• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 11.03.1962 | So you wanna play with magic?
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
09-02-2026, 15:00
[Obrazek: bfe2a38c5b16257a9e707a6c134fd5e4.jpg]
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
09-02-2026, 15:08
tw: wulgaryzmy

Kutas. Sprzedajna ciota. Cwel. Lachociąg. Beta. Parówa. Ja go na mecz zapraszam, a ta menda tak mi się odwdzięcza, że mojej dupce mandat wypisuje - co to, to nie. Sandy może i koncertowo dała dupy, to znaczy, oczywiście w przenośni, bo Sandy jest grzeczną dziewczynką i takich rzeczy nie robi, ALE. Wzięła pokpiła sprawę, podpisała druczek, przyjęła naganę wraz z wezwaniem do zapłaty i zapaskudzeniem swojej czyściutkiej kartoteki.
W innych okolicznościach mógłbym czuć dumę - gratulować jej, urządzić przyjęcie z okazji pierwszego udokumentowanego złamania prawa, ale niestety, nie ma tak dobrze. Po pierwsze, za rękę złapali ją na pierdółce. Inny stróż prawa machnąłby ręką, gwizdnąłbym z podziwu dla jej rozłożystej klatki piersiowej, pogroził palcem i tyle - zawinąłby się na posterunek zadowolony, że taka klaczka w ogóle raczyła się do niego odezwać. Na smutnej komendzie opowiadałby potem, że nie wypisał mandatu, bo panna zaoferowała mu rasowe obciąganie, choć każdy by wiedział, że ze wszystkich jego historii, ta nie wydarzyła się najbardziej. Po drugie - w chwili obecnej nasz dług wobec państwa wynosi kilkanaście sykli, których nie mam zamiaru bulić z własnej kieszeni i równie mocno nie życzę sobie, by Sandy nadwyrężała swój budżet na szpileczki i szmineczki na rzecz jakiegoś śmiesznego fajfusa, którego eksżona puściła z torbami.
Titus nie pyta, czego chcę od Ambrose'a - po prostu informuje mnie, że on jedzie na ryby, a Ambrose w tym czasie zajdzie do niego z ciastem od matki i pewnie będzie prasować mu mundur, bo ostatnio coś mu nie pasowało w tym, jak wyglądali razem na patrolu. Nie wnikam w to naprawdę, co tam się dzieje między nimi, ale to, czym się martwię i czym powinien martwić się każdy posiadacze pary cojones (nawet niekoniecznie dużych: po prostu), to szerzona przez Daya propaganda, która facetom wciska w dłoń żelazko. Co dalej? Zacznie się od sugestii zdjęcia prania z suszarki, a skończy na tym, że wszyscy faceci dziennie będą się rozciągać, żeby móc possać sobie fiuta, bo ich panny stwierdziły, że poradzą sobie z tym sami. Mogłem mieć to w pompie i przyglądać się szerzeniu tej niedorzecznej propagandy z równym politowaniem jak piskom kolorowych o szacunek w komunikacji publicznej, ale nie - pan Day wypisując mandat Sandy niniejszym wypowiedział mi wojnę.
Żebyśmy mieli jasność - ja walecznym typem nie jestem. Z armii zdezerterowałbym przy pierwszej okazji, z nadzieją, że moro sprawi, że wśród drzew nagle zrobię się niewidzialny. Udawałbym wieśniaka, pierwszego lepszego pastucha ze szkockim akcentem. Odgryzłbym sobie palca, żeby mnie nie wcielili, nogę połamał, cokolwiek. Ale rzecz tyczy się mojej niuńki oraz sztamy - graby przybitej na ślinę, która już nie obowiązuje. ŁUP. ŁUP. ŁUP. Pięścią walę do drzwi, a kiedy Amborse w końcu otwiera, ładuję się do mieszkania, zamykam za sobą drzwi na zasuwę i stoję przed nim, zaplatając ręce na piersi. Jedno wejście jest zablokowane, jak będzie chciał wiać - może próbować oknem.
– Masz mi coś do powiedzania, co? – popycham go i cofamy się tak w głąb korytarza – Ty miękkim chujem byłeś robiony? Nie wiesz, że nie robi się takich rzeczy? – pytam, a żyłka na moim czole uaktywnia się i niebezpiecznie pulsuje. Czuję wiśniowe ciasto na kruchym spodzie, ale to nie wystarczy, by złagodzić obyczaje. Nawet i czarna kawa tu nie pomoże –Przyznaj się – żądam, już-już zamierzając się na jego gardło. W ostatniej chwili zmieniam zdanie, potrzebuję go przytomnego, a nie wiem, czy się kurwa powstrzymam. Na zachętę pizgam go więc prosto w nos, ciekawe czy z poprzestawianą buźką będzie robić takie wrażenie na damach kolegów.

| rzut = 107
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
01-03-2026, 05:00
10.03
Wyjec od Daniela przyszedł, gdy Ambrose z napięciem wyliczał szanse Srok z Montrose na zajęcie pierwszego miejsca w brytyjskiej Lidze. Najpierw musieli wygrać ze Zjednoczonymi z Puddlemere, co powinno być banalne. Potem powinni co najmniej zremisować z Jastrzębiami, a potem...
...ze złością rzucił ołówek na stolik, gdy zobaczył przed sobą wyjca. Znał tą czerwień koperty. Bardzo. Dobrze. Ją. Znał.
Zaledwie trzy dni temu wyszedł z domu mamy z mundurem i dywanem i nie wrócił, a ona już wysyłała do niego wyjca? Albo dopiero? I oczywiście robiła to, gdy relaksował się po pracy i myślał o sporcie, bo znała jego rutynę. Z niezadowoleniem wydął usta i z zaskoczeniem zmierzył kopertę wzrokiem, gdy rozgrzmiała głosem Daniela Dodge. Bla, bla, bla. Zawsze było mu się trudno skupić na pojedynczych słowach, gdy ktoś bardzo się emocjonował i krzyczał, a Daniel Dodge bardzo się emocjonował i krzyczał, a Day próbował zapamiętać własne sportowe wyliczenia, więc umknęło mu cośtam o uroku i zrozumiał, że wlepił mandat jego Sandy i płakała. Coś się Dodge'owi pomyliło, to Elliot płakał.
Ambrose westchnął ciężko i wrócił do swoich wyliczeń, myśląc sobie, że będzie pewnie musiał omówić to z Titusem zanim znowu spotkają się z Danielem.
Gdy Titus wrócił do domu, przypomniał sobie, że miał mu coś bardzo ważnego do powiedzenia.
- Jeśli Sroki wygrają ze Zjednoczonymi i zremisują albo wygrają z Jastrzębiami, a Jastrzębie co najmniej zremisują, a najlepiej wygrają z Armatami to mamy szanse na awans, pod warunkiem, że Armaty nie wygrają ze Zjednoczonymi. - oznajmił partnerowi, bardzo z siebie dumny, a potem wyszedł z domu, bo umówił się z Maelle.

11.03
Choć dzień wcześniej Ambrose dosłownie ćwiczył walkę wręcz w sali bokserskiej, to nie spodziewał się tak szybko tego powtórzyć i nie miał wcale takiego zamiaru. Dzisiaj był dzień nóg, więc po wyjściu Titusa na ryby miał w planach polatać na miotle. Najpierw dokończy jednak wyliczenia w sprawie ligi angielskiej, bo Titus podobno miał przeczucie, że wszystko może potoczyć się inaczej. Faktycznie, Ambrose nie uwzględnił potencjalnych kontuzji Roberta... albo jego emerytury, bo to jakiś paradoks, że ten typ grał dalej podczas gdy Day od lat był na sportowej emeryturze.
Gdy ktoś zaczął dobijać się do mieszkania, poczuł ukłucie lęku: co, jeśli to jednak mama? Mama pukała jednak inaczej, więc otworzył drzwi...
Ach, Daniel, wyjec, cośtam.
- Co...? - powitał go z zaskoczeniem, gdy ten go popchnął. - Uspokój się, Dodge. - warknął, bo nie będzie z nim rozmawiał w takich warunkach. - Jakich rzeczy? Nie wiedziałem, że to twoja córka — bo kim innym mogła być moja Sandy? Miła dziewczyna zresztą. - ale to nie zmienia faktu, że prawo to pra- zaczął, ale stracił czujność, bo Dodge wyprowadził cios prosto w jego nos.
Po sekundzie namysłu: Ambrose też wyprowadziłby cios w nos kogoś, przez kogo płakała jego córka, więc gdyby wziął głęboki oddech to byłby w stanie to zrozumieć. Ale zabrakło mu tej sekundy, by odskoczyć. Cios był mocny, w nosie coś trzasnęło i zabrakło mu tchu z bólu i już nie mógł wziąć oddechu (a na pewno nie nosem), więc aż zgiął się, a potem (skoro już był w pozycji zgiętej) ze złością zamachnął (zbyt słabo) na brzuch Daniela. Może i nie wlepia się mandatów cudzym córkom (choć właściwie czemu nie?), ale nie atakuje się gości w domu (nieobecnego) gospodarza!

rzuty
odskok porażka: dostaję 1/8 wartości ciosu czyli 14 obrażeń zaokrąglone w górę
wartość mojego ciosu: 11+20=32, zada 4 obrażeń...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
01-03-2026, 21:43
Stan zdrowia: 283/287

Mam cały dzień na przemyślenia i co? Gówno. Sandy śpi przyklejona do mojego boku i gdy tak na nią patrzę, na tę anielską buziunię, na blond loczki rozsypane na wyleżanej poduszce, na paluszek wystający spod kołdry - normalnie robi mi się jakoś cieplej, tak jakbym ktoś raczył we mnie napalić w kominku. Bucha żarem i jest całkiem miło, prawda? No, to nie tym razem. Ona oddycha miarowo, jej klatka piersiowa unosi się pod śliską, morelową koszulą nocną, a mi w głowie ani te koronki, ani ciemne, twarde sutki, tylko pieprzony Ambrose, który chciał wykorzystać moją pannę, a przy okazji wydymać mnie. Od tyłu, na sucho. Zgrzytam zębami, Sandy się wierci, dobrze, dobrze, śpij, mamroczę do niej, a ona coś tam mruczy i odwraca się na drugi boczek. Trąca mnie dupką, to też nie pomaga; wciąż jestem w szoku perfidii Rosiego o zawsze nienagannej fryzurze i wyprasowanych gaciach. Nie idę do niego, żeby rozmawiać, żeby wyjaśniać cokolwiek, o nie, nie. Idę po jego głowę: ciekawe czy obita dalej będzie taka ładniutka, skłonna do otumaniania niewinnych panieneczek. Do mieszkania Titusa wchodzę jak do siebie: on, nie dowierza chyba, że aż tak się tu rozporządzam. Akuku! Wyskakuję jak klaun z pudełka, najpierw mu najebię, a później zjem z jego talerzyka, popiję z jego kubeczka, zdrzemnę się w jego łóżeczku, a na koniec użyję jego szczoteczki do zębów, a grzebieniem podrapię się tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Tak jak przypuszczam - gnój cofa się, wielce zdziwiony moją ofensywą. Dziwi się też, kiedy mówię, co jeszcze bardziej działa mi na nerwy i przyśpiesza to, co nieuniknione. To nie szach-mat, to wojna na wyniszczenie, tutaj liczą się piony, napompowane mięso armatnie. Czy ci dzisiejsi kadeci są jeszcze w ogóle coś warci?
– Weź nie pierdol – posuwamy się w głąb mieszkania – Sandy mi wszystko wyśpiewała, rozumiesz? – dysząc, chwytam go za fraki, byczek Fernando w ludzkiej formie. – Mówił do mnie takie miłe rzeczy i ja odpłynęłam i potem nie wiem, co było dalej – cytuję piskliwym głosikiem, a mój palec wbija się w jego klatkę piersiową. Góruje nade mną wzrostem. Wagą pewnie też, ale to ja jestem na sterydach “nie z moją dupą takie numery”. – Ty myślisz, że ja jakiś specjalny jestem? – ciągnę swój monolog – Że pozwolę ci ją TAK traktować? I mnie?! KURWA, CO JEST Z TOBĄ NIE TAK? – drę mordę i pryskam kropelkami śliny na jego piękną, nieskalaną myślą mordę. Potrzebuję chwili, tak się zapowietrzam, no i on, kiwając się między moją klatą, a paskudną, żółtawą ścianą, zaczyna mówić. Nie, nie, nie.
– Ani słowa. Ani słowa więcej – uciszam go, a moje pięści to się zaciskają, to rozluźniają, ja, pan niezdecydowany. – Skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że ona jest moją…?! – “córką” już nie przechodzi mi przez gardło. Co innego, gdy mała nazywa mnie z tatusiem i to z pełną premedytacją, lecz wykluczającą genetyczną bliskość. – To OBLEŚNE, rozumiesz? ROZUMIESZ?! – potrząsam nim jak świnką skarbonką. – To moja dziewczyna, ty śmieciu – mówię, a jednocześnie startuję do niego z pięścią. Chłop usiłuje odskoczyć, ale za późno, piącha spotyka się z jego nosem, słyszę satysfakcjonujące chrupnięcie, kość rozkosznie przeskakuje, krew się leje, no bravo, bravo, bravissimo. Ambrose’a po tej fandze to powinno złożyć, więc pewnie dlatego ten cios, którym mnie raczy, ledwo czuję. Taki duży facet - żałosne.
– Wiedzą, o tym w policji, co? Że tak sobie rzucasz urokami na prawo i lewo? – dyszę, wyprowadzając kolejny potężny cios, tym razem w jego brzuch. – To był ostatni raz. Ostatni raz, kiedy zrobiłeś coś takiego mojej kobiecie – ostatni raz, kiedy zrobiłeś coś kobiecie, dzieci ma już odchowane, więc zero strat. Zapodaję mu kopniaka w krocze, bo skoro on ugodził w moją męskość, chcę, żeby jego też zabolało. Długo i dosłownie. – Przeprosisz ją, słyszysz?! Napiszesz list, kurwa, kupisz kwiaty i czekoladki, zapłacisz ten pieprzony mandat i nie zbliżysz się do niej więcej, ZROZUMIANO?! Spluwam na podłogę, ja na szczęście nie krwią. Sorry Titus, to nic osobistego.

| cios w brzuch 82+30 =112;  obrażenia = 14
kopnięcie w kroczę 71+30=101; obrażenia = 13
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
19-03-2026, 00:51
- Nie rozumiem. - odpowiedział, bo szczerze nie rozumiał. Co niby Sandy mogła Danielowi wyśpiewać? Że dał jej mandat? Że pouczył małego Elliota o walorach sportu? (Czy Daniel wiedział, że zajmowała się dzieckiem innego?) Że skrytykował dietę składającą się ze słodyczy jedzonych na śniadanie?
Dopiero gdy Daniel zacytował—chyba jako Sandy, bo tak piskliwie—te kilka słów, po twarzy Ambrose'a przemknął cień zrozumienia i zaskoczenia. Nie powinien się domyślić. Nigdy się nie domyślali, ale to dlatego, że Day nie wierzył w istnienie par sobie wiernych i ze sobą szczerych i chyba nigdy na żadną nie trafił. Jeneva Young jakoś nie pobiegła do Titusa mówić o tym, że Ambrose z nią rozmawiał i poprosił by uszyła mu sweter, myślisz że uszyłabyś mi ładniejszy sweter od tego, który zrobiłaś dla miłości swojego życia? - tak to wtedy sformułował, a ona pomyślała, że tak, żenujące. Rozwiało to jego wiarę w to, że prawdziwa miłość silniejsza jest od uroku wili—może piękna i sympatyczna Sandy miałaby szansę tą wiarę przywrócić, ale po pierwsze nadal nie dotarło do niego, że są razem (spokojnie, w szczerość na linii ojciec-córka też niezbyt wierzył).
- Jesteś dość specjalny, tobie może nie wstawiłbym mandatu z uwagi na długą znajo- - mość i interesy, chciał przyznać, ale Daniel jakoś nie dawał mu dojść do słowa. Zamrugał, szczerze rozpatrując kolejne z pytań. Właściwie mógłby pomyśleć o rzeczach, których inni w nim nie lubili, ale jakoś nie chciał ich wyrecytować Danielowi; zwłaszcza gdy domagał się definicji nie tak przekleństwem i krzykiem.
- Różnica wieku, choć rozważałem też młodszą siostrę. Co prawda, twoja rodzina powinna mieć ciemniejsze włosy jak ty, ale zdarza się i tak. - (zdarza się też, że niska brunetka jest matką wysokiego blondyna, więc musiał grać w tą grę) podsunął Dodge'owi usłużnie, nie rozumiejąc czemu dziwi go tak, że wziął ich za ojca i córkę. Zdziwiła go za to ostatnia wiadomość. - Dziewczyna? - powtórzył z rozkojarzeniem. - W sensie partnerka? Narzeczona? - jakim cudem Daniel Dodge... Merlinie, to oznaczało, że i dla Titusa była nadzieja. Może niepotrzebnie zawężał zarówno ligę, jak i kategorię wiekową, gdy wilował dla niego dziewczyny. Myśl o policyjnym partnerze przy dwudziestolatce była jednak dziwnie obleśna, nawet gdyby miał z nią dwunastkę dzieci i był prawdziwie szczęśliwy. Ambrose jeszcze nie nazwał tej mysli zazdrością, zrobi to za niego Titus dopiero w przyszłości. Titus w ogóle był lepszy w rozmowach i deeskalowaniu sytuacji i nazywaniu rzeczy, które Day'owi umykały, ale go tu nie było, bo poszedł na ryby ze swoim innym kolegą.
A Daniel Dodge wykorzystał (a może wzbudził?) zarówno rozkojarzenie, jak i samotność Day'a i wymierzył kolejne ciosy. Ambrose przez chwilę zignorował te werbalne (zapierałby się, że nie chodzi o żaden urok, ale chwilowo musiał bronić swojej męskości, dosłownie) i zdołał osłonić się własnymi pięściami i przedramionami. Część siły ciosu szczęśliwie się rozładowała, ale niestety Dodge i tak dosięgnął brzucha i drugiego celu.
- Kurwa!!! - bolało, więc do powiedzenia zostało tylko to.
Nie miał zamiaru ryzykować tak w imieniu cudzej kobiety i nawet w imieniu mandatu. Cofnął się o krok, potem drugi. Walcząc z falą nudności, sięgnął po różdżkę. Titus śmiał się, że Ambrose zbyt często chodzi w mundurze i że bez sensu nosi różdżkę przytroczoną do pasa nawet gdy odpoczywa; no i nie miał racji.
- KONIEC, chyba że chcesz się pojedynkować z funkcjonariuszem magicznej policji! - warknął, nie mierząc jeszcze w Dodge'a, ale ostrzegawczo zaciskając palce na kasztanowym drewnie. Wolną, lewą rękę, powoli wzniósł do góry. - DOBRZE, nie wiedziałem, że to twoja - dziewczyna? - że to twoja Sandy. Zapomnij o mandacie, zgoda. - kwiaty i czekoladki też wydawały się niewielką ceną, zwłaszcza, że... - Może dorzucę koniak? Rzadki, już go nie produkują. - producent wylądował w więzieniu i był teściem Ambrose'a. - Dorzucę, jeśli nie powiesz nic Titusowi. - przystąpił do negocjacji, ale niestety wycharczał te słowa zamiast wypowiedzieć. Cholerny Dodge i cholerne pięści i cholerne rozkojarzenie. Otarł nos, może miał zatkany przez lecącą z niego krew... ale nie, to nudności ściskały mu gardło, a brzuch promieniował bólem. Ciężko było zachować godność w takim momencie (choć przynajmniej dla Sandy i tak wyglądałby dobrze - ale o tym dziewczyna pewnie się nie dowie, skoro ma się do niej nie zbliżać).


udany blok - niweluje część konsekwencji ciosu, więc rzucę na wytrzymałość (+12)
<=40 - zbiera mi się na nudności, obok jest tylko doniczka
<70 - jak wyżej, ale zdążę spokojnie się poddać i z godnością udać się do łazienki
70 i wyżej - opanowuję nudności!

akcja druga: cofam się i wyjmuję różdżkę
1x k100 (wytrzymałość):
60
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
20-03-2026, 17:08
Nie rozumiem, nie rozumiem - przedrzeźniam go, wracając do własnego głosu, nieco ochrypłego po falsetowym popisie. – To chyba ty jesteś specjalny, wiesz? – idę na niego jak taran, popycham go dalej w głąb mieszkania, palec wskazujący wciskając w klatkę piersiową policjanta. Znieważenie munduru, aha, za coś takiego z dumą pójdę do kicia i będę królem wśród grypsujących braciaków z wschodniego Londynu, bo tam teraz zbiera się największe penerstwo, to znaczy obcy, którzy przybyli tu zapewne na tratwie zrobionej z kokosów, paznokci i krzywo ściętych włosów. – Jakiś powolny – kontynuuję przemowę i będę gadał tak długo, dopóki jego pięść nie zaryje w moje usta. Przykro mi, ale to jedyny sposób, gra w króla ciszy mi nie odpowiada, ładuję do pieca ile wlezie, a obelgi lecą już taśmowo, choć bez certyfikatów bezpieczeństwa. – Myślisz ty czasem? Czy te tłuczki trwale uszkodziły ci mózg, co? Ja pierdolę, Ambrose – pstrykam mu przed mordą kilka razy palcami, jakbym próbował wybudzić go z hipnozy. Ziemia do Daya, temu pociąg to już dawno odjechał. Jeśli nie tłuczki, to pewnie srogo przyfanzolił w barierkę między peronami, bo pomylił ceglane łuki czy coś w tym stylu. A może po prostu regularnie upuszczali go, kiedy jeszcze nie zarosło mu ciemiączko.
– Stul pysk! Zamknij się lepiej i słuchaj – grożę mu w najlepsze, gwałcąc święte prawo męskiej solidarności, według którego plemniki zawsze mają pierwszeństwo, braterstwo jest ważniejsze od każdej dupki, a żadne wisienki nie mogą stanąć na drodze między naturalnymi producentami testosteronu. – Ty nic nie rozumiesz. Nie odpowiadaj kurwa, na te pytania. Nawet nie próbuj, bo znowu ci kurwa, przyjebię. I następnym razem tak, że na komisariacie pomyślą, że twoja była żona cię napierdala – równo jadę z koksem; trzęsę się cały, a obie dłonie instynktownie zwijam w pięści. BAM. Jedną uderzam o ścianę tuż obok nosa Ambrose’a - może sprawdzimy, jak się zrośnie złamany dwukrotnie?
– JA PIERDOLĘ, CZY TY W OGÓLE SŁUCHASZ, CO SIĘ DO CIEBIE MÓWI? – przysięgam, zaraz rzygnę, córka, siostra, wspólny materiał genetyczny, inny kolor włosów, jeszcze tydzień po tym za każdym razem jak Sandy powie mi tatusiu będę robić dziwną minę, a ona będzie się smucić, że pewnie zjadłem coś co mi zaszkodziło, stanęło na żołądku albo wywołało nieprzyjemne zaparcia. – Mówiłem wam przecież. Kurwa, pokazywałem ci jej zdjęcie – robię to też teraz, wywalam z kieszeni wszystko jak leci: paczka miętówek, pęk kluczy, kilka zalaminowanych wizytówek, szklana lufka, przezroczysty woreczek z kryształem, długopis z pogryzioną plastikową zakrętką spada nam pod nogi; zara na kolanach będzie oddawać mi te fanty, ale póki co łapię go za włosy i boleśnie ciągnę, zmuszając, by pochylił się nad fotografią, którą wygrzebuję z portfela.
– Sandy jest moja. MOJA, DOTARŁO? Jeszcze raz wytniesz taki numer, to jak boga kocham, tak cię załatwię, że cię nawet rodzona matka nie pozna – grożę mu, i walę jego głową o ścianę; już nie tak mocno, ale żeby na pewno dodał dwa do dwóch. On + moja baba = KŁOPOTY. Jakie? Wybite oko, ucięte palce, przetrącona noga, oj, zero skrupułów. Takich, co będą chcieli bić policjanta skrzyknę nawet i za darmo. Kopię go w jaja, ale sukinsyn zdołał się osłonić. Obrywa i tak, ale mógłby mocniej - dopiero wtedy by się nauczył, jakby musiał wtłoczyć się w mundur i trzymać w nim cały dzień jądra spuchnięte do wielkości dojrzewających melonów. Oho, zaczyna grozić mi różdżką, dobre sobie.
– Ty jesteś pizda czy facet? – kpię, również dobywając swojej. Wydaje mu się, że się boję, bo ma metr dziewięćdziesiąt, odznakę i kija w dupie? – Co ty sobie myślisz, co? Że to są pieprzone negocjacje? Jakbym ruchał twoją matkę, też chciałbyś negocjować? – z przyjemnością patrzę, jak się kuli, cały obolały, ale jakoś nieskory, żeby dalej podskakiwać. – Zrobimy tak. Po pierwsze, zaraz przedzwonię do Sandy, a ty pierdolniesz takie przemówienie, żebym nie miał wątpliwości, czy chcę ci wybaczyć. Po drugie, wyślesz jej te kwiatki, koniak i czekoladki, lubi takie w kształcie owoców morza, z konikami morskimi. Po trzecie – urywam, spoglądając na niego jak na zdechłego szczura – po trzecie zrobię ci kurwa pamiątkowe zdjęcie. Jedno dla mnie, drugie dla ciebie. I powiesisz je sobie na lodówce i codziennie będziesz sobie kurwa przypominać, jakie to skurwysyństwo startować do dupy swojego kumpla – wykładam nieprzejednanie. – A ja się zastanowię, czy nie mówić Titusowi – oznajmiam, łaskawca, grzebiący dalej po kieszeniach w poszukiwaniu dwukierunkowego lusterka.

| zastraszam ale chyba średnio skutecznie: na 36
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
01-04-2026, 04:10
Wiele rzeczy było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Krzywo ułożone przedmioty. Pęknięcia na chodniku i niedbalstwo miejskich służb o to, by je naprawić. Chaos w dokumentacji magipolicji. Chaos w dokumentacji policji gdy jego przyczyna był Titus (mniej niż zwykle). Chaos w dokumentacji magipolicji gdy jego przyczyną był Chris, jeden z kolegów Titusa (bardziej niż zwykle). Bezpieczeństwo małoletnich (bardzo). Durne błędy Srok w Montrose w rozgrywkach ligi (jeszcze bardziej). Durne błędy reprezentacji Anglii w Mistrzostwach Świata (najbardziej). Fakt, że Greg Brown nadal grał w lidze zamiast udać się na emeryturę (niegdyś bardzo, obecnie umiarkowanie, bo zaraz go zwolnią).
Wyzwiska, oblegi i insynuacje skierowane we własną stronę wyprowadzały go z równowagi w dzieciństwie i w młodości, ale obecnie... już nie. Gdy pożalił się kiedyś na nie mamie powiedziała mu, że to wspaniałe być wyjątkowym i że szkoda energii na przejmowanie się słowami ludzi. A w trakcie małżeństwa z Allie skutecznie wprowadził te rady w życie, bo nie miał innego wyboru. Kłócili się tak często, że naprawdę nie starczyłoby mu energii na przejmowanie się, więc zdecydował się konserwować tą energię i wyprowadzał żonę z równowagi coraz mocniej, właśnie w grą w milczenie zamiast w okazywanie złości. Fakt, że denerwowało ją to bardziej niż jakiekolwiek słowa tylko utwierdzał go w słuszności tego nawyku. Nabyte nawyki zostawały zaś z Ambrose'm na zawsze.
Chyba nie chciał wyprowadzić Dodge'a z równowagi, nie sprawiało mu to satysfakcji jak w przypadku Allie. Ale nie chciał też zniżać się do odpowiedzi, gdy Daniel tak się pieklił. Poczeka aż się uspokoi, a teraz jego słowa zdawały się uderzać o ścianę. Ambrose je słyszał i na jakimś poziomie wiedział, że powinny go zranić, ale jakoś tego nie robiły.
Przyzwyczaił się.
- Celowanie tłuczkiem w głowę jest niezgodne z zasadami. - zdołał wtrącić, a potem milczał.
Drgnął dopiero, gdy Dodge wyrzucił z siebie coś o jego byłej żonie, w dodatku uderzając pięścią w ścianę. Wzdrygnął się odruchowo, ale zarazem potem przewrócił oczami.
- Nie pomyślą tak, wiedzą, że ona jest... daleko. - uściślił dla świętego porządku. - Ale faktycznie, pieklisz się zupełnie jak ona. - wytknął chłodno Danielowi, chyba nieświadom tego, jakie to było smutne: to, co mówiła i to, że był przyzwyczajony.
Nie zawsze - przyznałby, gdy Dodge zapytał czy go słuchał. Daniel mówił bardzo dużo i nie zawsze ciekawie, naturalnym wydawało się filtrowanie informacji na najistotniejsze, a żadne zdjęcie się takim nie zdawało. Milczał jednak, zgodnie z prośbą, a potem wymiana ciosów potoczyła się już zbyt szybko by móc rozmowę kontynuować.
Postanowił to zrobić dopiero z różdzką w dłoni, krwawiącym nosem i obolałą dolną połową ciała. Nosem się nie przejmował, mama powinna to naprawić (możliwe, że wielokrotnie powiedział już coś, co wyprowadziło kogoś z równowagi. Możliwe, że wielokrotnie oberwał. Możliwe, że Dolores Day była cudotwórczynią albo na potomkach wil oszpecenia goiły się mniej szpetnie). Płodnością też nie powinien się przejmować, ale jednak nie sposób zignorować groźby takiego bólu. A choć powstrzymał nudności, to rozsądek podpowiadał mu, że mniej energii będzie kosztowało ułagodzenie tego furiata niż bicie się dalej.
Co innego pojedynek z udziałem magii, ale tego też wolałby uniknąć. Komuś innemu już dawno wystawłby mandat i wpakował do aresztu na czterdzieści osiem godzin, rozdrażniony potrafił (nad?)używać władzy, ale wiele lat znajomości z Danielem przyniosło do tej pory więcej korzyści niż jedno... przedziwne... popołudnie. Daniel pieklił się dalej, ale jego argumenty nie były zbyt przekonujące. Ambrose spróbował podejść do nich na chłodno.
- Myśilsz, że mnie obrazisz? - zrozumiał wreszcie, mrużąc oczy. - Nie wiem, może mamie ktoś by się przydał, ale raczej nie. - przyznał wprost. - Szkoda, że nie zaoferowałeś nic wcześniej, w kwestii mojej byłej żony mógłbym coś ponegocjować. - wyrwało mu się z żalem, że nie wiedział o takiej możliwości. Wolał wiedzieć niż nie wiedzieć z kim sypia Allie. - Sandy - uff, dobrze, że zapamiętał imię - jest twoja, albo czyja sobie chce. Nie rozpoznałem jej, okej? Wystawiłem mandat, który wystawiłbym każdemu w takiej sytuacji, byłem uprzejmy żeby jej nie przestraszyć. - streścił fakty, bo to przecież nie tak, że się tłumaczył (no, może trochę się tłumaczył). Przecież Titus mówił ci, że każda na mnie leci, bo po prostu tak wyglądam - chciał przypomnieć, ale po sekundzie namysłu uznał, że to niekoniecznie Daniela uspokoi. - Nie jestem dobry w przemówieniach.- przypomniał. - Kwiatki, koniak i czekoladki. - zgodził się, bo to były negocjacje. - Żadnego zdjęcia, bo jak pośliźgnie ci się noga to znajdą moje zdjęcie u ciebie, a jak mi poślizgnie się noga to też znajdą je u ciebie. Nie bez powodu spotykamy się potajemnie, Dodge. - wytknął albo raczej przypomniał, z lekkim naciskiem. Mieli na siebie haki, obydwoje. Opłacało im się żyć w zgodzie, a materialne dowody znajomości były ostatnim, czego potrzebowali. Listy można spalić, a tutaj Dodge oferował jakieś trzymanie zdjęć na lodówce lub dawanie ich dziewczynie, która nie potrafiła upilnować własnej różdżki (tego nie powie na głos, nauczył się!), dobre sobie. - Dostaniesz to z "Czarownicy" z autografem, oficjalne i coś warte, zapomniałeś? - przypomniał. - A koniak jest warty dużo, już nigdy nie będą go produkować, bo wpakowałem producenta do więzienia. Możesz wziąć dwa i dobrze radzę żebyś nie mówił nic Titusowi, bo on robi głupie rzeczy gdy jest zdenerwowany, a będzie zdenerwowany. - warknął, próbując nie okazać, że o opinię Titusa martwi się trochę bardziej niż o własne zdrowie.

zastraszam (no, bardziej manipuluję) za 59
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
02-04-2026, 19:56
tw wulgaryzmy


Dawno temu, kiedy pomieszkiwałem w Seattle - krótko bo krótko, paskudna pogoda, 60 proc. pochmurnych dni w roku, wiecznie padający deszcz siekający po twarzy - no, czułem się jak w domu - w tym samym budynku pokój na samej górze, klitkę z jednym dachowym oknem, wynajmował taki ziutek, chyba z Tajwanu. Średnio mówił po angielsku, właściwie wcale nie mówił po angielsku. Nazywaliśmy go Smooth, bo nakładał na włosy nieprzyzwoitą ilość brylantyny i strasznie seplenił, kiedy sam próbował przedstawiać się komuś nowemu. Smooth był brudasem, nikt nie wiedział, czym dokładnie się zajmuje - zazwyczaj przesiadywał u siebie, palił papierosy, wychodził raz w ciągu dnia na parę godzin i zwykle wracał z jakąś prostytutką. Normalne laski nie chciały się z nim bzykać, bo miał brzydkie zęby, ale dziwki nie wybrzydzają. Ponadto Smooth był drobny i przeważnie wybierał panny dużo większe od siebie, chyba lubił, jak nie miał czym oddychać - ryzyko pobicia przez klienta spadało niemal do zera; ergo sytuacja win-win. Kiedyś zamówił sobie dwie i słyszałem, jak plotkowały, że to nie szkodzi, że coś mu się zbiera pod napletem, bo przynajmniej ich nie tłucze i nawet nie każe połykać. Do czego jednak zmierzam: otóż z takim Smoothem, który walił niemytym ciałem, stęchlizną, kurami trzymanymi w ciasnych klatkach (ten smród przywlókł ze sobą jeszcze z Tajwanu) i zgniłymi kanałami w dwudziestu czterech zębach (więcej nie miał), I NIE MÓWIŁ PO ANGIELSKU, można było się dogadać. Na migi wyjaśniałem mu, żeby poczęstował papieroskiem, a kiedy raz nawrzucałem mu, że nie ma trzymać worów na śmieci przed drzwiami mieszkania - zaczął je wynosić, a czasem nawet schodząc na dół, brał moje.
Ambrose zaś po prostu: nie rozumie. W głowie pustka, urazy z boiska trwale uszkodziły mózg, zerwały połączenia neuronów, siostro, ten pacjent jest nie do odratowania. PIIIIIIIIK. Ciągła, płaska linia na monitorku, śmierć kory mózgowej, no po prostu kaput, robię już nad nim znak krzyża, bo cóż innego mi pozostaje? W bidulu paru chłopaków próbowało hodować szczury, które zawsze kończyły tak samo - smutno zakopane pod płotem. Niezła tam musiała być mogiła, naturalny nawóz użyźniający warzywny ogródek nazaretanek - no, dobra, AŻ TAK dużo tych grobów nie było i zaskakuję sam siebie, że akurat teraz, w tej chwili, wyraźnie mam przed oczami krótko ostrzyżonego Gordona, żegnającego się ze spasionym gryzoniem tak wielkim, że ledwo mieścił się w pudełko po butach. Zwykle nie cofam się tak daleko, ale zwykle też… zwykle też rozmowy są jak mecz tenisa stołowego. Ping-Plang, piłeczka o paletkę, paletka o piłeczkę. Tutaj: serw-odbicie-siatka. Serw-odbicie-aut. I do zera, ale bez żadnej przyjemności, może oprócz tej, która płynie z prymitywnego chrupnięcia przestawionej kości, psującej idealną buzinię.
Czyżby?
Właśnie nieintencjonalnie nadaję jej charakteru, dżentelmen wtłoczony w mundur, mniam, a zawadiaka z pagonami? Mrau, zaraz go zmuszę, żeby mi za to dziękował.
– Ambrose – cedzę przez zęby, zerkając to na różdżkę, to na jego gładkie lico, które podejrzanie przypomina tarczę do darta. Broda za 10, oko za 20, a nos, podwójnie, więc za 50 punktów.  – Nie dawaj mi więcej powodów. Nie dawaj mi powodów, bo naprawdę to zrobię. Wyjebię ci matkę, wykreślę cię z jej testament, zmuszę, żebyś mówił do mnie tato i będę cię wysyłać do pokoju bez kolacji – ciągnę swój monolog, skręcając ku rodzicielskiej musztrze, po tej względnie lekkiej karze, przyszłaby pora na znacznie gorszą: konfiskatę miotły. – Cooo? Co ty w ogóle mówisz? Czy ty siebie słyszysz? Jesteś jebanym kukoldem? Podnieca cię to? – skręca mnie z obrzydzenia; czy brałem się za żony kolegów - owszem, bliższych i dalszych, częściej bez ich przyzwolenia, czasem z, faktycznie, ale było ono ciche. Tajemnica poliszynela w uroczych czterech ścianach i ja, mało subtelnie zaznaczający swoją obecność. Tu nieopuszczona deska od kibla, tu zapasowa szczoteczka w kubku, gdzie zwykle stały tylko dwie, plastikowa zapalniczka, która kosztowała raptem parę centów i mogłem ją wymienić na każdej stacji benzynowej. Propozycja Ambrose’a jest obrzydliwa – nie mógłbym na niego patrzeć po wszystkim, chyba dlatego, że okazał się większa pizdą od swojej żony, a ta jest przecież pizdą per se. Czysty talent.
– No tak. Byłeś uprzejmy– moja pięść opiera się o ścianę tuż przy jego twarzy. Nie wiem czy czyta znaki, ale jeśli czyta - to wie, że to źle. – RZUCIŁEŚ NA NIĄ UROK, TY ZAKŁAMANY CIENIASIE. JEBANY UROK WILI!!! – oburzam się i tłukę ręką w ścianę, tynk się sypie, a ja czuję ból; jeszcze trochę i sam się poharatam, bo Day jakoś nie wyrządził mi krzywdy większej niż te namnażające się potwarze. A trzeba było sobie zdrowo naklepać, otrzepać i wyjść na piwo do baru za rogiem z paczką mrożonego groszku z zamrażarki służacej za okład na obitą mordę - i tyle.
– Nie obchodzi mnie, ile wart jest koniak, jeszcze nie zdecydowałem, może ci go W DUPĘ WSADZĘ – pitu-pitu, choć to o zdjęciach ma sens, czego głośno nie mówię. – Chcesz powiedzieć, że jestem partaczem? – nachylam się do niego, dzielą nas centymetry, entliczek-pentliczek, jak zamknie oczy, to dostanie fangę w nos, może przeskoczy na drugą stronę.
Nie zamyka.
– Dzwonię do niej. POSTARAJ SIĘ, bo jak nie… – urywam niewypowiedzianą groźbę, w międzyczasie sięgając po lusterku. Mija parę sekund, po czym widzę buziuchnę Sandy w odbiciu. – Sandy, słuchaj, nie uwierzysz, z kim jestem… To jest ten pan, który cię tak brzydko potraktował? No to słuchaj, ma ci coś do powiedzenia – urywam i kieruję lusterko prosto na Ambrose’a. Brzydkie, żółte światło i niestabilny obraz robią robotę; w końcu; z obitą mordą wygląda jak żul, który przegrał walkę o małpkę z innym żulem na dworcu na Paddington. – No słucham – poganiam Daya, bo też chcę już sobie iść i poopowiadać Sandy w cztery oczy, jak to złoiłem mu skórę, licząc na coś więcej, rękę księżniczki, nie, cnotę - też nie, ale tak w tym rycerskim kierunku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:08 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.