• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Pod Mostem Waterloo
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-06-2025, 18:05

Pod Mostem Waterloo
Most Waterloo, zbudowany w latach 1934–1945, łączy brzegi Tamizy w dzielnicy Southwark. Nazwa pochodzi od bitwy pod Waterloo z 1815 roku, gdzie wojska brytyjskie pod dowództwem księcia Wellingtona pokonały Napoleona. To jeden z kluczowych mostów w mieście, z charakterystycznymi szerokimi filarami i masywną konstrukcją.
Pod mostem rozciąga się szara, wilgotna przestrzeń, gdzie cień kamiennych filarów miesza się z kurzem i mgłą nad rzeką. To miejsce, gdzie czas zatrzymał się na chwilę — porozrzucane gazety, butelki i stare graffiti świadczą o tych, którzy szukają tu schronienia lub chwili bezwzględnej samotności. Wieczorami spotykają się tu bezdomni, uliczni muzycy i ci, którzy chcą uciec od miejskiego zgiełku. Szum Tamizy miesza się z echem kroków i stłumionymi rozmowami, a w powietrzu unosi się wilgoć i zapach spalonego węgla.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
20-01-2026, 21:41
1 maja 1962


Londyn pachnie trudną do zniesienia mieszanką spalin, wilgoci oraz wyziewów z kominów domowych i fabrycznych; powietrze przesycone zapachami zdaje się być ociężałe i zmęczone. Przywiera do pleców równie zmęczonych ludzi, by towarzyszyć im w drodze do domów i innych przybytków, w których pragną odnaleźć ukojenie, jeśli nie mogą na nie liczyć w rodzinnym gnieździe. Gdzieniegdzie pojawiają się również ci, których uczciwa praca nie interesuje lub zwyczajnie nie mogą sobie na nią pozwolić. Wygłodniali, spragnieni, zmarznięci, znudzeni — wszystkie potrzeby mieszają się ze sobą, elektryzując nadbrzeża Tamizy i czyniąc je mało przystępnymi dla przeciętnego mieszkańca. Jak każda miejska tkanka Londyn posiada takie miejsca, do których nie należy zapuszczać się o określonych porach. Nie tylko dlatego, że są niebezpieczne, ale i dlatego, że często ciężko znieść ich widok. Jesse sam ma z tym problem, ilekroć przechodzi linię graniczną. Pozornie potrafi doskonale zatopić sylwetkę w brudnym krajobrazie bezdomnego Londynu, umie chadzać nim tak, by za każdym razem wyjść bez większego szwanku lecz nigdy nie czuje, że to jego świat. Jest tu z konieczności, nie z wyboru, czego akceptacja przychodzi o wiele ciężej. Zaciska zęby od czterech lat, próbuje się wyrwać, skrywa głębiej w Anglii, a jednak sielanka nie trwa długo. Powraca z goryczą, z wściekłością, niemocą, zapewne również z żalem, skryty w cieniu cyklu księżycowego.
Echo pełni dudni w jego kościach, a te zdają się być przeraźliwie puste, jak gdyby ktoś pozbawił je szpiku — kruche i martwe, poprzecinane bliznami zasklepionych urazów. Trwają wbite w równie niemrawą tkankę obolałych mięśni i pergaminowej skóry. Proces, w którym dochodzi do siebie jest wprawdzie krótszy niż na samym początku, jednak dostrzega, iż na kondycję wpływają czynniki takie jak sen czy odżywienie, a z owymi ma całkiem spory problem w ostatnim czasie. Rzadko bywa w Rosthwaite. Po problemach na farmie Goffinów przestaje liczyć na zajęcia, które zwykle z chęcią mu przydzielali. Widzi, że trucizna podejrzliwości wypełnia ich żyły, oczy zachodzą mgłą niezrozumienia, a dotychczasowy brak problemów z jego strony staje się marnym usprawiedliwieniem. Wiedzą dokładnie kim jest, co dobitnie pieczętują wizyty składane przez pracowników Ministerstwa. Zdaje się, że narasta w nim paniczny lęk na samą myśl o powrocie na stałe. Bywa w swoim domu tydzień, dwa, potem szuka zajęcia w Londynie, aby w jakikolwiek sposób wypełnić chudą sakiewkę. Bardziej jednak niż kłopoty materialne przeraża go ogół sytuacji; niemoc i niemal zupełny brak perspektywy na to, iż ktokolwiek mu uwierzy, bo nawet dokumenty są ignorowane przez prostych czarodziejów zajmujących się prowadzeniem gospodarstwa. Mógłby poszukać kolejnego miejsca, ale czy to go uratuje? Powraca tam, gdzie potrafi się odnaleźć. Przynajmniej w pewnym stopniu.
Pomarszczona tafla Tamizy odbija oczka pobliskich latarni, szmer budzącego się życia potęguje pustka pod łukami mostu. Gdzieniegdzie całun nocy pozostaje nieprzenikniony, więc omija te ponure plamy bardzo ostrożnie. Ktoś próbuje go zaczepić, odpycha wyciągniętą rękę, bo oprócz ostatniej fajki i małej paczuszki nie ma przy sobie złamanego grosza. Przystaje wreszcie, gdy dostrzega dwie znajome twarze. Przychodzi tu w konkretnym celu. Rozmawiają przez chwilę. Ostre cienie, które rzucają na ziemię, poruszają się coraz bardziej żywiołowo. Mówi coś o tym, że umowa była inna, że powinien dostać dwukrotność tej marnej sumki. Odpowiada mu śmiech, wściekły brak zgody. Grozi, bo wie, co znajduje się w paczce i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że kilkoma zręcznymi słowami rzuconymi w odpowiednie uszy, uprzykrzy im skutecznie życie. Tym razem śmiech milknie. Waha się przed wyciągnięciem różdżki, bo okolica nie jest odpowiednia, a mrok, choć gęsty, nie wszystko ukryje. Szamotanina trwa przez moment, prawie udaje mu się odzyskać przesyłkę, kiedy bez ostrzeżenia w postaci dobytego oręża słyszy zajadłe zaklęcie. Nie ma czasu na obronę, kiedy ciemność przysłania oczy, a uderzenie w mostek wydusza powietrze z płuc. Słyszy kilka przekleństw, jeszcze dwa uderzenia. Ktoś w oddali jęczy i nie oznacza to wcale nadchodzącej odsieczy. Szczury chowają się głębiej, uciekają przed widmem konfrontacji. Potem pozostaje z nim cisza. Porusza się po omacku, pozbawiony resztek godności, a przede wszystkim pieniędzy. Metaliczny posmak krwi zalewa gardło, szybko liczy zęby językiem i chyba rachunek się zgadza. Przykulony szuka dłonią jakiegokolwiek oparcia i kiedy już pod palcami znajduje zimny murek, oddycha głębiej. Mruga raz i drugi, ale ciemność nie ustępuje. Rzuca szkaradną obelgę, wreszcie przywiera całymi plecami do balustrady dzielącej go od Tamizy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
27-01-2026, 21:50
Zanurzanie się w miejskich zapadlinach, gdzie grawitacja nędzy ściągała społeczny ściek, rzadko bywało przyjemne, ale zawsze rozbudzające – przede wszystkim przez czujność ostrzącą zmysły nie tyle ze strachu, co oczekiwania (pozostawiającego po sobie później poniekąd rozczarowanie, poniekąd niezaspokojenie, jeśli akurat nie zdarzyło się nic, chociaż przez ciemne ulice często szedł przed siebie tak, jakby o zdarzenie się wręcz dopraszał: o uwagę kobiety z wątpliwego przybytku czy lowelasa, któremu by się to nie spodobało i jego pięści); i przez zapach, często przez zapach, osiadający nad wargą jak sole cucące. Z początku pojawiał się w podobnych miejscach wyłącznie interesownie, za każdym razem czując się, jakby jego wypastowane na błysk buty lśniły w ciemności na przemian z każdym krokiem – albo wulgarnością na miarę odsłoniętego uda wystającej na chodniku ladacznicy, albo niewinnością proszącą, by ją złapać na rzeźnicki hak i oskórować z tego lśnienia. Później się z nimi oswoił; schodząc z głównych arterii późnym wieczorem, zaczął wdeptywać w oleiste kałuże, pozwalać, by opluły mu treścią nogawki, zgniatać podeszwą rozmokły miąższ zatrzymany na ściekowej kratce, ściągać zeskrobinę z kocich łbów czubkiem, kiedy nudziło mu się czekanie. Wciąż miał włosy ułożone dla towarzystwa i urzędasów, marynarkę z dobrego włókna i srebrny zegarek pod rękawem, ale przynajmniej nie świecił przed tym brudnym światem uwłaczającą niewinnością czystych butów. W końcu zaczął wyglądać jak człowiek poważny; jak ktoś, kto nie obawia się ubrudzić szlamem – ulicznym czy ludzkim.
Dumą napawał go wręcz ten brud, spoglądał na niego z zadowoleniem, spoglądając w dół, ledwo zauważając przy tym wyciągnięte nogi, nad którymi przeszedł z równym przejęciem, z jakim mógłby przekroczyć nad kłodą czy stertą śmieci, jakby były naturalnym elementem krajobrazu; jeszcze mniej przejmowało go, do kogo te nogi ze zdartymi nogawkami mogły należeć, wystarczyła mu smuga krwi rozpływająca się leniwie w stojącej w pęknięciach chodnika wodzie, dwa bąbelki unoszące się na niej, jakby była tak świeża, że jeszcze wrzała. Z równym przejęciem minął także człowieka gramolącego się pod balustradą, za którą Tamiza szeptała mu zapewne do ucha wygłodniałe obietnice świętego spokoju. Ponosząc wzrok przed siebie byłby zostawił go z nią sam na sam, by mógł się jej szeptom poddać albo ponieść porażkę i jutro rano obudzić się na bruku pod barierą, której nie był w stanie tego wieczoru pokonać; zamiast tego jednak przystanął, on i jego zabrudzone z dumą buty.
Przekręcił łeb na karku nagle zesztywniałym, by przyjrzeć się obitej mordzie jeszcze raz, kiedy zamajaczyła na krawędzi cienia. Trwało to chwilę, ze dwa przydługie oddechy, zanim nie doszedł najwyraźniej do wniosku, że to wciąż dla niego za mało światła, wykonał zwrot prawie doskonale wojskowy, by podejść doń w długich krokach, złapać go za ubranie i przeciągnął trochę jeszcze w bok, poza krawędź rzucanej przez most ciemności; jakby był co najwyżej kukłą. Przez szczękę przemknął mu spazm, jakby nie wiedział, czy chce usta otworzyć, czy raczej zacisnąć zęby mocniej, zanim mu jeszcze dla sprawiedliwości dołoży; palce ścisnęły się mocniej, podnosząc się mu pod grdykę.
– Z nieba mi spadasz, Leffingwell – odezwał się w końcu, rozluźniając kurcz jednej dłoni, by klepnąć go przyjaźnie w policzek (miał nadzieję, że ten obity mocniej). W jego głosie pobrzmiewała wesołość, ale wesołość dziwna; tak jak dziwny jest wąż o dwóch głowach i potworkowate cielę, było to w końcu znajome zwierzę, ale okrutnie wypaczone u źródła. – powiedziałbym dosłownie – dodał, jakby mówił to bardziej do siebie i, nie puszczając zmiętego kołnierza z pięści, drugą ręką poklepał go po ramieniu, przyglądając mu się częściowo krytycznie, częściowo z sympatią, jakby miał zaraz mu powiedzieć, na modłę widywanej rzadko rodziny, że strasznie wyrósł, wydoroślał, nic się nie zmienił i pewnie panny się za nim oglądają, choć to ostatnie byłoby raczej przecedzone z wysiłkiem przez zęby. – Widzisz, to już chyba ze cztery lata miną, jak spać nie mogę spokojnie, bo się ciągle zastanawiam – pod grdyką znów dwie zaciśnięte pięści, ciaśniej, duszniej, pomimo sympatycznego ciepła w głosie, starając się przy tym, by barierka żarłocznie wpiła mu się w plecy – jakie ty, kurwa, lubisz kwiaty?
Powaga pytania zdarła się o tę wesołość jak paznokcie o powierzchnię tablicy. Gdyby nie zaciskał dłoni na jego ubrania, chyba sięgnąłby do jego gardła i dopiero wtedy zdecydowałby, czy po to, żeby go udusić, czy po to, żeby pocałować jak zdobyczny puchar, w którego zwyciężenie wciąż nie do końca wierzył. Nawet jeśli wyglądał i cuchnął paskudnie.
– Ale po kolei – rzucił nagle, puszczając go z takim ożywieniem, jakby go przypadkiem chciał przetrącić za barierę; ruszył zaraz pod most, w stronę tych wyciągniętych na bruku nóg – najpierw wrzucimy tego chuja do rzeki – gotowy wyraźnie zatargać nędzarza do balustrady za kostki, sądząc chyba, że to on musiał go tak nieprzyjemnie oklepać. Pod mostem poniósł się rzężący, bełkotliwy protest.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
01-02-2026, 22:24
Czasami zdaje mu się, że tylko ból umacnia go w przekonaniu, że jeszcze żyje. Tylko on skleja go z rzeczywistością, nie pozwala na to, aby zatracić się w bezkształtnej masie mijającego czasu. Potrafi kategoryzować go podług własnego języka: jest więc ból towarzyszący mu przed pełnią, narastający w kościach; jest również ten w trakcie pełni — rozsadzający i nie do zniesienia; czas po pełni również jest nim przesycony ostrym ale słabnącym, co na swój sposób zdaje się złowieszcze; na domiar złego istnieją jeszcze te drobne, nieprzewidywalne incydenty, które jakby starają się przerwać znany ciąg, byle nie przyzwyczaił się do niego na tyle, żeby traktował jako całkiem znośny.
Czuje jak chłód metalu wbija się pomiędzy kręgi, kiedy opiera cały swój ciężar na balustradzie. Suchy stukot w kościach na moment przygasa, bo zastępuje go piekący ból skupiony pod lewym okiem, biegnący gdzieś dalej przez kość żuchwy. ciepły ślad po ludzkiej pięści świdruje natomiast struktury mostka, zajmuje każde żebro i nie pozwala na pełny oddech. Sięga palcami do twarzy, przeciera policzek, spluwa spienioną śliną czerwoną od krwi. Słyszy czyjeś kroki, jednak nie wydaje mu się, aby musiał przywiązywać do tego jakiejkolwiek uwagi. Ostatecznie, widok obitego człowieka, tuż pod mostem Waterloo należy raczej do codzienności. Zwykle budzi na tyle też przestrachu, że nikt o zdrowych zmysłach nie próbuje oferować pomocy. Zastanawia go jednak coś innego, zbolały jęk nieco dalej. Rzucając pięściami po omacku, nie był w stanie określić, na ile wyrządził krzywdę któremukolwiek ze swoich oponentów. Bardziej zdaje mu się wiarygodnym scenariusz, gdzie jeden ze wspólników wykiwał drugiego i sam uciekł z przechwyconą przesyłką. Uśmiecha się przez moment do swoich myśli, bo ma zamiar to sprawdzić. Przeciąga palcami po balustradzie, postanawia, że podąży za podejrzanym odgłosem po linii wyznaczonej zimną powierzchnią, przynajmniej do czasu, kiedy odzyska wzrok. Powoli dostrzega pływające w ciemności plamy i to na tyle, bo zaraz odruchowo zamyka mocno powieki, gdyż czuje obce dłonie niebezpiecznie blisko szyi. Następnie znajoma struktura wpija się na powrót w jego plecy, by udaremnić doskonały plan. Kipi w nim złość. Wrócili?
— Pierdol się, Petter — syczy, następnie wypluwa różową mieszankę krwi ze śliną wprost na twarz rzeczonego mężczyzny. Sam chwyta go dość nieporadnie za poły płaszcza, a ten nie przypomina w dotyku zmierzwionego latami użytkowania odzienia Pettera. Potem słyszy głos, zupełnie niepasujący, a jednak przeraźliwie dobrze znany. Wciąż nie widzi więcej niż nikły zarys sylwetki. Wściekłość zastygła na twarzy traci na intensywności, przybiera obły kształt zaskoczenia. Nie rozumie jednak wciąż zaciskających się palców, wesołości wybrzmiewającej w głosie. Sprzeczności, przesiąkającej każdy cal tego niecodziennego spotkania.
— Whitfield — rzęzi nazwisko, którego głosek dawno nie miał na języku. Smakują metalicznie, podobnie jak posoka. A może to rzeczywiście ona? Wciąż ma przecież rozcięte wnętrze wargi. — Puść. — Przesuwa dłonie wyżej, wspina się nimi cierpliwie po materiale płaszcza, by uchwycić go za ramiona, zupełnie ignorując to, co stary przyjaciel (czy mogą się tak jeszcze nazywać?) wyrzuca mu między wierszami. Zdaje się nie pamiętać, że zniknął nagle, że po wypadku urwał kontakt, że potem jeszcze bardziej zaczął maskować swoją egzystencję. Nie pisał, nie próbował nawet, nie chciał słów litości, zapewnień pomocy, czegokolwiek spływającego z ust dawnego ślizgona. Abstrakcja własnych decyzji sprawia, że nie umie nadać właściwego sensu zachowaniu Sawyera. — Puszczaj… — Szarpie się, gdy znów czuje zwinięte w pięści dłonie, wbijające się w gardło, a napór barierki niebezpiecznie wpija się w lędźwia. Wzrok stabilizuje się powoli, a z ciemności nagle, choć wcale nie jak obiecane światełko w tunelu, a na pewno nie ma w tym znalezisku uczucia powracającej nadziei, wyłania się kontur twarzy, oczu, nosa, ust… wszystkiego, co faktycznie z łatwością może przypisać do Withfielda. Wtedy też uścisk mija, gwałtownie, a on strachliwie zwija ramiona, wypuszcza poły płaszcza i chwyta się za szyję. Chwyta łapczywie oddech, nadal zupełnie skołowany, zapominając, że sam chciał kilka minut temu podążyć w stronę nieszczęśnika leżącego kawałek dalej. Aby zrozumieć, o kim mówi Sawyer, potrzebuje momentu.
— Kurwa, Whitfield, zaczekaj. — Jest w tym coś z rozgorączkowania. Prawda uderza jak grom. Nie zamierza tu dzisiaj nikogo topić, natomiast zdaje się, że Sawyer ma w temacie inne zdanie. — Słyszysz?! Czekaj! — Odbija się wreszcie od balustrady, bo wzrok ma na tyle stabilny, aby nie potknąć się o własne nogi na prostej drodze. Chwyta ślizgona za ramię, ciągnie zdecydowanym ruchem, wstępuje w niego utracona siła. — Po co się mieszasz?! Za pierdolonego rycerza na białym koniu się masz?! — Pobrzmiewa w nim tylko brak zgody i poczucie upokorzenia. Tego właśnie unika przez ostatnie cztery lata, tego się najbardziej obawia. I jak sądzi, to właśnie może być dla Whitfielda obecnie najlepszą pożywką — oglądanie go w tej jakże niekorzystnej sytuacji, wchodzenie w nią w elegancko ułożonej fryzurze oraz dobrym ubraniu tylko po to, żeby naprawiać jego nieudolność. Zagryza mocno wargi, czuje że otwiera tym zaschniętą ranę. Marszczy nos i oczy. Optyka się zmienia, bo zaczyna szukać wroga tam, gdzie zapewne nie powinien. Zapomina o nieudanej akcji, zapomina też o bezpowrotnie straconych pieniądzach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
04-02-2026, 16:12
Zmiana była prawie niewyczuwalna, sam nie wiedział, którym zmysłem. Gdzieś pomiędzy nimi, chyba w uchu wewnętrznym, przypuszczał, że w błędniku, absurdalnie małym centrum równowagi. Może poza nimi, poza nim, gdzieś na otwartym morzu, igła magnetyczna marynarskiego kompasu z cichym szczęknięciem znalazła północ; to właśnie wyczuł, w zadrżeniu powietrza branego w płuca lżej, pomimo miejskiej zawiesiny osiadającej na ich ścianach czarnym osadem jak na brudnych fasadach. Tego osadu nie dało się odkrztusić, nawet za Oceanem Atlantyckim, na rozgrzanych, wyjałowionych ostrym słońcem stepach – próbował. Spieniona plwocina stygła na spieczonej ziemi, jakby też się tego kożucha angielskiego brudu brzydziła, wmuszał ją więc w nią podeszwą buta i piachem, ze złością, za dość czyniąc słowom dziewczyny, w której się nieszczęśliwie zakochał, a która nazywała go niepieszczotliwie kolonizatorem, złodziejem i sukinsynem, za co kochał ją tylko bardziej i może rzeczywiście przez to, że zaborczość miał we krwi, ewidentnie i zuchwale. Zaciskała mu teraz pięści, między innymi: między radością, że go widzi i złością, że go widzi, a obie te rzeczy w – o ironio – zrównoważeniu. Więc nie był jednoznacznie zły, kiedy ciepła mieszanka śliny i krwi spadła mu na policzek – Jesse był też przecież Anglikiem – ani kiedy jego dłonie sięgnęły bliźniaczo do jego płaszcza, może nie zaborczo, ale znajomo, jak za starych dobrych czasów, gdyby nie Peter. W starych dobrych czasach krew z rozciętych warg puszczali sobie sami nawzajem; kim był Peter, poza tym, że kanalią? Odruchowo przytrzymał go mocniej, jak wierzgające pod kolanem cielę, przycisnął bardziej, trochę oburzony, trochę zaciekawiony, trochę wierząc, że mógłby mu się przypomnieć bez słów, samymi dłońmi przy gardle, w końcu znali się tak dobrze.
– Bingo – potwierdził radośnie, ścierając z twarzy flegmę wnętrzem dłoni, którą później poklepał go po ramieniu, wcierając ją niedbale w materiał. Przełykając ukradkiem ulgę, że auror zdołał go rozpoznać, bo inaczej musiałby chyba go istotnie udusić: do myśli, że Leffingwell nie żyje zdążył się już wszak przyzwyczaić; że go nie pamięta – to byłaby rzecz nowa do oswojenia. Chyba wolałby zaryzykować, że odzyska pamięć, zanim całkiem zsinieje. Bingo, ale Jesse wcale nie wydawał się tym faktem uszczęśliwiony, co zdawało się pogłębić jeszcze ten kuriozalny rozdźwięk odczuwanej radości, odbarwiając ją – zaborczym wciąż – okrucieństwem, przez moment naprawdę chciał go chyba skrzywdzić, a na pewno chciał, żeby coś go zabolało, jeszcze bardziej niż postarał się o to Petter, tak żeby zetrzeć z rozciętej wargi jego imię, przycisnąć zaś swoje, jak rozgrzane żelazo do boku znakowanej sztuki.
To chyba ta wzbierająca w gardle okrutna półzłość, półradość w końcu pchnęła go do działania; chwycił mocno za kostkę leżącego na ziemi mężczyzny, by szarpnąć w stronę balustrady, rozcierając jego barkiem tę krew rozlaną w kałużę na bruku. Pozostawiona za nim wilgotna smuga niepokojąco przypominała mu smugi, które musiał ścierać z posadzki ubojni, jeszcze zanim wyrósł wystarczająco, by zrozumieć, co ojciec miał na myśli, kiedy tłumaczył mu, że oczy powinny być otwarte, ale pozbawione odruchu rogówkowego, śluzawica nieczuła na nakłuwanie, a szyja nigdy nie powinna być sztywna ani wygięta, bo to oznaczało, że wracało czucie. Wniosek wynikał z tego prosty: człowiek trzymany za kostkę wyraźnie oberwał niewystarczająco. Czasami zastanawiał się, czy ojciec był świadom tego, jak łatwo byłoby posądzić go o to, że próbował wychować mordercę.
Na protest nie zwracał uwagi, nieszczęśnik wydawał się być w stanie uniemożliwiającym podniesienie larum wystarczającego, by kogoś w okolicy rzeczywiście zaalarmować, miał zresztą zamiar szybko go uciszyć. Głośniejszy był za to Jesse, próbujący go z niezrozumiałego powodu zatrzymać:
– Co z tobą, Leffingwell? Łap go z drugiej strony, całuj w czółko na dobranoc i sprawa...
Urwał, czując na ramieniu mocniejszy, napominający uścisk ręki; szarpnięty wypuścił wreszcie z rąk blade kostki i odwrócił się frontem do przyjaciela, w pierwszej chwili zaskoczony jego wybuchem, zaskoczony aż do braku słów, co nie zdarzało mu się często. Wpatrywał się w niego w ciężkiej ciszy, mając wrażenie, że słowa wciąż rykoszetując od łukowej konstrukcji nad ich głowami, choć w rzeczywistości zdążyły już wybrzmieć i zgasnąć pod pierzyną napiętej ciszy. Próbował jeszcze znaleźć w sobie szczęt tej półradości, ale podniesiony głos Leffingwella sprawia, że szala zrównoważenia w końcu się przechyliła, w przeciwną stronę. Milczał, przez cztery długie lata nie mógł mu wysłać chociaż jednego listu, choćby marnego, znędzniałego znaku, że jeszcze żyje, a teraz nie mógł się nawet ucieszyć na jego widok, tylko pluł, wyzywał go od Petterów i darł na niego mordę, i to nie tak, jak za starych dobrych czasów. Nawet nędzarz zamilknął, rozwleczony na ziemi jak worek sparciałych ziemniaków.
– Wyglądam ci na pierdolonego rycerza na białym koniu? – powtórzył za nim jak echo, smakując obelgi na własnym języku, szczęka mu stężała, kark nachylił, kosmyk włosów wypadł z uczesania na czoło, nad nasrożone brwi. – Cztery lata; cztery pierdolone lata – warknął tak szorstko, że zabolało w gardle. – Co tydzień w niedzielę do śniadania oglądam te pieprzone nekrologi w gazetach jak stara prukwa i zastanawiam się, do kurwy, jakie kwiaty zaniosę ci na grób, jak cię w końcu znajdę. – Przysunął się do niego o krok, sięgając ręką do jego zesztywniałego karku, jakby zarzucał nań hak, palce wsunąwszy na potylicę, pociągnął w swoją stronę, w intymną konspirację skróconego dystansu. – Bo przecież nie znajdę cię żywego, inaczej byś się odezwał, prawda, Jesse? – pytanie trąciło głęboką urazą i groźbą. A jednak wciąż cieszył się, że go widzi, chociaż nie chciał. – Masz pojęcie, ile ludzi ciągle umiera? Jak bydło. Czasami zastanawiałem się, przez ciebie, czy nie wklepać własnemu ojcu. Gdyby nie on, poszedłbym na aurora. A ze mną byś nie umarł, to jasne. Poszedłem nawet na pogrzeb jednego Leffingwella, chociaż nic się nie zgadzało poza nazwiskiem, ale szczerze do ostatniego momentu sądziłem, że to po prostu pomyłka w druku. Jego syn złamał mi nos, bo skląłem cię nad otwartą trumną od skończonych chujów – mówił ciszej, szybciej, jakby spowiadał się w konfesjonale z myśli, których nie należało wypowiadać przed nikim innym poza swoim spowiednikiem. Z rozcięcia na wardze Leffingwella znów sączyła się krew, spływając strużką na bladą brodę. – Masz jakąś supertajną misję? O to chodzi?
Bo przecież nie milczałby, gdyby nie musiał. Prawda, Jesse?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
04-02-2026, 23:48
Widać jego stare mechanizmy przestają działać: wyćwiczone figury i przyzwyczajenie, że istota miasta chętnie ugina się pod jego palcami, słowami, czynami… czymkolwiek jej nie uraczy, zdaje się obecnie zupełnie nie pokrywać z rzeczywistością. Dwa lata spędzone na leniwej wsi, dwa lata skupienia na jakże prostej pracy polegającej na zmęczeniu mięśni do granic w zamian za ciepłą zupę i coś mocniejszego na wieczór. Dwa lata poczucia, że być może uda mu się odpuścić wreszcie i znaleźć ukojenie. Ciepłe łóżko i rozpalony w zimie kominek, który zaczyna traktować jako coś najistotniejszego w życiu; nagle okazuje się, że utrata skrawka normalności wybija go na tyle z rytmu, że przestaje się pilnować. Odrobina biedy zaglądającej w oczy i pierwotny strach rodzący się w ciele, kiedy znów ktoś uderza kamieniem w szybę w kuchni. Puls przyspieszający, kiedy drzwi frontowe zieją pustką niczym wejście do jaskiń pod English Bicknor. Truchło rozwleczone przy zejściu do koryta Derwentu, gdzie zwykł łowić ryby na prostą, zmajstrowaną własnoręcznie wedkę. Ludzie go odrzucają i nie pozostaje nawet cień z utkanej zwyczajności. Jest zły, rozczarowany, wie że nie ma czym walczyć, a jedynym sensownym rozwiązaniem okazuje się kapitulacja. Bycie gościem w domu, który kupił za odłożone pieniądze, będące echem dawnego, prostszego życia. 
Wydaje mu się, że powrót do macierzy rozwiąże chociaż część zmartwień. Okazuje się jednak, że i Londyn policzkuje go z miejsca oraz nakazuje zniżyć się do poziomu rynsztoka. Nie oferuje więcej, znów spotyka więc rozczarowanie, które przełyka z trudem. Nie ma jednak obecnie innej perspektywy, dlatego chwyta się jeszcze gwałtownie ochłapów rzucanych mu przez obcych. System, w który wierzy upada, pozostają zgliszcza, pustka nie do zapełnienia. Sprawiedliwość okazuje się niewystarczająca, uczciwość przypomina kulę u nogi, a dobre zamiary są jedynie zachętą do silniejszego poniżania.
Witaj, stolico.
Uśmiecha się lekko, zęby połyskują czerwoną, lepką krwią. Zaciąga się zgniłym powietrzem i prawie, ale tylko prawie zaczyna się śmiać z abstrakcji malującej się głoskami nazwiska Whitfield.
B-I-N-G-O
Nie docenia ludzi. Zwłaszcza tych stanowiących niegdyś w jego życiu pewną stałą, a z których egzystencji wyparował nagle niczym kropla wody rzucona na rozgrzaną blachę. Nie docenia więc Sawyera i tego, co narosło w nim przez lata milczenia. Nie była to rzecz wyrachowana, nie planował i nie zamierzał tak kończyć zażyłości rosnącej na podwalinach szkolnych lat.
Nie umie jej określić w sposób klarowny, bo przesiąknięta jest sprzecznością. Gryfon i ślizgon. Czy te dwa określenia powinny w ogóle stać ze sobą w jednym zdaniu jeśli nie spaja ich pełen brutalności rzeczownik lub obelga sącząca się spomiędzy wykrzywionych w grymasie niechęci warg? Często zdawało mu się, że przyjaźń to właściwe, wcale nie nad wyrost celowane słowo. Innym razem sądził, że podszyta jest odwiecznym pragnieniem rywalizacji oraz ciągłym poszukiwaniem uchybień w zachowaniu tego drugiego. Coś niebezpiecznego czaiło się za zakrętem przyzwyczajenia i dobrych intencji. Mierzone w szczeniackim okresie ciosy wymierzane z twardo zaciśniętej pięści, jeszcze bardziej zjadliwe zaklęcia, gdy stali oko w oko rozdzieleni przepisową odległością.
Czasami, kiedy zaglądał w przepastną zieleń oczu Sawyera widział w niej poruszające się niebezpiecznie obłe, wężowe ciało, które wiło się wokół przesmyku źrenicy i był to ostateczny powód, by mięśnie pozostawały zawsze w gotowości. Nawet gdy gest zdawał się najbardziej miękkim. Czy to szkoła wpoiła im te mechanizmy? Czy polaryzacja miała trwać wiecznie?
Kiedy pociągnięcie za kostki nieszczęśnika zdaje się najprostszą rzeczą pod słońcem dla Whitfielda, w Leffingwellu budzi sprzeciw. Nawet przyciśnięty do muru nie tak załatwia swoje sprawy, pochopność nie potrafi wziąć góry, a zaślepienie poniesioną sromotnie klęską nie odbiera resztek rozumu. Czuje się trochę jak dziecko, którego problem musi zaopiekować dorosły. Nadal trzyma dłoń na ramieniu Sawyera.
— Pojebało cię do reszty? — rzuca jeszcze nim zimne objęcia palców nie rozciągną się na całej powierzchni jego karku, a gorzki wyrzut nie zachwieje jego pewnością. Nie docenia go, nie docenia gwałtowności narastającej w ciele ślizgona, wzbudzonej jednym tylko, pokracznie złożonym zdaniem. Sklejonym naprędce w odwecie za brutalność wtargnięcia w sprawy, które Whitfielda nie powinny obchodzić.
Uderza go prawda, nagle zdaje się, że znów jest na straconej pozycji, bo każde słowo niesie ciężar prawdy. Wybrał milczenie. Zarówno wtedy, kiedy wilcza szczęka niby imadło objęła jego ciało. Wtedy, kiedy pierwszy raz przemiana połamała jego kości. Wtedy, gdy go wylali, gdy szukał pomocy na ulicy, gdy opuścił londyn i wreszcie teraz, gdy postanowił powrócić.
W akcie odrzucenia własnej winy, wyrywa się wściekle, nie chcąc dłużej znosić jego rzewnej historii. Jest mu nieswojo w towarzystwie czegoś, co mógłby nazwać tęsknotą? Potrząsa tylko głową. Po wardze płynie krew, obecność jęczącego mężczyzny przestaje go obchodzić. Tamten zresztą próbuje się chyba odczołgać, bo coś szura o bruk, ale bardzo mozolnie, prawie agonalnie.
— Przestań sączyć mi do ucha te brednie — wypiera się żywo, odmawia mu uczuć, które być może faktycznie towarzyszyły przez ostatnie cztery lata. Czuje, że za prawdę otrzymałby pogardę. Szarpie się sam ze sobą i chyba tylko dlatego, aby wydusić z niego zaprzeczenie tym wszystkim słowom, chwyta go mocno za kołnierz i próbuje przepchnąć do barierki, odwracając role. — Daruj sobie, daruj, bo pożałujesz, że faktycznie nie gniję od tych czterech lat — syczy przez zęby, uderzony kolejną dawką adrenaliny. Prawda zdaje się gorsza bowiem od faktycznego zgonu. Na pytanie o misję, wybucha histerycznym niemal śmiechem. Naprężona do granic wola trszaska niebezpiecznie.  — Zawsze taki byłeś, zawsze miałeś w zanadrzu takie piękne słowa —  złości się znów i ściąga brwi ku sobie. Nieudolnie próbuje odwrócić sprawę na swoje, choć wie, że jest przegranym. — Co ci jestem winien, Sawyer, co? Sam wypierdoliłeś do Stanów i tyle cię widzieli. Kowbojskie życie się znudziło i wracasz oburzony, że coś się dzieje poza twoją wiedzą? — Zupełnie nie o to chodzi i to nie tak, że ma mu cokolwiek za złe, ale chwyta się wszystkiego, byle nie mówić prawdy. Nie chce litości, a jeszcze bardziej obawia się pogardy ze strony przyjaciela. Odpycha go wreszcie i wygląda tak, jakby chciał odejść. — Zabieraj swoje wymuskane wdzianko i zajmij się własnymi interesami. I jak bardzo chcesz, rzuć pod mury Highgate hortensje, może ci ulży. — Rozciera dłonią zakrzepłą na skórze krew i cofa się, choć wciąż nie odwraca. Musi jeszcze sprawdzić czy to faktycznie Petter charczy w cieniu balustrady.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
12-02-2026, 23:01
Wrogość pomiędzy nimi wydawała się być przesądzona od początku; uwarunkowana atawistycznymi zasadami zakorzenionymi w szkolnej tradycji, bezwiedna i naturalna jak odruch bezwarunkowy – uderzenie pod rzepką musiało wyprostować nogę, stężone światło ścisnąć źrenicę do wielkości ostrej szpilki, a Ślizgon otrzeć sobie kłykcie o szczękę Gryfona, by zbudować swój autorytet, zdobyć sobie przywileje i posłuch (choć to odziedziczył z nazwiskiem po starszych braciach), i nie zakłócić odwiecznego obiegu energii w przyrodzie. I może przez to, że nosiła znamiona zasady, musiał jej granice nieuchronnie sprawdzić, nagiąć, zatrzeć, wreszcie złamać, a wszystko to tak nieświadomie, cicho i naturalnie, że nie zdołał zauważyć momentu, w którym wrogość przedzierzgnęła się w zażyłość (choć teraz te pojęcia wydawały mu się ze sobą właściwie sprzęgnięte), której natury nie dało się jednoznacznie skategoryzować, a rzucane sobie nawzajem przekleństwa, wyzwiska i prowokacje zaczęły brzmieć jak czekałem aż przyjdziesz, dobrze, że już jesteś i bez ciebie byłoby nudno. Pięść spadająca na kość jarzmową na szkolnych błoniach stawała się przewrotnie wyrazem szczególnej poufałości – mogliby bić się w końcu z każdym, ale bili się ze sobą – a uśmiechy, wymieniane pod skrwawionymi nosami na niewygodnych krzesłach w szpitalnym skrzydle Hogwartu, z perspektywy przyszłości okazywały się pierwszym powierzonym sobie nawzajem sekretem, że ich to – czymkolwiek to było – obu bawiło. Potem się w tym tylko bardziej pogubił; aż w końcu doszedł do wniosku, że ich przyjaźń jest nieortodoksyjna i amorficzna, i że nie wszystko należało ograniczać definicją, a właściwie to się może właśnie nie powinno.
Do reszty to jeszcze nie, chciał mu odpowiedzieć jeszcze na to szorstkie, zupełnie podstawne, pytanie, całkiem poważnie. Rzecz w tym, że nie wiedział właściwie, gdzie się ta reszta kończyła – nie dlatego, że miał jakieś pojebane skłonności, ale dlatego, że nie miał przed nimi oporów. Gdyby Jesse oznajmił mu, że muszą tego człowieka utopić, o powód zapytałby później albo wcale. Ostatecznie nieczęsto znajduje się zmarłego przyjaciela wieczorem pod mostem – był być może wciąż wstrząśnięty, ale wydawało mu się, że w tak absurdalnej sytuacji człowiek niewiele może zrobić, poza tym, że dać się jej ponieść, kwestie konsekwencji pozostawiwszy na później lub na nigdy. Leffingwell chyba uważał tak samo, bo ewidentnie zaczynało go ponosić. I dobrze, myślał, przypatrując mu się ze złością i rzewnym przejęciem na dnie rozszerzonej źrenicy; i bardzo dobrze. Jasnoniebieskie spojrzenie przeszywało go dotkliwie, przez grubą skórę i miękkie, jedwabne podbicie, w które go nieopatrznie wpuścił. Nosił go w wewnętrznej kieszeni na sercu, czarno-białe wspomnienie zmarłego człowieka, który pozostawiał po sobie nieoczekiwany żal – a teraz gryzł i drążył, jak przeklęty czerw czy larwa mola, gwoli ciągłości porównania. I dobrze, kiedy tak przeżerał zaciągnięte ciasno szwy; niech się wypcha. Niech się nim, kurwa, udławi; Merlin mu świadkiem, że się o to zamierzał postarać.
Zacisnął palce na powietrzu, kiedy Jesse mu się wyrwał – w świerzbiącą nieznośnie pięść. Szczęśliwie nie zdążył się nawet rozgoryczeniem zachłysnąć, bo zaraz poczuł znów na sobie jego ręce, chwytające go wściekle za kołnierz, tak mocno, że wżął mu się zaprasowaną ostro krawędzią w skórę. Poczuł, jak się na niego pcha – uległ mu, stawiając opór jedynie dla pozorów, naprędce wykalkulowany, by go jeszcze bardziej rozsierdzić. Barierka wbiła mu się w lędźwie, wydał z siebie sapnięcie, gniewne i w prowokacyjny sposób rozbawione. Jego usta rozciągnęły się zaraz w uśmiechu zatrzymanym między drwiną a zuchwałym, figlarnym zadowoleniem: Leffingwell żyje, w dodatku blisko i dotkliwie. Z początku wydawał się mu trochę zmarniały, ale teraz zrzucał pozory – poczuł jego mocne przedramiona na piersi, zbielałe kłykcie otarły szczękę filuternie, kiedy przechylił głowę, nadstawiając policzek pod siarczystość jego gniewu, w nerwowym odruchu naciągając szyję, zanim nie spojrzał mu znów prosto w skute lodem oczy, pochyliwszy lekko czoło. Uśmiech zatarł mu się trochę, kiedy uwagę przykuła jeszcze raz krew na jego ustach; dlatego, że mogliby teraz zajmować się Peterem razem i dlatego, że czuł się irytująco czysty, kiedy Jesse krwawił sam.
– Sprawdź mnie – odwarknął wyzywająco, podnosząc wzrok znów wyżej, ku jego źrenicom poczerniałym, jak dwie wypalone mu w bladej twarzy dziury. Coś się zmieniło; chyba wszystko. Jego spojrzenie, grymas ust, ton głosu, sposób, w jaki zaciskał pięści: nie po to, żeby mu przyłożyć albo po prostu go przytrzymać, ale po to, żeby przytrzymać go na dystans. Jego śmiech też był inny – nieprzyjemnie otarł się o świadomość, prześmiewczy, niechętny, histeryczny. Chyba dopiero w tym momencie, przez ten śmiech, Sawyer zdał sobie nagle sprawę, że nie znalazł go w złym momencie, ale że po prostu było z nim źle. Krew przelewająca się na jego brodę wydała mu się nagle ciemniejsza; jego ciało napięte jakby w paroksyzmie nadwyrężonego napięciem instynktu. O krok od pęknięcia. I dobrze, pomyślał. Niech pęknie. Pod jego naciskiem, choćby miał go nienawidzić (wrogość to też zażyłość); ważne, że przy nim.
– Jeszcze się nie zdążyłem nawet rozgrzać. Nie mów mi, że się zrobiłeś taki miękki, Jesse. Że ci się to już nie podoba? Tyle pięknych słów dla ciebie nazbierałem. Mielibyśmy część już z głowy, gdybyś raczył czytać moje listy. Chociaż może to lepiej, że ich nie otwierałeś. Część pisałem pijany. Większość. Właściwie zmusiłeś mnie do abstynencji, zapobiegawczo, w końcu ile człowiek może pisać, zanim stanie się poetą? Nie wiem, jakbym to ojcu wyjaśnił – sączył dalej, z prostoduszną szczerością, na jego udrękę, trzymając usilnie jego spojrzenie w swoim lub swoje w jego, nieważne, kto kogo trzymał. Wyraźnie obruszył się na wspomnienie Stanów i kowbojskiego życia. Bo właściwie Jesse miał rację: faktycznie wypierdolił; dał się pogrążyć tamtejszemu życiu, tamtejszym możliwościom i bezgranicy horyzontów. Ale nie mógł mu zarzucić tego, że o nim zapomniał – może pisał rzadziej, ale z chronicznością ciężkiej choroby. I często myślał, że by mu się tam spodobało; wszystkiego by go nauczył, całego tego kowbojskiego życia. – Nie miałem wyjścia – próbował się obronić, ale nieprzekonująco. Pojechał może nie z własnej woli, ale został na kolejne lata dobrowolnie.
Wieczorny chłód przeniknął znów pod kołnierz, kąsając odsłonięte gardło, kiedy Jesse odepchnął go nagle i się wycofał. Sawyer znieruchomiał, obserwując go przenikliwie, próbując wyraźnie przewidzieć jego kolejny ruch. W żyłach zawrzała mu krew, kiedy wreszcie zrozumiał, że Leffingwell wcale się z nim nie przekomarzał i zamierzał odejść – i że nie był tym, co go jeszcze przed tym zatrzymywało. Nawet hortensje – odpowiedź na to przeklęte pytanie, co mu nie dawało spać po nocach – go nie pocieszyły.
– Zostałem dłużej przez kobietę. Bo mnie tak pięknie nienawidziła, rozumiesz; prawie tak pięknie jak ty teraz. Naprawdę nie miałem wyjścia – igrał z nim dalej, choć wcale nie brzmiał, jakby żartował. Rzucał słowa na wiatr, jakby nie miały ciężaru, bo właściwie sam już chyba nie wiedział, czy je miały, które i kiedy. – Położyłem się pod jej drzwiami, kiedy chciała wyjechać. Chyba pierwszy raz się do mnie uśmiechnęła szczerze, wtedy właśnie, po tym jak jej bracia połamali mi dwa żebra i nade mną przechodziła. Mówię ci, nie dało się jej nie pokochać – nie uśmiechnął się, nie miał ochoty, choć to wspomnienie dzisiaj głównie go bawiło, mniej bolało. Poprawił sobie kołnierz, poprawił poły płaszcza, w końcu sięgnął do podszewki, do wewnętrznej kieszeni nad sercem. – Gówno cię to obchodzi, Leffingwell, wiem – mruknął, zawczasu go uciszając. – Chcę powiedzieć, że dwa żebra to będzie za mało, rozumiesz? – odbił się od barierki, w wysuwanej zza pazuchy dłoni trzymając żyłkowaną srebrem różdżkę. Nie przejął się wcale tym, jak niefortunnie mógł zabrzmieć, powołując się na tę nieszczęsną historię nieudanej miłości. – Spróbuj tylko. Choćbym ci miał te hortensje do szpitala później w zębach z braku niepołamanych kończyn zanieść, przysięgam, że nie żartuję. Albo powiedz mi dlaczego, to się może zastanowię. Chociaż prawdopodobnie nie, znasz mnie przecież – utkwił w nim wyczekujące spojrzenie. Jesse miał rację, nic nie był mu winien. I może miał rację: w końcu do reszty go pojebało. – Dlaczego?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
4 godzin(y) temu
Tamtej nocy, gdy umierał, myśli plątały się ze sobą w sposób niespotykany — przebłyskami świadomości widział rodzinny dom, mury Hogwartu, znane twarze zlewające się w jedną bezkształtną masę o dziesiątkach oczodołów wlepionych ślepo w ochłap jego ciała. Słyszał głos nagany ojca, który mówił, że znów nie był wystarczający, że kolejny raz wepchał się na własne życzenie w paszczę okrutnego losu, pieczętując tym samym ostateczną życiową porażkę, do której wszak się narodził, nie potrafiąc spolegliwie podążyć utartym szlakiem dyktowanym przez nazwisko. Słyszał śmiech, choć nie potrafił powiedzieć czyj dokładnie, teraz jednak mógł łatwo przypisać jego świdrujące tony strunom głosowym Ślizgona. Pomimo, a właśnie może dlatego, że się przyjaźnili. Bądź tworzyli coś, czemu nie potrafił w pełni zaufać, nadal ścigany zasadami wpojonymi przez szkolny rygor hierarchii domów; nie tyle narzucony, co pielęgnowany latami przez dziesiątki młodych, ochoczych serc. Wszystko zdawało się proste, póki nie umykało z wyznaczonych dróg, kryjąc się w gąszczach zawiłości ludzkich zamiarów. Bo proste „ty - wróg, ja - ten dobry” nie starczało, porządkowało świat nazbyt naiwnie, o czym przekonał się zwłaszcza w ostatnich latach. Sawyer nie mógł jednak wiedzieć i Jesse jeszcze bardziej chciał widzieć, tym razem, sprawę nieco prościej. Dlatego, nie potrafiąc wydobyć z siebie dobrej woli, chce wierzyć, że Whitfield w istocie zaśmiałby się mu teraz prosto w twarz, jak śmiech który świdrował go tamtej ciepłej, przyjemnej nocy, podczas której niebo runęło mu na głowę, uderzając niczym obuchem tarczą pełnego księżyca.
Chyba żałuje, że trzymają go w ryzach wyuczone nawyki; łatwiej byłoby chwycić Sawyera za kołnierz i przerzucić do połowy przez barierkę, by spojrzał na swoje zmącone odbicie w błotnistej toni Tamizy. Docisnąć jeszcze łokciem, tak dla pewności, że wypluje w najlepszym przypadku powietrze, a w najgorszym wnętrzności. W szkolnych latach bywał bardziej stanowczy; owładnięte burzą hormonów dojrzewające ciało chętniej sięgało po przemoc, nawet w momentach kiedy oznaczało to sprzeniewierzenie się gryfońskim ideałom. Może dlatego go sobie upatrzył? Może dlatego zaczęli mierzyć się ze sobą w każdej możliwej sytuacji, nie dając jeden drugiemu momentu na wytchnienie? Coś ich ku sobie ciągnęło, jakieś podobieństwo, jakiś „klik” i zapadki, ząbki, które znalazły swoje miejsce dawno temu i pozostały zespolone. Obecnie pierwotna myśl była przed nim zupełnie zatarta wśród innych, porastających ją wspomnień.
Kiedy Whitfield sięga po prowokację, czuje się niemal tak, jakby faktycznie opuszczały go siły. Zdecydowany jednak, aby nie dać się sprowokować, podąża za planem oddalenia się jak najszybciej i zapomnienia. Choć ręka zwija się na powrót, pragnąc odnaleźć naturalnie miejsce na wypukłości ślizgońskiego policzka.
Zapomnieć. Zapomnieć o każdej rzeczy boleśnie dotykającej przeszłości. Odkładać każde zdarzenie na stosik w kufrze. Niczym listy, które faktycznie w pewnym momencie przestał otwierać. Wahał się za każdym razem, czasami czuł, że ciekawość i tęsknota pieką go bardziej niż blizny pozostawione na ciele. Ale strach przed tym, że jeszcze zapragnie odpisać był jeszcze mocniejszy. Bo musiałby się tłumaczyć lub kłamać. Tłumaczenie było porównywalne z upokorzeniem się, a kłamać nigdy nie potrafił. Wybrał więc milczenie, które w ostatecznym rozrachunku okazało się najokrutniejszą formą odrzucenia. Kiedy zaś uciekł z Londynu, pozostała realna pustka, cisza nieprzerwana szelestem sowich skrzydeł. W przebłyskach szaleństwa myślał sobie, że być może zaprzepaścił jedyną szansę; że może, ale tylko może mógłby żyć lepiej, wyjechać tak jak Sawyer, nie poza stolicę, ale poza Anglię zupełnie. I że może, gdyby zdecydował się odpowiedzieć, przyjaciel zrozumiałby wszystko, wyciągnął do niego pomocną dłoń i powiedział, że to nie problem, że przecież Stany są tak wielkie, iż nikt się nie dowie, nikt go nie znajdzie i będzie żył tak jak wcześniej. Nie potrafił jednak znieść myśli, że to oznaczałoby przecież litość. Nie dobrą wolę, a litość właśnie. Bo nad zaszczutym zwierzęciem człowiek się lituje.
Zaciska mocno oczy, do momentu, że znów obłe plamy zaczynają tańczyć w polu jego widzenia — ma tak skrajne odczucia względem Whitfielda, że przez moment nie potrafi odróżnić niechęci od ukrytej pod złością ulgi. Przyjaciel czy wróg? Może żadne?
— Daruj sobie. — Jakże błyskotliwie! Głos mu się jednak wyraźnie łamie, trzymanie obrony męczy po czasie i powoli zaczyna wychodzić z roli. — Nic nie rozumiesz, nic nie wiesz… — Jak mógłby? Przecież sam odciął go od jakichkolwiek informacji i pozwolił pogrzebać się w anonimowej mogile.
Nim wypuszcza go z rąk dostaje jeszcze wyjaśnienie, o które nie prosi, a które zaczyna odnawiać w nim utracony rezon. Kobieta, jakże wygodna, byle jaka wymówka. Tak mu się teraz zdaje, bo nie potrafi wyobrazić sobie Sawyera tak zajętego kimkolwiek (ironio), by zaniechał powrotu. A może to złość, zazdrość, cokolwiek innego. Miał powód by zostać, kiedy on jakikolwiek powód do życia utracił. Znów odczuwa pragnienie, by odchylić go do granic, do ostrzegawczego trzasku w kręgach, przez barierkę. Zamiast tego jednak pozostawia ziejącą zimnem pustkę.
Owszem: gówno go to obchodziło. Zaśmiał się znów.
— Jak zwykle przedłużasz wszystko niemiłosiernie — zauważa. Nim Whitfield przechodzi do sedna, wywleka całą ckliwą historię. — Czy ty, kurwa, wiesz w ogóle, co to instynkt samozachowawczy? — pyta wreszcie, nagle rozbawiony, a przez ton jego głosu przebija stara melodia rozczulenia, zupełnie niepasująca do obecnego wydarzenia. Jest jej jednak blisko do pobłażliwości, nieprzyjemnej i równie prowokującej co branie pod włos.
— Co… — Nie kończy, bo nie dowierza w to co widzi. Kiedy w mroku błyska różdżka, spina się automatycznie. Czy to tak właśnie ma się zakończyć? Wezmą się za łby jak za szkolnych czasów, albo i brutalniej, póki jedna ze stron nie odpuści? Póki Whitfield nie wydusi z niego prawdy lub on nie zmusi go do kapitulacji? — Nie odpuścisz? Nie odpierdolisz się, nie? — Pyta, choć nie musi. Wie dobrze, że nie pozbędzie się go w żaden konwencjonalny sposób. Nie łudzi się już nawet. Palce sięgają po różdżkę, bo skoro chce konfrontacji, to może powinien mu ją dać. Mierzy go od stóp do głów, uderza go przepaść, która ich dzieli.
Zadaje sobie pytanie czy Sawyer mógłby w ogóle zrozumieć?
— Co ci mam powiedzieć, co? Chcesz się pośmiać? — Pyta z goryczą w głosie, wciąż gotowy na atak. Chce odejść, chce po prostu odejść i nie zastanawiać się więcej nad tym wszystkim, tyle że przyniesie to odwrotny skutek. Wie, że Ślizgon gotów jest położyć się pod jego drzwiami niczym w tamtej opowieści. Różdżka ciąży mu niemiłosiernie, ostatecznie nie chce jej używać. Nie potrzebuje ściągać na siebie więcej problemów niż to konieczne. — Wiesz dlaczego? Bo nie zniósłbym litości. Pogardę może, ale litości nie. Może cię przeceniam, Whitfield. Ale uwierz mi, wolę twoją nienawiść i brak zrozumienia teraz niż poczucie, że mógłbyś… — zacina się na moment, bo tak właściwie to nie jest pewien. — Pierdol się! — Zaciska zęby, a oczy zachodzą mu mgiełką wilgoci. Odwraca się gwałtownie, bo słyszy szmer przy balustradzie. Postać w ciemności zbiera resztki posiadanych sił witalnych i staje na ugiętych nogach.
— Petter… — mruczy cicho, tylko jego obecności faktycznie tu brakowało.
— Wykończcie się gnoje nawzajem, mnie w to nie mieszajcie — sapie resztką determinacji. — Radzę ci, piękniś, zajeb kundla, póki nie wystawi kłów, do pełni jeszcze trochę, zrobisz innym przysługę — dodaje na wydechu. Jesse krzyczy wściekle i unosi rękę, pierwszy raz tak bardzo zdeterminowany. Nim jednak układa ostrzegawczy komunikat, Petter rozpływa się niczym senna mara. Tamiza płynie spokojnie, przez most tłucze się kilka pojedynczych samochodów, a on nagle ma w głowie pustkę. Wszystko zdaje się zapadać wokół. Czuje że przegrywa, choć przecież nie stał w żadnych konkurach. Początkowo chce się wypierać, chce udawać, że Petter nic nie wie, łże, rzuca osądy, bo jest zdesperowany, a śmierć zagląda mu w oczy. Ostatecznie dochodzi do wniosku, że na darmo starania.
— Już rozumiesz? Może powinieneś go posłuchać, co? Whitfield? Może nawet bym ci się dał bez protestu zajebać. Ktoś pewnie stwierdzi, że to całkiem romantyczne zakończenie — rzuca prędko, nerwowo, chcąc się roześmiać beztrosko zaraz po tym jak właśnie zaproponował zamach na własne życie, zupełnie wypierając, że prawda, choć nie z jego ust, wypłynęła tak gładko. Nadal oszczędnie, a jednak szybciej, niż on sam byłby skory ją wyartykułować. Zaczyna dygotać, potem chowa różdżkę, ostatecznie kapitulując. Pojawia się obojętność, odrętwienie. Ostatni bastion normalności upada. Z pozycji martwego, zaginionego nagle i bez słowa, przechodzi płynnie w rolę zepchniętego na margines, kryjącego się niby pluskwa osobnika. Bo los zapragnął spłatać mu figla.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:16 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.