• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Miasteczko Llanberis (Gwynedd)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 21:42

Miasteczko Llanberis (Gwynedd)
U stóp masywu Snowdon, wśród hipnotyzujących mgieł i szczytów, rozciąga się Llanberis – górskie miasteczko o bardzo wąskich uliczkach. Wzdłuż głównej drogi ciągną się kamienne domki z kolorowymii dachami, a w powietrzu unosi się zapach dymu z pieców i mokrej wełny. Poranki bywają mleczne, popołudnia ciężkie od wilgoci. Głos pociągu wąskotorowego, który sunie leniwie przez dolinę, to jedyne, co zakłóca ciszę i harmonię tego miejsca. Na końcu miasteczka, tuż przy jeziorze, mieści się niewielki warsztat, w którym od pokoleń wyrabia się noże i wszelkie metalowe produkty użytku codziennego. Czasami wieczorami widać światła w górach, ale zwykle okolica spowita jest totalną ciemnością.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
29-03-2026, 20:33
13 maja 1962

Nad dzielącym ich stolikiem, pod wąską markizą – cisza przed burzą. Przy którymś z przypadkowych impulsów spotkań przestała spodziewać się, że uda im się wreszcie, choć jeden raz, rozejść w niewzruszonej złym słowem zgodzie; ale przynajmniej z niezrozumiałą uporczywością w zgodzie się spotykali, przypadkiem, któremu wspólnie postanawiali się nie sprzeciwiać, chyba w jakimś dziwacznym poczuciu zobowiązania, z jej strony także wdzięczności, z jego strony – nie była pewna. Uwierającej, niewygodnej, tkwiącej pod żebrem odłamkiem wstydu i stającej w gardle; wciąż wdzięczności. Choć teraz, okłamując się skutecznie, zapalczywie i stanowczo uważała, że go wtedy nie potrzebowała – że byłaby w stanie znieść tamten wieczór samotnie; choć jej uwłaczało, że ją wtedy w słabości widział i drażniło, że nie mogła mu tego wspomnienia odebrać, była mu wdzięczna. W tej wdzięczności wielokroć zaciskała zęby i palce, nie gryzła się w język, nie przepuszczała słów przez bufor ustępliwej grzeczności; w tej wdzięczności chyba znajdowała mściwą sprawiedliwość, kiedy mu jej nadto nie okazywała, której wyrazu mu wręcz odmawiała.
Tymczasem wracał jak koszmar. Manifestacja przeszłości, której nie mogła za sobą ostatecznie zostawić, tym gorszy, że nie mógł zdawać sobie z tego sprawy, o czym jej sobą wciąż przypominał. Ilekroć wyławiała jego spojrzenie w kolejnym miejscu, w którym przypadek ich ze sobą spotykał, przypominała sobie, jak bardzo obawiała się jego spojrzenia w ciemnym wagonie, płochliwy kurcz palców na trzymanej pod peleryną różdżce, paranoiczne przekonanie, że na następnej stacji chwyci ją za ramię i wywlecze siłą z pociągu, zatarga z powrotem do Pragi, pod jasne światła nad dębowym biurkiem, pod wyrokujące spojrzenie generała – towarzysza – Moravec. I pamiętała też tamtą ulgę, kiedy usłyszała jego nazwisko; i własną, przerażoną do granic przytomności, desperację. Proszę mi pomóc.
Ze wszystkich ludzi – Lestrange; co za kpina.
Na stoliku, pomiędzy nimi – położony przez nią bezceremonialnie nóż. Ostrze było jeszcze czyste, nieskalane żadnym wyszczerbieniem ani rysą, wygięte jak drapieżny kieł, niepełna krzywizna sierpa – przybyła do Llanberis, by odebrać go z lokalnego warsztatu. Zamówienie złożyła przy ostatniej wizycie, kiedy dostarczała stałej klientce eliksir na regenerację kości; jej syn cierpiał na ich chorobliwą, niewyjaśnioną łamliwość od urodzenia, w końcu zaczęła pobierać od niej zapłatę tylko symboliczną. Oliver miał sześć lat i prawie nie opuszczał domu; zaniosła mu dziś zebrane na łące kwiaty, by chociaż w ten sposób mógł cieszyć się wiosną: poszarpaną firletkę, chabry, kaczeńce, margerytki, urokliwe konwalie, które szczególnie mu się podobały. Machała jeszcze do niego z wąskiej uliczki, kiedy wyglądał za nią przez okno ze swojego pokoju, jak uwięziona w nim ptaszyna pozbawiona przez naturę lotek, o równie kruchym ciele. A potem, spuściwszy wzrok, dostrzegła go na końcu uliczki – jego ciemne oczy i długi cień rozlewający się u jego stóp jak miękki dywan.
Powitali się, jak zawsze, w zgodzie. Nie była pewna, kto właściwie wystosował zaproszenie na kawę, może zdecydowali się na nią wspólnie, w znajomym rytuale, udając przed sobą, że wyjdą z tego bez złośliwości. Nóż położyła na stole równie naturalnie, między słowami jeszcze powściąganymi grzecznością, umowny topór wojenny. Na jego ostrzu, wzdłuż wygiętego grzbietu, wygrawerowano subtelny, roślinny motyw, tuż przy rękojeści – jej inicjały; opadające nisko słońce wydobywało głębiej ich kształt.
– Przejdźmy do rzeczy, panie Lestrange, skoro i tak nieuchronnie wciąż tam dążymy – zdecydowała wreszcie, kiedy wyczerpali już powierzchowne, dość sztuczne frazesy konwencjonalnej życzliwości i nadeszła ta znajoma, napięta cisza. To, że siedzieli naprzeciw siebie, w pozornie uprzejmym nastroju, było już wystarczającym nadwyrężaniem granic ich światów. Gdyby nie idące za wdzięcznością zobowiązanie do – przynajmniej – dobrych manier, podjudzona obecnymi okolicznościami politycznymi, najchętniej naplułaby mu chyba w filiżankę, drastycznie naruszając wszelki konwenans i decorum. – Gdyby wiedział pan wtedy, że jestem mugolaczką, czy też pospolitą szlamą, wedle waszej szlachetnej nomenklatury – wypowiadała to słowo, spoglądając mu prosto w oczy, chłodno i wyzywająco; odchylona swobodnie ciałem na oparcie krzesła lekko odwróconego ku roztaczającemu się z tarasu widokowi na rozciągające się tuż za miasteczkiem jezioro – czy sądzi pan, że tamten wieczór potoczyłby się inaczej?
Starała się nie widzieć w jego oczach echa tamtej nocy; tamtej siebie, czującej jeszcze na palcach gorącą krew Viléma. Chciała podskórnie, żeby poczuł się przy niej tak samo: zapędzony w pułapkę swoich myśli, pozbawiony drogi ucieczki, przyparty do muru. Chciała go sprowokować do tego, by przyznał się wreszcie wprost, że jej naturalnie nienawidził i że popełnił błąd, i że w związku z tym powinni zakończyć wreszcie tę farsę; albo sprowokować do tego, by uznał ją za człowieka sobie równego.
– Co sobie pan o mnie myśli, kiedy to mówię? Że jestem, według pańskich definicji, brudną szlamą. Wstyd panu, że tu ze mną siedzi? I że ktoś mnie usłyszy? – napierała dalej, nieustępliwa. Pomimo wszystko, nie było w tym chłodzie jednoznacznej wrogości. Czuła za to w sobie wciąż poślad tamtej desperacji, nosił ją w swoim spojrzeniu, podnosił ją przeciwko niej wraz z czarną źrenicą, nawet jeśli robił to nieumyślnie, przystawiał jej ją do gardła, jej własną słabość obracając w oręż. Jak mogła być przy nim spokojna? – Niech się pan nie miarkuje – grzeczne pan przy tych słowach zaczynało brzmieć jak złośliwość. – Wiemy przecież oboje, że nie macie tego w zwyczaju wobec takich jak ja. Czy obawia się pan może, że mnie obrazi?
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:12 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.