• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Delancey St 4/6 > Zagracony salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
25-01-2026, 20:00
Zagracony salon
Salon jest duszny, przeładowany pamiątkami, które ocalały z ucieczki z Rosji i lat spędzonych we Francji. Powietrze smakuje kurzem i tytoniem z cienkich papierosów, które Anastasiya czasem pali przy oknie. Okna zasłaniają ciężkie, aksamitne kotary – niegdyś szkarłatne, dziś wyblakłe do barwy zakrzepłej krwi. W kącie dumnie, choć nieco krzywo, stoi gramofon, a obok niego, na honorowym miejscu, spoczywają jej stare łyżwy figurowe; ich płozy są wciąż nienagannie naostrzone, lśniąc w mroku niczym brzytwy. Środek zajmuje głęboka, zapadnięta sofa przykryta wełnianym pledem, na którym najczęściej leżą porozrzucane zabawki syna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
28-01-2026, 22:37

With family, it's best not only in photos
8 maja 1962

Uważne spojrzenie zielonych tęczówek dwojako wyzywająco wbiło się w przeciwnika, jakby miało prawo penetrować zakamarki jego duszy, których istnienia sam zainteresowany zapewne nawet nie podejrzewał. Sytuacja była, w jego mniemaniu, niebezpieczna ― ramię niemal odlatywało z boleści, spięte do granic przyzwoitości mięśnie domagały się odpoczynku, urlopu i najlepiej ciepłego okładu. Heroizm miał swoje granice, a on właśnie się o nie boleśnie obijał. Przeciwnik zaś okazał się znacznie gorszym wrogiem, niż przewidywały wszelkie kalkulacje. Atakował dalekosiężnie, bez ostrzeżenia, łamiąc wszelkie zasady honorowej konfrontacji. Ruchy następowały tam, gdzie spojrzenie nie nadążało, czyny rozmijały się z logiką, a reakcje z godnością dorosłego człowieka. Hańba ― pomyślał z przekąsem ― tak właśnie upadają legendy, podkopane przez brak przewidywalności.
Wtedy stało się to, co w kronikach bitew zwykle pomija się milczeniem. Mniejsza dłoń, wsparta zdecydowaną pomocą drugiej, mocno nacisnęła na jego większą odpowiedniczkę. Dziecięce ciało, nieznające litości ani biomechaniki, wpadło niemal całe na stolik kawowy, śmiechem i ciężarem przechylając dorosłego bezceremonialnie w lewo. Manewr był prosty, brutalnie skuteczny i całkowicie pozbawiony finezji. Leżąc w pozycji dalekiej od zwycięskiej, musiał przyznać jedno: oto wojownik. Bez strategii, bez planu i rozpoznania, za to z absolutnym przekonaniem o własnej nieśmiertelności. Świat bywał okrutny ― szczególnie wtedy, gdy przeciwnik nie znał zasad gry i zupełnie nie zamierzał ich przestrzegać.
Musiał przyznać ― z niechętną szczerością, która zawsze bolała najbardziej ― młody miał zadatki na dobrego łowcę. Może jeszcze nie teraz, może nie jutro, ale te małe piąstki, pozornie niegroźne, już teraz zdradzały niepokojącą precyzję. Kiedyś będą sięgać celu lepiej, szybciej, bez tego całego teatralnego wahania, którym dorośli tak lubią maskować własną niepewność. Ewolucja nie czekała na pozwolenie. Psisko na widok leżącego właściciela poruszyło się bez przesadnego pośpiechu ― czujne, jakby najpierw musiało przeanalizować sytuację. Pysk przechylił się lekko, oczy zmrużyły, testując rzeczywistość: oddycha czy już tylko dramatyzuje. Instynkt miał lepszy niż większość ludzi z ministerstwa, to było pewne. Gdy brak reakcji się przeciągał, zwierzę uznało najwyraźniej, że żyje, skoro wciąż wygląda na zirytowanego.
― Chwila przerwy, wojowniku... ― zapowiedział, łapiąc podopiecznego pod ramionka, gdy ten próbował kolejnego natarcia. Gwizdnął na Zlate krótko, uspokajająco, by wyciszyć instynkty towarzyszki. Drugą ręką sięgnął po włosy zwycięzcy, czochrając je bez ceregieli ― nagroda wiążąca z gestem najwyższego uznania. Albo upierdliwa, bo pisk przeciął mu bębenki słuchowe. Dzieciak był zmęczony, co zdradzały rumieńce i przyspieszony oddech, ale w oczach wciąż tliło się to bezczelne zadowolenie kogoś, kto właśnie wygrał bitwę, nie rozumiejąc jeszcze jej znaczenia. ― Oboje zaliczymy reprymendę, gdy mamusia dostrzeże ten bałagan... Pobaw się z Zlatą, bez ciągania za ucho.
Chyba i tak zaliczył u panny Trubetskoy solidnego minusa ― i to nie tego drobnego, który da się zetrzeć jednym zręcznym gestem, lecz takiego, co zapisuje się w pamięci gospodyni grubą kreską. Przyprowadzenie w pochodzie gościnnym znudzonego bezczynnością psiska było aktem odwagi graniczącej z brakiem wyobraźni. No trudno. Życie składało się z decyzji, a ta właśnie dołączyła do długiej listy tych średnio przemyślanych. Zaczesał włosy do tyłu i umknął z wolna do części reprezentacyjnej mieszkania ― salonu, gdzie urzędowała pani domu, władczyni przestrzeni i nastrojów. Gdzieś w tle czaił się osobisty wilczuś, wyrwany z nory dobre dwie godziny wcześniej; Varya najpewniej długo mu tego nie wybaczy. Była w niej pamiętliwość godna urzędnika archiwów, tylko pozbawiona hipokryzji. Chociaż… wzruszył ramionami z tą niedbałą filozofią, która zwykle pojawia się wtedy, gdy człowiek nie zamierza już nic naprawiać. Usiadł na wolnym miejscu, pozwalając sobie na krótką inwentaryzację otoczenia. Wzrok przesunął się po jednej pannie, potem po drugiej ― uważnie, lecz bez specjalnego zaangażowania, jakby sprawdzał rozmieszczenie mebli w znanym pokoju.
― Pochwalcie się... Głośniej ― zawtórował, zasięgając po filiżankę z wystygniętą już herbatą. Cisza. Gęsta, podejrzana. Taka, która nie zwiastowała spokoju, lecz raczej chwilowe zawieszenie broni. Brak szeptów, brak porozumiewawczych spojrzeń, brak tego charakterystycznego napięcia, które zwykle unosiło się nad salonem jak kurz. ― Nie musicie się wstydzić, romanse są zrozumiałe.
Plotki się skończyły?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
5
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
02-03-2026, 21:29
Dom pachniał ciastem drożdżowym i entuzjazmem, dom pachniał obecnością tak wielu istnień, a jej to bynajmniej nie przeszkadzało; przeciwnie, z szerokim uśmiechem przyjęła cienie tych dwojga w drzwiach własnej klitki, cicho racząc się tą pokrzepiającą świadomością, że kogoś w tym parszywym kraju jednak miała. Kogoś bliskiego, kogoś związanego z nią samą silniejszymi od czegokolwiek innego nićmi pokrewieństwa; oni byli tym urojeniem bezpieczeństwa, oni byli dla niej jakimś swoistym wspomnieniem dawnego życia, dawnej tożsamości, dawnych układów.
A szczerze uwielbiała wracać do nich myślą.
Szczerze uwielbiała sycić się imaginacją, rysującą ją samą kolorytem księżniczki, dziedziczką wyjątkowego, wiekowego i niosącego się szerokim echem rodu Trubieckich.
Szczerze uwielbiała sytuować się w kliszy Paryża, gdzie u jej boku majaczył ten nęcący obrazek sportowej sławy, budowanego z wolna majątku, gorejącej namiętnie miłostki z własnym trenerem.
Szczerze kochała też mnożyć sny o Augustusie, tamtym czarującym i zaangażowanym, tamtym zamawiającym jej drinki w pubie i ciągającym za rękę do świata, w którym żyła chwilą oraz marzeniem.
To ostatnie pobudzone były rewelacjami ze zjazdu, na który jednak w końcu trafiła; to ostatnie żyło w niej wyjątkowo silnie, odbijając się echem niepisanej ekscytacji i zarazem to konsternacji, czasem tylko burzonej wrażeniem lęku.
Więc z nią ― młodszą, niedoświadczoną, choć w głębi ducha przecież wrażliwą kuzynką ― musiała się tym wszystkim, tak po prostu, w tonie przerośniętej nastolatki, podzielić.
― W tłumie znalazłam swojego przyjaciela, Vincenta... Nigdy z nim nie spałam, ale zawsze mi się podobał, a ostatnio... ― i tu jej wywód, poprowadzony bladym dymem papierosa spoczywającego pomiędzy jej palcami, bardziej to spalającego się samoistnie, niż wędrującego do jej ust, przerwały entuzjastyczne krzyki z pokoju obok; Arthyen był możliwie najlepszym wujem dla Charliego ― a śmiech dobiegający z sąsiednich czterech ścian był tego najlepszym dowodem. ― Ostatnio było między nami jakieś napięcie. Tak przynajmniej odczytałam jego sygnały, więc poszliśmy tańczyć i szczerze mówiąc, było mi z tym naprawdę przyjemnie. Pomyślałam nawet, że mogłabym z nim spróbować czegoś więcej ― zdradziła, tym razem zaciągając się lekko cienką fajką, a jej pozostałości wypuszczając za uchylone okienko, nim mdłość nie zniechęciła jej do kontynuacji opowieści bez tego niewinnego entourage. W ciąży jej, najpewniej, nie wypadało tego robić, ale czasami tak głupiutko zapominała, że pod jej sercem dorastało powoli nowe życie, kolejne dziecko. ― I ledwie zrobiliśmy parę kroków, a na parkiecie pojawił się Augustus. Był naprawdę wściekły. No i... chyba o mnie zazdrosny. ― To powiedziawszy, uśmiechnęła się z przekąsem, niebieskim spojrzeniem lustrując dalej twarz Varyi ― czy już znudzoną tą długą historią? ― Zachowywał się tak, jakby był gotów zrobić Vincentowi krzywdę, więc poddałam się jego woli i poszłam z nim na zewnątrz, bo chciał ze mną porozmawiać. A wtedy ― teraz jej długie palce objęły łapczywie polukrowaną drożdżówkę z owocowym nadzieniem, niemalże zalotnie urywając dla siebie jej kawałek, potem ― wkładając pomiędzy usta; swojskie zlizanie resztek z palców nie miało w sobie żadnej ordynarności, nawet jeśli damie nie wypadało tak robić. ― On... mi się oświadczył. Tak nagle ― dokończyła, dostrzegając postawną, męską sylwetkę w progu zagraconego salonu; szczekanie Zlaty dobiegło ich uszu, więc dopytała zapobiegawczo: ― Ona nie ugryzie Charliego? Wiesz, jaki on jest... ― nadpobudliwy, złośliwy, nieprzewidywalny, zupełnie jak jego ojciec, mogłaby dopowiedzieć, ale Borgin był tego na pewno świadomy; zarzucając swoimi puklami blond loków i spoglądając na niego porozumiewawczo, odpowiedziała nieco prowokująco:
― A może ty wreszcie coś o tym opowiesz? Nie chce mi się wierzyć, że nie masz na oku żadnej kobiety.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
22-03-2026, 17:22
Więc słuchałam, zgarniając rozmnożone niesamowicie słowa i szeroko opowiadane historie tak pilnie, jak tylko potrafiłam, gdy gdzieś w tle, ledwo za tą czy tamtą ścianą kołysały się dwie bitewne sylwetki. Do nich zdawałam się pasować znacznie bardziej. O wiele łatwiej przychodziło mi zrozumienie walk, instynktów i ciosów. O wiele prościej było oddać się wirom destrukcji. Bo pojęcie tego wszystkiego, o czym tak chętnie i wylewnie prawiła kuzynka, niosło ze sobą pewne komplikacje. Trudność, której jeszcze nie nauczyłam się oswajać. Próbowałam się, oczywiście, połapać w tych czy innych poplątaniach, ale wciąż nie do końca wiedziałam, czy dobrze pojmuję szanse i ryzyka tej sytuacji. Część mnie więc naturalnie nasłuchiwała toczonej w drugim kącie męskiej batalii. Gdy byłam dwa cale niższa od Charliego, również śmiałam się jak on. To były te ostatnie, dość zatarte już w pamięci epizody, nim ojcowski pług odebrał nam beztroskę.
Podobać. Sygnały. Zazdrość. Coś więcej. Wściekłość. Krzywda. Wola. Notowałam karuzelę haseł, z których składała się zbyt prędka historia. – To wszystko w jeden wieczór? – zapytałam ostrożnie, nie mogąc do końca nadziwić się tej…całej lawinie, jaka spadła na Rosjankę w tak krótkim czasie. Ja sama najpewniej uciekłabym już w drugim akcie. – Augustus rości sobie do ciebie prawa – stwierdziłam głośno, wyciągając w którymś momencie sprawozdania podobny wniosek. – Jest drapieżnikiem – porównałam, widząc w tym chyba jednak jakiś sens. Wreszcie. Ten mężczyzna. Ten cały Rookwood czuł, że Nastya pozostaje mu należna, choć wcale nie wziął jej za żonę. To już było o wiele trudniejsze do pojęcia. Obserwowałam słodką drożdżówkę, której nadzienie na moment zamalowało idealne usta mojej rozmówczyni. Oświadczył. Chyba powinnam jej pogratulować, uścisnąć dłonie, zawołać z entuzjazmem. Powinnam? – Czy tego właśnie chciałaś? Jak on to zrobił? – zadałam znów pytania, próbując się w tym wszystkim nie pogubić, ale i chyba zwyczajnie będąc ciekawą, jak… - Nigdy wcześniej nie widziałam oświadczyn. Wydajesz się szczęśliwa – stwierdziłam roztropnie, bo wszystko to było jakąś dziwną, prędką kombinacją. Łatwo było można coś przeoczyć. Ja chciałam wiedzieć, jak się z tym czuła. Wiedziałam, że te damsko-męskie gry towarzyskie prowadziły ostatecznie do obietnicy małżeńskiej, ale Nastya z tym mężczyzną przeszła przecież już jakąś drogę. Niekoniecznie wyłącznie pomyślną.
Gdy się wreszcie zjawił Arthyen, prowadzony przez melodię namolnego poszczekiwania, obróciłam powoli twarz w jego stronę. – Właśnie. Twoja kolej – zasugerowałam, pozostawiając przez dłuższą chwilę na nim swoją pełną uwagę. Wręcz zbyt mocną. Podobało mi się, że Trubetskoy nie rzucała podobnego wyzwania ku mnie. Natomiast mój brat, osaczany przez nas dwie, musiał przecież się poddać. Miałyśmy przewagę, kalkulacja była zbyt prosta. Nie mógł się skryć za bladą kurtyną tytoniowych oparów, choć sądziłam, że raczej odmówi komentarza i spróbuje wepchnąć mnie w te wnyki. Myliłam się? Wyciągnęłam dłoń po kawałek drożdżówki, wyczekując informacji, którymi nie dzielił się przecież nawet ze mną. To jednak działało w obie strony. Przynajmniej od pewnego czasu. Z rozpuszczającym się słodkim ciastem na języku pozwoliłam myślom zabłądzić w stronę tego, kto mógłby stać się moim romansem, a zamiast tego nie wydostawał się wciąż z tej jednej zbyt śmiałej myśli. Wcisnęłam mocniej plecy w oparcie i spojrzałam gdzieś w bok.
– Anastazjo, czy kobieta powinna poddawać się woli mężczyzny? – wyrzuciłam nagle, krótko po przełknięciu ostatniego kawałka słodyczy. Sama nie wiedziałam, dlaczego tu i teraz ta myśl zdominowała moje rozważania. Może za bardzo utkwiło mi w pamięci to Anastazjowe poddałam się jego woli. Może za bardzo ja sama nie umiałam nikomu oddać swojej woli. Oddać kontroli, choćby chwilowo. Czy w takich okolicznościach wciąż umiałabym pozostać sobą? Wiedziałam, co Borgin mógłby na to odpowiedzieć. Zawieszone w powietrzu pytanie – tak, moje własne – stało się nagle w moim odczuciu jakieś nadzwyczajnie ciężkie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
24-03-2026, 22:15
Oświadczyny? Gwizdnął przeciągle, z tym rodzajem aprobaty, który bardziej przypominał kpinę niż szczere uznanie, ale w tych kręgach granica między jednym a drugim i tak była cienka jak cierpliwość przy rodzinnym stole. Trafił, zdaje się, w sam środek kobiecego sabatu ― ploteczki wirowały jak kurz w świetle, unoszone lekką ekscytacją i euforią prawdziwego szczęścia. Nie, żeby obchodziło go to w sposób świetlany czy choćby przyzwoity; obchodziło go o tyle, o ile każda taka sprawa miała potencjał namieszać w układzie sił, a układy ― nawet te rodzinne ― należało trzymać na oku. Borginowie mieli swoje priorytety, a gestie rodzinne bywały w nich równie ważne co pieniądz, choć nikt nie przyznawał tego głośno.
― Oświadczyny? Dobrze usłyszałem? ― Spoglądał więc, zaciekawiony bardziej, niż chciałby przyznać, na rozpromienioną twarzyczkę ich rodzinnej gwiazdy, wyciągniętej gdzieś z rosyjskiego dołka i postawionej tu, między nimi, jak egzemplarz, który nagle zaczął świecić własnym światłem. Była piękniejsza niż zazwyczaj ― albo może to sytuacja nadawała jej tej ostrości, której wcześniej nie dostrzegał. Błyszczała. Niemal tak, jak wtedy, gdy ― wedle wycinków z gazet, które kiedyś przewinęły mu się przez ręce ― wirowała na lodzie, budząc zachwyt ludzi, których nie znała i którym nic nie była winna. ― Stary Rookwood wreszcie dojrzał do tak ważnych wyniosłych spraw? Jaki czort go opętał, Nastya? ― Chyba już nawet się domyślał, albo Augustus zwyczajnie złapał zarazę i gorączkował tamtego dnia. Uśmieszek przykrył podniesieniem porcelany do warg, by ugasić zalążek pragnienia; albo co gorsza, nie działać na delikatne nerwy kuzynki. ― Moja słodka, Zlata ma większe instynkty samozachowawcze niż większość panienek z dobrych domów. Ostatnio na spacerze, Charlie niemalże przygniatał ją cielskiem, wyrywając resztki zimowej okrywy z grzbietu ― westchnął, zerkając, gdy współpraca Zlaty i malca idzie po jego myśli. O metodach wychowawczych Charliego lepiej było nie mówić głośno ― nie z powodu wstydu, bo tego akurat w sobie nie hodował, tylko przez wzgląd na spokój, który Nastya kupowała tymi krótkimi chwilami ciszy, kiedy on zabierał chłopaka na spacer. Ot, układ prosty jak konstrukcja cepa: on znikał z dzieckiem, ona odzyskiwała oddech i mogła zająć się sprawami, które wymagały więcej skupienia niż pilnowanie, czy Charlie nie próbuje właśnie przetestować granic grawitacji na czymś kruchym i drogim. Uważał to za niemal szlachetny gest z własnej strony ― choć prawda była taka, że równie dobrze uciekał wtedy od czterech ścian i własnych myśli. ― Uczę go taktownego zachowania względem zwierząt, wiesz… Ciężko zapanować nad tym wulkanem absurdu.
Uśmiech jednak spełzł z jego twarzy szybciej, niż zdążył się na dobre rozgościć. Coś w tonie, coś w spojrzeniach rzucanych ponad stołem sprawiło, że zielone oczy wyostrzyły się nagle, jakby ktoś przestawił w nim przełącznik z trybu obserwatora na uczestnika. Spojrzał na siostrę z tym chłodnym pouczeniem, które nie potrzebowało słów, by było odczuwalne. Aha. Kobiece spiski. To tłumaczyło więcej, niż powinno. Poprawił się na kanapie, ciężar ciała przesuwając niedbale, jakby chciał zamanifestować obojętność, której wcale nie czuł. Palec zaczął wybijać rytm o krawędź filiżanki ― znajomy, powtarzalny, coś między nerwowym tikem a próbą utrzymania kontroli nad własnym tempem myślenia. Szukał w tym jakiejś siły sprawczej, czegokolwiek, co pozwoliłoby mu odzyskać przewagę nad sytuacją, która zaczynała wymykać się spod jego wygodnego dystansu.
― Na trupiszcza, Ana... ― Ty się nie odzywaj, wilczku. Łypnął na młodą Borginównę, stąpającą oczywiście po stronie zwycięskiej nad nim samym. Zapominał. Notorycznie zapominał, jak cholernie ciekawska potrafi być rosjanka, zwłaszcza kiedy wyczuje temat, który pachnie czymś więcej niż zwykłą rozmową przy herbacie. Nastya nie była z tych, co odpuszczają; coś podobnego otaczało Varinke, gdy upierała się przy swoim. Maszkarony dziecięcych minek w jej wykonaniu w pamięci miał do dnia dzisiejszego. ― Prowadzisz wywiad środowiskowy za każdym razem, ponawiam... Może mam, może kogoś nie mam, cóż za różnica? Cenię swoją prywatność ― Przesunął językiem po zębach, powstrzymując komentarz, który aż prosił się, by go wypuścić. Jeszcze nie. Niech mówią, niech się zapętlą we własnych domysłach, niech rozrysują sobie obraz, który i tak nie będzie kompletny. On miał czas. A przynajmniej lubił sobie wmawiać, że ma. ― Kobiety są i znikają, odpowiednia się jeszcze nie urodziła, albo zalega gdzieś na kontynencie... Czemu Varya nam nie powie, co wyrabiała na zjeździe, hm? ― rzucił sugestywne wyzwanie, podsycając temperament milczka. Wbijał w nią ślepia, próbując odczytać, co mieliło się w jej głowie, czy była tylko biernym uczestnikiem tej rozmowy, czy może już układała w myślach własne wersje wydarzeń, dopasowane do wygody. Nie wyglądała na całkowicie wyłączoną. To go, wbrew pozorom, uspokajało bardziej niż cokolwiek innego. Albo bywało zagwozdką życiową. ― Może nauczysz młodą należytego prosperowania pośród towarzystwa, znasz się na tym. By wychodziło jej to naturalnie, utrwalić uśmiech z mniej zabójczego na miły... ― Omal się nie zakrztusił własną śliną, gdy dosyć absurdalne pytanie taktyczne przecięło przestrzeń. Och, bardzo ciekawe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 08-04-2026, 15:13 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.