ulotnych wspomnieniach, wątłych i blednących z każdym rokiem, zapewne przekłamanych dziecięcą perspektywą. Jego ciotka wiedziała więcej. Wyrastały razem - i czy wiedziała już wtedy? Czy może to szaleństwo przyszło nagle jak klątwa - a co jeśli i on był nim obarczony? Nie dał poznać po sobie jak daleko sięgały jego myśli - stał niewzruszony, wręcz posągowy, z jakąś cyniczną manierą młodego buntownika, który jeszcze wierzył, że może nakazać światu kręcić się zgodnie z jego dyktandem. 
Dlatego tak trudno było mu przyjąć gorzką prawdę. 
Nie spodobało mu się przyjęcie jego deklaracji przez ciotkę z chłodną ostrożnością. Wyczuł w jej głosie jakieś lekceważenie, nawet jeśli nie było to jej zamysłem; poczuł się umniejszony, bo przecież to on stał w pierwszej linii. To on pilnował regularności recept, to on nieustannie kreślił listy do uzdrowicieli, monitorując zdrowie matki. I wreszcie to on prosił o obecność Drusilli. Stał przez moment nieruchomo, gdy ciotka odeszła, ważąc jej słowa i czując jak narasta w nim złość, rozlewająca się po całym ciele - nie gwałtowna, ale gęsta i ciężka, osiadająca gdzieś pod mostkiem. Znów było mu gorąco; gotował się od środka, a nie przywykł do ciepła. Z natury funkcjonował w chłodzie: w marmurowych salach, wśród ludzi o sercach z kamienia, o lodowatych spojrzeniach. Te obce uczucia uwierały go jak za ciasno zapięty kołnierz. Ruszył za Drusillą dopiero po chwili, jeszcze cały w emocjach, zostawiając za sobą rodzeństwo. Dogonił ją szybko, a precyzja słów, które do niego skierowała, uderzyła w coś więcej niż jego ego, przebijając się przez twardy pancerz, za którym istniało zupełnie inne ja, niż to, które prezentował światu.
Rzadko kiedy nie miał gotowej riposty. Przywykł do tego, że w szkole sterował wszystkim i wszystkimi, bo był zwyczajnie bystrzejszy i przebieglejszy niż jego rówieśnicy. Starsza o dwie dekady ciotka była jednak przeciwnikiem, na którego zasługiwał - wymagającym, zmuszającym go do zmiany przyjętej taktyki, do przemeblowania myśli, aż w końcu do wyjścia poza sfery, w których czuł się wygodnie.
Po raz pierwszy od dawna nie miał pewności, czy zdoła nadążyć - i to intrygowało go najbardziej. Nie wiedza, nie dojrzałość czy doświadczenie, a świadomość, że była o krok przed nim.
- Myślę, że potrafię to zrobić - długo szukał tej odpowiedzi, ale gdy już nadeszła, w jego głosie nie było zawahania, ale i pustej deklaracji. Spoglądał na ciotkę bez strachu, w trudny do zignorowania sposób. Gdy weszli do salonu, poczekał aż zajmie miejsce, po czym usiadł na przeciwko niej. Nie towarzyszy jej z poczucia obowiązku, ani tym bardziej z grzeczności. Drusilla go ciekawiła, być może właśnie przez to, że pozostawała oderwana od politycznych zawiłości, które w Palatium Librae były chlebem powszednim przyprawiając młodego Croucha o odruch wymiotny. Był przekonany, że przejrzał tę grę; że widział więcej niż dorośli, że buntem przeciwko systemowi stawał się lepszym i sprytniejszym. W domu rodzinnym sprawy ministerialne urastały do rangi świętości - ale Drusilla o nich nie mówiła. - Wczoraj odebrałem list z odznaką prefekta naczelnego - odpowiedział bez zawahania, ale i bez szczególnego patosu czy dumy. Nie było to dla niego zaskoczeniem, nikt nie nadawał się do tej roli lepiej niż on. Nikt… poza nim. I poza nią. Nie pozwolił jednak myślom odpłynąć zbyt daleko, do tych czekoladowych oczu, do rozgrzanych warg, i do dłoni, które - choć drżące - odważnie zaplatały kosmki włosów Krukonki przez palce. - Chciałbym wyjechać. Do Paryża. A później na południe Francji. Zobaczyć winnice. Destylarnie. Francuską wieś - uciec daleko, byle jak najdalej od domu, i jeszcze dalej od niej. Szkoda mu było jedynie czasu z matką, wiedział więc, że nie mógł pozwolić sobie na długą podróż. Obdarzył ciotkę badawczym spojrzeniem; odpowiadał jej ostrożnie, bez zażyłości, ale nie na tyle, by była w stanie wyczuć jego dystans. W głębi duszy zastanawiał się nad tą lekkością, z jaką od szaleństwa własnej siostry przeszła do planów wakacyjnych, i czy była to tylko gra pozorów, czy może jednak coś zupełnie innego. 
Jeśli tak wyglądała kontrola, on chciał wiedzieć, jak się jej nauczyć.
- Co robisz, gdy tracisz panowanie? - odezwał się po chwili, wracając do rozmowy, którą toczyli wcześniej, i którą zdawali się porzucić jeszcze w korytarzu - ale coś gryzło go nieustannie, jak jakiś robak, nie dawało spokoju, swędziało. Musiał zapytać. A ona była do tego najodpowiedniejszą osobą. - Bo nie wierzę, że nigdy do tego nie dochodzi - kontynuował, rzucając jej rękawicę. Nie bał się kontrowersji. Nie bał się prawdy. I w jego chłodnym spojrzeniu po raz pierwszy zdawał się zapłonąć ogień.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Drusilla Carrow
Akolici
Wiek
54
Zawód
Pani Domu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
8
7
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
13
8
Brak karty postaci
25-03-2026, 10:02
Wysłuchała go nie przerywając ani razu, choć kilka jego słów aż prosiło się o natychmiastową korektę, a niektóre sformułowania - o chłodne sprowadzenie do właściwego porządku. Nie zrobiła tego. Zamiast ingerować, pozwoliła mu mówić, obserwując nie tyle treść, ile sposób, w jaki ją buduje. Analizowała tempo jego wypowiedzi, momenty zawahania, to, jak jego głos pozostaje równy nawet wtedy, gdy mówi o rzeczach, które powinny ten rytm zaburzyć. To właśnie było dla niej najbardziej wymowne. Nie jego słowa, lecz ich ciężar i sposób, w jaki je dźwigał. Wspomnienie Medei, przywołane przez niego bez drżenia, bez wyraźnego załamania tonu, nie świadczyło o sile - świadczyło o wysiłku. O napięciu utrzymywanym zbyt długo w jednym miejscu - przynajmniej jej zdaniem.
Drusilla znała ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Widziała go wcześniej. W innych. W sobie. Nie reagowała od razu, bo wiedziała, że każda odpowiedź wypowiedziana zbyt szybko traci swoją wartość. A Evander nie był dzieckiem, które należało prowadzić za rękę. Był materiałem, który należało hartować.
Gdy zapytał o znaki, jej spojrzenie na moment straciło ostrość, jakby cofnęła się w czasie, do okresu, w którym Medea nie była jeszcze cieniem samej siebie. Wspomnienia nie przychodziły do niej w formie emocji - raczej jako uporządkowane obrazy, zapisane w pamięci z precyzją, której nie rozmywał czas. Medea pochylona nad księgą. Medea poprawiająca kogoś jednym zdaniem, bez wysiłku. Medea, która rozumiała pewne kwestie szybciej niż inni. Drusilla przez długi czas uważała tę cechę za przewagę. Może nawet zazdrościła jej tego, choć nigdy nie nazwałaby tego w ten sposób.
— Nie — Odpowiedziała w końcu spokojnie. — Nie takie, które można byłoby nazwać zapowiedzią tego co dzieje się teraz — Jej głos pozostał równy, lecz spojrzenie wróciło do teraźniejszości z większą ostrością. Nie było w nim zawahania. Nie było potrzeby łagodzenia prawdy. — Twoja matka była stabilna. Przenikliwa. Może nawet… aż nazbyt, jak na standardy, które uważa się za… bezpieczne — Dodała ciszej, niemal jakby precyzowała definicję, a nie opisywała osobę. — Jej umysł nie pękł nagle. Nie został złamany jednym wydarzeniem. To nie działa w ten sposób.
Przesunęła palcami po krawędzi filiżanki, nieświadomie odtwarzając ruch, który towarzyszył jej zawsze, gdy porządkowała myśli. W jej głowie proces ten był jasny, niemal matematyczny.
— To był proces. Powolny. Niewidoczny dla tych, którzy nie patrzyli uważnie. Najpierw nadmiar - myśli, skojarzeń, wniosków. Zbyt wiele powiązań tworzonych jednocześnie. Później brak granic między nimi. A potem… rozpad — Nie potrzebowała bardziej dosadnych słów. Evander zrozumiał. Widział to na jego twarzy, nawet jeśli sam jeszcze tego wprost nie dostrzegał. Przez ułamek sekundy przemknęła jej przez myśl refleksja, której nie wypowiedziała. Granice. To zawsze sprowadzało się do granic.
— Nie dziedziczy się tego w sposób, którego się obawiasz — Dodała po chwili, zanim jego własne myśli zdążyły nabrać wyraźniejszego kształtu. — Ale można odziedziczyć skłonność do przeciążenia — Spojrzała na niego uważniej. Nie widziała sensu w łagodzeniu takich rzeczy. Prawda, jeśli miała być użyteczna, musiała dokładnie wybrzmieć. A jeśli miała uchronić swojego siostrzeńca przed popełnieniem pewnych błędów, zamierzała dopiąć swego.
Kiedy przeszedł do swoich planów, nie zareagowała od razu. Paryż. Południe Francji. Winnice. Destylarnie. Drusilla odnotowała każde z tych słów, układając je w prostą strukturę. Dostrzegała w tym potrzebę oddalenia się. Zmiany przestrzeni. Ucieczki, choć ubranej w formę racjonalnej decyzji. Nie krytykowała tego. Ucieczka nie zawsze była oznaką słabości. Czasem była formą reorganizacji.
— Podróż może być rozsądna — Pokiwała głową spokojnie, bez śladu dezaprobaty. — O ile nie jest próbą uniknięcia czegoś, co i tak cię dogoni.
Unosząc filiżankę, zatrzymała na nim spojrzenie. Nie chciała dopytywać, od czego chce uciec, a on wyraźnie nie chciał jej tego zdradzać. Miał do tego prawo, choć cień irytacji przebiegł ją po kręgosłupie - nie lubiła tajemnic, choćby najmniejszych. Oczywiście tych skrywanych przed nią.
— Nie musisz spędzać całego lata przy niej, by udowodnić lojalność — Dodała, odkładając filiżankę z kontrolowanym, cichym dźwiękiem. — Ale nie możesz też zniknąć w chwili, w której twoja obecność ma znaczenie —  Krótka pauza. — Naucz się rozpoznawać tę różnicę.
To zdanie było ważniejsze niż poprzednie. W nim zawierała się zasada, której sama nauczyła się znacznie wcześniej.
Dopiero jego ostatnie pytanie wywołało subtelną zmianę. Nie w wyrazie - ten pozostał niemal niezmienny - lecz w napięciu, które pojawiło się gdzieś głębiej, trudne do uchwycenia dla kogoś mniej uważnego. Evander jednak był uważny. — Co robię, gdy tracę panowanie? — Powtórzyła jego słowa wolniej, jakby sprawdzała ich konstrukcję, smakowała cierpki smak na języku. Przez chwilę milczała. W tej ciszy pojawiła się refleksja, której nie podzieliła. Panowanie nie było czymś, co się traciło. Było czymś, co się utrzymywało. Albo czymś, co się oddawało, często nieświadomie.
— Nie pozwalam, by ktokolwiek dostrzegł, że tak się dzieje — Odpowiedziała w końcu. Nie było w tym pychy. Było przekonanie zbudowane na doświadczeniu. Jej ton przybrał dźwięk, jakby dzieliła się z nim jedną z największych tajemnic. — Panowanie nie znika nagle — Kontynuowała spokojnie. — Traci się je wcześniej. W rzeczach, które uznajesz za nieistotne. W reakcjach, nad którymi przestajesz czuwać. W myślach, którym pozwalasz rosnąć bez kontroli —  Przesunęła palcami po spodku, powoli, jakby wyznaczała granicę. — Utrata jest ostateczna. Oznacza, że coś zawiodło wcześniej.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim, ostrzejsze niż wcześniej. — Staram się nie dopuszczać do tego etapu. A kiedy widzę, że coś zaczyna mi się wymykać… izoluję to. Analizuję. Zduszam w zarodku.
Odetchnęła ciężej, powietrzem przesączonym chłodem murów, aromatu napoju i potraw gotowanych na kolację.
— To dobrze, że pytasz — Jej spojrzenie, którym go obdarzyła, miało w sobie pierwiastek czułości, miłości, którą go darzyła. — To oznacza, że jeszcze nie jesteś przekonany, że masz nad tym władzę. A zapamiętaj to na zawsze, drogi siostrzeńcu… najbardziej narażeni na porażkę są ci, którzy są zbyt pewni siebie.
I dopiero wtedy, na ułamek sekundy, pozwoliła sobie na jedną, niemal niezauważalną myśl: że Evander był do niej bardziej podobny niż chciałby to kiedykolwiek przyznać.
Świat nie wymaga reform. Wymagaselekcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:06 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.