• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Pub "Fontanna Szczęśliwego Losu" > Beczka przy barze
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-05-2025, 22:21

Beczka przy barze
Na samym środku dębowego kontuaru, nieco odchylona w stronę lewego krańca baru, stoi beczka — niepozorna, stara, z wypalonym znakiem przypominającym stylizowaną koniczynę. To miejsce, przy którym zatrzymują się ci, którzy nie mają czasu na długie wieczory, ale i ci, którzy szukają rozmowy bez zbędnych ceregieli. Z beczki sączy się nieustannie najstarsze piwo w lokalu — warzone według receptury właścicielki z poprzedniego stulecia. Nie ma tu krzeseł — bywalcy opierają się o kontuar łokciem, kufel trzymając w jednej ręce, a drugą często gestykulując z rozmówcą, barmanem, albo... do własnego odbicia w lśniącej powierzchni lady. Atmosfera przy beczce jest głośniejsza, bardziej bezpośrednia — zewsząd spływają ważniejsze plotki i ryzykowne propozycje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 20:55

Wolf in sheep's clothing
10 maja 1962

Spóźniony ― nie, raczej po prostu rozsądnie opóźniony. Frontalne taranowanie problemów w pracy przynosi mniej pożytku niż ich ciche obchodzenie bokiem. Zdecydował się w końcu na wariant najmniej nikczemny, a zarazem najbardziej opłacalny: podtrzymać iluzję użyteczności, zachować możliwość działania na własnych zasadach i nie słuchać tego pieprzonego marudy, starego szefa, który wciąż wierzył, że świat da się liczyć według rubryk sprzed dwóch dekad, a nie wedle płynnych, nowożytnych spekulacji. Dokumenty sklecił więc nienagannie, niemal z przyjemnością, podpisując się szeroko i bez wahania ― Borgin wyglądało dumnie, nawet jeśli nic za tym nie szło ― a potem, zupełnie niewinnie, zagadał się z sekretarką. Młodziutka, świeżo po stażu, jeszcze nieskażona rutyną i drobną nienawiścią do świata, siedziała samotnie w swojej segmentacji spraw doraźnych jak porcelanowa figurka wystawiona na przeciąg; była miła, była słodka, była wdzięcznie nieświadoma. Trudno nie być dobrym kolegą w takich okolicznościach ― grzech byłby nie spróbować.
Dopiero po dwóch, może trzech godzinach uderzyła go ta myśl, zapisana gdzieś niedbale w dzienniczku dobrego urzędasa: posyłki, drobne zobowiązania, pseudo-umówione bycie „dobrym znajomym”, cokolwiek to właściwie miało znaczyć w dniu, który i tak rozlewał się poza ramy planu. Wzruszyłby ramionami, gdyby ktoś patrzył. Pokątna była niedaleko; ulubiona speluna jeszcze bliżej w wyobraźni, a obowiązki ― jak zawsze ― potulnie poczekały, aż ktoś inny nazwie je pilnymi.
Nic w otoczeniu nie zdradzało zagwozdki świata ani tej nikczemnej, ciągle nawracającej debaty losu, czy rodzone aniołki faktycznie bywają źródłem kłopotów, czy tylko wygodnym alibi dla cudzych porażek. Fasady przybytku trwały w swojej obojętnej godności, zanim jeszcze przydeptał je buciorem, a w futrynie minął go człek, który z osobliwą dumą przywdziewał kawał szmaty na nos, jakby order po przegranej wojnie. Ktoś ledwo dychał, jak dziewica po pierwszym razie, perfidny śmiech wybrzmiał spomiędzy warg; gdzie indziej sączyły się półgłosem strofy nienawiści, leniwe, wyuczone, nakreślone gniewem. Gach zza baru zbierał porozrzucany stolik i krzesła, z rutyną kogoś, kto już nie pyta, tylko sprząta skutki. Bitka? ― przebyta bez niego? Peszek.
Westchnął z niezadowoleniem, mlaskając cicho, i odruchowo ― przezornością zielonego wejrzenia ― zaczął szukać prowodyra, nikczemnika godnego uwagi, kogoś, komu warto byłoby poświęcić resztki zainteresowania. Lecz świat, jak zwykle, nie wysilił się na dramat. Zamiast twarzy winnego zobaczył jedynie znajomy zarys pleców, czarne loczki sterczące nad karkiem w tym charakterystycznym, niechlujnym geście istnienia. Siedział odwrócony ku drzwiom, mając pewnie wszystko i każdego gdzieś.
Aha. Jest.
Chociaż… Od kiedy anioły przykładają coś do ryjca?
―  Powinienem pytać? ― Liche przywitanie spadło na jeszcze podlejszą modłę, taką, co nie zadaje pytań wprost, tylko kwestionuje per domyśl się, i nim zdążył je zlekceważyć, już rąbnął go kuksańcem pod żebra ― bez emocji, technicznie, jakby sprawdzał, czy konstrukcja wciąż trzyma. Usiadł zaraz potem na najmniej sfatygowanym krześle, jakie bar był w stanie zaoferować, skrzypiącym tylko z przyzwyczajenia, nie z bólu. ― Dokumentacja pochwycenia zwierza zatrzymała mnie na dłużej... ― No i śliczniutka dziewuszka, kapisz? Przyjrzał się z umiarkowaną ciekawością okładowi przykładanym do twarzy, resztkom smarków i zakrzepłych, ciemniejących emblematów zdobytego ciosu. Gwizdnął z uznaniem, palcami dłoni pokazując najpierw dwa kieliszki, potem butelkę czegoś mocniejszego, stojącą pod ladą jak obietnica krótkiej amnezji. Dobry początek ― chyba.  ― Ktoś Cię wkurwił, czy zabijałeś tęsknotę, aniele?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
12-02-2026, 04:26
Cieszył się na spotkanie z Artem - tak go nazywał, nawet jeśli Arthyenowi w jakiś sposób to miano nie pasowało. Tak, jak czasem uśmiech przylepiony do twarzy kolegi (znajomego, przyjaciela, towarzysza wędrówek?) zdawał się nie pasować. Jakby nie do końca sięgał oczu. Nie Calowi jednak roztrząsać, jak się ktoś uśmiecha, szczególnie inny facet - to byłoby dziwne.
Dziwne było też odnawianie kontaktu ze starymi znajomymi po powrocie z Afryki. Unikał tego zresztą dość długo, wmawiając i sobie i innym, że jest zajęty sprawami hodowli i żałobą po dziadku i bracie i w ogóle. Nie mógł jednak uciekać w nieskończoność—nie tyle przed ludźmi, co przed własnym tchórzostwem i świadomością, że przecież potrzebował wyjść do ludzi. W czterech ścianach domu dławiła go samotność i pustka, której nie mogły zapełnić ropuchy. Do szwagierki lepiej było się nie odzywać bez potrzeby, a każdy kąt zdawał się przesiąknięty wspomnieniami o bracie. Długo uciekał w środowiska zupełnie nieznajome. Nowe twarze go nie oceniały, nowe twarze mógł obić pod byle pretekstem, nowi kompani do piwa nie znali jego tolerancji alkoholu. Zachłysnął się anonimowością chyba w podróży, ale w Afryce nawiązywał znajomości z radością. Po powrocie do Anglii—a właściwie po odczytaniu listu o śmierci Felixa—wyparował gdzieś prostolinijny entuzjazm, a tendencje Cala stały się destrukcyjne. Nawet on widział jednak, że nie powinien tak dalej i że powinien jakoś sensowniej odbudować swoje dawne życie, nawet na gruzach wyrzutów sumienia i kolejnych rozczarowań.
Zaczął od odbudowania dawnych znajomości. Przecież aż tak się nie zmienił, prawda? A nawet jeśli, to zwali to na karb doświadczeń wyniesionych z kilkumiesięcznej podróży—nawet jeśli będzie w ten sposób okłamywał innych i sam siebie.
Zmienił się w tamtym lesie, gdy prawie umarł. Nie zmienił się co prawda w wilkołaka, choć mało brakowało, ale i tak coś w nim pękło i nie wiedział jak sobie z tym poradzić.

Na szczęście, dziś nie musiał sobie z niczym radzić, a przynajmniej tak myślał. Miał po prostu wypić piwo z Borginem i umówić się na górską wędrówkę, najlepiej jak najszybciej. W końcu pogoda sprzyjała, a Cal potrzebował rozchodzić te wszystkie emocje. Od kilku dni rozpierała go jakaś dziwna energia—miał dużo planów, dużo entuzjazmu, ale zarazem szybko się zapalał i złościł. Dziś zdążył już zwrócić uwagę komuś, kto zbyt szarpał swoim psidwakiem na ulicy; skląć wiadomości w gazecie; a przed chwilą...
...cóż, przed chwilą nie było w planie. Po prostu spokojnie czekał sobie na Borgina, myśląc, że w sumie chętniej od razu umówiłby się w plenerze. Znajomość z Artem kojarzyła mu się z lasami i szczytami, z bezkresnym niebem i testowaniem granicy własnych możliwości. Spotkanie w barze zdawało się prawie klaustrofobiczne, ale już trudno.
Art nie przychodził, więc Cal zamówił piwo, a potem kolejne. Na pewno mu coś wypadło. Albo może zapomniał. Albo może nieważne. Wśród pasma ludzi, którzy na przestrzeni ostatnich lat go rozczarowali, spóźnienie się lub przegapienie wizyty było naprawdę najmniejszą przewiną.
A potem z nudów nawiązał rozmowę z jakimś gościem, który—o dziwo—kojarzył jego hodowlę ropuch. Ba, podobno kupował tam ropuchę. Dwa lata temu (Cal był wtedy w Afryce). U takiej dziewczyny—i wtedy typ w bardzo niewybredny sposób wyraził się o figurze Darcy, a Cal przywalił mu w nos zanim w ogóle zdążył się zastanowić nad tym, czemu to robi. W obronie honoru szwagierki było coś poetyckiego, ale kilka dni temu prosiła go, by nie wracał do domu poobijany...
...Wygrał tą bójkę, ale kosztem opuchniętego policzka i rozciętej wargi. Tamten typ wyszedł, a jego barman nie wyprosił chyba tylko cudem. W emocjach zapomniał już prawie o Borginie i tkwił tutaj tylko po to, by jakoś pomóc sobie zimnym okładem i rozważyć czy i jak wrócić do domu. Może znalazłby jakiegoś uzdrowiciela w Londynie? Albo po co mu uzdrowiciel, to przecież nic takiego.

Podniósł powoli głowę i spojrzał na Arta z lekkim zaskoczeniem, jakby już się go tutaj nie spodziewał. Potem skrzywił się lekko, bo kuksaniec trafił akurat w obite miejsce. Potem szeroko się uśmiechnął.
- Dobrze cię widzieć. - obwieścił szczerze i prostolinijnie. Nawet spóźnionego. Nawet wtedy, gdy warga zabolała go przy próbie uśmiechu. Pokiwał ze zrozumieniem głową, od razu kupując wymówkę Arta. Nie musiał się nawet starać, by kłamać. Z wdzięcznością pokiwał głową, gdy Art zamówił więcej alkoholu, a potem wzruszył ramionami. - Wyglądam jakbym za czymś tęsknił? - tęsknił, za przeszłością, za Felixem, za dziadkiem, za Afryką, ale mniejsza o to. - Wkurwił mnie. Wkurwiający... skurwysyn. - wyjaśnił jakże elokwentnie, demonstrując pewien brak w kreatywności przekleństw. Kiedyś przeklinał... mniej i wciąż nie nadrobił braków. - Ale już go stąd wykurzyłem, więc mniejsza o to. Opowiadaj lepiej, co u ciebie? Jak Syberia? Obiecałeś, że opowiesz osobiście. - Art nic takiego nie obiecał, ale Cal tak założył, bo wymienione niedawno między nimi listy były dość lakoniczne. - Tęsknię za Afryką. Chciałbym rzucić wszystko i znowu tam pojechać. Albo na Syberię. Albo do Moskwy. - zwierzył się (choć przed chwilą upierał się, że za niczym nie tęsknił), ewidentnie już trochę wstawiony.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:17 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.