• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Hotel Langham
Hotel Langham
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 15:40

Hotel Langham
W prestiżowej dzielnicy miasta stoi hotel, który już od lat uchodzi za symbol luksusu i elegancji. Jego klasycystyczna fasada z wysokimi oknami i zdobionymi balkonami robi wrażenie na każdym, kto przekracza próg tego miejsca.
Wnętrza wypełniają marmurowe posadzki, kryształowe żyrandole i miękkie, welurowe meble, łączące tradycyjny styl z wygodą, jakiej oczekują najbardziej wymagający goście. Personel, zawsze nienagannie ubrany, dba o to, by pobyt był wyjątkowy — od wykwintnych kolacji w eleganckiej restauracji po relaks w nowoczesnych basenach. Hotel przyciąga wpływowe osobistości, artystów i podróżników, którzy cenią sobie dyskretny szyk i ogromny komfort.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
03-12-2025, 14:10
— Błąd — napawam się triumfem, wytykając każde potknięcie ptaszynki. Ona, pudel na wystawie rasowych psów, ja, sędzia, który gołym okiem punktuje wady. Nawet jeśli zaczęłaby teraz żonglować jednocześnie skacząc przez płonącą obręcz, za późno, dyskwalifikacja z powodu zbyt krótkiej lewej przedniej łapy, braków w zgryzie, farbowanego futro i szarpania się na smyczy.
— Że gdy będziesz w potrzebie, zawsze ktoś cię poratuje. Sąsiad, dawna nauczycielka, pryszczata pakowaczka w zieleniaku albo nieznajomy stary pierdziel — ciągnę tyradę z kwaśnym posmakiem na języku, gdy wyliczanka robi się tyleż irytująca, co niewygodna, również albo i przede wszystkim dla mnie. — A tak nie będzie — zgniatam w połowie wypalonego papierosa w kryształowej popielnicy, pokazowo marnując zasoby, a złoty ząb ponownie wyłania się na powierzchnię, śmiejąc się w pełnej klawiaturze. Tytoń, który przebył długą drogę morską z Indii do Europy, żeby na miejscu zostać wysuszony, zmieszany i wtłoczony w bibułkę, kończy żywot jak zwykły śmieć - a to przecież pyszności, że palce lizać. Obraz realistyczny na tyle, że aż telepie mnie ze wzruszenia; do oprawienia w ramkę i powieszenia nad jadalnianym, okrągłym stołem, ładniejszym, choć zajmującym więcej miejsca niż składany prostokątny blat z plastikowymi nogami kupiony w ogrodowym. Wrócę po ten niedopałek, sięgnę po niego dłonią z niebieskozielonymi żyłami prześwitującymi przez papierową skórę i wyeksploatuję do samego końca papierowego filtra, ponieważ nie cierpię podobnej niegospodarności. Wiecznie ściśnięty żołądek nauczył mnie tego i owego - na przykład, że dumą się nie najesz, choćbyś wyobrażał sobie danie gourmet na talerzach z chińskiej porcelany, na których po skończonym posiłku ukazuje się obrazek skośnookich dzieci grających w mahjonga.
– Lubię czasami się uchlać – nie ma w tym filozofii. Pobudzam nerki do pracy, to zdrowe, niech filtrują to, co mają filtrować, niech organizm, ta cała maszyna mieli i pracuje, niech chodzi ciężko, niech tryby się obracają, zębatki szczękają, neurony zaczepiają informacyjne impulsy na nerwowych haczykach, a organy robią na mnie, bym mógł ruszyć ręką, nogą, beknąć po gazowanym, puścić oczko dziuni przy kontuarze, pstryknąć palcem na kelnera i podłubać w nosie. – Przypomnieć sobie, jak to jest, nie mieć kontroli – od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli, czuć, stan nieważkości i brutalne zderzenie z grawitacją, kiedy nawet wystawienie stopy z wyra nie pomaga w zatrzymaniu kołowrotka. Przetrawione jedzenie rośnie w gardle, wzbiera się i wylewa jak żółtawa, toksyczna rzeczna piana w przemysłowych okolicach, czasami zdążę, czasami to-to zasycha na podkoszulku i budzę się taki: śmierdzący, brudny, z plamami, które miały być planami, ale coś nie wyszło. Idiota, ale mnie naprawdę irracjonalnie pochłania życie i to, co ludzkie, choćby niskie i obrzydliwe, bez jednego nie ma drugiego, więc nawet znalezienie przemielonych płatków owsianych, tak zwanej cofki, gdzieś wplątanych i zaschniętych we włosach, powoduje we mnie niezdrową ekscytację doświadczeń powiązanych z tym, że oddycham, wydalam i posiadam ograniczenia. Z kartonu. Zestaw Zrób To Sam, ja, Pan Wiem Najlepiej, instrukcja zgnieciona w kulkę ląduje w biurowym koszu, zatem efekty różnią się od siebie, a nadprogramowe części (śrubki i awaryjne gacie, szklanka wody na szafce nocnej) rzucam gdzie bądź, zawsze żałując, że nie mogę ich znaleźć szybko, kiedy akurat są potrzebne. I to jest życie.
Niekiedy poukładane ciut bardziej, kiedy kręcę się na barowym hokerze, a skórzane siedzenie zaczyna grzać pośladki, ponieważ popijanie drinka trwa, trwa i trwa, więc obicie zaczyna pocić się i wilgotnieć. Dziewuszka kiwa główką, podoba mi się, to zaakcentowanie posłuszeństwa wobec starszych i wąsatych - dlaczego zatem odtrąca mnie, umykając jak spłoszony łoś, chaotycznie i niezgrabnie, o mały włos twardo nie lądując na ziemi. Jej twarzyczka zmienia się gwałtownie: tu coś puchnie, tam się marszczy, kolorki buziuni mieszają się brzydko: za blade, za czerwone, za sine, za zielone - jakby panience było niedobrze. A ja nawet nie jestem specjalnie obleśny, przynajmniej nie teraz, bo Sandy widuje mnie takiego, że wiele wrażliwych duszyczek wolałoby sobie te oczka wydłubać, byleby nie patrzeć.
– Wolnego, rybeńko – już wiem, że nic z tego, więc podnoszę rękę z chustką w górę, jakbym machał białą flagą. Czy to zwiastuje podróż do Francji? – To była metafora, rozumiesz? – udaję zniecierpliwionego bardziej niż jestem w rzeczywistości, palce bębnią o bar, w pustej szklance roztapia się blok lodu. Zaraz spiję tę rozmrożoną wodę - to znak, że czas najwyższy na mnie. – Przeprosisz klienta, który nazwie cię wolną, bo wydaje u ciebie twoją miesięczną pensję. Nie będziesz protestować, kiedy szef potrąci ci z wypłaty za rozbity kubek. Weźmiesz w poniedziałek zmianę za koleżankę, która mówi, że ma chore dziecko, a tak naprawdę znowu zachlała i dobrze o tym wiesz, bo robi tak co weekend – wyliczam, odginając zapierścionkowane palce. Prostytucja pełną gębą, biedaczka, chyba myślała, że ja, ją…? Szczypiorkowatą i zabiedzoną, z gilem pod nosem i sukienką w kroju zakonnego habitu, nieźle musiałbym mieć nasrane, żeby oblizać się ze zwierzęcą intencją konsumpcji. – Którą można co? – wstaję wychodzę, naciskam na nią, żeby poczuła się źle i żeby czuła się tak długo jeszcze, kiedy obrotowe drzwi hotelu przestaną się za mną kręcić. – Której można podpowiedzieć? Poradzić? Za którą można trzymać kciuki – podsuwam laleczce warianty jakbyśmy grali w teleturnieju, a to było finałowe pytanie: wóz albo przewóz. – Powiedzmy, że w tej chwili płacę swój dług wobec wszechświata – oszczędnym gestem nakładam kapelusz, nie omieszkając przejrzeć się w lustrze za plecami stojącego w gotowości barmana. Terakotowa armia nie stoi w takim porządku jak jeden Lloyd, a gdyby tak zamącić i wpuścić tu muchę…? – Nie zapomnij podziękować – noskiem parasola pukam w wizytówkę, przypominając jej o dobrych manierach. Tête-à-tête? Skończone. Finisz? Cierpki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
29-12-2025, 15:40
Problem w tym, że nikt nigdy jej nie uratował. Nie kiedy było to naprawdę potrzebne. Ściąganie w szkole, krycie się nawzajem, awaryjne pożyczanie piór, wysłuchiwanie zwierzeń w okresie nastoletniej sinusoidy, tak, wtedy liczyła na przyjaciół, cieszyła się ich wsparciem i odpłacała się tym samym, ale kiedy Colin naćpał ją, zaciągnął do piwnicy, w której miała spędzić następne półrocze, i pierwszy raz wykorzystał, gdy była jeszcze nieprzytomna, nie mogła liczyć na nikogo innego. Musiała polegać na sobie samej. Odwaga potrzebna do tego, by zostać uratowaną, pochodziła z jej środka, nie z dyspozycyjności drugiego człowieka, choć to tak strasznie bolało i przerażało. Kiedy przełykała gorzką zawiesinę strachu i rzucała się do frenetycznej ucieczki z ogrodu Fairchilda, uratowała siebie samą - czarodzieje, do których dotarła, tylko przypieczętowali ten proces, wołając magipolicję, której i tak niczego nie powiedziała. Po co? Powiesił się niedługo po tym, jak mu się wymknęła, nie chcąc tracić kontroli nad życiem, które przygotował w swojej chorej głowie. Odebrał jej możliwość poniesienia przez niego kary, zapewne w ostatnim akcie psychicznego maltretowania, jakiego się wobec niej dopuścił. Więc kiedy Daniel sugerował, że opierała swoje dobro na cudzej życzliwości, Leonie nawet nie odpowiedziała. Nie czuła, że wchodzenie w polemikę miałoby jakikolwiek sens, nie było to też historią, którą komukolwiek opowiedziała. Niech zatem Dodge myśli o niej co chce, to nie zmieniało w jej życiu niczego.
- Rozumiem to - przyznała cicho, nieco bezbarwnie, gdy wspomniał o pogoni za utratą kontroli. Także szukała tego w alkoholu, widziała w nim drogę do zapomnienia, do zdjęcia z duszy korozji ran, które zarosły, jątrząc się przez cały czas pod skórą; przez krótką chwilę wierzyła wtedy, że życie jest przyjemniejsze i prostsze, niż w rzeczywistości, upijała się tą wizją, szalała w rytmie jej muzyki, tańcząc z lekkością, której brakowało jej na co dzień. Najwidoczniej nawet bogacz pokroju Dodge'a szukał tego uczucia, chociaż po przegranej w kartach nie mogła sobie wyobrazić tego, o czym ktoś dobrze sytuowany mógłby chcieć zapomnieć.
Metafora? Naprawdę wybrał coś tak... tak nieporządnego na metaforę? Pioruny zamknięte w zwierciadłach oczu zelżały, tęczówki odzwierciedliły podejrzliwość, bo nie uwierzyła mu natychmiast, tylko przypatrywała się czarodziejowi przenikliwie, szukając oznak fałszu, które zdradzałyby jego kamuflowane naprędce intencje. Niczego jednak nie znalazła. Wydawał się szczerze zaskoczony kierunkiem, w którym pobiegły jej myśli, szybko przeszedł do wyjaśnień, że nie przebił się wzrokiem przez powłokę jej sekretów i nie zobaczył odbitych na niej jego dłoni, tylko po prostu się nie zrozumieli. Chyba mówił szczerze. Niewidzialne gołym okiem kolce cofnęły się w głąb duszy, mięśnie zaczęły rozluźniać, a niebezpieczeństwo spoliczkowania Daniela prawie w ogóle zanikło.
- ...Och - wymamrotała z zakłopotaniem, a gorąca krew uderzyła do policzków, barwiąc je czerwienią zażenowania. Nie ma to jak kolejny popis, kolejny dowód, że nie pasowała go egzaltowanego świata bogatych czarodziejów, którzy nad kieliszkami z ognistą whisky i innymi trunkami mogli zabawiać się metaforami dla utrzymania świeżości rozmowy. Wszystko, o czym mówił dalej, miało sens; pracując w handlu rzeczywiście nauczyła się powściągać emocje i trzymać język za zębami, bo każdy klient zostawiał we Fruwokwiecie cenne monety, i chociaż korciło, by czasem wyprosić kogoś za drzwi albo nieładnie się odgryźć, musiała pamiętać, że mniejszego utargu nie zrekompensowałaby satysfakcja z ustawienia kogoś do pionu. - Mogłeś tak od razu - stwierdziła z lekko wydętymi policzkami. Tyle dobrego, że dzięki napływowi złości na moment zapomniała o przygnębieniu i przegranych oszczędnościach, łzy zdążyły okrzepnąć na długich rzęsach, a w jej piersi pojawiło się trudne do zdiagnozowania ciepło, kiedy Dodge mówił o trzymaniu kciuków. Czyżby naprawdę miał okazać się porządnym człowiekiem? Znów przyjrzała się mu uważnie, tym razem łagodniej, obracając w palcach elegancką wizytówkę finansisty. Nie była dla niego za miła i wyrzuty sumienia oplatające się wokół kręgosłupa to coś, czego należało się spodziewać, i oto były, znów podsycając rumieniec rozlany na twarzy. - Jeśli okaże się, że masz rację, coś wymyślę, żeby choć trochę ci się odwdzięczyć. Napiszesz jakie ciasto lubisz albo jakich roślin ci brakuje - zdecydowała z uśmiechem podsyconym świeżą nadzieją, jeszcze raczkującą, niepewną, niemal nieśmiałą, ale cenną, bo to pozwalało nie zatracać się w odmętach czarnowidztwa. A to, że nie widziała w nim pasjonata żywych roślin doniczkowych wcale nie musiało korespondować z rzeczywistością. Już raz ją dziś zaskoczył. - Dzięki - dodała poważniej i tym razem bez wahania zaoferowała mu dłoń. - A, i... jestem Leonie - dodała; jak to bardzo do nich pasowało, że przedstawili się dopiero na końcu.

zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
08-02-2026, 16:01
4 maja

Wieczór powoli spowijał ulice woalem mroku, a latarnie gazowe tliły się już leniwie, budząc do życia tańczące cienie. Bruk połyskiwał po popołudniowym deszczu, który rozrzedzał londyńskie powietrze. Przecinał mugolskie uliczki sam, obracając w palcach różdżkę ukrytą w specjalnie zaprojektowanym mankiecie. Potrzebował spaceru i lubi chodzić, zwłaszcza wieczorami, gardząc czarodziejami, którzy poruszali się wyłącznie przy pomocy teleportacji lub sieci Fiuu - a znał takich. Wyczekiwał dnia, w którym ich ciała zostaną strawione przez atrofię, niezdolne nawet do uniesienia różdżki, ale nikogo nie moralizował. Pogardzał nimi w ciszy, bo lata funkcjonowania w społeczeństwie uczyniły z niego dyplomatę, który błyskawicznie szacował wagę własnych słów. Poruszał się szybko, czujnie. Oddalał się od gmachu Ministerstwa, kierując do pobliskiego hotelu. Po drodze mijał mugoli - kloszarda, który próbował od niego wyłudzić papierosy, pijanych nastolatków tłukących butelki i pokrzykujących przekleństwa z mocnym, londyńskim akcentem oraz uliczne kurtyzany, wulgarne i wyzywające, młode, choć z twarzami tak zniszczonymi przez narkotyki, jak zakładał, iż wydawały się znacznie starsze od niego. Nie rozumiał dlaczego on, czarodziej, miał ukrywać swoją tożsamość przed tym motłochem. Dlaczego miał żyć w ukryciu, kajać się przed gorszą rasą. Nie zasługiwali na to - oni, czarodzieje. Tymczasem nastroje polityczne przesuwały się niebezpiecznie na lewo, wnosząc chaos pod płaszczykiem nowego ładu. Od zaprzysiężenia nowego Ministra w urzędach zrobiło się gorąco. Każdy bał się o swój stołek, wiadomym było bowiem, że Leach będzie chciał obsadzić najwyższe urzędy swoimi. Evander nie musiał obawiać się o swoją posadę, ale mógł obawiać się tego, jakie decyzje będą płynąć z góry - i czy będą sprzyjać jego interesom. Na razie pozostawał spokojny, ale czujny, szykując podwaliny pod następne miesiące. Musiał wyczuć tę nową sytuację, spojrzeć na świeże rozstawienie pionków na szachownicy z dystansu, analitycznie. To dlatego po zakończonej pracy nie skierował się do kominka, a na londyńskie ulice. W rodowej posiadłości nie czekał na niego spokój, a dwie córki żądne jego uwagi, lub choćby ktoś z rodziny, kto natychmiast odciągnąłby go od własnych spraw. A on chciał ciszy, nawet okupionej zgiełkiem gwaru wieczornego lobby baru. Tutaj nikt nie rozliczał go z minionego dnia, a przestrzeń była wolna od ciekawskich portretów zmarłych członków rodziny, nachalnie narzucających swoje towarzystwo. Była za to ciemna lada, światło świec iluminujące złote refleksy na szkłach butelek piętrzących się za kontuarem, elegancko ubrany barman, który nie zadawał pytań i zapach alkoholu zmieszany z jakimiś cięższymi, naturalnymi nutami, przywodzącymi na myśl wilgotny kamień i dogasające w kominku drewno. Usiadł przy barze, zamawiając whisky, schłodzoną, bez dodatków. Czerń jego ubioru czyniła go ponurym niczym cmentarna zjawa. Czarna koszula, czarna kamizelka, czarne spodnie w kant. Ramię opinał czarny łańcuszek - symbol żałoby. Wbrew jego upodobaniom, na palcach jawił się tylko jeden pierścień, srebrny sygnet z symbolem rodu Crouchów. Surowa elegancja, bez cienia próby przypodobania się komukolwiek. Mimo ponurej aury, z daleka dało się dostrzec, że należy do wyższej klasy społecznej, wyróżniając się nawet na tle innych gości, których skarbce niewątpliwie pozostawały wypełnione po brzegi. Zanurzył usta w zimnym alkoholu, pozwalając myślom płynąć leniwie jak powolna, melancholijna melodia jazzowa sącząca się w tle. Odpalił papierosa, trwając chwilę w letargu, pogrążony w myślach, ze wzrokiem zawieszonym w próżni. Porządkował chaos minionego dnia, z chirurgiczną precyzją odtwarzając wszystko, co dziś usłyszał, i jakie miało to dla niego znaczenie. Dopiero wtedy ją zobaczył. Siedziała w obitej szmaragdowym aksamitem loży, sama. Nie w sposób, który zdradzał oczekiwanie i nie z ostentacją kogoś, kto pragnął być zauważony. Rozpoznał ją natychmiast - po niewymuszonej elegancji, po ostrych, szlachetnych rysach, po spojrzeniu, które miało w sobie spokój kogoś, kto widział rzeczy, przed którymi inni odwracali wzrok. Pamiętał wrażenie, jakie na nim wywarła. Cisza trzymająca w ryzach emocje. Pamiętał jej głos. Rzeczowy, wyważony. Pamiętał zapach cmentarnych kwiatów, kamienia i ziemi, i kompetencję, którą rzadko dostrzegał u innych. Nie podszedł od razu. Przyglądał się jej, dopalając papierosa, pozwalając myślom dojrzeć. Była w tej chwili jakaś intensywność, napięcie. Mogła odczuć, że jest obserwowana. Evander nie działał impulsywnie. Ważył, rachował, aż uznał za fakt, że obecność Iriny w tym miejscu nie była przypadkiem. A jeśli była - tym bardziej zasługiwała na jego uwagę.
Musiała widzieć, że zmierzał w kierunku jej stolika, niewymuszenie odnalazł jej spojrzenie. Kiedy się dosiadł, zrobił to spokojnie, pewnie; bez pytania - jakby cisza między nimi naturalnie dopuszczała jego obecność.
- Nie wygląda pani na kogoś, kto czeka - chłodna obserwacja, wypowiedziana z tą charakterystyczną pewnością kogoś, kto przywykł do kontroli, ale bez zbędnej prowokacji, niosła propozycję towarzystwa. Nie dodał nic więcej. Pozwolił, by to ona zdecydowała. Było w tym geście wszystko: kontrola i uprzejmość, ciekawość i dystans. A także obietnica. Niewypowiedziana na głos, ale wyczuwalna, jak gęstniejące powietrze tuż przed burzą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Irina Macnair
Śmierciożercy
Wspomnienia są jak zwłoki. Po wydobyciu nigdy nie są takie same.
Wiek
45
Zawód
kostucha, matka i rzeźbiarka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
5
Brak karty postaci
04-03-2026, 21:40
W lustrzanym podwieszaniu ponad gładką linią baru odbijały się złotawe kolczyki jednej z nich. Z tych młodych dziewcząt – jakże eleganckich, jakże uwikłanych w to grzęzawisko obiecującego towarzystwa. Obserwowała je z daleka: widziała, jak niby za zasłoną pociągają w dół prowokacyjnie obcisłą tkaninę, śniąc tak bardzo naiwnie o tym, że nikt ich wtedy nie obserwuje; doglądała, jak dłubią chwilę później metalową słomką w wąskim szkle, pozwalając sobie na ćwierć łyka, bo przecież kobieta nie potrzebuje wiele, bo przecież kobieta jest drobna jak ta mała, słodka porcja wonnej energii; widziała wreszcie, jak to silne, wyczekane ramię w akompaniamencie drogich perfum opatula je widmem stu przyrzeczeń. Aż do śmierci – a tak naprawdę wyłącznie do świtu. Robotnicze opary wytrząsane z wielkich kotłów patologicznej socjety brudziły poranek, który każdorazowo obiecywał być rześkim i wymarzonym. Nigdy nie był czysty. Zupełnie jak wytargana w apartamencie na czwartym piętrze tego hotelu pościel, o świcie przestawała być miękka i nęcąca. Obserwowała osadzona w wygodzie ulubionej sofy, w samotnym, choć nad wyraz demonstracyjnym zakątku jednego z ulubieńszych przybytków stolicy. Zupełnie zrelaksowana, absolutnie nieśpieszna, wyzbyta jakiejś prowokacyjnej motywacji. Dawno temu wszak minęły czasy, gdy podobne wieczory odbywały się wyłącznie w godzinie oczywistej celebracji. Tym razem nic nie musiała, tym razem tylko leniwie pieściła się ze smakiem porządnego trunku, pozwalając sobie na pozostawienie ostentacyjnego odcisku krwiście czerwonych ust na kryształowej strukturze naczynia. Niemniej pruderyjna okazywała się otaczająca subtelne rytuały jej obecności barwa sukni, dopasowanej do miejsca, wyróżniającej się na tle nudnawej czerni. To nie była czerwień ledwo co wypływająca ze świeżej rany, prędzej zasklepiona, dojrzała struktura o nieco wygaszonym, statecznym widoku. Wszak nie potrzebowała już kusić okazji jak tamta młoda dama odsłaniająca kolano przy barowym stołku. Już nie.
Reszta widoków tonęła również bez krzyku, bez autentycznego wyrazu. Posępnie, nieco markotnie w otuleniu muzyki niewybrednie prześlizgującej się między uszami gości, lecz wciąż bytującej ledwie w tle. Niemal jak na pogrzebie, choć bez przenikającej na wskroś gościni, śmiertelnej pani. Garnitury, biżuteria i rozlewająca się po szklankach ognista whiskey. Pewne rzeczy trwały niezmienne, nawet gdy żałoba nie inicjowała wieczoru.
Aż w końcu jeden z nich niespodziewanie wynurzył się z ogrodów tuzina cichych okazji o wyjątkowo elastycznej skórze i wybitnie wąskiej talii. By znaleźć wygodę szmaragdowej loży, tuż pod nosem jej, Iriny Macnair. Czterdziestoletniej ponad wdowy, żony i nie, matki i nie, kostuchy i nie. No proszę.
– Masz rację – przyznała, bezpardonowo łamiąc granicę należnej salonom kurtuazji. Hotelowy bar jej nie potrzebował. – Dawno temu przestałam czekać – objawiła, obejmując go wreszcie głębokim, kompletnym spojrzeniem. W półcieniach i tych czasem nieznośnych błyskach obłąkanych świateł dało się przecież rozpoznać, kim on był. Nikim przypadkowym, lecz równocześnie personą nadzwyczaj niespodziewaną. Wciąż niosący żałobne przykazanie, lecz teraz samoistnie łamiący samotność spokojnego wieczoru. I jej i swoją własną. Otulona komfortem obranej pozycji nie poruszyła się ani o cal. Nie wyciągała dłoni, by dżentelmen mógł naprawić swój nietakt i powitać się tak, jak głosiły pouczające matrony. Brakowało też na objętej półmrokiem twarzy choćby śladu uśmiechu. Był tutaj, po drugiej stronie stolika, bo uznał ją – jak odważnie sądziła – za godną zapamiętania. A to już jej się podobało. Mogła mu wybaczyć niewybłagane wtargnięcie. Gdyby nie czarny znak straty, być może pokusiłaby się o jakiś niewybredny żart względem wzdychających w rozczarowaniu spojrzeń tej czy inszej anielicy. Bo wybrał zamiast nich diabolinę. Intersujące. – Ty też nie – nie czekasz, zauważyła po chwili, bo przecież obydwoje nosili się w tytułach wdowich. – Mało kto potrafi to uszanować – podsumowała gorzko, na moment jeszcze wyginając szyję, by objąć widokiem wysiadywany przez samotników bar. Dla nich czas płynął inaczej, nawet jeśli w kuriozach ostatnich tygodni pewien mąż powstał z trumny, by nawiedzać ją koszmarnymi przysięgami sprzed dwudziestu kilku lat.
Śmierć pragnęła celebracji, lecz przede wszystkim powagi i szacunku. Zawsze przychodziła sama. W chwili, którą uznawała za stosowną. Życie jej nie znosiło.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
05-03-2026, 20:11
Przez chwilę pozwolił, by cisza między nimi wypełniła się tym samym ciężkim powietrzem, które unosiło się nad barem od początku wieczoru. Nie była to cisza niezręczna. Raczej świadoma i kontrolowana - ten rodzaj milczenia, który nie oddziela ludzi, lecz pozwala im przyjrzeć się sobie uważniej. Rosła powoli, w napięciu, w którym odnajdował przyjemność, i w ostrożnym chłodzie ich spojrzeń. Oparł się wygodniej w loży, jakby od dawna należała do niego tak samo jak do niej. Pasowała mu do tego miejsca, a jednocześnie wydawała się oderwana od sceny, jakby była kimś więcej niż jedynie aktorką. Była reżyserką - i on to dostrzegł. Kontrastowała z młodszymi kobietami siedzącymi przy kontuarze ze szczególną manierą, jakby wszystkie cierpiały na tę samą przypadłość przeprostu odcinka piersiowego. Ten rodzaj elegancji zawsze wydawał mu się podejrzany - zbyt wiele w nim było starania, zbyt wiele desperackiej wiary w to, że odpowiednio dobrany zapach albo odsłonięte kolano potrafią odmienić los. Nie był zainteresowany grą według tych przewidywalnych zasad: spojrzenie, śmiech, dotyk dłoni na szkle, obietnica świtu, który nigdy nie należał do nikogo. Na tle tej całej gorączkowej młodości obecność Iriny była niemal nieruchoma. Czerwień jej sukni nie miała w sobie nic z krzykliwości dziewczęcych ust przy barze. Była spokojniejsza. Dojrzalsza. Bardziej świadoma własnej wartości niż wszystkie ich starania razem wzięte - i o wiele bardziej przebiegła. Widział to w napiętej skórze szyi, którą wyeksponowała, odwracając na chwilę wzrok w kierunku baru. Widział to w jej szlachetnym profilu, którym pochwaliła się nienachalnie, ale jednocześnie jakby z zamysłem. To właśnie dlatego dołączył do jej stolika. Nie dlatego, że była sama - tylko dlatego, że nie próbowała przestać nią być.
- Samotność bywa wygodna - przyznał jej nieznacznym sknieniem. Głos miał niski, lekko zachrypnięty i trochę matowy, zdawał się wypowiadać tak, jakby przeszedł już zbyt wiele, by mówić energicznie. Jednocześnie każde wypowiedziane przez niego słowo brzmiało ciężko, dosadnie. Nie potrafił do końca rozgryźć, czy Irina miała na myśli ich wdowieństwo, czy może raczej jego wtargnięcie - i ta nieoczywistoś mu smakowała. Rzeczy proste go nudziły. Niedopowiedzenia, dla kontrastu, zmuszały analityczny umył do tego, za czym tęsknił najbardziej. - Zwłaszcza w miejscach, gdzie ludzie mają niewiele do zaoferowania - dodał po krótkiej pauzie, kontynuując myśl. Czuł, że jego towarzyszka widziała podobnie jak on. Nic z tej otoczki, poza wybitną kartą alkoholi i ekskluzywnością miejsca, nie było warte uwagi ani jej, ani jego. Nie lubił trzepotu ciężkich rzęs ani też błahych rozmów, choć z wiekiem nauczył się je prowadzić; nie lubił towarzystwa mężczyzn śliniących się na widok miękkiej gestykulacji kobiecych nadgarstków. Mało rzeczy lubił, a najbardziej odpowiadała mu cisza. Z przekorą złamał to sacrum Iriny, wchodząc w jej przestrzeń nieproszonym, a jednak nie czuł się przez nią niechciany - bynajmniej nie w sposób, który kazałby mu się wycofać. Jego towarzystwo nie było przypadkiem, a konsekwencją świadomego wyboru. - Pani wydaje się temu zaprzeczać - uniósł na nią spojrzenie: krótkie, chłodne, ale zatrzymane o ułamek sekundy dłużej, niż wymagała tego uprzejmość. Nie skrócił dystansu, który narzuciła jego rozmówczyni, idąc swoim rytmem. Dotychczas ich rozmowy miały charakter półformalny - jej spoufałość odczytał bardziej jako test granic niż zaproszenie. Z racji płci oraz wieku to jej przysługiwał przywilej rezygnacji z zaimków grzecznościowych, ale Evanderowi niespieszno było do tej zmiany. Musiała w nim jeszcze dojrzeć.
Skinął na barmana, zauważając, że kieliszek pani Macnair jest prawie pusty. Ten wieczór budził się do życia leniwie jak jazzowa muzyka pieszcząca ich zmysły, a dobry alkohol wpisywał się w kanon hotelowego lobby baru. Nie pytał jej o zdanie - nie z wyrachowania, a naturalnego poczucia, że zainicjował rozmowę, stając się tym samym gospodarzem. Z pewnością chciał ją jeszcze na trochę zatrzymać - ale nie siłą i nie wbrew wszystkim prawom, a z ludzkiej ciekawości, którą odnajdywał u siebie z rzadkością.
- Poproszę Abri Corbeaux - nazwę wymówił z bezbłędnym akcentem, wybierając koniak z francuskiej destylarni, uchodzącej za jedną z najbardziej prestiżowych w ich świecie. Nie musiał spoglądać w kartę, by wiedzieć, czego chce. Było to coś lepszego niż zwykły drink, coś ciężkiego, eleganckiego i trochę nokturnowego. Pasowało mu do Iriny. - Dwa kieliszki - uściślił, a barman skinął głową, jakby wiedział, że był to dobry wybór. Kiedy odszedł od stolika, Evander na powrót skierował swoje spojrzenie na Irinę. - Niektóre rzeczy lepiej smakują dopiero po zmroku - skwitował dwuznacznie, nie do końca dając po sobie poznać, czy miał na myśli alkohol, rozmowę, czy może coś jeszcze innego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:18 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.