• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Śmiertelny Nokturn > Czarna Popielnica
Czarna Popielnica
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-06-2025, 00:07

Czarna Popielnica
Ukryta we wnęce między dwoma zrujnowanymi kamienicami na Nokturnie, stara, żeliwna misa o osmolonych krawędziach, w której ogień zdaje się płonąc bezustannie. To miejsce, gdzie czarodzieje pozbywają się niechcianych przedmiotów – zarówno tych, które mogą obciążyć sumienie, jak i tych, które lepiej ukryć przed wzrokiem ciekawskich aurorów. Wystarczy wrzucić coś do wnętrza i wypowiedzieć słowa „spopielej na zawsze”, a zrodzony z czarnej magii płomień pochłonie przedmiot, zamieniając go w drobny pył. Dym, który unosi się z Popielnicy, ma mdlący zapach siarki i czegoś przypominającego spalone pióra. Plotki głoszą, że niektóre przedmioty wrzucone do Czarnej Popielnicy nigdy nie przestają płonąć – ich echo słychać w trzaskach płomieni, a czasem można dostrzec w dymie przebłyski twarzy tych, którzy chcieli ukryć zbyt wiele.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
15-02-2026, 23:29
- Tak, sądzę, że wyznaczają go antyczne rzeźby - przytaknął na poły poważnie, na poły żartobliwie, chociaż sądził, że Day mógłby służyć jako inspiracje dla rzeźbiarzy tamtego okresu, a nawet stać się ich muzeum, pięknem w swojej niedoścignionej formie, być może nawet sam Apollo pokochałby jego urodę i uczynił go swoim drugim Hiacyntem. Właśnie dlatego, w kontekście jego urody, użył słowa "szlachetny", nie "przystojny". Według Mortimera różnica między tymi dwoma pojęciami była znaczna, a Dayowi bliżej było do definicji tego pierwszego.
Ostry protest przeciął cisze, jaka chwilowo otuliła uliczkę, a gładką taflę czoła Dunhama przecięła zmarszczka. Nie spodziewał się, że mężczyzna wykrzesa z siebie taką porywczą relacje. Dostrzegł też ruch ręki Daya, która zatrzymała się w połowie drogi do jego ramienia i w końcu opadła wzdłuż ciała mężczyzny, jakby jej właściciel zreflektował się właśnie, że Morty nie oczekiwał od niego gestu wyrażającego otuchę lub współczucie.
- Wiesz - zapatrzył się przez moment w czarne płomienie majaczące z oddali. – Chociaż żyje, czasem mam wrażenie, że od dawna jestem martwy - rzucił zniżając głos do szeptu, jakby zdradzał mu jeden ze swoich najpilniej strzeżonych sekretów, który nie były przeznaczone dla każdej pary uszu. – A osoba, która nadała mi te imię, odeszła z tego świata, a ja nie mam w zwyczaju plamić złym słowem imienia zmarłych - zwłaszcza matki, którą zabrała choroba, zanim skończył sześć wiosen. Nie wiedział, jakie przyświecały jej intencje, gdy nadawał mu tę imię, lecz podejrzewał, że miały związek z jego ojcem, który ją porzucił, a ona każdego dnia coraz bardziej usychała za nim z tęsknoty. Czasem miał wrażenie, że nie wykończyła ją słabość organizmu, a niespełniona miłość, której niespodziewanym owocem był on. – I nie sądzę, aby to był przejaw okrucieństwa z jej strony - dodał, czując się w obowiązku, aby bronić dobrego imienia kobiety, dzięki której przyszedł na świat, chociaż był pewny, że gdyby nie stal się jej ostatecznością, nie musiałby żyć przeszłością i odnalazłby szczęście w innych męskich ramionach. – Ostatecznie wydaje mi się, że poniekąd byłem tym, który sprowadził na nią śmierć.
Słowa zostawiły gorzki posmak w przełyku, a konfrontacja z nimi nie przyniosła mu ulgi, czuł natomiast niewidzialny ciężar bagażu emocjonalnego, jaki osiadł na jego barkach. Nie chciał o tym myśleć, ani o tym rozmawiać. Nie w oblepionej brudnym uliczce Noktruna. I nie w towarzystwie mężczyzny, którego ledwo znał.
Niektórzy nie biorę ślubu z miłości wybrzmiało jak puenta jego refleksji. Chociaż jego rodzice nie zawarli oficjalnie związku małżeńskiego, gdyby się na to zdecydowali, miał swiadomośc,że Francis nie poślubiłby Josephine z miłości. To byłaby dla niego inwestycja, niemal jak wszystko, czego w życiu dokonał, poza jednym - ciągnącym się już od prawie dziesięciu lat pobycie w więzieniu.
- Ja? Pomyślimy... - udał, że naprawdę ta kwestia zasługuje na chwilę zadumy, mimo iż decyzje podjął już wcześniej. Warto byłoby mieć w gronie znajomych magipolicjata, tym bardziej takiego pokroju Daya. – Widzę dla niej przyszłość, ponieważ odnajduję przyjemność w rozmowie z tobą - wyznał, nie uciekając się do kłamstwa, chociaż jeszcze niedawno był daleki do wyciągania podobnych wniosków.
Po przesłuchaniu, jakie mu zafundował, nie sądził, że znajdzie z mężczyzną wspólny język, lecz widocznie, po zdjęciu munduru, dopuszczał do siebie całkowicie ludzkie odruchy, różne od tych, jakie demonstrował w małym, obskurnym pokoju przesłuchań, w którym spędził kilka godzin.
Decyzje o tym, czy wróżba nadejdzie, czy nie, powierzył na barkach mężczyzny, bo sam udał się ku wyjściu z Nokturna. Pomimo iż wiosna dawała już o sobie znać, chłód nocy przenikał pod materiał płaszcza. Postawił jego kołnierz, by chronić odsłoniętą szyję przed kąsającymi ją podmuchami wiatru.
Chwile później usłyszał przyśpieszone kroki Ambrose'a, a potem pojawiły się słowa i ciężar jego ręki na ramieniu Dunhama.
- Wielu sądzi, że najciemniej jest pod latarnią - mruknął, z rozbawieniem, wyginając usta w paraboli uśmiechu, gdyż ten grymas zdążył zniknąć z jego ust, gdy pokonywał odległość dzielącą go od wyjścia z Nokturna.
I już chciał powiedzieć "pokaż tę rękę", już był gotowy przestudiować przecinające ją linie, lecz nagły potok słow, jaki spłynął spomiędzy warg Daya, sprawił, że Morty zamarł chwilowo w bezruchu.
- Zastanawiałem się czy pamiętasz tamten wieczór - rzekł, a jego słowa była tak ciche, jak głębokie westchnienie, które powierza się nocy, gdy nostalgia maluje na płótnie pamięci wspomnienia dni, które kiedyś budziły do życie motyle w brzuchu.
Zamiast od razu odpowiedzieć, pozwolił najpierw niebieskim oczom Ambrose'a odnaleźć heban jego oczu.
- Był, już nie jest.. - był przelotnym dotykiem, chwilową zachcianką i pokusą, jaka pojawiła się na jego drodze i której nie mógł się oprzeć, bo stanowczość męskiego dotyku działała na Mortiego inaczej niż kobieca zmysłowość, bardziej intensywnie i pobudzająco. Był, bo brakowało go już wśród żywych. Nadal pamiętał jego zielone oczy, do których wkradła się panika, kiedy trucizna sprawiła, że nie mógł zaczerpnąć tchu. Przełknął silne, na co grdyka poruszyła się gwałtownie pod skórą. – Był moim kochankiem - dodał jeszcze, pozwalając temu wyzwaniu wybrzmieć niewyraźny, ledwie słyszalnym szeptem między nimi, kiedy sięgnął ustami do ucha Daya, chociaż musiał wspiąć się na palce, aby tego dokonać.
Nazwie to dewiacją? Ujrzy w jego oczach obrzydzenie, a może jej siostrę bliźniaczkę - pogardę?
Cofnął się o krok, chociaż nadal czuł jego dotyk na swoim ramieniu, a jego obawy nie odbiły się na tafli rzeczywistości, gdyż w oczach Daya nie ujrzał absolutnie nic, bo ten wyraźnie zmieszany, zerwał z nim kontakt wzrokowy.
- Ambrose - wypowiedział miękko jego imię, a na jego ustach ukształtował się subtelny grymas uśmiechu. – Dlaczego uciekasz spojrzeniem? Nie sądzę, że prawda mogła cię zaskoczyć.
Skoro pamiętał ten incydent, musiał zapaść mu w pamięć, a więc zapewne od dawna snuł na jego temat spekulacje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
26-02-2026, 05:11
Wzniósł oczy do nieba (na którym mógłby latać na miotle i w ten sposób próbować zapomnieć o przeszłości swojej matki i o śnie, po którym obudził się na poły zawstydzony i na poły rozżalony), nie komentując banalnego dla siebie kanonu antycznych rzeźb.
Żartobliwego tonu nie wyczuł. Zdarzało mu się nie wyczuwać.
Wyciągnął i w porę opuścił dłoń, ale zatrzymał spojrzenie na twarzy Mortimera. Zmarszczka przecinająca gładkie czoło wydała mu się przejawem protestu, a nie zadumy. Protest z kolei działał na Ambrose jak płachta na byka, więc był gotów się z nim posprzeczać o znaczenie imion. Albo metafor, bo chyba tym były słowa o czuciu się martwym?
Miał nadzieję, że tym, że to słowna abstrakcja. W przeciwnym razie musiałby pomyśleć o pustce, którą czuł gdy grał zawodowo w Quidditcha (pomimo, że było to spełnieniem jego młodzieńczych marzeń) i gdy mieszkał z żoną i dziećmi (mimo, że mieszkanie było piękne i przestronne) i gdy tylko ktoś wypowiadał przy nim abstrakcyjne słowo ojciec. I gorzko skonkludować, że chyba też czasami czuł się martwy. Przynajmniej w pracy się tak nie czuł, policyjny mundur dodawał mu skrzydeł bardziej niż koszulka Srok z Montrose.
- Daj spokój. - żachnął się, bo tak było wygodniej. - To antyczne rzeźby - wrócił do ich tematu, bo wcale go nie rozwiązał - są martwe. Białe i puste, spojrzałeś kiedyś w ich ślepe oczy zamiast na kształt ciał? - spróbował podchwycić spojrzenie Mortimera, ale Mortimer patrzył w płomienie. Jego oczy były ciemne jak noc i cały zdawał się... kolorowy. Nawet w rozmowie, za którą Ambrose ledwo nadążał, ale która w jakiś sposób zatrzymała go w miejscu. Zagrożenie minęło i oddalali się od Nokturnu, mógł przecież pójść dalej.
Przechylił głowę i zamiast iść—słuchał. Rozpoznając w Mortimerze tą lojalność z jaką bronił dobrego imienia dziwnej kobiety, bo musiała być dziwna,  jeśli nazwała tak dziecko. Ciekawe, czy do dzisiaj suszyła mu głowę o pierdoły i przy każdej wizycie domagała się drobnych napraw w domu, ciekawe czy kiedykolwiek domyślała się, co robił w ciemnych zauł—
–z cieniem wstydu zorientował się, że przynajmniej w tej kwestii jego ciekawość została rozwiana. Sprowadził śmierć, czy zmarła przy porodzie?
Nie dociekał, ale nie zignorował tematu, nie zorientowawszy się nawet, że Dunham nie chce o tym rozmawiać. Nie wyglądał na takiego, który nie chce o czymś rozmawiać.
- No to jednak coś nas łączy. - wymamrotał, oferując prawdę zamiast pocieszenia. Prawdę, która nawet nie była prawdą, a domysłem, mrzonką, pesymistyczną prognozą lub cieniem nieśmiałej nadziei—że zostawiła go w ramionach innej kobiety, bo zmarła, a nie bo nigdy go nie chciała.
Samemu też nie chciał swoich dzieci, a jednak nikomu ich nie zostawił. Skrzyżował ramiona, spięte barki przeczyły prędkości z jaką podzielił się informacją o własnej matce-nie-matce. Nigdy nie mówił tego nikomu poza Maelle, ale przy człowieku, którego ledwo znał było to jakieś łatwiejsze niż przy znajomych, którzy poznali go jako syna Dolores Day. I mniej ryzykowne, jakby noc (ciemna jak oczy Mortimera) mogła pochłonąć te wszystkie słowa; jakby ich wspomnienie miało rozmyć się w blasku dnia. Bo pewnie tak będzie. Ambrose wiedział, że wypala ślad swojej obecności we wspomnieniach większości napotkanych kobiet, ale wątpił by Mortimer Dunham poświęcił mu więcej niż te kilka chwil uwagi; bo Mortimer Dunham był mężczyzną.
Kątem oka zerkał na bruneta, który poważnie roztrząsał przyszłość tej znajomości, aż...
...parsknął krótkim śmiechem. Trochę gorzkim, ale szczerym—mało komu udawało się go rozbawić, a konkluzja Dunhama była śmieszna.
- Mało kto odnajduje przyjemność w rozmowie ze mną. - wytknął, na końcu języka mając ostre nie musisz kłamać. Ostatecznie zdecydował się łagodnie(j) zamilknąć, próbując policzyć (prawdopodobnie na palcach jednej dłoni) takie osoby. Doliczył się mamy, Titusa, Maelle i Christiana z komendy (Christian też znał na pamięć każdy regulamin), aż wyliczankę przecięła nieco przykra i zarazem nieco intrygująca myśl: może widzi przyszłość w tym, że noszę mundur, ale mimo to kiedyś przeszedłem obok jego w ciemnym zaułku obojętnie. A dziś nieobojętnie. Zarówno reakcja jak i jej brak zadziałały w obydwu przypadkach na korzyść Dunhama.
I już był gotów poznać własną przyszłość, gdy... zmienił temat. Gdy rzucił urok na własną matkę i miał okazję poznać własną przeszłość—też zmienił temat. Dlaczego to sobie robił? Zwłaszcza, że nawet nie umiał tego zrobić dobrze. Przy Dolores dowiedział się o śmierci jej męża, a teraz...
- Pamiętam każdy patrol. - odpowiedział równie cicho, mając ponure wrażenie, że właśnie samemu wdepnął w pułapkę. Może pułapką były ciemne oczy Mortimera, od których oderwał wzrok tylko po to, by zsunąć spojrzenie na jego jabłko Adama. Zaschło mu w gardle, a choć w porę wychwycił, że Dunham wyciąga szyję by prawie sięgnąć ustami jego ucha—i choć niechęć do cudzego dotyku oraz przyciąganie dotyku płci pięknej nauczyły go w porę reagować, w porę się odsuwać—to pozostał w miejscu jak skamieniały.
Kochankiem. W tym słowie było coś obrzydliwie wulgarnego, sprowadzającego to wszystko tylko do brudnej (nigdy nie nauczył się patrzeć na to inaczej) cielesności.
Może to słowo rozczarowałoby go (dlaczego poczuł się rozczarowany?) w każdym przypadku, a może podświadomie wyczuł, że Mortimer szepta o tamtym człowieku z pożądaniem i z sentymentem, ale z emocjami innymi niż... Ambrose samemu nie wiedział niż co, ale na pewno innymi niż wspomnienie słonecznej Szkocji.
Przez chwilę spoglądał na uliczny bruk, choć tak naprawdę spoglądał we własne wspomnienia.
Ostro odwrócił głowę w stronę Mortimera dopiero, gdy ten go skonfrontował. Day nie unikał konfrontacji, choć teraz wydawał się na raz rozkojarzony i zarazem skupiony; o ile taki paradoks w ogóle był możliwy.
- Najwyraźniej jesteś zdolny mnie zaskoczyć. - powiedział powoli, ostrożnie dobierając słowa. Ty, nie prawda. I to, że... - Nie boisz się? Dlaczego się nie boisz? - zażądał kolejnej prawdy, tym razem wbijając spojrzenie wprost w czarne tęczówki. Tak ciemne, że prawie nie sposób odróżnić źrenic. - Był. To znaczy, że... nie skończyło się to dobrze? - zapytał naiwnie, nie rozumiejąc dlaczego podejrzenie odpowiedzi wzbudza w nim jakiś nieokreślony żal. Żal za czymś, czego nawet nie przeżył albo nie miał odwagi przeżyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 22:25
- Ich oczy są ślepe, bo marmury jest pozbawiony czucia - sprawdzał kiedyś, jak zimny w dotyku potrafił być? Martwy, całkowicie martwy. Jak mort w imieniu Mortimer. Jak trupy w kostnicy, które pewnie widywał, aktywnie prowadząc śledztwa. I jak czerń nocy, w której tonęły ich sylwetki. – Ty wydajesz się być zdolny do odczuwania, ale może się mylę?
Nie, chociaż znał go raptem kilka chwil - wydawało mu się, że Ambrose Day, którego spotkał w zaułku jest dużo bardziej prawdziwy niż ten, który przemawiał do niego na komisariacie - wiedział, że się nie myli. Wznoszenie oczu do nieba potraktował jak wyraz dezaprobaty, a może irytacji? Widział przecież, jak w mężczyźnie wzbierają się w emocje, które prędzej czy później będą próbowały odnaleźć drogę ucieczki. W przestrzeni umysłu Mortiego zjawiło się pytanie - jak rozładowuje napięcie?, lecz szybko pozwala, aby ta myśl zginęła na mieliźnie świadomości, gdyż chwile potem oddał się innej. Gdyby włożył dłoń do czarnej popielnicy, buchający od niej żar poparzyłby mu skór? Czy w tym bólu, jaki by wówczas poczuł, zniknęłyby wszystkie te emocje, jakie usiłował obecnie zatuszować pod przykrywką uśmiechu?
Przez jego twarz przebiegł cień grymasu, gdy uświadomił sobie ,ze przeszłość, przez którą uciekał, znowu go dogoniła. Tym razem nie tylko deptała mu po piętach, lecz też zanurzyła swoje szpony w jego ciele. Przypomniał sobie matkę zapadającą się w ramionach choroby. Cierpienie odciśnięte na jej twarzy. I to, jak poruszała ustami, ale krtań odmówiła jej posłuszeństwa, przez co umarła w niepodobnej do niej ciszy. Zanucił wtedy, przez łzy, nieświadomy jeszcze jak dotkliwe jest poczucie straty, jakiej właśnie doświadczył, jej ulubioną melodią, którą później nauczył się grać perfekcyjnie na wiolonczeli. Jakby to mogło coś zmienić. Jakby to przywrócić jej życie.
To jednak coś nas łączy, jakie zawisło w powietrzu, zbudowało pomost pomiędzy nimi. Dunham zerknął na Daya. Wydał się bezkompromisowo szczery w tym banalnym wyznaniu, które nie niosło pocieszenia, a obnażała nagłą, bolesną prawdą, jaka spotykała się
zwykle za zrozumieniem. On też stracił matkę, gdy był jeszcze dzieckiem? Ukształtowało ich jednakowe doświadczenie?
Wydawało mu się, ze mógłby o to zapytać i domagać się szczerej odpowiedzi, bo w mroku otaczającej ich nocy łatwiej było znaleźć odpowiednie słowa, które nie raniły swoimi kanciastymi krawędziami, ale wybrał milczenie. Ambrose Day już i tak bezpowrotnie wypalił ślad swojej obecności w jego pamięci. Nie było sensu pogłębiać "więzi", która zostanie tylko w tej jednej chwili. I zniknie za kilka godzin wraz z nadejściem świtu.
Cisza została przerwana przez śmiech, jaki chyba niekontrolowanie opuścił korytarza gardła magipolicjanta. Wydawał się szczery. Jakby słowa Mortiego naprawdę go rozbawiły.
- Są tacy, którzy w torturach odnajdują szczyptę przyjemności - zauważył, ciut zaczepnie, nie kryjąc lekkiej sardoniczności, jaka prześwitywała przez jego słowa. – Więc albo należę do tego grona, albo zadajesz się z ludźmi, którzy nie wiedzą, jak czerpać przyjemność z rozmowy. Możesz wybrać opcje, która ci leży, ale nie radzę kwestionować mojego gustu. O nim nie dyskutuję.
Do tej pory sądził, że Day gra w nim grę, której zasad jeszcze nie poznał, teraz wiedział już, że był w błędzie. Wszystko wskazywało na to, że mówił to, co myślał. I chyba faktycznie nie chciał wiedzieć, co spotka go w przyszłości, bo szybko przeszedł z jednego tematu do drugiego.
- Winszuję pamięci - nie drwił sobie, nie tym razem. W zasadzie na moment, kiedy pojawiła się zmianka o człowieku, którego kiedyś nazywał swoim kochankiem, zapomniał, jak obsługuje się ludzką mowę.
Nie powinien sięgać pamięć wstecz, wracać do tamtych dni i tamtych wspomnień. Długo żył w ich cieniu. Długo nie mógł zapomnieć- Nie, nigdy nie zapomniał. Nadal pamiętał, chociaż czasem wolał nie pamiętać.
Kochanek. W tym słowie było coś, co wzbudzało jego sprzeciw, lecz jak inaczej mógł nazwać obiekt swojego romansu?
Po tym, jak mężczyzna odwrócił ku niemu gwałtownie głowę, spodziewał się, że Day spojrzy na niego z odrazą, powie mu, aby nigdy się więcej do niego nie zbliżał i odejdzie, ale magipolicjant nie postąpił w zgodzie z tym scenariuszem. Sprawiał wrażenie raczej kogoś, kto właśnie się nad czymś gorączkowo zastanawia.
- To jeden z moich wielu talentów - na jego ustach znowu zarysowała się ścieżka rozbawienia, jakie tym razem sięgnął też oczu. Zaczął sobie powoli uświadamiać prawdę, która skryta pod szalem wątpliwości, dopiero teraz przebrała konkretniejsze kształty; Ambrose Day z trudem łapał aluzje. – Czego mam się bać? Tego, że mógłbyś puścić parę z ust? Wtedy nie myślałem w takich kategoriach i chyba miałem szczęście, że coś nakazało ci zachować ten incydent dla siebie. Jak myślisz co to było? Moralne zobowiązanie do milczenia?
Pomimo obrączki, jesteś taki jak ja, Day? Odnajdujesz przyjemności w tym, co w innych zbudza jedynie zgorszenie? W towarzystwie mężczyzn? W ich obecności, w dotyku, pocałunkach?
Mógłby rzucić mu wyzwanie. Mógłby posunąć się o krok dalej. Mógłby sprawdzić, jak zareaguje, gdy ich twarze znajdą się na tyle blisko, aby mogli poczuć na skórze ciepło swoich oddechów. Zadowolił się jednak kontaktem wzrokowym, który trwał dłużej niż wymagała tego zwykła przyzwoitość, aby można było go uznać za wymianę spojrzeń dwójki zupełnie obcych sobie mężczyzn.
- Czego mam się bać? - powtórzył, a ton jego głosu balansował na granicy rozbawienia, co było absurdalne, w obliczu obecnie towarzyszących mu uczuć, bo nie odrzucił strachu; nadal gdzieś tam był, gnieździł się w trzecim żebrze od końca, czasem sprawiał, że nie mógł oddychać. – Konsekwencji swoich decyzji? Tego powinienem i przyznaję, byłem wówczas nierozważny. Popełniłem błąd, bo dałem się ponieść emocjom. Twój wzrok mnie otrzeźwił. - Nie do końca. Palił go w skórę, wybijając z rytmu, lecz nie napełnił go paniką, raczej rozniecił to, co w płonęło w jego trzewiach. – Takie relacje rzadko kiedy kończą się dobrze - mruknął cicho, żalem wybrzmiały jego słowa i tęsknotą - tęsknotą do czegoś, czego pragnął, lecz czego nigdy nie dostał. Nie chciał o tym rozmawiać. Potrzebował tematu zastępczego. Czegoś, przez co Day nie zapyta o szczegóły. – Dlaczego przeszedłeś obok tego obojętnie?
Zgorszył go ten widok?
Odpowiedź nie nadchodziła, a tymczasem Morty zatrzymał się przy fasadzie znajomej kamienicy.
- To mój przystanek - oświadczył w końcu, gdy ich sylwetki zatonęły w cieniu zabudowań. Położył ręce na klamce,.- Dziękuję za eskortę, panie Day - usta Mortiego nadal były udekorowane w uśmiech. - Liczę, że ta rozmowa jeszcze kiedyś doczeka się kontynuacji, a tymczasem dobrej nocy.
Czego mam się bać?, pytanie nie opuściło go nawet wtedy, gdy rozstał się z towarzystwem policjanta i ciemność klatki schodowej pożarła jego sylwetkę.
Lęk, jaki czasem w nim rósł, zakradł się do jego podświadomości pod postacią nienawistnych szeptów.

zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:36 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.