• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Wielka Dziura (Kent)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 01:22

Wielka Dziura (Kent)
Wielka Dziura w Kent to naturalna formacja skalna – głęboka, szeroka i otoczona bujną zielenią. Z daleka przypomina ogromną, ciemną rozpadlinę w ziemi, a stojąc na jej krawędzi, czuć delikatny chłód bijący od głębi. Roślinność gęsto porasta strome zbocza, tworząc zieloną ramę dla tej niezwykłej rzeźby natury. Miejsce emanuje spokojem i tajemnicą. Wokół rozciągają się pola i lasy, a ścieżki zapraszają do powolnych spacerów wśród majestatycznych krajobrazów i bujnej roślinności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
17-03-2026, 22:55
7 maja 1962

Drżące dłonie, różdżka przy grdyce, on rozbity na miliony atomów.
- Jeśli coś jej się stanie, zabije cię! Rozumiesz? - krzyczy stajennemu w twarz, dławiąc się złością, jaka od niego bucha.
Ledwie kilka chwil temu rozszarpał w palcach i pod zębami list, jakie od niej utrzymał, a teraz stoi w stajni, z płaszczem niedbale narzuconym w ramionach, w jednej dłoni różdżka, w drugiej przeklęte lusterko, a w myślach jej słowa rozbijające się od ścian jego czaszki.

Nie szukaj mnie, proszę, choć wiem, że to wbrew Twojej naturze.

Nie proś o coś, czego nie mogę ci obiecać, siostro.
Tyle razy jej to powtarzał, tyle razy, a ona zakpiła mu tymi słowami prosto w twarz, wyśmiała jego lojalność, ostatnie ochłapy człowieczeństwa, jaki miał tylko dla niej.
Ach, ten okrutny świat! Wie przecież, że to nie jej wina, lecz środowiska, które ich wychowało, matki, która umarła, ojca, którego przy nich nie było, dziadka, który nie tolerował żadnego przejawu niesubordynacji i babki, która mu we wszystkim wtórowała. Wszystkich ,lecz nie jej. Ona się bała. I on też się bał.
Świata, w którym mogłoby jej zabraknąć.
Od chwili, kiedy wycharczał do stajennego "osiodłaj go teraz", mija kilka minut. Mężczyzna spełnia jego rozkaz - jest roztrzęsiony, kiedy pionuje go nienawistnym spojrzeniem.
- Nie mów nikomu co tu zaszło. Jeśli piśniesz choćby słowo-
Nie musi kończyć kolejnej groźby. Milczenie jest jego jedyną szansą na utrzymanie stanowiska.
Fasada rodzinnej posiadłości znika za jego plecami, gdy zmusza konia do galopu. Nie przejmuje się niczym. Pędzi na złamanie karku - byle przed siebie, dławiąc w sobie rozpacz, jaka rodzi się w klatce jego żeber niespodziewanie i próbuje wzbić się do lotu, jak ptak.
Deszcz. Nadal pada ten pieprzony deszcz. Grzywka upada mu na czoło klei się do skóry, utrudnia widoczność. Marzną mu ręce, palce kostnieją, a on nie strudzenie prze do przodu.
Kiedy to czytasz, jest już zbyt późno..., słowa, które budzą jego sprzeciw, materializują się znowu pod kopułą czaszki. Nie może być za późno!
Nawet nie wie, kiedy opuścił tereny należące do Flintów. Jest zły. Gniew rozpowszechnię się po całej objętości jego ciała, jak ogień po lesie w czasie suszy - szybko i gwałtownie. Już dawno przestał się bać, że pożre ostatnie kawałki jego człowieczeństwa. Zaakceptował jego obecność, witał go jak starą przyjaciółkę, która od czasu do czasu zaglądała do jego życia, aby pozostawić w nim bałagan i obietnice kolejnego spotkania - równie niespodziewanego, co poprzednie wizyty.
Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj wciekłość, jaką gorączką trawi jego ciało, jest jak błyskawice, która raz zarazem rozdzierają sklepienie i dudnią w uszach.
Zaciska jedną dłoń mocniej za lejce, popędzające wierzchowcom, w palce drugiej ściska lusterko, jakie odebrał wraz z listem ,tym cholernym listem, który wytrącił go równowagi i postawił na nogi cały jego układ nerwowy.
Lepoldine, gdzie jesteś?
Chce krzyczeć, chce ryczeć, chce wyć, ale głos grzęźnie mu w gardle. Wie ,ze to, co robi, nie ma sensu, a jednocześnie nie może siedzieć z założonymi rękami i liczyć na cud.
Nienawidzi się za ta słabość, który kiedyś sprowadzi na niego zgubę. Na niego i na nią, bo tkwili w tym szaleństwie razem. Zawsze razem - najpierw w wodach płodowych matki, potem poza nimi, dzieląc myśli i uczucia, a także przestrzeń, w której wspólnie dorastali.

Nawet teraz, gdy tylko przymknę oczy, widzę Twoją twarz. Napięcie mięśni, które czujesz zawsze, gdy tylko jestem obok. Nie jestem ślepa, Leopoldzie, tak samo jak Ty nie pozostajesz głuchy na burzę, która targa mną od dawna, jeszcze zanim postawiłam ponownie stopę na angielskiej ziemi

Słowa z listu nawiedzają go jak duchy stare, opuszczone zamczysko; są mu zmorą, pierwszym objawem rodzącego się w nim szaleństwa; pierwszą oznaką, że jest z nim coś nie tak. Nie, nie, bzdura! Śmieje się gardłowo, szaleńczo, jakby myśl, która nagle go opętała, zrujnowała już całkowicie spokój jego ducha. Od dawna przecież wie, że nie kocha ją w taki sposób, jak powinien brat kochać swoją siostrę. Oczywiście, że nie! On ją kocha na zabój; pragnie do szaleństwa. Gdyby mógł, ukląkłby przed nią, wsunąłby jej pierścionek na palce i ślubował wierność aż po grób; gdyby mógł, zacisnąłby wargi na jej wargach; gdyby mógł, wydarłby jej z płuc nie tylko oddech, ale też serię westchnienie; gdyby tylko mógł uczyniłby ją swoją na zawsze.
Poczucie, że żyje i oddycha tylko dla niej rośnie w nim, zabiera mu przestrzeń w płucach, rozrzedza krew w żyłach, a odkąd wróciła, jedynie się pogłębia. Powinien się trzymać od niej z daleka, zachować dystans, powinien się od niej odizolować, dla jej dobra, zanim sięgnie po ten słodki, kuszący grzech, jakim jest jej ciało; zanim zrobi coś, co sprawi, że nie będzie patrzyła na niego, jak na oddanego brata, tylko ujrzy w nim potwora.
Zaciska zęby na dolnej wardze, a chwile później czuje pod językiem metaliczny posmak krwi. Deszcz nie ustaje, pada, pada i pada, przykrywa świat mokrą kurtyną. Kolejna błyskawica rozdziera niebo, tym razem donośniejsza od kilku poprzednich, wystraszony koń niemal staje dęba, a Flint z trudem utrzymuje się na jego grzebcie.
Myśli, jakie kotłują się w jego głowie to wstęp do tragedii. Wyobraża sobie, jak Leopoldine, zupełnie niedoświadczony jeździec, kompletny żółtodziób, na karej klaczy, która, owszem, miała spokojne usposobienie, ale była jeszcze bardziej płochliwa niż ogier, którego osiodłał mu stajenny, traci władze nad wierzchowcem i upada, upada wprost pod kopyta przelęknionego konia, który miażdży jej kopytem w popłochu tchawice. Wyobraża sobie, jak jej twarz sinieje, gdy próbuje złapać oddech i w końcu przegrywa, dusi się, jej serce przestaje bić, umiera, blask znika z jej spojrzenia, które w końcu matowieje. Potem jego wyobraźnia posuwa się o krok dalej - widzi, jak ciało podjada wataha wygłodniałych wilków, odbierają jej urodę i resztki człowieczeństwa.
Nie ,kurwa, to się nie wydarzy! nie może się wydarzyć! Zaciska dłoń na lusterko.
- LEOPOLDINE!!! - krzyczy, a jego głos zlewa się z hukiem kolejnej błyskawicy i rozpaczliwym co jego pełne żałości próby nawoływania zawodzeniem wiatru. – Odezwij się!!
Nie rób mi tego. Nie każ mnie milczeniem. Nie uciekaj przede mną, słyszysz?
Popędza konia, który rusza galopem przed siebie, w kurtynę deszczu.
Dlaczego mi to robisz? Dlaczego zabijasz mnie kawałek po kawałku? Dlaczego odprowadzasz mnie na krawędź szaleństwa? Pragniesz, abym z niej spadł?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
23-03-2026, 14:52
Musiała uciec. Po prostu musiała uciec. Nie była w stanie spalić Tir Eilean, ale mogła zawsze zostawić je za sobą. Je i całą duszność, która nie odstępowała jej na krok, której skraplana esencja osadzała się kolejnymi warstwami na jej skórze, wsiąkała w ubrania, wciskała się w każde możliwe zagłębienia, w łuski włosów, pory skóry, pod powieki, na rzęsy, wciskała się do oczu, nosa i ust. Nawet myśl o tym, że mogłaby minąć na korytarzu ojca, wuja, kogokolwiek, kto nie był Leopoldem, zmuszała jej ciało do dreszczu. Nie mogła tak żyć. To nie przystawało Flintowi. Flintowie brali sprawy w swoje ręce i nigdy nie żałowali kroków, które podejmowali do zwycięstwa.
Mogła uciec bez słowa. Po prostu rozmyć się w deszczu, który uderzał w szyby, wierzyła, że nie zostanie odnaleziona. Ale miała słabe serce, serce wypełnione miłością do bliźniaka. On zasługiwał na wyjaśnienia. Zasługiwał na zamknięty rozdział. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby z jej powodu odchodził od zmysłów. Dlatego nakreśliła do niego kilka zdań, dlatego wręczyła mu jedno z dwukierunkowych lusterek, swoje wciskając głęboko w wewnętrzną kieszeń wełnianego płaszcza.
Przekonanie stajennego do wydania jej konia nie było prostym zadaniem. Wiązało się z deszczem pytań, na które Leopoldine nie zamierzała odpowiadać. Wręcz przeciwnie - wraz z każdym kolejnym ucinała odpowiedzi, powtarzała je, a złość, która w niej narastała, powoli sięgała zenitu. Biedny stajenny został obrzucony przez baletnicę wyzwiskami, których nie powstydziłby się żaden z jej krewnych. Wreszcie jednak ugiął się pod ciężarem jej żądań, osiodłał do jej dyspozycji klacz o spokojnym uosobieniu, która poza kilkoma kucykami trzymanymi w rodowej stajni dla celów nauki jazdy konno przez najmłodszych Flintów, stanowiła najbezpieczniejszego wierzchowca w Tir Eilean. Mężczyzna pomógł Leopoldine w wejściu na konia - co sama baletnica musiała porównać do sposobu, w jaki to samo robił Leopold. Nawet to ją rozdrażniło. Że wolałaby, aby to brat był ostatnim, kogo zobaczy przed wyruszeniem w drogę. Ale wtedy na pewno nie dałaby rady zmusić konia do ruchu. Nie dlatego, że Leopold równie prędko ściągnąłby ją z siodła i odstawił na powrót na ziemię. Dlatego, że nie dałaby rady namówić go, aby uciekł z nią.

Nie ma przy sobie wiele. Ma suknię, jedną ze swych jedwabnych kreacji, których materiał spływa po jej filigranowej figurze podobny do wody obmywającej ciało. Wełniany płaszcz narzucony na siebie, półpelerynę z kapturem, zapinaną nieco pod brodą na złotą klamrę w kształcie dwóch skrzyżowanych różdżek. Do klaczy przyczepiono jeszcze niewielki bagaż - jego wnętrze powiększono specjalnie zaklęciem, a Leopoldine upchała tam tyle, ile tylko mogła. Trochę ubrań. Pierwsze baletki. Ususzoną różę z ostatniego bukietu matki. Portretową miniaturkę przedstawiającą ją i Leopolda jako dzieci. Sakiewkę z pieniędzmi, które pewnie wystarczyłyby przeciętnemu człowiekowi na kilka miesięcy życia. Może nawet rok. W myślach zastanawia się, czy to na pewno wszystko. Zabrałaby więcej, jeszcze więcej, ale nie miała nawet pojęcia, gdzie zatrzyma się tej nocy, a co dopiero, jak pomieścić do środka jeszcze więcej potrzebnych rzeczy. Dopiero gdy swobodnym, zbyt wolnym dla Leopoldine tempem (baletnica próbuje kilkukrotnie zmusić klacz do szybszego poruszania się, ale bezskutecznie) znikają pomiędzy pniami iglastych drzew otaczającego je lasu, kobieta przypomina sobie, że nie zabrała ze sobą ani ręcznika, ani szczotki do włosów. Zazwyczaj układaniem jej fryzury zajmowała się Yelizavieta, jak sobie teraz bez niej poradzi? Co zrobić z koniem? Co one właściwie jedzą? Czy nie umrą z głodu?
Pomiędzy odgłosem kopyt odbijających się od leśnego runa, słychać także nerwowe zgrzytanie zębów. Musi ono wystarczyć, aby zagłuszyć szepty o powrocie. Podjęła już decyzję, nie mogła pozwolić, aby strach przejął nad nią kontrolę, złamał jej ducha.
Pierwsze krople deszczu uderzają ją w twarz - w czubek nosa i rumiany od emocji policzek. Zmuszają one Leopoldine do uniesienia głowy wyżej, wprost w ciemność chmur nad nią. Gdzieś w oddali słychać już ostrzegawcze burknięcia nadciągającej burzy. Może przysiąc, że słyszy też nowy rodzaj chrapnięcia ze strony klaczy. I bardzo nie podoba się jej, że wszystko wskazuje na to, że i ona zaczyna się bać.
- Spokojnie, kochana. Damy sobie radę - jej dłoń, drżąca z zimna, powoli gładzi ciepłą, końską szyję. Są dwie i skazane na siebie - damy, które muszą wyjść ze swojej pierwszej opresji obronną ręką. Gdy ciemność przecina pierwsza błyskawica, Leopoldine sztywnieje zupełnie, podobnie jak klacz pod nią. Przez moment myśli nawet o tym, żeby zawrócić. Ale chyba są zbyt daleko od rezydencji, nie zdążą uciec przed żywiołem. Skoro tak, pozostało jej tylko naciągnąć na głowę kaptur i ścisnąć mocniej lejce, w płonnej nadziei, że zmusi konia do posłuszeństwa i galopu. Widziała przecież wielokrotnie, jak dokładnie to robił na swoim granianie Leopold. Gdyby zachowała się jak on, może klacz byłaby względem niej bardziej posłuszna? Wszystkie niuanse dotyczące układania koni, sposobu obchodzenia się z nimi, a przede wszystkim to, że klacz na swój sposób próbuje ją ochronić przed najgorszym scenariuszem, przelatują nad głową Leopoldine. Od kilku dni żyje przecież w swoim świecie, ma swoje założenia i tylko one zdają się być w jej umyśle godne statusu prawdy.
Wreszcie grom rozbrzmiewa blisko. Bardzo blisko. Klacz głośno daje znać swojemu niezadowoleniu, swojemu strachowi. Musi czuć, że pochylona nad nią Leopoldine, Leopoldine, która ściągnięta przerażeniem przylega do końskiej szyi całym tułowiem, boi się równie mocno - a może bardziej - niż ona sama. Serce przyspiesza bieg, palce zaciskają się na lejcach tak mocno, jakby od ich utrzymania w rękach zależało życie ich obu. Cały entuzjazm, cała wiara, że poradzą sobie same, wyparowuje równie nagle, co pojawienie się na niebie kolejnej błyskawicy. Baletnica czuje, że jej mięśnie zaciskają się w bolesnym, przerażonym spaźmie. Ale obiecała sobie, że nie będzie krzyczeć. Nie da nikomu poznać tego, że się boi. Łapie więc dolną wargę w zęby, zaciska je na niej tak mocno, że w miejsce kolejnego pisku, który niechybnie musiałby wydostać się z jej ust, pojawia się cisza.
I metaliczny posmak krwi.
- Prędzej - komenda nie wybrzmiewa wyraźnie ni pewnie; złożona jest w charkliwym szepcie, naglącym, ale równocześnie porwanym przez wiatr, który jest kolejnym zwiastunem nadejścia nieprzewidywalnego żywiołu. W oczach Leopoldine pojawiają się pierwsze łzy - nie płacze często, najczęściej te pojawiają się, gdy frustracja nie może już pomieścić się w jej ciele. Teraz czuje, że kolejny, zimny dreszcz jeszcze raz przebiega przez jej ciało, pozostawiając za sobą uczucie, które - jak sądziła - zostawiła za sobą, zakopane głęboko pod warstwami dziecięcych wspomnień. Bała się. Po raz pierwszy od dawna bała się i była z tym strachem zupełnie sama. Kurtyna deszczu nie odstępuje jej nawet o krok - ochronna półpeleryna zupełnie przesiąkła wilgocią, materiał kaptura przylega do jej głowy, do krańców policzków. Suknia, którą ma na sobie, która powiewała jeszcze zaraz po wyjeździe z terenów rezydencji, teraz klei się do jej nóg, do reszty ciała. Krople osadzają się na krańcach rzęs, załzawione oczy nie widzą drogi dokładnie - Leopoldine jest ledwo świadoma, że spomiędzy drzew trafiły z karą klaczą na polanę. Ciało baletnicy drży, od jakiegoś czasu już bez przerwy, jeden mięśniowy spazm po drugim, każdy bolesny, każdy przypominający o tym, jak bardzo głupia była, o tym, że nawet, gdy chciała tego najbardziej, nie mogła wyrzec się tego, kim była. Tego, skąd pochodziła. Rodowa rezydencja w jej sennych marzeniach płonęła jasnym ogniem, zmieniała się w czarny, zwęglony pył. Ale na jawie, na jawie żaden żywioł nie był w stanie pochłonąć Tir Eilean, złamać Flintowskiego ducha.
Klacz pod nią zarżała ostrzegawczo, gdy kolejny grzmot rozdarł duszne, wilgotne powietrze. Zaraz po nim przyszedł następny. Niespokojny koń uniósł dwie przednie nogi, a Leopoldine nie pozostało nic innego jak objąć klacz za szyję, trzymać się jej mocno i wciskać dalej zęby w zranioną już tkankę dolnej wargi. Gdzieś na krańcu grzmotu wydawało jej się, że słyszała znajomy głos. Krzyk. Nie, ryk.
Czy to omamy? Czy to utracony rozum przybrał formę jej ukochanego brata, który nawoływał ją do powrotu?
- Le... Leopold...? - pytała w przestrzeń, jeszcze zbyt przerażona, aby się poruszyć. Gdyby to był majak, gdyby to był sen, nie dostałaby odpowiedzi. Ale znów go słyszała. Wołał ją. Odezwij się. - LEOPOLD!!! - odkrzyknęła, mając nadzieję, że nawet bez sięgania do lusterka brat będzie w stanie ją posłyszeć. Że zrobi to, co robił zawsze. Pojawi się obok, jakimś magicznym cudem uratuje od konsekwencji jej irracjonalnych wyborów. Przecież od zawsze to on był tym silnym, to on był ramieniem, na którym mogła się wesprzeć, to on był stałą w jej życiu. - LEOPOLD, POMOCY!! - wrzasnęła, zupełnie żałośnie. Gardło ledwo pozwalało jej na wyrzucenie z siebie czegokolwiek, pomiędzy ciągłym łkaniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
26-03-2026, 20:34
Czuje jak przemoknięty płaszcz ciąży mu na barkach. Przemoknięty do suchej nitki, czuje wdzierający się pod skórę chłód. Ignoruje apel zdrowego rozsądku, który usiłuje, namówić go do powrotu, ale skryje się w trzewiach rezydencji i co dalej? Mieć nadzieje, że wszystko rozejdzie się po kościach? Że Leopolidne znajdzie drogę powrotną do domu? Że nie spadnie z grzbietu spłoszonej klaczy? Że nie roztrzaska sobie kości podczas upadku, na zawsze przekreślając szanse, o którą zabiegła od chwili, gdy na jej stopach pojawiły się pierwsze odciski od dwugodzinnych ćwiczeń i której podporządkowała całe życie?
Prycha.
Nigdy nie zrezygnuje. Nie z niej. NIGDY. To on był tym, którego zadaniem było sprowadzenie jej na powrót do domu.
Nie wierzy w żadne zdanie, jakie zostawiła w liście. Nie wierzy, że mogła zwyczajnie odejść, wyruszyć w daleką podróż i pozostawić po sobie tylko dławiącą krzyk w gardle rozpacz.
Gdyby chciała opuścić angielską ziemię, uczynić to mogła na milion skuteczniejszych sposobów. Decyzja, którą podjęła, musiała zrodzić się pod wpływem impulsu, chwili słabości, której - z racji nazwiska - nie miała prawa przejawiać. Nigdy nie uważał ją za słabą, ale teraz, gdy kurtyna deszczu zasłaniała mu widoczność i wrzeszczał jej imię, aż do utraty tchu, obwiniał o to samego siebie – o to, co urosło w jego sercu do takiego rozmiaru, że organ w piersi nie był na tyle pojemny, bo to pomieścić.
Musiały być jakieś znaki, które przeoczył. Musiała chociaż raz zdradzić się gestem lub słowom. Nikt przecież nie wyjeżdża bez wyraźnego powodu. Nikt, bez jawnej przyczyny, nie porzuca swojego życia. Nie ona – ta, która zawsze wiedziała, jaki spoczywa na nią obowiązek względem nazwiska, jakie nosiła z dumą.
Naprawdę chce uciec z powodu Carrowa? Małżeństwo z Rodricem nie jest najgorszym, co mogłoby ją spotkać. Najgorsze, co mogłoby ją spotkać, znajduje się w klatce jego żeber, w organie, które wybija żałosny rytm w jego piersi, w łzach, które powinny płynąć, chociaż wcale nie płyną, mimo iż poczucie żalu próbuje złamać mu piąte i szóste żebro.
Tylko dla nie znaczył? Parę zdań i lusterko, który zaraz pęknie pod naporem jego palców, gdy będzie ściskać go mocniej. Tylko tyle?
Leopoldine! Leopoldine! Leopoline!
Jej imię raz zarazem opuszcza jego gardła, ale nie ma takiej mocy przebicia, aby mógł rywalizować z szalejącą burzą, chociaż ta emocjonalna, jaka zdaje się pod niewidzialną pięścią gnieść jego klatkę piersiową, jest o wiele gorsza - sprawia, że oddycha z coraz większym trudem. Koń rży niespokojnie, a on mokrymi, skostniałymi palcami poklepuje go po szyi, chociaż ten czuły, wyrwany z kanonu jego szorstkości gest nie mógł zrekompensować mu niczego.
Gardło boli go od wrzasku, który przekształca się w niemal zwierzęcy ryk, gdy po raz kolejny wykrzykuje jej imię w deszczowy poranek. Tym razem jego głos miesza się z głuchym, głośnym pomrukiem gromu, a potem słyszy coś jeszcze, a raczej wydaje mu się, że słyszy. Mocniej ściska w palcach lejce.
- LEOPOLDINE!!!!! - wtóruje jej prośbie o pomoc, które brzmi jak zawodzenie z najgłębszej czeluści rozpaczy, w jakiej znajdą się zaraz oboje, jeśli jej nie ocali. – GDZIE JESTEŚ?
Ma wrażenie, że w przełyku wybuch pożar bólu, ale nie przestaje wykrzywiać jej imię, tym bardziej, że swoje słyszy coraz bardziej wyraźnie - jakby dzielącą ich odległość mógł odmierzyć w kilku krokach.
I w końcu spod zasłony deszczu wyłania się końska, majestatyczna sylwetka. Klacz wierzga, staje dęba, usiłuje zrzucić ją z siodła. Leopoldine, wtulona w jej szyje, desperacko próbuje nie spaść.
Leopold zgrzyta na zębach, jakby znowu rozgryzł pod nimi odłamki szkła, jakie zaraz pokaleczą jego podniebienie. Zeskakuje z konia. Unosie dłonie ku górze. Głos ma łagodny, czuły, gdy przemawia do wzburzonej klaczy. Jakby emocje, które wcześniej go wypełniały, zniknęły. Jakby to, co wcześniej czuł, nie miało żadnego znaczenia.
Czasem ma wrażenie, że tylko koniom był wstanie oddać swoje serce.
Ta klacz była pierwszą, którą dosiadł. Pamiętał ją, jak była jeszcze źrebakiem. Można powiedzieć, że razem dorastali. Sentyment też zaciska się na jego klatce piersiowej pięścią żalu. Którą opłakiwałby mocniej – ją czy własną siostrę, jedyną istotę, u której szukał zrozumienia?
Wystraszony koń wstaje stabilnie na cztery kończyny. Leopold pochodzi bliżej. Nadal mówi. Chwile później poklepuje ją z wyczuciem po pysku. Nawet nie jest świadomy, że burza ustała.
- Schodź - głos ma oschły, chłodny, pozbawiony ciepła, jaki wybrzmiewał chwile wcześniej z jego słów, gdy piorunuje wzrokiem spanikowaną Leopoldine. Podaje jej rękę.
Nie wie, co czuć. Ulga miesza się z gniewem i pierwszy raz, od chwili ich narodzin, czuje, że mógłby znienawidzić tą, która była dla niego wszystkim, a przez to wzbiera się w nim pogarda do samego siebie; wydaje mu się, że ma konsystencje wymiocin, bo żółci wzbiera się w tunelu gardło, szukając ujścia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
31-03-2026, 17:36
Spoglądając na ten dzień z perspektywy czasu, ciężko będzie jej stwierdzić, czy w istocie nie wiedziała, na jakie niebezpieczeństwo wystawia siebie i bliźniaka, czy może, zupełnie zwyczajnie, nie chciała dopuścić do siebie myśli o tym, jak jej własny egoizm wpłynie na ich dalsze losy. Teraz, gdy mocne porywy wiatru próbują zerwać z jej głowy przemoczony już kaptur półpeleryny, nie ma czasu na myślenie o konsekwencjach. Boi się ich, a strach — nawet w sytuacji tak dramatycznej, gdy nikt nie jest jej świadkiem — nie przystoi Flintowi. Zagryzioną wargą, zębami wbitymi w miękkość krwawej tkanki, metalicznym posmakiem w ustach, wszystkim tym stara się jeszcze mocniej ugruntować w okrutnym świecie, choć tak naprawdę, nie jest nawet pewna, czy żyje, czy to wszystko dzieje się naprawdę.
Im dalszy dystans pokonywała, tym bardziej koszmarne były warunki. Kolejny grzmot uderza blisko — zdecydowanie za blisko, a Leopoldine idzie za swoim instynktem, który nakazuje jej ścisnąć boki konia własnymi nogami. Klacz reaguje nerwowo, rży, jakby prosiła ją o zrozumienie, o wybawienie. Ale Leopoldine nie ma z końmi takiej więzi, jak jej brat, popełnia każdy możliwy błąd nowicjusza. To emocje jeźdźca biorą górę, a tak nigdy nie powinno być. Gdzieś w jej sercu tli się jeszcze słaby płomyk nadziei, że wszystko będzie dobrze. Że to tylko próba, którą musiały przejść obie. Ale czy były do tego zdolne? Dłonie Leopoldine dalej są delikatne — może za wyjątkiem kilku zgrubień pojawiających się raz na jakiś czas, a swe źródło mających w zbyt długich ćwiczeniach przy barierce. Jej dłonie są chłodne prawie zawsze, w tej chwili — pośrodku chłodu, cieknącej wody, rwistego wiatru — są już zupełnie lodowate. Myśli baletnicy starają się skupić na jednej konieczności: trzymania lejców, niewypuszczenia ich za wszelką cenę.
W deszczu jej własne łzy mieszają się z kroplami cieknącymi po policzkach. Nawet te napływające do jej ust są od siebie nie do rozróżnienia; obie smakują słono, momentami gorzko. Tak chyba właśnie smakuje strach, tak smakuje porażka. Dreszcze targają filigranowym ciałem, które przecież przyzwyczajone było do nadludzkiego dla obserwatora wysiłku — w ucieczce jednak nie ma nic pięknego, jej ciężar przygniata ją mocniej na końskim grzbiecie, doprowadza do szaleństwa.
Gdy słyszy ryk Leopolda — ryk zranionego zwierzęcia — wydaje się jej wpierw, że to tylko omamy. Ale krzyk powtarza się, odpowiada na jej wezwanie i napawa ciało tak daleko idącą ulgą, że w głowie robi się jej zupełnie lekko, a ciało zaczyna mrowieć na całej jego powierzchni. Nie jest w stanie odpowiedzieć, nie od razu, bo szloch i niekończące się próby balansu zabierają jej wszystkie pozostałe siły. Przez moment naprawdę myśli, że to koszmar, ale myśl ta przynosi jej nietypową ulgę — koszmary bowiem prędzej czy później się kończyły. Wystarczyło tylko poczekać na Leopolda, poczekać na jego ramię, które zawsze było dla niej tarczą, poczekać na moment, w którym znów staną się nie osobnymi bytami, a jedną materią dzieloną na pół. Jedna stworzona z ciemności z odrobiną światła. Druga stworzona ze światła z odrobiną ciemności.
— Leopold... — udaje jej się jeszcze wykrztusić, nim otwiera zaciśnięte powieki. Wokoło jest jasno, bardziej jasno niż w chwili, gdy przy pomocy stajennego po raz pierwszy osiadła w siodle. Teraz już cała wilgoć na jej twarzy jest wyłącznie łzami, chce zetrzeć je rękawem, ale ten, również mokry, tylko rozmazuje ciecze na bladym policzku. Wydaje się, że to właśnie ten moment, gdy na chwilę wypuściła leje, okazuje się dla klaczy kluczowy. Najpierw wierzga — Leopoldine próbuje ponownie ścisnąć jej boki nogami, ale zwierzę ma inne plany. Chwilę przed tym, jak klacz staje dęba, Flint obejmuje jej szyję, a spomiędzy warg, spośród których górna jest już delikatnie sina z zimna, a dolna zaczyna puchnąć od krwi, która jeszcze barwi ją na zdrowy kolor, wydostaje się przeraźliwy pisk. Czujne oko zobaczy, że jedna ze stóp Leopoldine, prawa, wymsknęła się ze strzemion.
Jest już gotowa na upadek. Upadek, który musi ją obudzić. Jedyną nadzieją jest to, że nie będzie boleć. Bo skoro to koszmar, sen, stopa poza strzemionem będzie dalej zdrowa, nie połamie sobie kości, nie nadwyręży stawów, nie przekreśli swojej przyszłości w tańcu. Po prostu obudzi się, zlana zimnym potem, ale w miękkości własnej pościeli. Potem wstanie, zażyje kąpieli, wsunie na siebie jedną ze swoich sukienek i zejdzie do jadalni na kolejne śniadanie w towarzystwie brata. I wszystko będzie tak, jak zawsze.
Słyszy nawet głos Leopolda, czuły i wyrozumiały, ale przecież koszmar wciąż trwa. Klacz opada ciężko na wszystkie kopyta, ktoś klepie ją po pysku, zna ten dźwięk. Ale później do jej uszu dochodzi oschłe polecenie. Schodź. Baletnica, wciąż przerażona, walczy ze sobą, aby unieść powieki. Długie rzęsy drżą przez chwilę, podobnie jak motyle skrzydła, a kobieta nie rusza się, wciąż ułożona na płasko na końskim grzbiecie. Na oślep stara się wyciągnąć rękę w bok, niepewna, czy głos brata to kolejne omamy zmęczonego umysłu, czy może od samego początku nie był to zły sen, a jeszcze bardziej koszmarna rzeczywistość. Dłoń wreszcie trafia do dłoni. Równie zimnej jak jej własna, jakby byli nie żywymi ludźmi, a posągami na cmentarnej alejce, w cieniu wiekowego drzewa, porośnięci mchem w miejscach szczególnie zacienionych. Dopiero kontakt skóry ze skórą sprawia, że zmusza się, na drżącej lewej ręce, do podniesienia się z końskiego grzbietu. W jej kolejnych ruchach nie ma tej samej gracji, co zazwyczaj. Ciało jest zesztywniałe ze strachu, przemarźnięte do szpiku kości, ale udaje jej się wreszcie obrócić tak, aby bezpiecznie zejść z konia. Co prawda potrzebuje obu rąk Leopolda, potrzebuje jego siły, aby utrzymać się w pionie, bo gdy zeskakuje z wysokości, jej kolana uginają się za mocno. Pod ciężarem przewin, pod ciężarem podjętych naprędce decyzji, pod ciężarem odejścia i odrzucenia, choć nikt nie zmuszał jej, aby była sztyletem wciśniętym z rozmysłem pomiędzy żebra Leopolda.
Nie czeka na jego reakcję. Znów górę bierze egoizm, jej potrzeba bycia blisko, jej emocje, nad którymi po raz pierwszy w życiu nie jest w stanie w pełni zapanować, a które znów wybuchają w niej, jak noworoczne fajerwerki na ciemnym niebie. Kiedyś, gdy byli młodsi, mówili sobie, że cały świat świętował ich urodziny. Także i dziś Leopoldine pragnęłaby zanurzyć się w tym wyimaginowanym optymizmie, pewnie wtedy łatwiej byłoby przełknąć gulę, która uniemożliwia jej słowa przeprosin, właściwie jakiekolwiek słowa.
Znó postępuje zgodnie z instynktem; nie czeka na reakcje Leopolda, gdy wtula się mocno w niego, w przemoknięty płaszcz, który musi ciążyć na jego barkach. Nie przeszkadza jej zapach mokrego konia, nie przeszkadza jej to, że drżą jej nogi, nie zwraca nawet uwagi na to, że po jej policzkach w dalszym ciągu spływają łzy. Tym razem zupełnie ciche, takie, które wypłakiwała w poduszkę wielokrotnie — w szczególności wtedy, gdy zjawili się w Anglii po raz pierwszy, półsieroty z niedostępnym emocjonalnie ojcem. Wtedy Leopold podawał jej haftowaną chusteczkę, aby mogła osuszyć oczy i twarz.
Teraz jednak, tyle lat później, nie są już tymi samymi, niewinnymi dziećmi w świecie, który okazał się dla nich zbyt duży i zbyt pusty bez matczynej obecności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:27 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.