• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Archbishop's Park
Archbishop's Park
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-06-2025, 18:51

Archbishop's Park
Zielona przystań z długą historią, sięgającą czasów, gdy okolica należała do posiadłości Lambeth Palace. Park zachowuje klasyczny charakter — rozległe trawniki przeplatają alejki wyłożone drobnym żwirem, a pod starodrzewem słychać śpiew ptaków i szum wiatru. Wśród zieleni wyróżniają się ruiny dawnej oranżerii — kamienne fragmenty ścian porośnięte mchem i dzikim bluszczem, które świadczą o dawnych ogrodniczych ambicjach tego miejsca. Oranżeria kiedyś służyła do hodowli egzotycznych roślin, dziś jest romantyczną ruiną, chętnie odwiedzaną przez spacerowiczów. Archbishop's Park jest miejscem odpoczynku dla okolicznych mieszkańców — starzy ludzie siadają na ławkach, dzieci biegają po trawie, a od czasu do czasu ktoś zatrzymuje się, by zatonąć spojrzeniem w malowniczych krajobrazach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 23:34
No tak… Właściwie taki dojrzały.
Harrison też mógł wydawać się przy niej dojrzałym mężczyzną, chociaż wcale nie twierdził, by jego potrzeby mieściły w swoim zasięgu zabieganie o uwagę dziewcząt w tak młodym wieku. Wiedział jednak jak grać w tę grę i kojarzył chociaż połowę jej zasad. Nie będzie się kłócił – każdy miał swoje potrzeby. Nawet jeżeli za niektóre potrzeby można było wylecieć z pracy, dorobić się nieprzyjemnej łatki albo trafić do kicia albo do czubków.
Ale tak – każdy ma swoje potrzeby.
– Tak, panienko – tak właśnie się mówi – odpowiada lekko rozbawiony, patrząc, jak drobna dłoń kobiety składa na druczku zgrabny autograf. Harrison zbiera się w sobie, byle nie zaśmiać się na imię i nazwisko matki znajomego magipolicjanta kreślone przez niewieście palce. Zapamiętuje jednak imię i nazwisko – Sandy Wilkes. Imię, które zgadza się z opowieściami znajomego przedsiębiorcy. Może spotkali się kiedyś? A może nie i przez chwilę pożałował nawet, że nie poprosił Sandy o autograf dla Daniela Dodge’a, słodko nieświadom, że prośba ta zmieniłaby pewnie bieg całej rozmowy? – Nie chcę wiedzieć ile osób myślało, że ułoży sobie życie z Bette Davis… – szczególnie, że ta do tej pory miała już z czterech mężów – czy to nie czyniło zachcianek i myśli bardziej uzasadnionymi, a marzenia o spotkaniu z nią… Realnymi?
Harrison nie mógł poczuć tej zachcianki, ale i bez tego mógł to zrozumieć – nawet jeżeli najprędzej gotów byłby wzdychać do gwiazd Quidditcha czy westernu. – Mam nadzieję, że się ucieszy, panno Wilkes. O ile w ogóle mi w to spotkanie uwierzy…
Harrison też umie uśmiechać się ładnie i właśnie to robi, chociaż chyba pozbawiony tej młodzieńczej pewności siebie. Chyba powoli zaczyna rozumieć, czemu Dodge mógł wciskać im kit o towarzystwie tak słodkiej dziewczyny. Pewnie można się w niej zauroczyć. Pewnie można wypatrywać jej na estradzie czy scenach lokalnych teatrów. Pewnie jej perlisty uśmiech mógł rozświetlić czyjś dzień.
Prawie czuje się źle z tym, że okłamał ją chyba z dziesięć razy w trakcie tak krótkiej, niewiążącej rozmowy. Ale Titus ujeżdżał już cięższe przypadki – to nie jego pierwsze rodeo. Uspokoi sumienie, a może dzieje się to już teraz – w momencie, w którym chowa autograf do kieszeni munduru.
– Proszę nie wandalizować więcej przestrzeni publicznej, panno Sandy. Podobno źle to robi karierze – mówi jej na odchodne, zawieszając spojrzenie na bukieciku kwiatków zawieszonych na jej ramieniu. – Albo proszę chociaż robić to subtelniej… – wzdycha teatralnie, unosząc dłoń w geście pożegnania.
Niedopałek papierosa ląduje w jego ustach ledwie na dwa ostatnie oddechy.
Dobrze, że trafiła na niego. Albo dobrze, że on trafił na nią?

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Nerissa Yaxley
Czarodzieje
(lying) honestly
Wiek
23
Zawód
salonowa kłamczucha, studentka prawa
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
11
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
8
8
10
Brak karty postaci
14-03-2026, 18:59
dziesiąty maja sześćdziesiątego drugiego | późny ranek
✴︎

Rude loki wychodziły spod chłopięcych kapelusików. Małe, nielatające miotły trzymane między udami obijały się o brzuch młodszego rodzeństwa — odkąd Madeleine, żona kuzyna, u którego mieszkała, urodziła w grudniu, Nerissa przejęła opiekę nad zgrają łobuzów. Najmłodsze dziecię, córka, była wyjątkowo chorowita, zaś trzech chłopców — pięcio, cztero i dwuletni — wymagało wiele ruchu i opieki. Park Arcybiskupa był bezpieczną przystanią, wręcz ucieczką od głosów ulicy dobijających się do wielowiekowej kamienicy, w której mieszkali. Choć bliżej mieli do Parku Regentów, długi spacer dobrze robił dzieciom, które śledziły bacznie ruch na ulicy.
Rozłożony na trawie koc stanowił bezpieczne miejsce w pierwszych, prawdziwie wiosenno-letnich promieniach słońca. Odkryła ramiona, choć ubrawszy burgundową sukienkę, dalej podkreślała noszoną żałobę. Na jasnych puklach dzierżyła kapelusz, na nosie duże, modne ostatnio okulary przeciwsłoneczne, które razem z Madeleine kupiły ostatnio u projektantki mody z Paryża. Dwuletni Rob bawił się zabranymi klockami, starsi zaś ganiali się na dziecięcych miotełkach, które zaprojektowano tak, by unosiły się maksymalnie metr nad ziemią — wymysłem jej kuzyna była nauka latania w tak młodym wieku, nie mogła jednak odmówić chłopcom szczęścia napisanego na promiennych buziach. Opieka nad dziećmi dawała ukojenie, zaczytany w podręczniku do magicznego prawa umysł odsuwał wizję sylwestrowej nocy; nadszedł renesans życia, choć dalej tkwiła w mroku.
Chłopcy nieśli swoją obecność krzykiem; często się kłócili, już niespecjalnie zwracała na to uwagę, bo wszakże — to tak męska cecha, ale i tak dziecięca, że nie sposób było ich w tym zahamować. Ciało nie wskazywało na żadne objawy choroby, jak gdyby promienie słońca zabrał od niej ciemne mary tkwiące nad rozproszonym w obawach umyśle. Kojący wiatr, śpiew ptaków i brak ludzi, którzy oddani pracy nie mieli sposobności na spacer wśród parku. Była ona, małe dziecię wtulające się w jej brzuch przy układaniu opadających po chwili stosów kloców i wreszcie krzyk, który zmusił ją do spojrzenia na pozostałą dwójkę.
Proszę pana, proszę pana — rozniosło się, a w oddali, na ścieżce, ujrzała bratanków machających do zarysu będącego obok mężczyzny. Nie rozpoznała go, choć być może powinna go kojarzyć. Wskazywali na miotłę, która zwisając z gałęzi drzewa, pozostawała zdecydowanie poza zasięgiem dziecięcych rączek. Chłopcy, choć chowani tak jak i ona, wydali się od młodu dużo bardziej komunikatywni. A może po prostu przechodzący obok mężczyzna wzbudził ich zaufanie? Gwar wokół sytuacji rósł jednak, a Nerissa pochwyciwszy dwulatka na ręce, wsunęła na stopy letnie pantofelki i skierowała się w stronę zamieszania, pozwalając, by silniejsze podmuchy wiatru roznosiły letnie, cieńsze materiały. Lato naprawdę koiło duszę, naprawdę napawało spokojem.
— Chłopcy, co się stało? — odparła, ale nim zdołałaby odpowiedzieć, dziecięcy chórek zawtórował wcześniej prowadzonym rozmowom.
— Wysoko, sama poleciala!!! Ciociu, sama! Mógl-móglby pan ją?
Piasek chrześcił pod trzewikami, które w podskokach unosiły paluchy, skierowane na gałęzie. Miotełka wydawała się wyżej, niż mogliby się spodziewać...
Wiosna 1x: Burza
Burza nadciąga nagle, sklepienie ciemnieje. Wiatr szarpie ubraniem i ugina gałęzie. Grzmoty niosą się nisko, jakby przetaczały się tuż nad ziemią. Błyskawice rozświetlają krajobraz ostrym, białym światłem. Deszcz zamienia się w gęstą ulewę. Widoczność gwałtownie spada. Trzeba szybko zdecydować, czy szukać schronienia. W takich warunkach teleportacja nie jest zalecana.
Jeśli zdecydujecie się poszukać schronienia, rzućcie k100. Spełnione PS 50 (wystarczy, że uda się jednemu z was) oznacza odnalezienie tymczasowej kryjówki i uniknięcie przemoknięcia. Niespełnione PS oznacza, że błądzicie bez celu i przemarzliście, każde z was traci 5 HP.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
22-03-2026, 16:11
Urlop dobiegł końca. Musiał przyznać, że naprawdę odpoczął podczas ostatniego tygodnia. Bał się, że nie będzie miał ze sobą co zrobić, jako, że nie przywykł do odpoczywania i przychodziło mu to z trudem, ale okazało się, że znalazł sobie zajęcia. Nadrabiał zaległości w czytaniu czegoś innego niż książek traktujących o architekturze czy budownictwie, zdecydowanie więcej korzystał ze świeżego powietrza. Wybrał się nawet na swój pierwszy trening boksu, po którym miał wrażenie, że nie podniesie się z łóżka. Podobało mu się to jednak i wiedział, że jeszcze pewnie niejednokrotnie wróci na tamtą salę treningową. Udało mu się nawet spotkać z kumplem na partyjkę bilarda. Kiedy przez pierwsze dwa dni łapał się na tym, że nogi same prowadziły go do pracowni, tak potem nawet przez chwilę o tym nie pomyślał.
Teraz jednak należało wrócić do rzeczywistości i na nowo wziąć się do pracy. Poprzedniego dnia ułożył sobie odpowiedni plan działania aby wiedzieć za co powinien wziąć się w pierwszej kolejności. Trochę mu się tego nazbierało przez ten czas wolnego, ale był dobrej myśli. Był wypoczęty, z czystą głową więc raz dwa udało mu się ułożyć plan. Zrobił listę rzeczy, które musiał zrobić w pierwszej kolejności, a potem już wystarczyło po prostu działać.
Wycieczka do Londynu była na szczycie jego zadań na ten dzień. Musiał pójść do biblioteki, bo tylko tam był w stanie znaleźć niektóre książki potrzebne do najbliższego projektu, który miał zamiar zrealizować. Lubił Londyńską bibliotekę, oferowała wiele pozycji, których nie da się kupić w księgarniach. Jedynym szkopułem było to, że nie każdą można było wypożyczyć. Tak było i przypadku książek, które potrzebował tego dnia. Spędził więc kilka ładnych godzin w czytelni, pochylając się nad książkami i robiąc niezliczoną ilość notatek. Nowy projekt był dość złożony, a on lubił być dobrze przygotowany zanim przedstawi gotowy szkic i plan działania klientowi.
Budynek opuścił w godzinach popołudniowych. Odzwyczaił się przez ten tydzień od tak długiego siedzenia nad papierami i czuł, że powoli zbliża się ból głowy. Postanowił się poradzić sobie z nim poprzez spacer. Ostatnio doszedł do wniosku, że zdecydowanie lepiej mu się myśli na świeżym powietrzu. Nasunął więc na nos okulary przeciwsłoneczne i ruszył przed siebie. Wiosna była w całkowitym rozkwicie. Słońce dopisywało, co wcale nie było tak częstym zjawiskiem pogodowym o tej porze roku w Anglii, więc należało z tego czerpać jak najwięcej przyjemności. Wychował się w Londynie, chociaż sporą część czasu spędzał na Nokturnie, to jednak znał to miasto bardzo dobrze. Nogi poprowadziły go do parku Arcybiskupa, w którym nie był od lat. Kiedyś zabrała go tam babka, żeby uniknąć konfrontacji z pijanym ojcem, który wrócił do domu szybciej niż zakładali. Podobało mu się to miejsce, kiedy nie było tu zbyt wiele ludzi, można było bez przeszkód rozkoszować się urokami flory. Drzewa i kwiaty były już w rozkwicie, a w powietrzu unosił się przyjemny dla nosa zapach. Trafił idealnie, bo faktycznie nie było zbyt wiele spacerowiczów i amatorów przebywania na świeżym powietrzu.
Szedł pogrążony we własnych myślał kiedy to podbiegło do niego dwóch, małych chłopców. Początkowo spojrzał na nich lekko zaskoczony, zwłaszcza kiedy zaczęli się przekrzykiwać, a potem rozejrzał się za ich rodzicami. Nie mogli mieć więcej niż pięć czy cześć lat. Nie dostrzegłszy jednak w pierwszej chwili nikogo dorosłego, przesunął okulary na głowę i ukucnął przy nich.
- Powoli, jeszcze raz, co się stało? - spytał spokojnie patrząc to na jednego, to na drugiego.
Z tego co mieli mu do powiedzenia wywnioskował, że ich mała, dziecięca miotełka utknęła na drzewie. Pokazywali paluszkami na najbliższe drzewo i Mitch po chwili zaczął zachodzić w głowę jakim cudem w ogóle do tego doszło. Czy te miotełki nie miały nie unosić się więcej niż metr nad ziemią? No cóż, nie miał jednak najmniejszego zamiaru wspinać się na drzewo. Może nie czuł już zakwasów po bokserskim treningu, ale przecież od czego mieli magię. Już miał wyjąć różdżkę, kiedy dołączyła do nich blondwłosa kobieta z dzieckiem na ręku. Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu, a po słowach jednego z zaaferowanych chłopców, dowiedział się, że jest ich ciocią.
- Panowie zgubili jedną miotełkę. - odezwał się w końcu zerkając na chłopców, a potem wracając wzrokiem do kobiety - Jednak zaraz coś na to poradzimy. - powiedział uśmiechając się lekko, po czym w końcu wyciągnął różdżkę i skierował ją w stronę miotły, która utknęła na drzewie.
I wtedy zadziało się coś, czego raczej żadne z nich się nie spodziewało. Niebo w jednej chwili z błękitnego zmieniło się w prawie czarne. Zerwał się okropny wiatr, a po okolicy rozszedł się głodny grzmot. To nie wróżyło dobrze. Kiedy spojrzał w niebo, a kilka błyskawic przejęło chmury, początkowo uśmiechnął się pod nosem, bo był to niesamowity widok. Po chwili jednak nie było mu już do śmiechu, bo ulewa, która na nich runęła wydawała się nie z tego świata. Widoczność była prawie zerowa, a oni już po chwili byli w zasadzie cali mokrzy. Przeniósł spojrzenie najpierw na chłopców, a potem na kobietę.
- Trzeba się gdzieś schować. - zawyrokował, po czym chwycił obu chłopców na ręce i skinieniem głowy wskazał kobiecie by ruszyła za nim w stronę drzewa, z którego jeszcze chwilę wcześniej miał zamiar zdjąć miotłę.
Być może drzewo nie miało ich w pełni uchronić przez potokiem lejącym się z nieba, ale liście chociaż w minimalnym stopniu zmniejszyły jego siłę. Postawił chłopców na ziemi dopiero gdy wszyscy w piątkę znaleźli się przy pniu.
- Stańcie przy mnie. - polecił chłopcom, samemu ściągając z siebie skórzaną kurtkę i zakładając kobiecie na ramiona.
Jemu nic nie będzie, najwyżej zmoknie i będzie mu ziemno. Wolał jednak uniknąć momentu kiedy to i ona miałaby przemarznąć. Nie za bardzo jednak wiedział co poradzić na dzieci, więc stanął blisko nich i nachylił się nad nimi by chociaż w jakim stopniu zapewnić im ochronę przed deszczem.
- No cóż…to było niespodziewane. - mimowolnie zaśmiał się cicho pod nosem, obserwując pokaz świateł na niebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 17:00 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.