• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Salon jubilerski "Golden Ivory"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-04-2026, 17:43

Salon jubilerski "Golden Ivory"
Salon - bo przecież nie sklep, ani tym bardziej nie zakład - jubilerski to rodzinny biznes, a smykałka do drogich kamieni zdaje się przechodzić na właścicieli z pokolenia na pokolenie. Całe piętro kamiennicy w lepszej części Pokątnej (lokal przeniósł się tu kilka lat temu, zapracowawszy sobie na to prawie stuletnią renomą) zostało zaadaptowana na przestrzeń wystawową. W środku w istocie wybór jest niewielki: tylko najbardziej okazałe pierścienie błyszczą się w pudrowych puzderkach, kilka kolii lśni na manekinach, a parę broszy wygodnie ułożonych na miękkich poduszkach za szklaną gablotą, puszcza oczko wszystkim sroczkom. Elegancka obsługa chwali możliwość wykonania biżuterii na zamówienie lub sprowadzenia niespotykanych kamieni z zagranicy, profesjonalnie doradzi też niezdecydowanym. Ceny są tu raczej wysokie, a klientela starannie wyselekcjonowana. Nie wpuszcza się tu byle kogo, więc jeśli koszula wystaje ci ze spodni albo masz niewypastowane buty - zostaniesz wyproszony zza drzwi szybciej niż zdążysz powiedzieć: “to niesprawiedliwe!”
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
1 godzinę temu
26 maja

Dawno - w dzienniku podkreślam to aż trzykrotnie, a gruba, czarna kreska nieomal nie przebija kartek w wysłużonym notesie - dawno nie żyło się tak lekko.
Raptem parę dni mija, odkąd jesteśmy po słowie, a ona już bawi się w idealną żonkę, taką z amerykańskich czasopism: zrobiła sobie nową fryzurę, a mi zrobiła gałę, dałem jej na paznokcie, ona dała mi na stole bilardowym, ugotowałem z tymi oświadczeniami, a Sandy non-stop pichci to, co lubię najbardziej i nic nie jest za słone, nic nie jest przypalone: la dolce vita na brytyjskiej ziemi.
Brakuje już tylko tej wisienki na torcie - jak weselnym to pewnie Czarny Las, a bardziej poprawnie to Szwardzwaldzki - znaczy pierścionka. Musi być niebylejaki i niebanalny, musi być duży: Sandy przyjęła mnie bez, przyjęłaby też przetłuszczonego krążka cebulowego wciśniętego na palec (bonusowe punkty, jeśli od Jeffa - ustaliliśmy, że tam się poznaliśmy) albo plastikowe ustrojstwo farbujące dłonie na zielono z automatu przy nadmorskim deptaku, ale… nie. Chcę dać jej kamień tak ciężki, że będzie walczyć z grawitacją, unosząc dłoń, kiedy będzie myć okna. Tak duży, że najpierw będzie widać go, a później ją - taka jest malutka, a on taki nieproporcjonalny do jej rączki. Tak błyszczący, że ludzie dookoła niej będą mrużyć oczy albo wyciągać okulary przeciwsłoneczne, a i tak to nic nie da, chyba że noszą te importowane z Francji z logo słodkiej i uroczej Coco, kolejnej ulubienicy Sandy. Nie wspominałem jej nigdy, że podobno pieprzyła się z nazistowskim komendantem - powinienem, przez głęboką wieź ze swoją koleżankę Żydówkę, Sarę, czułaby się głęboko urażona i może demonstracyjnie zrezygnowałaby z obsypywania policzków różem tak chętnie, że co miesiąc woła o kasę, bo się skończyło, jak mówi, robiąc smutną minkę.
Kupić pierścionek - żadna sztuka. Co to niby, wchodzę do sklepu, pokazuję palcem, mówię rozmiar, poganiam leniwego subiekta, pytam, czy na pewno się nie pozna, że to cyrkonia nie diament, a potem przypominam, żeby tylko włożył do ładnego pudełeczka. Fraszka. Już tak sobie uknułem, że to, co dla niej robię, znaczy więcej niż błyskotka, która zwiąże nas przysięgą, a później i tak straci na wartości, bo pojawiają się obrączki. Ruda Grażyna, ta ekstraklasa, przestała nawet nosić zaręczynowy na poczet grubego złotego wałka na palcu serdecznym. Ktoś głupi oskarży mnie o skąpstwo. Ktoś mądry zrozumie, że jest dokładnie odwrotnie i że w ten sposób ofiarowuję Sandy absolutnie wszystko.
Przyszłość - tu niczego tłumaczyć nie trzeba.
I przeszłość - to pojmie, kiedy zerknie na metkę z puzderka ze złotym krążkiem. Albo otworzy kolejne wydanie Proroka na stronie trzeciej - no nie łudzę się, że obrobienie jubilera trafi na okładkę. Co dzień dzieje się tyle innych ważnych rzeczy: urodziny pięcioraczków, pobicie rekordu Guinnessa w złowieniu największego suma czy ogłoszenie niepodległości nowego państwa, że nawet najbardziej zuchwałe przywłaszczenie spadnie na kolejny plan. Nie napadam na Luwr.
Ani nawet na Muzeum Brytyjskie.
Wtedy nazywałbym się Robin Hoodem - a jestem po prostu kochankiem.
Do tanga trzeba dwojga, do takiej roboty - również. Lubię swoje plecy, więc ktoś musi o nie dbać, nawet jeśli to szczurzyca nie do końca godna zaufania. Z Helen oboje wiemy, na czym stoimy. Ona pryśnie, jeśli zacznie robić się gorąco; ale wtedy też przestanie być potrzebna. Chcę narzędzia, gdy się sprawi, nazwę ją pomagierem, na co może się obruszy - a może sklei wary, żeby dostać swoją działkę, wypłaconą z mojej kieszeni, ponieważ z atelier ma zniknąć jedna i tylko jedna rzecz.
Za chciwość skończy jak pogrzebani żywcem w Jaskini Cudów. Czyste serce, nieoszlifowany diament, pierścionek zaręczynowy buchnięty ze sklepu eksteściów. Bezczelność?
Muzykalność - poprawię. Za tą grę na nosie Sandy nagrodzi mnie dozgonnym oddaniem i, na co liczę, przestanie wypominać, że mój debiut przed ołtarzem nie był z nią. Tak się pokutuje, chłopaki.
– To jakie masz alibi, słodziutka? – witam ją niedbale, kiedy spotykamy się niedaleko Gracechurch Street tak naturalnie, jakbyśmy wpadali na siebie przypadkiem. – Masz zmianę w Białej Wiwernie, pocieszasz przyjaciółkę po rozstaniu czy właśnie kończysz jeść kolację z jakimś gaszkiem? – podsuwam, dogaszając papierosa o ścianę sąsiedniego budynku i po bożemu wyrzucając niedopałek do kosza. Kto by się przejmował; złodziej z duszą na ramieniu, im mniej dowodów, tym lepiej. A ja przecież nie wychodzę dziś z domu, co potwierdzą trzy różne osoby: Sandy, to jasne, dalej Hank, który siedzi u nas i pije piwo (jego żona widziała, jak wychodzi i mówił, że do mnie), a także niedowidząca sąsiadka z dołu, która przychodzi zwrócić uwagę towarzystwu, że jest za głośno, nawet jeśli telewizor gra na tylko na siódemkę. – Czekaj, czekaj, nie tak szybko – zatrzymuję ją jeszcze przed kutym przejściem na Pokątną, zanim karawana pojedzie dalej. – Po pierwsze: pamiętasz zasady? Niczego nie dotykasz. Biorę tylko jeden pierścionek i spadamy. Po drugie… – wyciągam różdżkę zza pazuchy ciemnej kurtki, tak zużytej, że trudno właściwie orzec, jakiego jest koloru. – Chamaeleontis – mamroczę raz, a potem drugi, kiedy pierwsze zaklęcie ledwie omiotło Helenę delikatną poświatą. – No, no, teraz lepiej – cmokam, obchodząc ją uważnie, żeby upewnić się, czy aby na pewno pochłonęło ją całą. Teraz moja kolej, ale najpierw naciągam na łeb kominiarkę. Rachu-ciachu, Daniel był, Daniel się zmył. – To będzie dziewiąty blok po lewej. Daj mi dziesięć sekund, żebyśmy na siebie nie wpadli. Zatrzymujemy się na pięć sekund przy Esach i Floresach i później przy Andromedzie. Jeśli ktoś będzie się tam kręcić - punkt kontrolny przy następnym numerze. Wchodzimy od zaplecza, w suterenie jest kanciapa dla pracowników. Powinnaś zmieścić się przez okno, a później otworzysz mi drzwi od zewnątrz – instruuję dziewczynę. – Mamy cztery godziny do wschodu słońca – dodaję, jakbym informował ją o pogodzie, kiedy przemykamy opustoszałymi ulicami. Póki co - obiecująco. Docieramy na Pokątną i po krótkim sygnale - idę pierwszy, nie biegnąc, ale też nie marudząc. Cisza jak makiem zasiał, wszyscy posnęli, a mugolacy szykują się na rano do kościółka. Coś za… łatwo?



część mechaniczna:

rzuty na zaklęcia: raz,  dwa
rzut na rozpoznanie zabezpieczeń = 112
aktualna akcja: rzut na skradanie, co następuje (+30 do rzutu):
1 - MG
2-40 - ni stąd, ni zowąd zaczyna wyć alarm w sklepie z miotłami Broomstix. Na Pokątnej materializuje się dwóch postawnych ochroniarzy.
41-60 - gdzieś niedaleko zaczynają wyć bezpańskie psy. W mieszkaniach nad sklepami zapaliło się kilka świateł.
61-99 - nic się nie dzieje, spokojne przejście
100 - MG

1/3 tury zaklęcie Kameleona
1x k100 (skradanie):
65
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:35 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.