• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Salon Różany
Salon Różany
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-09-2025, 10:53

Salon Różany
Pomieszczenie usytuowane na parterze, blisko głównej jadalni. Eleganckie, przestronne miejsce na planie prostokąta z dominującą kolorystyką w odcieniach różu oraz bieli. Centralnie usytuowane wygodne kanapy w barwie écru wraz z towarzyszącymi im fotelami. Przy ścianie kominek z białego marmuru ze złotymi zdobieniami roślinnymi. Duże okno zapewniające dostęp do światła i widok na część ogrodu różanego. W pomieszczeniu znaleźć można liczne wazony ze świeżymi różami, które podtrzymywane są w dobrym stanie za pomocą magii. Zapewniają one woń kwiatów, która wyczuwalna jest przy przekroczeniu progu drzwi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
02-02-2026, 21:58
Rozmowa z Nathanielem była przyjemnie kojąca. Inna, ciekawa, odprężająca. Tak bałam się tego spotkania po latach, okresu milczenia, kiedy żyliśmy osobno, mimo że nasze życia były kiedyś tak blisko. Brakowało jednego ogniwa, tego który nas spajał. Byliśmy trójcą, z którą spędzałam swój czas. Zwierzałam się. Snułam plany na przyszłość. Teraz został mi tylko Nathaniel i czułam, że ten mur pomiędzy nami zaczyna pękać. Jeszcze długa droga nim całkowicie zniknie, a nasza relacja się odbuduje, ale zrobiliśmy pierwszy krok ku powrotowi. Powrotowi ku sobie. Powinniśmy zapomnieć o przeszłości, iść dalej. Wiedziałam jednak, że się nie da. I każdemu naszemu spotkaniu towarzyszyć będzie Noah. Z jednej strony to dobrze, z drugiej nigdy nie będziemy w pełni wolni. To była jak niedokończona sprawa. Nie zamknięty rozdział.
Widziałam jak słucha, gdy opowiadałam. Jak kiedyś. Ciepło rozeszło się po moim ciele, w jego głosie brzmiała nuta zainteresowania. Nie pytał z grzeczności, naprawdę chciał wiedzieć. Jednak jedyne co mogłam zrobić, to wzruszyć lekko ramionami. Spojrzałam przed siebie zamyślonym wzrokiem.
- Mam nadzieję, że tak - odparłam, spoglądając na niego. - Jeżeli moje wnioski są sensowne i zostaną one uznane za słuszne, to myślę, że jesteśmy bliżej niż dalej.
Nie wiedziałam dokładnie na czym stoi praca innych archeologów. Byli ode mnie starsi, bardziej doświadczeni. Nie byłam przekonana, czy moja wiedza na cokolwiek im się przyda. Poprosili jednak o pomoc, a ja nie śmiałam odmówić. Nawet nie chciałam odmówić. Nawet jeśli moje poczynania nic by nie wniosły, to sama świadomość tego, że mnie zaprosili do współpracy już powodowała u mnie poczucie dumy. Pierwsze poważne osiągnięcie, tak na to patrzyłam.
Słuchałam Nathaniela uważnie, gdy opowiadał o swoim studenckim życiu. Kiedyś też o tym myślałam, aby wstąpić w szeregi uczniów uczelni. Skończyło się jednak na planach, rozmyślaniach i niczym więcej. Nie znalazłam tam niestety dla siebie miejsca, ale gdyby tylko otworzyli kierunek związany z historią, ach, biegłabym z dokumentami o przyjęcie.
- Mogę ci jedynie pogratulować - odparłam ciepło. - Jestem z ciebie dumna, naprawdę.
W tej samej chwili tuż obok nas pojawił się rodzinny skrzat informując o rozpoczęciu spotkania, na które zostałam zaproszona. Mimowolnie spojrzałam w stronę rezydencji i zacisnęłam usta. Po stokroć bardziej wolałabym dalszy spacer u boku starego przyjaciela, niż udział w tej jakże nudnej popołudniowej herbatce. Spojrzałam na Nathaniela uśmiechając się mimo wszystko, kiwnęłam głową.
- Powinnam wracać. Czy zechcesz odprowadzić mnie wraz z Prudencią? - Zapytałam, obracając się w kierunku posiadłości. - Czy odwiedzisz mnie w Derbyshire? Będzie mi bardzo miło…
On dzisiaj zrobił pierwszy krok. Pierwszy od wielu wielu lat. Jeśli chciałam, aby relacja się odbudowała, nie mogłam pozwolić teraz abyśmy odpuścili. Kolejny krok należał już do mnie. I miałam zamiar go wykonać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Nathaniel Crouch
Czarodzieje
For a child, the loss of a parent is the loss of memory itself
Wiek
23
Zawód
Student prawa magicznego, lobbysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
5
Brak karty postaci
23-02-2026, 19:38
Zastanawiał się czy ona też o nich myśli.
Lestrange.

On czasem nie mógł siebie powstrzymać, natrętne myśli wracające do zgubionego umysłu. Decydował się wtedy na sesje szermierki lub intensywny okres czytania powieści, wszystko my myśli odnalazły ponownie tory. Były to myśli srogie, wielkie, nachalne w swym brzmieniu. Zdawały się go czasem śledzić, usypiać do snu.

Locryn Lestrange.

Wymawiał każdą literę z osobnym syknięciem. Pamiętała go? Ten strach, który potrafił w nich wydobyć. Gdy mieli trzynaście lat i odwiedzali posiadłość ich domu, gdy wparowywał do pokoju z oczami pełnymi gniewu. Wibrujące emocje wokół jego osoby, trzeba było się go bać. Było w nim pewna niestabilność, nie było pewności kiedy wybuchnie. Wzywał Noah do pokoju, a oni patrzyli jak odchodzi.
Nienawidził go tak bardzo, niczego równie mocno na tym świecie. Ten moment przerażenia, który obejmował całą jego klatkę piersiową. Ta bezsilność, gdy wiedziano, co się zaraz stanie. Nikt nigdy nie pomógł, a przecież miał tylu starszych braci. Gdyby miał młodsze rodzeństwo broniłby go własnym ciałem, nigdy nie odpuszczał. Nie tylko jego bracia wiedzieli, niektórzy mawiają, że mają uszy wszędzie, lecz pięknie potrafili odwracać wzrok.
Pokręcił głową, on i jego natrętne myśli. Prudencia dotknęła mokrym nosem jego dłoni, zmartwiona jakby przeczuwała jego zgubną wędrówkę.
– Czyli jeszcze trochę i zapiszesz się w podręcznikach runicznych – czyż nie będzie to osiągnięcie godne uznania? Pewien rodzaj pomnika, którego nieliczni byli godni. Nawet jeśli były to początki jej pracy, to perspektywa własnych interpretacji run była znakomitym ideą. Innowacyjna i kreatywna, pozwalająca zając krukoński umysł spragniony zagadek. Zawsze sądził, że Vivienne mogła zaoferować światu o wiele więcej niż bycie przykładną żoną i matką. Może to wpływy wychowania wśród kobiet, które nie brały jeńców i szerzyły ambicje, lecz dostrzegał jej talenty. Cieszył się, że nie był jedyny i teraz gdy spełniła jedną z swoich ról, będzie mogła szukać dalej. Gdziekolwiek porwie ją świat i nauka. On sam również wytaczał swoje ścieżki, odnajdywał swoje powołanie. Te wakacje ponownie spędzi na stażu w Ministerstwie, tym razem jednak w innym departamencie, gdyż tylko w ten sposób może pojąć prawdziwe realia prawa. Nie był jednak przekonany, że urzędnicza praca była mu przesłaniem.
– To nic wielkiego, naprawdę – szczera frustracja odnalazła jego osobę, tak rzadko spotykana. Doprawdy nie uważał, żeby jego studia były wielkim wyczynem, gdy miało się jego nazwisko i możliwości. Raphael skończył ten sam kierunek, to powinno wyjaśnić całą sytuację. On jednak cieszył się ich trwaniem, pewnym przedłużeniem okresu młodzieńczości. Zaznawać i odczuwać, pozwalać sobie na życie. On czasem nadal zdawał się chłopcem, ona była już żoną – jakimi innymi ścieżkami prowadziły ich życia.
Może nie umiał przyjąć komplementu, a może była to mieszkanka własnej, krytycznej oceny własnych osiągnieć. Dotychczas nie dokonał niczego istotnego, podążał wyznaczoną ścieżką Crouchowego życia. Wskazał dłonią kierunek, jako ofertę do wspólnego powrotu. Nie musiał dużo myśleć nad odpowiedzią, nawet jej nie przemyślał. Może powinien? Było za późno.
– Oczywiście, gdy tylko będzie mnie tak chciała – padło, nie mógł tego cofnąć. Zdecydował się na pierwszy krok, teraz miał zamiar tym podążyć.

Zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
25-02-2026, 23:06
17 maja


Siedemnasty maja. Siedemnasty.
Upewniam się jeszcze raz, kiedy siedzę pogrążony w zamyśleniu wśród sielankowego wystroju salonu, w którym to zostałem tymczasowo umieszczony. Nie lubię podobnych sytuacji, zwłaszcza gdy czuję na sobie nieprzyjemne spojrzenie służby. Chyba mnie kojarzą, ale wciąż pozostaje w nich ta charakterystyczna doza niechęci, bo przecież wciskam się w ich zwyczajny grafik zwyczajnych zajęć i zmuszam do poczynienia starań związanych z wyjaśnieniem sprawy. A właściwie z wyjaśnieniem tego, dlaczego pan Crouch, dziękuję Rafaelu, jest nieobecny, kiedy ja twierdzę, że umówiliśmy się na dzisiaj. Nie ma możliwości pomyłki z mojej strony, a jedyne, co się ukazuje to paskudna niesłowność przyjaciela. Zdaje mi się, że do tej pory traktował umowy bardzo poważnie — nie twierdzę wprawdzie, że nie można czasami czegoś przeoczyć — tymczasem dzisiaj postanowił zwyczajnie wyparować pozostawiając mnie w tej jakże niezręcznej sytuacji. Czuję się tym odrobinę zawiedziony, może nawet urażony. Jeszcze nie zdecydowałem. Wszystko okaże się, kiedy staniemy oko w oko. Póki co, muszę się z tym gryźć.
Siedzę na miękkiej kanapie ze stosem książek tuż obok, w nosie kręci mnie od intensywnego zapachu róż. Nie przepadam za nimi, jeśli mam być szczery. Są zbyt pretensjonalne. Choć przecież ubóstwiam to, co przerysowane, przesadne, ocierające się wręcz o kicz, to w tym przypadku nie umiem się przemóc. Mimo wszystko, oglądam z jakąś namiastką zainteresowania esy i floresy zdobnych tapet oraz wyszukane kształty wazonów, w których znajdują się pełne kwiatowe pąki. Na tle wystroju prezentuję się dzisiaj jak dorodna, rzucająca się w oczy śliwka. Nie mam ostatnio za grosz wyczucia.
Resztką nadziei trzymam się tego, że być może Rafael jednak zaszczyci mnie swoją obecnością i że zawieruszył się tylko gdzieś w odległym pokoju rodowej rezydencji. Merlinie — ileż oni tu mają pomieszczeń? Nie próbuję nawet zgadywać. Palatium Librae wygląda okazale z zewnątrz, a co dopiero, kiedy zanurzyć się w niekończących się korytarzach.
Po około piętnastu minutach częstują mnie uprzejmie herbatą, bo pora też jest na nią odpowiednia. Długo nie sięgam po kruchą, malowaną — a jakże — w pąki róż, porcelanę. Wreszcie jednak kapituluję, bo zaczyna mnie drapać (również w gardło) cała nieszczęsna niezręczność sytuacji. Pochylam się nad niskim stoliczkiem, chwytam cukiernicę i dozuję sobie dwie kostki cukru. Mleko pomijam. Zupełnie nie rozumiem zwyczaju picia herbaty z jego dodatkiem. Mieszam napój srebrną łyżeczką, odkładam. Zostaje mi napić się odrobinę. Tak lepiej.
Wzdycham, bo jestem strasznie znudzony oczekiwaniem. Rozważam, czy nie wychylić się z salonu i nie obwieścić, że książki zostawię, a z panem Rafaelem rozmówię się innym razem, bo tak właściwie, to mi się mocno spieszy. Myślę, że nikt nie będzie pytał o szczegóły. Może nawet mi podziękują. Wstaję, żeby rozejrzeć się przez obszerne okna, nim podejmę ostateczną decyzję. Dzień należy do tych przyjemnych — jest środek maja, sprawia, że słońce jest jeszcze całkiem wysoko jak na tę godzinę, jego promienie osiadają na złoceniach sztukaterii. Może ktoś zostawił uchylone lekko skrzydło okienne? Potrzebuję złapać oddech, różany odór zaczyna mnie mierzić.
Dlaczego róże? Czy za wystrój odpowiadała kobieca część rodu? To wprawdzie sceneria idealna na popołudniowe spotkania w gronie podstarzałych już kwok rozprawiających o niuansach etykiety. Czy one w ogóle o tym rozmyślają? Myślę, że prędzej im do skórowania poszczególnych sylwetek obgadywanych akurat osobistości. Uśmiecham się złośliwie, wychylając lekko w kierunku roztaczającego się po drugiej stronie krajobrazu wypielęgnowanego ogrodu.
— Znów róże… Merlinie… — mruczę do siebie i wtedy słyszę, że ktoś naciska na klamkę z zamiarem zburzenia chwili mojej kontemplacji nad zamysłem ogrodnika. Mam nagły napływ nadziei — to może Rafael? Rzeczywistość okazuje się być dalece mniej łaskawa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 20:07
Drzwi gabinetu wuja zamknęły się za nią z głuchym uderzeniem. Dźwięk zszedł się z pojedynczym uderzeniem serca, które uderzyło w żebra z ogłuszającą siłą. Zgięta wpół przesunęła się bliżej ściany i to na niej oparła się plecami, czerpiąc drobną pociechę z chłodu grubych, kamiennych ścian rezydencji. Słyszany szeleszczący szmer mógł pogłosem prowadzonych już bez niej rozmów, ale równie dobrze mogła się mylić i powinna uznać je za niepokojący efekt uboczny. Nie pamiętała dnia z poczuciem pewnego gruntu pod nogami. Stawianie kroków wiązało się z ryzykiem - moment zawieszenia pomiędzy uniesieniem stopy a umieszczeniem jej z powrotem na ziemi wypełniały wątpliwości. Nie wiedziała, czy zatonie we wzburzonej czeluści morskich głębin, spadnie z urwiska lub w wyniku upadku uderzy głową w marmurowy parapet. Wszystko wokół wirowało i sprawiało wrażenie bardziej szalonego niż było w rzeczywistości.
Zapalczywie walczyła o czysty oddech. Kiedyś miękki odgłos teraz niósł ze sobą wiele bruzd i drażnił nimi gardło, aż każdą część ciała pokryła gęsia skórką. Szarpnięcie za trzy guziki w górnej partii śnieżnobiałej koszuli było desperacką próbą wyrwania się na wolność. Sztywny materiał od razu rozszedł się w rejonie klatki piersiowej i pozwolił na swobodniejszy przepływ powietrza. Orzeźwiające poczucie ulgi dopełniła poprzez pozbycie się szmaragdowego żakietu, który z konieczności musiała przewiesić przez przedramię. Z upływem czasu stopniowo odzyskała pełnię władzy nad sobą, związała nurt myśli w pojedynczy strumień i trzeźwo rozejrzała się po całym korytarzu. Miała szczęście, że była tu sama, bo nieustępliwe spojrzenie matki czy reszty żeńskiej części rodziny uznałoby to za incydent wymagający odpoczynku w rezydencji. Jedynym miejscem zdolnym doprowadzić ją do porządku było własne mieszkanie zaszyte w cieniu Mayfair. Przyćmiony mrok na granicy widzenia rozproszył się wystarczająco, żeby godnie wyprostować plecy i ruszyć do biblioteki, skąd przed wyjściem musiała zabrać obiecaną przez ojca rzecz.
Kluczyła ścieżkami wytyczonymi przez rozkład domu. Wyraziste światło poranka przeobrażające się w południe wpadało przez okna i oświetlało nie tylko wiszące na ścianach obrazy czy sztukaterie, ale twarze gorączkowo szepczącej między sobą służby. Jedna z dziewcząt niosła pustą tacę do podawania herbaty, druga zaciskała palce na kremowej ściereczce z naszytą na krawędzi pierwszą literą rodowego nazwiska. Obie na widok niespodziewanego gościa dygnęły i wspólnie wyjaśniły, że w znajdującym się za rogiem salonie czeka przyjaciel Rafaela. Podziękowała im krótko i pozwoliła odejść, a sama podążyła we wskazanym kierunku. Pewnym, kontrastującym z wewnętrznym samopoczuciem ruchem nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi, otwierając się na dość niecodzienny widok. Stojąca przy oknie osoba była ostatnią, którą spodziewała się spotkać w zaciszu domu, z dala od centrum magicznego Londynu i gwarnych ulic. Tym zbiegiem okoliczności była zszokowana jeszcze bardziej niż w momencie, jaki wpędził ją w czystą nienawiść wobec Camilli. Jego obecność rozdarła jej skrzętnie ugruntowany spokój, choć miało to nieco mniejszy wydźwięk niż to, co stało się wcześniej. Uporządkowała odczucia z większym spokojem, poszeregowała je i ustawiła we względnym porządku, byle mieć szansę podejść do nagłego spotkania z większą godnością niż ostatnio.
Mimo to wici ognistej pajęczyny zaczęły wypływać z sedna serca.
— Lysander? — zadane w ten sposób pytanie tylko w połowie było idiotyczne. Otrzymane od służby informacje nijak przygotowały ją na to, co zastała. Ignorując nawrót szumu weszła głębiej i zamknęła za sobą drzwi. Podeszła bliżej, czując gęstniejący wokół zapach róż. Zazwyczaj delikatna woń w porze wczesnego kwitnienia zamieniała się w niemal namacalną materię. — Co Cię tutaj sprowadza? Przekazano mi tylko, że ktoś czeka na mojego brata, ale... cóż, nie spodziewałam się Ciebie. Nigdy nie wspominał, że znacie się osobiście — naturalnie neutralnie brzmienie głosu ułatwiło oswojenie się z obecnością Lysa. Zatrzymała się stosunkowo blisko - stanęła tuż obok jednego z foteli, tak, żeby wygodnie oprzeć się o niego biodrem. Pnące się wzdłuż nóg mrowienie sprawiało, że nie miała do siebie wystarczająco dużo zaufania. Wolała jeszcze nie zdawać się w pełni na odzyskaną przed paroma minutami siłę, zwłaszcza, jeśli nadal potrafił wyprowadzić ją z równowagi przypadkowym gestem. Gestem, którego znowu nie odczytałaby tak, jak powinna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 23:17
Wcześniej nie próbowałem nawet o tym myśleć — że Maya i Rafael mają ze sobą cokolwiek wspólnego (ironio: nazwisko to mało?). Może intencjonalnie, może początkowo zupełnie nie rozważając nawet, że mógłbym natrafić przypadkowo na trop niezręcznej historii z przeszłości? Po spotkaniu z Mayą nawet przez moment nie czułem pokusy, aby wybadać Rafaela. Strach? Przezorność? Czasami lubię uciekać przed niewygodnymi faktami, próbuję je wypierać z całych sił, byleby nie czuć dyskomfortu, z którym mi nie po drodze.
Wszystkie te róże, które mnie otaczają, zaczynają nagle roztaczać jeszcze bardziej nieprzyjemną woń, a płatki przybierają w jaskrawość nie do zniesienia. Przestronne pomieszczenie zaczyna się kurczyć, a ja czuję lekkie skołowanie, które zmusza mnie do ułożenia palców tuż pod linią opadających na czoło kosmyków. Jest zaskoczona równie mocno co ja. Merlinie. Los, mam wrażenie, zaczyna coraz bardziej z nami pogrywać.
Tamtego wieczoru w „Fontannie” odpłaciła mi się dokładnie tym, co ja sam zaserwowałem jej podczas Zjazdu Absolwentów. Czy zatem jesteśmy kwita? Atmosfera między nami nie zelżała ani odrobinę. Jest wciąż nieznośnie gryząca — tak jak różana woda, którą skropiony jest szczodrze każdy cal salonu.
— Jak widać — uśmiecham się gorzko, odpowiadając na pytanie, które wszak żadnej odpowiedzi nie wymaga. To jasne jak słońce, nie ukryję swojej obecności, nie ma na to cienia szansy. Nie poruszam się, kiedy zamyka drzwi i podchodzi bliżej. Zaczyna palić mnie potrzeba, aby to wszystko jakoś wyjaśnić, bo jeszcze moment i uzna, że jestem człowiekiem pozbawionym skrupułów, a moje pojawienie się jest idealnie wykalkulowaną zagrywką. Zagryzam lekko wargę, odrywam się zupełnie od moich rozmyślań na temat fantazji tutejszych ogrodników. Brat i siostra. Bardzo blisko. Jaki ja jestem głupi…
— On też nie wspominał nigdy o tobie — przyznaję. Ale przecież nasze rozmowy rzadko dotykały tematów rodzinnych. — Sam również nie pytałem, widzisz, was — Crouchów — całkiem sporo stąpa po tym świecie — dodaję, maskując swoją dotychczasową ignorancję. Mówię to też z cieniem lekceważenie w głosie. Jakby jej rodzina faktycznie była rzuconą pośród pozostałych mieszkańców Anglii drobnicą, na którą się natrafia co jakiś czas. A może to tak właśnie wygląda dla nas — prostych? Może ciężko nam przykleić do kilku głosek konkretne twarze, powiązania pomiędzy nimi, rodzinne konotacje? To zbyt odległe, często kiepsko rozumiane. Nadmienić tylko, że niektórzy dorabiają się pokaźnych gromad dzieci — jak więc to wszystko ogarnąć?
Robię dwa kroki w kierunku miejsca, gdzie siedziałem wcześniej, zerkam na do połowy pustą filiżankę z herbatą. Na imbryczek, na dzbanuszek z mlekiem.
— Obawiam się, że już wystygła, więc cię nie poczęstuję — wzdycham, odwracając zupełnie role. Po to tylko, żeby odzyskać nieco pierwotnej przekory, którą lubię ją przecież traktować. To znów bardzo niekomfortowa dla nas sytuacja.
Przyglądam się jej uważnie. Mówi swobodnie, ale nie posądzam ją o faktyczną lekkość. Musi dobrze się pilnować, starać. W pewnym sensie imponuje mi swoją nieugiętą wolą. — Ale to nie problem dla pani domu — dodaję, próbując przekuć gorycz powitania w coś na kształt satysfakcji płynącej z możliwości kolejnej konfrontacji. Nie jestem jednak na swoim terenie, dlatego też trzymam się, jak i ona, pewnych ram. — Jeśli chodzi o Rafaela, to tak, czekałem na niego. Umówilismy się kilka dni temu, przyniosłem mu coś… — zawieszam na moment głos. Nie wiem, jak bardzo Maya jest wtajemniczona w jego wspaniałe plany na zmianę kierunku kariery. — Wygląda jednak na to, że twój szanowny brat, jak bardzo bym nie pałał do niego sympatią i wyrozumiałością, postanowił zakpić z naszego ustalenia i pozostawił mnie na pożarcie służby, wyraźnie niezadowolonej, że dokładam im roboty. I nie zrozum mnie źle, nie dziwię się im wcale, lecz również wolałbym nie sprawiać takiego kłopotu, choć to zupełnie nie moja wina. — Słowa płyną wartko. — Widzę, że w końcu poprosili o interwencję ciebie. Temu też również się nie dziwię. Pozostaje jednak pytanie — robię pauzę, nim dobrze wymiarkuję ostatnie słowa. — Czy to dla mojego dobra czy może dla zguby? — kończę, rzucając jej długie, pozbawione choćby cienia zawahania spojrzenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
12-03-2026, 14:10
Nie zdziwiła się słysząc, że brat nie zaprezentował mu najbliższej gałęzi rodzinnego drzewa choćby w okrojonym składzie. Mało komu w trakcie rozmowy ze znajomymi przychodził pomysł przedstawienia swojego rodzeństwa - sama odłożyłaby to na później. Nie wiedziała też, jak długo się znają, lub o jakim stopniu zażyłości jest ich znajomość.
— Cóż, nasza rodzina faktycznie jest spora. Posiadanie wspólnego nazwiska nie zawsze oznacza aż tak bliskie pokrewieństwo — potwierdziła. W takim rozrachunku Rafael równie dobrze mógł być jej kuzynem albo kimkolwiek należącym do dalszej linii Crouchów, którzy rozpierzchli się po całej szerokości kraju.
Odruchowo podążyła za spojrzeniem Lysandra. Z filiżanki wypełnionej herbatą tylko do połowy nie unosiła się para, za to od tafli klarownej cieczy odbijały się złote refleksy tańczące na brzegu porcelany. Zawartość imbryka, wbrew jego obawom, mogła zachować akceptowane w tradycyjnym rytuale gorąco. Ta pewność i tak była pozbawiona znaczenia. Ciepło rozchodzące się po ciele skutecznie zniechęcało choćby do zwilżenia spierzchniętych warg - ulokowane zwłaszcza u nasady mięśni dotkliwie je szczypało, rwało i rozciągało, choć wystarczyło zaledwie spojrzeć na przedramię i upewnić się, że pod skórą nie dzieje się nic dziwnego.
— Prawdziwa pani domu nie pozwoliłaby, żeby gość zaproszony przez jednego z domowników musiał tak długo czekać, aż ktoś się nim zainteresuje — stwierdziła lekko nieobecnym głosem, z coraz większym zainteresowaniem śledząc zmiany zachodzące na zewnętrznej stronie dłoni. Lub ich brak, o czym świadczyła swoboda ruchu palców i niewidoczne nerwy, a czemu zaprzeczało przedziwne, rozchodzące się po nich mrowienie. Ostrożnie ułożyła marynarkę na oparciu kanapy i zajęła miejsce na samym środku siedzenia niezależnie od tego, czy on sam jeszcze stał, czy nie. Sądziła, że w takim położeniu skupienie uwagi na pełnym przebiegu opowieści z udziałem brata będzie łatwiejsze, gładsze, przypominające sunięcie opuszkami palców po jedwabiu. Niestety poszczególne elementy, a zwłaszcza związane z nimi słowa, upodobniły się do szorstkiej i gryzącej bawełny, potraktowanej przy praniu z niewielką dozą delikatności. Połączenie ich postaci w jednej rzeczywistości sprawiło jej niemałą trudność.
— Na przyszłość radzę przyzwyczaić się do tego, że Rafael nie zawsze pojawi się o umówionej godzinie, o ile w ogóle się pojawi. Dość łatwo się rozprasza i w konsekwencji zapomina o tym, co powinien zrobić lub z kim miał się spotkać. Podejrzewam, że służba jest do tego przyzwyczajona i ich niezadowolenie nie jest ściśle związane z tobą. W domu o tej porze niewiele się dzieje — wyjaśniła, choć być może powinna ugryźć się w język. Odkąd znalazła swoje miejsce poza rezydencją, ogólny rozkład dnia wszystkich mieszkańców mógł się różnić od tego, co znała. Zwracanie uwagę na takie szczegóły było trudniejsze, gdy serce z każdym kolejnym uderzeniem zamieniało się w kulę żywego ognia, a płomienie płynęły równie wartko co krew. Odpięcie jeszcze jednego guzika koszuli nie wchodziło w grę, na pewno nie teraz, w towarzystwie Lysandra. Zamiast tego uśmiechnęła się lekko. — Pewnie dlatego nikt nie poprosił mnie o interwencję. To czysty przypadek, bo od dawna mieszkam sama w Londynie, a wpadłam tu rano na prośbę wuja i ojca. Spotkałam służące na korytarzu i to one przekazały mi, że ktoś czeka na mojego brata — słowa płynęły niemal bez jej ingerencji. — Ale rachunek za to spotkanie zależy między innymi od tego, czy będę w stanie Ci pomóc. Na początku... Na początku wspomniałeś, że masz coś dla niego — zauważyła przytomnie, czego nie mogła powiedzieć o sobie. Spoglądała na Lysa bez odniesienia się do sposobu, w jaki robił to sam. Pomiędzy potrzebą zachowania godności a koniecznością odebraniem czegoś dla Rafaela nie tylko starała się utrzymać w pionie, ale i zapomnieć o pożerającej ją zazdrości. Pokłosie tamtego wieczoru nie uzewnętrzniło się tak bardzo tylko dlatego, że miała problem z zebraniem myśli w spójną całość. Dopiero boleśnie wyraźny obraz uwieszonej na nim koleżanki zamglił jej wzrok i speszył, aż odruchowo wcisnęła się mocniej w oparcie kanapy i odetchnęła głęboko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
18-03-2026, 22:00
Ostatecznie moje niedopatrzenie zostaje potraktowane jako coś, co faktycznie mogło się zdarzyć. Maya wie najlepiej, jak wyglądają ich rodzinne konotacje — zapewne ma tuzin kuzynostwa i drugie tyle krewnych o dalszych powiązaniach krwi pomimo tego samego nazwiska. Nietrudno jest więc stracić głowę i zapomnieć. Mogę odetchnąć z ulgą przynajmniej na moment. Dzięki temu czuję namiastkę rozluźnienia, może nawet większej swobody oraz przekonania, że nie zostanę całkiem potraktowany jako intruz, który wtargnął tu, aby zrobić jej na złość. Los natomiast okazuje się być wrogiem, nie sprzymierzeńcem, bo rzuca nas w tak absurdalne sytuacje, że poważnie zaczynam zastanawiać się nad tym czy przypadkiem nie aktywowałem starej klątwy rzuconej na mnie w chęci wściekłego odwetu. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że od Zjazdu wpadamy na siebie regularnie bez pytania o zgodę? Wszystko na dodatek jest zawsze utkane tak, abyśmy musieli wejść ze sobą w kontakt bez szansy na ucieczkę.
— Znów dość kiepsko wyrażasz się o sobie samej — zauważam. Zaczynam poważnie się nad tym zastanawiać, bo ilekroć się widzimy rzuca tak niepochlebne słowa we własną stronę, że zaczyna mi być z tym dziwnie niewygodnie. To jednak najwyraźniej nie przypadek, nie sądzę też, aby miała interes w udawaniu tak negatywnego nastawienia. Ludzie robią to zazwyczaj bardzo nieświadomie, budując specyficzną atmosferę wokół siebie. — Przepraszam — dodaję po chwili, bo wyraźnie galopuję tam, gdzie zaczynają pojawiać się sygnały ostrzegawcze. A jednak strasznie mnie to gryzie. — Nie powinienem czynić niepotrzebnie takich uwag. — Wstępuje we mnie krztyna pozornej ogłady, przynajmniej na moment. Poznałem się już nieco na pannie Crouch i wiem, że moja taktyka zwykle spełza na niczym. Z nią potrzebuję postępować inaczej, jeśli chcę wyjść stąd przynajmniej względnie bez uszczerbku. Nasze przekomarzanie się nie prowadzi bowiem do niczego dobrego. Też najwyraźniej powoli zaczynają opuszczać mnie siły i pierwotne zacięcie, a przede wszystkim chęć udowodnienia na siłę, że nie ma we mnie cienia winy.
Kiedy Maya siada, ja wciąż stoję nie chcąc zupełnie kopiować jej ruchów. Nie czuję się też na tyle chcianym, abym rozsiadł się na powrót wygodnie przy resztce napoju. Ze skupieniem słucham jej słów dotyczących Rafaela — ma rację, jest to człowiek, którego rozproszyć można bardzo łatwo. Wiem, że ulega różnym odczuciom i podług nich kształtuje swoje zachowanie. Nigdy jednak wcześniej nie nadszarpnął aż tak bardzo złożonych obietnic, co strasznie mnie denerwuje. Czuję coś na kształt rozczarowania, żeby nie powiedzieć goryczy zniewagi wymierzonej z premedytacją przez kogoś, kto może sobie przecież na to pozwolić. W moim świecie nie ma miejsca na takie niedopatrzenia. Zaciskam usta w wąską linię i kiwam lekko głową, wypuszczając następnie powietrze z cichym sykiem. Oczy uciekają gdzieś w ramę okna.
— Teraz już nic z tym nie zrobię. Jedynie czuję uszczypnięcie zawodu. Mój grafik zwykle jest dość napięty i rzadko mogę sobie pozwolić na podobne sytuacje — stwierdzam, chcąc dodać jeszcze „czas to pieniądz”, ale nie wiem czy to ma sens. W ich świecie zapewne ma się nieco inne spojrzenie na kwestie finansowe. Pusty przebieg, podczas którego sączę niezobowiązująco herbatkę to nie jest luksus dla mnie, zwłaszcza w zwykłym roboczym dniu.
Wreszcie decyduję się, aby usiąść. Robię to jednak tak, że opadam na niewielki skrawek fotela, gotów by w razie potrzeby szybko się ewakuować.
— Jak widać naszymi losami ostatnio władają same przypadki… — Nie powstrzymuję się przed komentarzem i uśmiechem, który jej posyłam zaraz po wyrzeknięciu ostatniego słowa. Czy będzie mnie przepytywać z powodów wizyty? Czy będzie chciała znać szczegóły? Jestem dyskretny, tym bardziej, że nie wiem w jakich zażyłościach pozostaje z Rafaelem. Nie zamierzam bruździć.
Zaciekawia mnie to, że mieszka sama w Londynie. Że dobrowolnie wyrzekła się luksusów rodzinnego domostwa, aby żyć na własny rachunek. Też, tym bardziej, zatrzymuje mnie poczucie, że musieliśmy przez ostatnie miesiące egzystować gdzieś bardzo blisko siebie. Przez moje ciało przechodzi dreszcz.
— Co dla niego mam? — pytam sam siebie. — Nie musisz się tym kłopotać, skoro nie pofatygował się na spotkanie, nie zamierzam ułatwiać mu sprawy i przechowam to, o co prosił do momentu, w którym postanowi się zjawić. Tym razem na moich warunkach. — To znów złośliwość, ale dzięki niej zręcznie omijam temat samych książek, które mu przyniosłem. Bacznie się jej przyglądam. Od pewnego momentu odnoszę wrażenie, że wkłada o wiele więcej wysiłku niż zwykle w to, aby pozostać w pełni profesjonalną. Dlaczego? Co się dzieje?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
19-03-2026, 18:17
Potrząsnęła głową. Nie uznawała się za osobą, która w domu miała do powiedzenia cokolwiek względem podejmowania gości. Minimalny poziom władzy oddała wraz z przeprowadzką do Londynu - tak kategoryczne rozwiązanie nie przypadło do gustu zwłaszcza żeńskiej części rodziny, która uważała ją za bezpodstawną lub, co gorsza, niepotrzebną. Nie potrzebowała ich aprobaty. Słowo ojca było decydujące i jeśli on nie widział w tym nic złego, nie zamierzała oglądać się za siebie.
— Nie musisz mnie przepraszać. Nie masz za co — odparła, wzruszając ramionami. — Mówiąc o pani domu miałam na myśli moją matkę. To ona nie pozwoliłaby Ci czekać na Rafaela tylko z zimną herbatą, bez żadnych przystawek — zapewniła, chcąc szybko wyprowadzić go z błędu. Obecne okoliczności były też nijakim odniesieniem do sytuacji, w jaką wpędziła się z własnej lekkomyślności. Od tamtej pory niewiele kwestii uległo zmianie, ale teraz przynajmniej nie rywalizowała z Camillą o uwagę.
Również wolałaby, żeby dopilnował spotkania z Lysandrem. To on prosił o przysługę, więc przynajmniej w teorii miało mu na tym zależeć na tyle, aby o wszystkim pamiętać. Żałowała, że nie może zdzielić go przez głowę w ramach delikatnego przypomnienia - na nieodpowiedzialności nie powinien tracić nikt poza nim samym. Niedopatrzenie brata sprawiło także im obojgu względnie przyjemną okazję do skonfrontowania się na niepewnym gruncie. Przestrzeń rodzinnej rezydencji nie dawała wystarczającej swobody do zaczerpnięcia pełnego tchu, nie mówiąc o wyzwoleniu głębszych odczuć.
— Przykro mi, że zmarnowałeś przez to swój czas — powiedziała szczerze, czując obowiązek wyrażenia skruchy. Rozmowa z Rafaelem mogła przebiec w innej atmosferze, w której na próżno szukałby w nim poczucia winy lub choćby najlżejszej refleksji. Zazwyczaj nie robił tego specjalnie, w ferworze gorączkowych myśli zapominając o tym, co właściwie powinien zrobić, ale nie zamierzała go poprzez to usprawiedliwać. Zbyt mocno szanowała cudzą prywatność, często idącą w parze ze ściśle ustalonym kalendarzem, w jakim każda godzina miała starannie przyporządkowany cel. Utrącenie choćby jednej wiązało się z niechcianymi opóźnieniami. Sztywny terminarz pracy Lysa musiał być właśnie jednym z tym przypadków, dlatego cała sytuacja miała dla niej niepojęty, drażniący wymiar.
Ilość bodźców oraz ich głębia tworzyła abstrakcyjną kakofonię. Od zawodu ze strony brata, przez niepokój zrodzony w gabinecie wuja, do czysto fizycznej słabości. Miała poczucie, że zdradziło ją to, w czym zazwyczaj była najsilniejsza, skąd czerpała pewność do trzymania kręgosłupa w prostej pozycji. Pozbawiona kontroli nad trajektorią własnego życia nie miała wpływu, jak często zderzała się ze słodkim i gorzkim zarazem śladem jego oddechu. Akceptowała bezsilność w samotności, z dala od świadków mogących potwierdzić ślad pożerających spojrzenie płomieni, w towarzystwie kogokolwiek podejmowała bezowocną walkę. Nierówną, jeśli wziąć pod uwagę zbyt realne w tej chwili poczucie rozlewającego się wszędzie płynnego ognia.
— Nie masz wrażenia, że jest ich zdecydowanie za dużo? — parsknęła zduszonym śmiechem, wywlekając każde słowo z niemałą trudnością. Retoryczność zadanego pytania byłaby jeszcze bardziej zabawna, gdyby tylko zdołała skupić się na niej dłużej niż przesunięcie wskazówki na tarczy zegara. Bezradność wobec słabnącego ciała wyzierała z okrytego mgłą spojrzenia, niezdolnego już teraz wyostrzyć sylwetki Lysandra na tyle, by nie przypominał rozmazanej plamy. Pomiędzy jednym a drugim trzaskiem żrących płomieniu zanurzyła myśli w ogłuszającym szumie tętniącej krwi, próbowała odnaleźć w szaleństwie drżący z wysiłku rytm uderzeń serca - niemal niesłyszalny, równie lekki co szept wiatru poruszający różami w ogrodzie. Panujący wewnątrz chaos był niczym w porównaniu z ciszą przetykaną miarowym, spokojnym oddechem, nie będącym jej własnym. Uparcie podążała jego tropem, dostosowała pod niego w nadziei na zdarcie narastającego bólu. Nieznaczna ulga była niczym w porównaniu ze świadomością, że ilość dzielonych z nim przypadków przekracza przyjętą normę i nawet jeśli to spotkanie miało mieć normalny charakter, nie powinna spać z głową pozbawioną zmartwień. — Och, w takim razie zapomnij o mojej propozycji. Twoja brzmi zdecydowanie lepiej i wiąże się z postawieniem Rafaela w sytacji, w której to on musi znaleźć czas dla Ciebie. To odpowiednia forma rewanżu — przytaknęła. Wymuszenie na nim działania było jedynym słusznym sposobem na osiągnięcie celu. Przekazanie przyniesionych przez Lysa rzeczy wiązało się także ze zaangażowaniem, które niepotrzebnie pogłębiłoby przypadkowość ich spotkań. Każde kolejne oznaczało coraz większe ryzyko nabrania nadziei, jaką należało zdusić w zarodku i zatrzeć związane z nią oczekiwania. Wstając powoli z kanapy przyozdobiła lico bladym, miałkim uśmiechem, będącym w gruncie rzeczy niczym więcej jak grymasem. Przesunęła się o krok bliżej okna, tak, aby odwrócona do niego plecami mogła zacisnąć wargi w proteście wobec rozdzierającego ją żaru. Spopielałe, zobojętniałe przez masę bólu płuca odmówiły pracy, kruszejąc przy najdelikatniejszym ruchu. W ostatnim akcie ratunku sięgnęła po klamkę, chcąc wpuścić do środka odrobinę świeżego powietrza, ale zdołała tylko zacisnąć na niej palce. Na więcej nie miała sił.
— Nienawidzę tego salonu — powiedziała bardziej do siebie niż do Lysandra. Mówiła też na tyle cicho, że sama ledwo to zrozumiała. — Zawsze jest tu tyle róż, nie można swobodnie oddychać...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
27-03-2026, 13:40
Dobrze, że okazuje się, iż to tylko moja nadinterpretacja. Wprawdzie czuję podskórnie, że pojawia się ona nie bez powodu, bo przecież zasadne są moje obawy na podstawie wcześniejszych obserwacji. W normalnych warunkach skłoniłoby mnie to, aby zarzucić przynętę, aby pociągnąć jej słabość dalej z korzyścią dla mnie, jednak nie mam obecnie najmniejszej na to ochoty. Nadal czuję ciężar melancholii w jaką wprawia mnie panująca atmosfera. Podobnie nie umiem cieszyć się na myśl, że Maya ma takie wątpliwości, że to coś, co może zaprzątać jej głowę dość często i warunkować to, jak funkcjonuje w świecie. Nie tego można się spodziewać po wysoko urodzonej kobiecie. Ja na moment zapominam o znakomitym nazwisku, przychodzi mi to w jej obecności dość łatwo, a dopiero po czasie reflektuję się zwykle, że nie powinienem sobie pozwalać na wiele.
Kiedy rozglądam się znów po pomieszczeniu na wspomnienie o jej matce, znów zaczynam myśleć o tym, że jestem tu zamknięty w swego rodzaju klatce. Czasami zastanawiam się czy mógłbym tak żyć. Często wydaje mi się, że mam ogromną potrzebę wygody, luksusu, otaczania się pięknymi przedmiotami, dostatek mnie nie przytłacza, a raczej kusi obietnicą lekkości życia. Zwykle jednak okazuje się, że kiedy już jestem w miejscu, którego zdaje się pragnę z całego serca, pojawia się niepokój, a widmo zależności zaczyna mnie przytłaczać. Magia jest piękna tylko przez moment, potem uświadamiam sobie, że nigdy nie będę, że nie jestem taki jak oni. Choć podobno w żyłach mych płynie rozwodniony błękit, to nie jest to rzecz wystarczająca. Naagle wszystkie ściany zdają się przybliżać i tłamszą mnie, zmuszając do ucieczki, jakby organizm posiadłości rozpoznał we mnie intruza, człowieka brudnego, będącego jedynie z wierzchu przyozdobionym na tyle, żeby w jakimś stopniu zlewać się z otoczeniem. Jakby i pałac przesycony był konserwatywną myślą, jakby potrafił rozpoznać, kto jest szlachetny, a kto został zbrukany nieczystą domieszką krwi. To absurd, wręcz mogę rzec, że paranoja, a jednak na moment jej ulegam. Potem przypominam sobie, że o to właśnie im wszystkim chodzi — abym nigdy nie czuł się na miejscu, gdziekolwiek spróbuję się zatrzymać. A temu odczuciu nie można się poddawać, należy je zwalczać. Ściągam brwi ku sobie i przyglądam się Mayi uważnie.
— Być może — decyduję się odpowiedzieć dopiero na kwestię przypadków, które rządzą ostatnio naszymi losami. — Nie wiem czy należy dopatrywać się w tym drugiego dna, jak sądzisz? — pytam, nie chcąc samemu nadinterpretować. Jeśli tak dalej pójdzie, okaże się, że jesteśmy na siebie skazani. Chyba, że chodzi o coś innego. — Może coś nam wciąż umyka? Co powinniśmy zrobić, aby wreszcie puszczono nas wolno? — jednak poległem, dodaję kilka słów więcej. Jakbym obawiał się ciszy z jej strony. Cieszy mnie tylko, że nie drąży kwestii książek i Rafaela, bo najwyraźniej nie ma najlepszego zdania o sumienności swojego brata. Przynajmniej w tym się obecnie zgadzamy.
Zaskakuje mnie, że nagle się podnosi. W pierwszej chwili nie reaguję, jedynie wiodę za nią spojrzeniem, kiedy chwyta dłonią klamki okiennej. Faktycznie, zapach róż jest przytłaczający. Sam przecież narzekałem na niego kilka chwil wcześniej. Wszystko to byłoby faktycznie wyjaśnieniem dla jej zachowania, gdyby nie moja wcześniejsza obserwacja, że słowa przychodzą jej z trudem, że zachowuje się nienaturalnie, a jej twarz pobladła. Zaciskam lekko palce, a ciało w wyuczonym automatyzmie unosi się zaraz, bym mógł w dwóch krokach znaleźć się tuż obok. Wygląda na to, że coś jej dolega. Oko medyka wychwytuje takie niuanse.
— Pozwól, że ci pomogę — oferuję. Układam palce na klamce, tuż nad jej własnymi, przez moment czuję ich chłód. Okiennica zgrzyta głucho, następnie do pokoju wpada świeże, majowe powietrze. Ja patrzę na nią badawczo, wreszcie zsuwam dłoń niżej, by bez pytania uchwycić za jej nadgarstek. Zaczyna mówić niewyraźnie. Przyciskam opuszki do gładkiej skóry i szukam pulsu. Oceniam szybko. Krew dudni. — Mayu, dobrze się czujesz? — pytam podejrzliwie. Puls ma mocno przyspieszony. — Usiądź, proszę — dodaję zaraz, ale nie zmuszam jej do ruchu. Patrzę wciąż wnikliwie. Jej klatka piersiowa porusza się dość nieregularnie i szybko, twarz ma bladą, oddech również nie jest miarowy. Trzymając ją wciąż za nadgarstek, zerkam w stronę sofy. Najlepiej, jeśli się na chwilę położy. — Nie wygląda mi to na sprawkę różanego zapachu — wyznaję z troską. — Chodź, połóż się, spróbuję ci pomóc.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
31-03-2026, 03:29
Zesztywniała. Przepuszczanie dotychczasowych spotkań przez świetlisty pryzmat drugiego dnia było bardzo niebezpiecznym posunięciem. Idea odkrycia sił pchających ich ku sobie miała swój urok, ale pycha nie bez powodu kroczyła tuż przed upadkiem. Wystarczyłby zaledwie jeden ruch, ten lekki, zmotywowany niewinnym obowiązkiem poznania prawdy. Tragedia godna greckiego teatru czekała, aż kurtyna ruszy w górę. Nie bez powodu lękała się ujrzeć, co jeszcze miało do zaoferowania serce spowite zazdrością, nienawiścią do samej siebie i wstydem, w jakim żyła od chwili tamtego tańca. Dorzucenie do tego dodatkowego ciężaru było niczym samowolny skok w przepaść - przynajmniej dla niej. Zasugerowany przez Lysandra pomysł oderwania się, znalezienia sposobu na odzyskanie wolności brzmiał kusząco, nawet zbyt dobrze, by naprawdę mógł zadziałać.
— Skąd będziemy wiedzieć, że definitywnie puszczono nas wolno? — była zdolna uwierzyć w ironię czegokolwiek lub kogolwiek odpowiedzialnego za tkanie ludzkich losów. Naprężona nić dawała poczucie władzy i sprawczości, a to dwa głębokie pragnienia pozbawione dna, w konsekwencji niezdolne nigdy nasycić się do końca. Metoda prób i błędów nie różniła się zbyt od irracjonalnej chęci zawrócenia nurtu rzeki przy pomocy sękatego kija. — Może któregoś dnia źródło wyczerpie się samo i przestaniemy się widywać — powiedziała cicho, zdając sobie sprawę z charakteru wypowiedzi dopiero chwilę po tym, kiedy dobiegła końca. Nawet jeśli próbowała odwrócić się plecami od własnego wstydu, co i tak oznaczało zamknięcie na związane z nim bodźce, tak radykalnie zarysowana perspektywa wprawiła ją w jeszcze wiekszą niepewność. Sunęła po z natury niepewnym gruncie, wznoszonym na fundamencie rozpierającego pierś bólu, teraz tak realnego i przerażającego.
Wrzask wznoszących się płomieni stłumił odgłos kroków Lysandra. Rzucany przez jego sylwetkę cień równie dobrze mógł ujść za pnący się spod skóry dym, dlatego drgnęła, jeszcze mocniej zaciskając palce na klamce. Szarpnęła raz, drugi, ale za każdym razem okno stawiało czynny opór i ani myślało ustąpić. Gdyby spojrzała na to z boku, wiedziałaby, że siła włożona w wykonanie ruchu mogła co najwyżej strącić muchę z przedramienia. Nie z własnej woli oddała inicjatywę - odsunęła się na krok i zobaczyła, z jak ogromną łatwością przyszło mu coś, czego sama nie potrafiła dokonać. Rześkie, jeszcze nasycone porannym chłodem powietrze wtargnęło do salonu. Ulga nie nadeszła, bo towarzyszące mu zimno było niczym wobec gorąca trawiącego serce, rozchodzącego się wzdłuż i wszerz po całym ciele wraz z krwią. Wzrósł za to strach i panika upodabniająca ją do zwierzęcia zamkniętego w klatce, gdy na obręczy nadgarstka poczuła nieproszony, aksamitny dotyk, jego dotyk. Zimny, miękki, będący całkowitym przeciwieństwem wszystkiego, co sobą reprezentowała. Pełna kanciastych krawędzi, szorstkich faktur, zabójczego żaru.
— Czuję się świetnie — odparła w akompaniamencie świszczącego oddechu. Trawiona gorącem nie odpowiadała za pośpieszny rytm drżącego serca, popędzający krew do szaleńczego galopu. Każde uderzenie odbijało się w niej echem i w konsekwencji napięło skórę tak mocno, że uwierał nawet luźno rozpięty kołnierzyk koszuli. Delikatny nacisk opuszków w miejscu łączącym przedramię i dłoń był chłodnym, medycznie wykalkulowanym sposobem sprawdzenia stanu zdrowia pacjenta, ale w obecnym rozrachunku nawet taki akt wymuszonej bliskości odurzył ją łatwiej niż powiew świeżego powietrza. Zgięłaby się w pół, byle ulżyć sobie w bólu i nie dać mu możliwości dostrzeżenia w spojrzeniu stłumionego blasku, lecz rozpacz nad okazaniem jeszcze większej słabości wzięła górę. Przeniesienie na sofę oznaczało to samo, ale jednocześnie dało szansę wyślizgnąć z krępującego bezmiaru odniesień przynajmniej na krótką chwilę. Krótką trasę pomiędzy oknem a miejscem odpoczynku pokonała na pamięć, bo żaden z postawionych kroków nie miał w sobie pewności - kości, mięśnie i ścięgna stopione w jedną, płynną materię, której temperatura stale rosła. Wrażenie nasilało się wraz z rozrywanym przez gorąco sercem. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś równie paraliżującego, wywołującego poczucie spalania się żywcem z pełną świadomością wyrządzanych krzywd.
— Ktoś zaraz do mnie przyjdzie — powiedziała, siadając na sofie tak, żeby oprzeć plecy o leżące na niej poduszki. Ani myślała się położyć, do czego wcześniej zachęcał ją Lysander. — Naprawdę... nie chcę, żebyś musiał poświęcać na to swój czas. Zmarnowałeś... go wystarczająco dużo, czekając... na Rafaela... — jęknęła ze szczerą wiarą w zdolność przeciągnięcia agonii aż do momentu, w którym jeden z domowników przypadkowo wybierze salon na miejsce odpoczynku. Odwróciła od niego wzrok i wbiła w bliżej nieokreślony punkt na suficie, byle odciągnąć uwagę z dala od oczu. Na powrót pokryte matową powłoką zdradzały realia wrażeń związanych z łaskoczących ją od środka płomieni. Nie było na ciele miejsca pozostawionego samemu sobie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 23:17 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.