• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 16 III 1962 | refined, polite and well-spoken
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
01-03-2026, 18:00
rich boys don't have hearts
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
01-03-2026, 18:36
Znajomy trzask teleportacji oznajmił przybycie Leopoldine przed bramy Tir Eilean. Tuż obok niej, w odstępie sekundy, pojawił się domowy skrzat służący Flintom dłużej, niż sięgała pamieć Leopoldine. Istota spojrzała na nią swoimi wielkimi, przeszklonymi oczami, oczekując najwyraźniej jakiegoś polecenia, jednak z ust Leopoldine wypadło tylko pytanie:
— Gdzie jest panicz Leopold? — jej głos nie miał w sobie nic z delikatności i radości, która towarzyszyła jej, gdy wybierała się tego ranka do Londynu. Skrzat domowy zaczął miętosić worek, w który był ubrany, po czym odpowiedział cicho: w sypialni. Spojrzenie Leopoldine zatrzymało się na nim dłużej, skrzat nie poruszył się nawet o milimetr. Ostatecznie jednak z ust tancerki wydobyło się ciężkie od emocji wciąż się w niej kotłujących westchnienie. Gestem ręki nakazała skrzatowi udać się do swoich zajęć. Ten ukłonił się tylko przed nią, po czym zniknął jej zupełnie z oczu. Nie zastanawiała się nad tym, czy faktycznie użył magii do przemieszczenia się w inne miejsce, czy może przy jej pomocy stopił się z otoczeniem i nie był już widoczny dla ludzkiego oka. Nie zamierzała przecież spędzić całego dnia przed rezydencją. Musiała pomówić ze swoim bratem. Wiedziała, że jeżeli istniał na tym świecie ktoś, kto mógł ją zrozumieć, był to właśnie Leopold. Jeżeli istniał na tym świecie ktoś, kto miał dbać o ich nazwisko — był to również Leopold. Jeżeli istniał ktoś, kto wiedział, jak obchodzić się z ogniem jej złości — ponownie — był to tylko i wyłącznie Leopold Flint.
Dystans dzielący ją od głównego wejścia do sypialni Leopolda przeszła niezwykle szybko i energicznie. Niskie obcasy jej butów stukały w kamienne posadzki, echo jej gniewnych kroków rozchodziło się systematycznie po kolejnych korytarzach, zapowiadając nadciągającą burzę. Wreszcie — znalazła się przy drzwiach, które nigdy nie były dla niej zamknięte. Dotychczas. Od czasu przyjazdu minęło ledwie kilkanaście dni, a jej wydawało się, że wciąż tkwili z Leopoldem w fazie biernego poznania. Ich rozmowa na plaży była w pewien sposób oczyszczająca, cieszyła się z niej, ale chyba nie była w stanie rozgonić wszystkich czających się nad ich głowami wątpliwości dotyczących ich ponownego spotkania. Poruszenie, które przejmowało kontrolę nad delikatnym ciałem Leopoldine było jednak tak silne, potrzebowało tyle miejsca, że skutecznie wypchnęło wszystkie podobne myśli z głowy tancerki, pozostawiając jej tylko instynkt w roli głównego doradcy.
A instynkt zawsze podpowiadał jej, aby szukać brata.
Szczęknięcie zamka pod wpływem naciskanej klamki nie było głośne — a jednak sam ten dźwięk zsunął z jej ramion część noszonego ciężaru. Nie miała siły myśleć, co miałaby robić, gdyby Leopold zamknął drzwi na klucz. Gdyby nie było go w środku. Pchnęła barkiem drzwi, a te otworzyły się na oścież. Nie czekała na nic — na zaproszenie, na spojrzenie, czy na pytanie. Weszła do środka zupełnie tak, jak robiła to lata temu. Tak, jakby były to jej własne komnaty; po części tak właśnie było przez większość ich życia. Nie istniał podział na to, co jej i jego. Wszystko było wspólne.
Czasami, gdy nie mogła zasnąć, wspominała te czasy z rozrzewnieniem, bolejąc nad tym, że nigdy już nie mogło być tak, jak dawniej.
— Niektórzy ludzie nie mają nawet grama wstydu! — zaczęła wzburzona, gdy drzwi nie zdążyły się jeszcze za nią zamknąć. Prędkim krokiem przeszła na środek sypialni i dopiero tam zaczęła rozglądać się za bratem. Ten nie musiał poświęcać wiele czasu na przyjrzenie się siostrze, aby wiedzieć, że cokolwiek stało się w Londynie, wyprowadziło ją z równowagi. Napięte mięśnie całego ciała, rozbiegane spojrzenie, grymas niedowierzania pomieszanego z niezadowoleniem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że część spiętych nad karkiem włosów uciekała już z upięcia, a Leopoldine wydawała się być zbyt mocno pogrążona we własnych myślach, aby to poprawić. Dbająca o swój odbiór w oczach innych tancerka nie pozwalała sobie na takie niedociągnięcia. — Nigdy więcej nie chcę widzieć żadnego Carrowa na oczy — kontynuowała, zaciskając mocno dłonie w drobne piąstki. Chyba dopiero ten gest sprawił, że uświadomiła sobie konieczność uspokojenia emocji, nim Leopold dojdzie sam do zbyt daleko idących wniosków. Dlatego też skierowała swe kroki do okna. Starała się ułożyć dłonie na płasko na powierzchni parapetu, ale nie wytrzymała w tym długo. Odwróciła się wreszcie, nagle i z impetem, ponownie w stronę pokoju — i znajdującego się dotychczas za jej plecami Leopolda. — Jak następnym razem go spotkam, osobiście wyrwę mu język. Jak on w ogóle śmie?!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
08-03-2026, 16:47
Ten ktoś do kogo nalezą kroki, jakie nisoly się echem po korytarzu i dotarły do jego uszu, nie czeka na zaproszenie; nie fatyguje się, by pukaniem zaanonsować swoją chęć odwiedzin. Drzwi otwierają się nagle, a on równie nagle wypuszcza powietrze z płuc, czemu towarzyszy świst, gdy słyszy jej zdławiony nutą gniewu głos.
Niektórzy nie wiedzą, co to wstyd.
Leopold wiedział czym był wstyd tylko częściowo. Wstyd porażki palił go w skórę jak słońce na pustyni. Dzisiejszego wieczora odczuwa go dotkliwiej niż zazwyczaj. Dzisiejszego wieczora paraliży go jak ból, którego odczuwał, gdy smoczy ogień wgryzł się głęboko pod skórę wypalając na niej piętno paskudnych oparzeń, jakie nosił na swoim ramieniu jak klątwę tamtej chwili, przypomnienie, że nieśmiertelność to tylko piękne słowo, laurka dla wybujałego ego.
Spuszcza wzrok z twarzy siostry tylko na chwile. W trakcie tej krótkiej chwili sięga po koszulę i nasuwa ją na swoje nagie ramiona. Czuje, jak po karku spływają krople wody z mokrych po kąpieli włosów.
- Czym ci zawinił ten nieszczęsny Carrow? - pyta, rozumiejąc złośc w jej słowach, lecz nie pojmuje ich znaczenia; są jak przekleństwa cisnące się na ustach, gdy pod językiem czuje gorzki posmak porażki, są jak mocno policzek wymierzony przez dłoń dziadka, są jak te wszystkie dni, w których wskazała go na okropnie przedłużające się w potworną nieskończoność milczenie. Teraz, choć jest blisko, na wyciągniecie ręki, nie może do niej podejść, nie może jej dotknąć, nie może ją objęć, nie może...
Jego palce wspinają się wyżej, gdy zapina jeden guzik za drugim. Po ostatnie dwa nie sięga, zamiast tego przeczesuje oburącz włosy, by oswoić nieład, jaki panuje na jego głowie; zwijają się, kręcą w spirale, wiją jak rozdeptana przez podeszwe buta żmija w trawie w ostatnich podrygach życia.
Leopoldine, w drodze do okna, mija go, stojącego nadal przy szafie. Podąża za nią spojrzeniem i przez chwile milczy. Widzi, jak jej idealnie wykrojone rysy twarzy, jakby wyrzeźbione dłutem najznakomitszego rzeźbiarza, uginając się pod naporem tlącej się w jej pozornie wątłym ciele złości. Ma przez moment ochotę zastąpić jej drogę, złapała w palce jej podbródek, zacisnąć palce na krzywiźnie jej żuchwy i spojrzeć prosto w te zamglone gniewem oczy, zburzone jak ocean tuż przed sztormem. Dostrzec jak napina się linia jej szczęki, jak mięśnie tężeją pod materiałem idealnie skrojonej sukienki, jak zaciska zęby i drobne ręce w pięść.
Nie ulega tej pokusie, bo bestia, która drzemie w jego ciele, pięć uderzeń serca wcześniej otworzyła jedno ze swoich ślepi i teraz czujna jak zwykle wyczekuje okazji. Ma wrażenie - bolesne, wżynające się w trzewia - że dzisiaj mogłaby zerwać się z łańcucha, a on wówczas utonie w ciemności, w jakiej zatopiona jest jego dusza.
- Jestem skłonny rzucić wszystko i wymierzyć mu stosowną do jego przewiny karę - mówi, głos ma spokojny, chociaż każde słowo zgrzyta w zębach, jakby gryzł pod nimi odłamki szkła – lecz musisz wskazać tego, który zalazł ci za skórę - dodaje, odwracając się przodem ku niej.
Uchyl okno, Leo, nie widzisz, że zaraz się uduszę?, chce powiedzieć, lecz słowa zamierają w krtani. Napięcie unoszące się w powietrzu jest gęste, jak w środku lata, gdy z nieba sypie się żar, czuje jego duszne opary w płucach.
Prycha cicho, niemal niesłyszalnie pod nosem, i obraca się tyłem do tej, która jawi mu się jako najpiękniejsze istota, jaką nosiła Ziemię.
- Znam kilku i z przykrością stwierdzam, że mało który grzeszy rozumem. - Otwiera szafę i udaje, że jest zaoferowany jej zawartością.
I żaden świadomie nie popełniłby takiego występku względem jego siostry. I żaden o zdrowych zmysłach nie drażniłby bestii ukrytej w dobranym ciele Leopoldine.
Myśli o swoim druhu, Rodricu. I uśmiecha się cierpko.
Abyś to nie był ty, Rodricu, bo nawet moja cierpliwości kiedy się kończy, a ostatnie wydaje się niemal martwa.
- Naruszył twoją nietykalnością cielesną? - Za ten przywar jest gotowy go wykastrować. – Dotknął cię tam, gdzie nie powinien? - Za ten amputuje mu rękę, lub dwie, w zależności od tego, jak głośno będzie wrzeszczał, błagał o litość. – Obraził cię? - Za to wyrwie mu język i wsadzi mu go głęboko tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
Wystarczy twoje jedno słowo, siostro, ażeby przebudzić lawinę mojego tętniącego w żyłach gniewu.
Zamyka drzwi szafy z trzaskiem. Musi wziąć się w garść. Musi nauczyć sie oddychać tym samym powietrzem, co ona. Podchodzi ku niej na odległość kilku kroków i tym razem nie unika kontaktu wzrokowego. Jej oczy są piękne - wzbudzone jak fale wściekle uderzające o piaszczysty brzeg.
- Kogo mam nauczyć szacunku wobec ciebie, siostro? - dodaje, głos zniżając do szeptu. Siostro, bo to słowo buduje dystans, a on potrzebuje się zdystansować, chociaż wszystko w nim krzyczy, wrzeszczy, próbuje rozerwać na strzępy jak wygłodniałe zwierzę.
Jakiej krzywdy doznała?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
17-03-2026, 20:38
Nie przyszło jej nawet do głowy zapukać, czy myśleć o wstydzie. Wstyd rodził się w niewiedzy, wstyd rodził się w oddaleniu — ale oni przecież, pomimo dzielącego ich przez lata dystansu, wciąż byli blisko. Ba, znali się doskonale, nie tylko dzięki wspólnemu dzieciństwu i latom nastoletnim, ale również — a może przede wszystkim — dlatego, że jedno po prostu nie istniało bez drugiego. Tak było zawsze. Dlatego wybór akurat sypialni brata, wybór jego samego jako powiernika żaru jej gniewu był dla niej taki naturalny. Wstyd pojawiłby się dopiero, gdyby kto inny przypadkiem znalazł się na jej orbicie, zmuszając tym samym do wyjaśnienia powodów stanu, w którym się znalazła. Nie wyobrażała sobie opowiadać o tym, co ją spotkało, komu innemu, ale maniery, cholerne maniery nakazywałyby wytłumaczenie się, zwłaszcza przed kimś starszym. Starzy ludzie nienawidzili braku szacunku, który dostrzegali nawet w gestach z nimi nijak niepołączonymi. Momentami naprawdę miała ich wszystkich dosyć.
Wszystkich, tylko nie Leopolda. Leopolda, przy którym maniery nie miały nie tylko większego, ale i żadnego znaczenia. Ona akceptowała pewną (jak jej się wydawało) nieposkromioną dzikość, którą w nim widziała. On przyjmował na siebie gromy targających ją emocji, bo później mógł je wyładować w stosowny sposób. On zawsze potrafił taki znaleźć.
— Czym mi zawinił? — powtarza jego pytanie, gorzko. Szczupłe palce zaciskają się mocniej na krawędzi parapetu, aby zaraz zacząć uderzać w sam jego blat. Prestissimo, przebiega jej przez myśl, gdy identyfikuje ten charakterystyczny stan w trakcie baletu, gdy czas na decyzje nie tylko się zmniejsza, ale przestaje istnieć. Gdy nie ma już wyuczonych ruchów, a pozostaje jedynie przestrzeń na instynkt. Brwi ściągając się przez moment w zmieszaniu, gdyby wcisnęła palce mocniej w kamień, chyba połamałaby paznokcie. — Czym on nie zawinił! — oznajmia wreszcie, dopiero wtedy zmuszając się do obrotu, do stanięcia z bratem twarzą w twarz. To chyba był błąd. Bowiem oczy baletnicy otwierają się szerzej, a twarz blednie ledwo dostrzegalnie, aby niedługo później oddać pole ciepłej, rumianej barwie, która opada na jej policzki. Leopold był w proszku i naprawdę dawno nie widziała go w takim stanie. Ledwie przez moment widzi coś, czego widzieć nie powinna. Ślady po dawnym urazie, fragmenty skóry ciemniejsze od reszty, podobne do oparzenia, przynajmniej tak jej się wydaje w pierwszym uderzeniu szoku. Powinna odwrócić wzrok. Odwrócić się całą, skoro złamała już zasady decorum swoim nagłym wtargnięciem, powinna dać mu chociaż chwilę na doprowadzenie się do porządku. Ale nie może. Lub nie chce.
Oderwać wzroku do starych ran.
Zamknąć cisnące się na usta pytania za kratą milczenia.
Ponownie otrzeźwienie przychodzi za pomocą brata. Zna ten ton. Choć spokojny, nie skrywa on w sobie cienia groźby. On jest groźbą, czymś nieprzyjemnym, jak odłamki szkła wciśnięte w usta, a teraz żuje je, wpatrując się jeszcze w jego plecy, szerokie i już na pierwszy rzut oka silniejsze od sylwetek otaczających ją tancerzy. W jego postawie zawsze było coś, co wzbudzało w niej poczucie bezpieczeństwa. Gdy byli kilka chwil od dorosłości, jeszcze zamknięci w ciemnej, norweskiej twierdzy Instytutu, ktoś szepnął nierozważnie, że Leopold wyglądał na niebezpiecznego. Może dla innych. Dla niej zawsze był gwarancją. Pieczęcią, do której złożenia potrzebna była jej krew. Ale gwarancją, więc bezpieczeństwem. Zawsze i bez wyjątku.
Pewnie dlatego kąciki ust Leopoldine unoszą się na moment w górę, gdy nabiera większy dech w piersi. To doskonałe wyczucie czasu, ponieważ chwilę później wreszcie stają sobie prosto w oczy.
— Zmoczysz sobie koszulę — zauważa wreszcie, nieuchronnie powracając do łagodnego, wyszlifowanego latami nauki manier tonu. W towarzystwie bliźniaka nie używa go jednak wyłącznie dla zachowania przyjemnego decorum. Robi to dlatego, że dla niego chce być łagodna. Niewielu wierzy, że ktoś taki jak ona może posiadać ostre krawędzie, których dotknięcie skończy się skaleczeniem. Leopold jednak doskonale wie, ile wysiłku wymaga od Leopoldine zostanie delikatną, gdy serce pompuje tę samą, naznaczoną dziedzictwem Flintów krew. Walczyć. Wygrać. Nie żałować. I choć ciało dalej pozostaje napięte, dalej rezonuje w rytm pieśni gniewu, Leopoldine zwraca się w stronę kolejnych drzwi w sypialni Leopolda. Otwiera je i znika na chwilę w nieoświetlonym pomieszczeniu, wciąż noszącym ślady niedawnej kąpieli. Nie wraca z pustymi rękoma, ale z ciepłym, miękkim ręcznikiem, który zatrzymuje w swoich dłoniach. — Usiądź. Osuszę ci włosy — propozycja przyszła nagle, a wybrzmiała w tym samym tonie opieki, co zawsze. Był to zresztą ich mały rytuał, już od bardzo dawna. Jedyny ślad czasów, gdy byli jeszcze za mali, aby być traktowanymi jako osobne istoty. Z czasów, gdy dzielili ze sobą cały świat, bez podziału na rzeczy chłopięce i dziewczęce.
— Musiałam natrafić na najgłupszego i najbardziej zachłannego z nich wszystkich — ponownie podejmuje swoją opowieść, choć nie zatrzymuje się przy Leopoldzie na długo. Swoje kroki kieruje w stronę łóżka brata, na które wspina się, jak za czasów dzieciństwa. Zajęcie pozycji na kolanach i usadzenie się na piętach nie sprawia jej nawet najmniejszego problemu. A prowadzona przez brata wyliczanka zmusza ją tylko do cierpkiego, delikatnie chropowatego śmiechu. Kręci przecząco głową. — Obraził nas, Leopoldzie. — N a s, oboje. Podobne sytuacje zdarzały się niezwykle rzadko. I choć to nakazywałaby natura, nie drgnie nawet, gdy Leopold z trzaskiem zamyka szafę, posyłając w ciszę niespodziewany hałas. Czeka tylko, by znów móc połączyć z nim spojrzenia. — Wyobraź sobie, że zjawił się na moim debiutanckim spektaklu w Arkadii. Wziął mnie za jakąś pierwszą lepszą baletnicę, opowiadał, że jest fanem mojego talentu — parsknęła oceniającym śmiechem, nie kwapiąc się nawet, aby ukryć usta za wierzchem dłoni, jak robiła to zazwyczaj. W obu dłoniach trzymała przecież ręcznik, gotowa, aż Leopold zasiądzie przed nią i pozwoli jej osuszyć swoje włosy. — A wcześniej wysłał mi do garderoby bukiet różowych hortensji! Wiesz co one oznaczają, zaproszenie do r o m a n s u. Romansu! — teraz mógł spełnić swoje marzenie. Mógł oglądać, jak rysy jej twarzy tężeją w rozbudzonym na nowo gniewie, podszytym oczywiście cienką warstwą pogardy. — Od razu coś mi nie pasowało, spytałam się, jak się nazywa. I wyobraź sobie, że ten kretyn postanowił podawać się za Ciebie! — bardzo możliwe, że właśnie ten fakt przechyla szarę goryczy na niekorzyść biednego pana Carrow. Chociaż sama Leopoldine, po dłuższym zastanowieniu stwierdza, że to nie do końca poprawne. Chce więc kontynuować tę historię dalej. — Dziś widziałam go ponownie. Pracuje w Ministerstwie Magii. Carrow... Jak mu... Roderic? Rodric? Tak, Rodric Carrow! Nawet nie miał odwagi sam mi się przedstawić, zrobił to jakiś przypadkowy urzędniczyna. A później... Później jeszcze...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
21-03-2026, 21:10
Kiedy wypełnia przestrzeń swoją obecności, pustkę, którą odczuwał nurkując chwile temu w mydlinach, odchodzi w niepamięć; zupełnie, jak wspomnienia o ich zmarłej matce, które z czasem wyblakły, pokrywając się kurzem zapomnienia.
Nie wie dlaczego akurat teraz przywołuje w myślach imię kobieta, która sprowadziła ich na ten świat i która przedwcześnie go opuściła, przez co nie zaznali w pełni matczynej miłości, a jedynie ojcowskiej surowości i zaborczości.
Nie wie dlaczego praca jego serca nagle przyśpiesza, gdy na moment konfrontuje swój wzrok z jej twarzą i dostrzega na jej skórze szkarłatny rumieniec złości. Lubi myśleć, że złość, jaka przelewa się przez pergamin siostrzanej skóry, idealne współgra z symfonią emocji, jaka usiłują pięścią rozgnieść ten niewdzięczny organ w piersi, ten, co aktualnie agresywnie pompuje krew do żył.
Nie wie dlaczego akurat teraz pod kopułą jego czaszki zjawia się zdradziecka myśl, mówiąca o tym, że tak zwana miłość, o której na okrągło rozpisują się pisarze i poeci, polega w gruncie rzeczy na wypełnieniu sylwetki drugiej osoby własną tożsamością. Właśnie to nieświadomie uczyniła Leopoldine, a kształt, jaki mu nadała, nigdy go nie opuścił. I trwa po dziś dzień.
Dlatego, że zabrakło jej, tej, która trzymała go o zdrowych zmysłach, czuł się tak okropnie źle, gdy ich ścieżki, zazwyczaj połączone pępowiną zależności, rozdzieliły na te kilka lat?
Mocniej zgniata palce w pięść, czując pod zębami metaliczny posmak posoki, który zjawi się tam, gdy zaciska mocniej zęby na dolnej wardze, rwąc tkankę aż do pojawiania się pierwszych kropel krwi.
Leopoldzie, uspokój się, karci samego siebie w myślach, czując do siebie wyłączenie obrzydzenie torujące sobie drogę do zlepionych w upokorzeniu własnej niemkocy zmysłów. Zachowujesz się, jak ranę zwierzę, które wpadło w pułapkę.
Echo jej wzburzonych słów przechadza się po pokoju, zanim trafia tam, gdzie trafić miało - do jego uszu. I dopiero wtedy przestaje błądzić po korytarzach własnego umysłu, koncertując się znowu na gniewie, jaki płonie w jej oczach. Skupienie wzroku na drobnej, drżącej od emocji sylwetce jest bardziej uciążliwie niż początkowo zakładał - głownie dlatego, że nie może schronić się przez własnymi uczuciami, które uderzają w niego jak fale o brzeg, niemal wytrącając go z równowagi, zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej. Przenosi na moment cały ciężar ciała na drzwi szafy.
Czym on zawinił? to pytanie noszące piętno ich wspólnej tragedii, jaką dźwigają na swoich barkach od chwili narodzin.
Nieznośne napięcie rodzące się pod skórą Leopolda zamyka mięśnie w całkowitym bezruchu, który powoduje bezwład całego ciała, gdy czuje jak po jego nagim ramieniu prześlizguje się jej spojrzenie i widzi to, co zazwyczaj skrywa pod materiałem drogich ubrań. Ślady po dawnej kontuzji, pamiątkę po ekspedycji, przypomnienie o chwili nieuwagi, skazie, która wygryzła się pod jego skórę; bliznę ciągnącą się przez wiatką połówkę ciała - paskudną, pociemniałą w obecnym świetle, jakby w miejscu, gdzie dotknął go smoczy ogień, tkanki uległy procesowi rozkładu. Jej oczy nie powinny poznać dowodu jego słabości.
Wzdryga się, a przez jego ciało przechodzi dreszcz - nie jest zimny, nie jest nieprzyjemny, jest zwyczajnie nieprzyzwoity, bo w jego głowie kiełkuje teraz zgoła inna myśli - co by poczuł, gdyby w miejscu, gdzie przebiega ta blizna, pojawiłby się dotyk jej palców?
Odwraca wzrok pod pretekstem narzucenia na ramiona koszuli, a wtedy cichy, troskliwy głos Leopoldine, kontrastujący z emocjonalną burzą, jaka ją ogarnia, przecina przestrzeń, w której chwilowo zabrakło miejsca na słowo. Leopold jej uwagę kwituje ponurym milczeniem, a kątem oka widzi, jak siostra chwilowo znika w drzwiach łazienki tylko po to, by po chwili wrócić z ręcznikiem.
Wie, co zaraz nastąpi; schemat, który często się powtarzał; ona i jej troska; on i jego zmieszanie. To co kiedyś stanowiło rutynę, teraz może stać się udręką.
Jej głos znowu podejmuje przerwaną opowieść, w tym czasie Leopold walczy z dylematem, który drapie go w ściany gardła. Nie powinien się do niej zbliżać. Nie powinien podchodzić do światła, którym się otacza. To tylko kwestia czasu, kiedy się oparzy, a potem spłonie.
Huk zatrzaskiwanych drzwi chwilowo zagłusza jej słowa.
Mój debiutancki spektakl w Arkadii.
MÓJ. DEBIUTANCKI.
Jak to się stało, że go przeoczył? Dlaczego się na nim nie pojawił i nie uwolnił jej od konieczności rozmowy z namolnymi adoratorami, oczarowanymi jej urodą i zachwyconymi jej talentem?
Nie mógł tam być. Pierwszy wyścig zbiegł się z czasem z jej debiutem. Jakby ktoś z rozmyłem to ukartował.
- Zapewniam cię, droga siostro, że każdy, kto był świadkiem twojego debiutu, stał się także wielbicielem twego talentu - odpowiada na pozór spokojnie, na pozór beztrosko, ale krew gotuje się w jego żyłach, zwłaszcza po tym, jak kolejne słowa padają z jej ust, wtajemniczając go w symbolikę różowych hortensji.
Oddech ma ciężki, gdy, ulegając pokusie, pochodzi do łóżka i opiera dłonie o jego brzeg, zatapiając palce w pościeli. Kontempluje, jak rysy jej twarzy tężeją w gniewie, a z oczu zionie pogarda. Bije od niej żar, ten sam, jaki zwykle emanuje od niego, a gdy się złości jest jak kwiat w pełnym rozkwicie, a on staje się zupełnie podatny na jej urok. Co by się stało, gdy pokonał dystans u jednego oddechu, jaki ich dzieli i podarował jej ustom ten pierwszy, upragniony pocałunek?
Spełniła jego marzenie, ale jakim kosztem.
Tym razem, by uciec przed kontaktem wzrokowy, siada na łóżku, odwracając się do niej plecami. Historia, którą mu przedstawia, brzmi tak nieprawdopodobnie, że gdyby jej nie znał, nie uwierzyłby, że wydarzyła się naprawdę.
Przymyka powieki, pragnąć odzyskać kontrolę nad własnym oddechem. Był tak blisko, by drzemiąca w nim bestia, wyrwała się w końcu z łańcucha i przejęła nad nim kontrolę.
Rodric. Rodric. RODRIC.
Imię przyjaciela jest jak brutalne zderzenie z rzeczywistością; jak kubeł zimnej wody, jak drażnienie bolącego zęba językiem. Jedyne imie, jakie nie chciał, aby padło, wybrzmiewa z pogardą i obrzydzeniem.
Zagłusza opowieść siostry śmiechem. Śmieje się sucho, gardłowo, niemal zwierzęco. Śmieje się tak długo, że od śmiechu bolą go płuca, a może nawet bół przemieszcza się też na żołądek.
- To nie pierwszy raz, gdy Rodric się pode mnie podszywa - wyznaje w końcu, a śmiech przechodzi w szept. - Podejrzewam, że ma jakieś kompleksy, ale nie sądziłem, że będzie próbował je leczyć twoim kosztem.
Co ma jej powiedzieć? Że Carrow błądzi głową w chmurach? Że żyje w swoim świecie? Że pluje na zasady? Leopolidne naprawdę wpadła mu w oko? Wiedział w ogóle co w języku kwiatów znaczą te, które jej podarował czy wybrał je na chybił trafił, aby zaimponować pięknej baletnicy?
Teraz, z obecnej perspektywy, to wszystko brzmi, jak żart - niezbyt wyszukany, ale żart.
- Niezależnie od tego, jakie przyświecały mu intencje, znieważył cię, a tego mu nie popuszczę.
Musi się jednak zastanowić nad charakterem zemsty. Przyjaźń z Carrowem jest zbyt cenna, aby tracić ją w całkowity losowy sposób.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:40 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.