• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Karczma „U Ostatniego Wilka” (Monmouthshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
16-06-2025, 21:37

Karczma „U Ostatniego Wilka” (Monmouthshire)
Tuż przy granicy z Anglią, przy starym trakcie, stoi karczma „U Ostatniego Wilka” – nazwa ponoć pochodzi od opowieści o myśliwym, który tu zginął, polując na ostatniego walijskiego wilka. Wilk zniknął wśród drzew, łowca przepadł, ale przetrwały legendy, którymi do dziś żyje tutejsza społeczność. Karczma jest drewniana, raczej niska, z nieco zmęczonymi belkami i upiornie skrzypiącą podłogą. W środku ogień zawsze płonie, choć nikt nie dokłada drewna. Na ścianach wiszą portrety, skóry i łowieckie trofea. Podają tu gęste piwo, chleb z solą i rosół z dziczyzną. Czas płynie wolno i przyjemnie, a goście przy dobrym jadle i jeszcze lepszym towarzystwie zbyt łatwo gubią godziny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Thalia Wellers
Zwolennicy Dumbledore’a
We gotta get lost, cut loose, and lose our way There ain't no fun in holdin' back, babe
Wiek
32
Zawód
żeglarka, przemytniczka
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
10
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
13
7
Brak karty postaci
27-08-2025, 17:44
03.03.1962

Potrzebowała miejsca które niekoniecznie obfitowało w schody – nauczyła się, po ostatnim wypadku, aby po prostu teleportować się na sam dół schodów gdy tylko się na jakieś natykała. Niektórzy nazywali to przesadą, ona nazywała to ostrożnością, ale póki co, skupiała się na przyjemnym zapachu palonego drewna, który wydawał się koić jej nerwy. Kojarzyła to z ogniskami na plaży, kiedy chwila spokoju przeplatała się również z alkoholem, gwiazdami na nocnym niebie i piaskiem który wydawał się miło otulać je twarz. Dni, które wtedy mijały, wydawały się znacznie prostsze – nie, żeby te teraz obfitowały w dramaty i skomplikowane wypadki, ale cała sprawa z przemytem i wspieraniem ważnych figur sprawiały, że życie co raz bardziej przypominało wir morski, który ani nie wciągał jej pod wode, ani nie pozwalał przerwać nieustannego kręcenia się w koło.
Jedną z niewielu stałych rzeczy w jej życiu byli, póki co, ludzie. Ci, co prawda, się też zmieniali, ale czasem dobrze było zobaczyć znajomą twarz, zobaczyć, jak wiele się zmieniło, a czasem nawet dowiedzieć się, że coś dobrego wydarzyło się w ich życiu. Nie wiedziała, czy to będzie przypadek Vincenta – ten biedny chłop przyciągał kłopoty jak magnes, a Thalia była tego dowodem – ale miała nadzieję, że coś chociaz się uspokoiło. Nie była osobą która na innych patrzyła wybitne łaskawym wzrokiem a dawne urazy żadko zapominała, ale przyjaciołom i bliskim nie życzyła gorszych dni. Gdyby mogła, oczywiście wypnęłaby Vincenta by do końca życia żył gdzieś za granicą, bez rodzinnych problemów. I innych problemów.
Może dlatego wyciągnęła go na spotkanie, aby przynajmniej upewnić się, że żyje i nie zaszył się gdzieś ostatnio (albo może po prostu zielarze tak robili? Nigdy nie pytała czy upodobniają się do roślin, ale nie zdziwiłaby się, gdyby tak właśnie się działo) na swoich badaniach o których pewnie wiedziała i tak nic by nie zrozumiała. Miejsce było przyjemne, przypominało jej coś co chciałaby nazywać domem, ale jednocześnie nie znajdywała w nim tego pocieszenia które znajdowała w morzu. Miało natomiast wyjątkowo mało klientów, na czym zaważyć mogła pora dnia, więc siedziała głównie w spokoju, wpychając w siebie kawałki świeżo upieczonego chleba ze świeżym rosołem, próbując napełnić żołądek zanim przyjdzie Rineheart, tak aby potem móc zasypać go gradem informacji – i wydawało się, że nie do końca zdążyła, bo znajoma sylwetka właśnie stanęła w drzwiach.
- Vinczenzo! – Zawołanie w jego kierunku nie do końca wybrzmiało kiedy usta miała wypchane mięsem i makaronem, ale szeroko rozłożone ramiona wskazywały na jej radość. Przynajmniej przez chwilę, bo trącony przez nagły ruch pusty kubek spadł na ziemię, co od razu zwróciło jej uwagę i sprawiło, że pochyliła się, przez przypadek uderzając głową o kant drewnianego stołu. – Kurwa. Znaczy nie ty, ale stół! Jak tam u ciebie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
08-03-2026, 22:48
9 maj 1962

Wiosenne zawieszenie przeminęło, przeradzając się płynnie w czas aktywności zawodowej, a pośród listów, notatek i map odnajdywał wskazówki kolejnych tropów śladem, których zamierzał podążyć, aby odkryć to, co zapomniane przed światem. Lubił to; uczucie rosnące w piersi z każdą nową poszlaką, niczym auror lub magipolicjant, delektujący się sprawą, mógł po nitce do kłębka rozwiązywać zagadki sprzed wieków, to bywało niesamowicie satysfakcjonujące, czasem nastręczało frasunków, gdy utknęło się w martwym punkcie, a jedynymi świadkami tamtych wydarzeń pozostawały skały, jakby sama natura pozwalała, by historia zacierała się w niektórych momentach, by pozostawała tajemnicą wyłącznie na fali domysłów odgadywaną.
Jego ostatni pobyt na bliskim wschodzie przechodził od chwil pełnych nadziei, po pikowanie ku rozczarowaniu, nawet dokumenty i księgi zwiezione z Damaszku, a teraz pilnie studiowane przez przyjaciela stanowiły liche pocieszenie, jakby trop się urywał, ale przecież tak nie musiało być, to wyłącznie poszlaka wiodąca w ślepą uliczkę labiryntu tej tajemnicy – w to chciał wierzyć; człowiek z natury swej, lubił poddawać się tej niematerialnej sile przekonania, o czymś, co być może było wyłącznie wymysłem jego własnej wyobraźni.
Czekał od dłuższego czasu na kuriera, mimo spraw wiążących jego osobę w Londynie znajdował też chwilę, aby dopełnić obietnic, zwłaszcza tych spod szyldu obowiązków zawodowych. Spotkanie miało odbyć się na rozdrożu, przecinającym szlaki w czterech różnych kierunkach świata. Miejsce zapomniane, przez ludzi stojące w oddaleniu od miast, wyjąwszy jedyną karczmę w okolicy, której zarys majaczył na horyzoncie.
Ciemniało, a kuriera wciąż nie było, rozdrażnienie akolity pozostawało jednak w sidłach zdrowego rozsądku. Świadom, że ludzie, z jakimi współpracował, nie rzucali słów na wiatr, a kontakty, które wyrobił jeszcze za życia jego żony, te powiązania z półświatkiem stanowiły podstawę pod interesy z natury opłacalne, dlatego skłaniał chętnie ucho, gdy padały konkretne propozycje. Współpraca i odnajdywanie konkretnych artefaktów stanowiło przyjemność i zasilało w pewnym stopniu budżet przeznaczony na rozrywki, ale też budowało jego pozycję, chociaż nigdy nie zamierzał rywalizować z przyjacielem, którego bardziej brał za ewentualnego sojusznika i partnera w interesach, w tej kwestii pozostawał lojalny tej rodzinie.
Zdecydował się wejść do karczmy, ta naznaczona zębem czasu przypominała walącą się ruinę, nieustannie narażoną na czynniki naturalne, ale w środku było ciepło i całkiem przytulnie w powietrzu, poza nutą wilgoci wyczuwało się zapach alkoholu, dym papierosów i przyjemny aromat dziczyzny dochodzącej nad ogniem. Panował tu względny spokój, niewielu klientów dopatrzył się przy ladzie, wyjątek stanowiło miejsce w rogu sali wyjątkowo mocno oświetlone, przyciągało uwagę, tam też wielu zainteresowanych się zebrało. Przy okrągłym dębowym stole siedziało kilku graczy. Lestrange nie zdziwił się, ale i nie rozczarował, rozpoznając, wśród nieznajomych znajomą czarodziejkę. Chociaż pewne zwątpienie majaczyło na horyzoncie odczuć, tak nie dał po sobie poznać tych emocji, panując nad twarzą, jak zwykle z bezwzględną stanowczością.
Podszedł do stolika i usiadł naprzeciwko, nawet nie pytając o zgodę innych uczestników tej ryzykownej zabawy. Hazard był chaosem, dającym iluzoryczną nadzieję na wygraną, kusicielem losu, dyktatorem sumienia, czającym się nieopodal i szepczącym, aby zaryzykować, bo karta sprzyja.
Podniósł czekoladowe oczy na Leonie: — Niby człowiek łudził się, że niektóre rzeczy, mogą ulec zmianie, ale w gruncie rzeczy, zawsze wygrywa nasza natura — kąciki ust, drgnęły w zagadkowym grymasie. Jego strój, był podróżny, nie zdradzał przepychu. Ciemne tonacje zaś rozjaśniały akcenty srebrnych guzików i biżuterii w postaci sygnetu na dłoni. Dla postronnych mógł wyglądać, jak zamożny podróżny, handlarz lub rzemieślnik, lecz ona znała jego rodowód.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
10-03-2026, 15:40
Nie powinna tu zaglądać. Nie powinna pozwalać pokusom wracać do swoich myśli, kierować nimi, zachęcać do teleportacji i rzucenia okiem na jedną z ulubionych karczm, gdzie można było roztrwonić ćwierć wypłaty w jednej grze, a potem szlochać, jak niewiele zostało z niej na rachunki i codzienne życie. Nie powinna łaknąć zapachu starego drewna, ognia i chmielu, odgłosu toczących się kości i tasowanych kart, masek przywdziewanych nad stołem do gry; długo łudziła się, że narzeczeństwo wyleczy wszystkie zdrożne ciągoty i na dobre oderwie uwagę od hazardu, ale w ostatnich dniach oparcie się szeptom było... wyjątkowo trudne. Bywało, że leżała w łóżku, wtulona w Jaspera, kiedy on już spał, i gładząc jego włosy, zastanawiała się, czy kompani od gier jeszcze grają, czy raczej zmyli się na noc do domów, do rodzin. Zawsze uderzały w nią wtedy wyrzuty sumienia, bo czego brakowało jej w nowym życiu, teraz? Adrenaliny? Nie, tej miała aż nadto, czerpiąc ją jedynie z innych źródeł. Zatem o co chodzi?, pytała samą siebie, odpowiedź mając na wyciągnięcie ręki, ale brakowało jej odwagi, by po nią sięgnąć. Ocenić swoje problemy, swoje trudne do pohamowania impulsy. A przecież szło jej już tak dobrze...
Jasper miał dziś nocny dyżur, więc wmówiła sobie, że zajrzy do Ostatniego Wilka tylko na chwilę, ot - żeby się nie nudzić. Żeby jakimś sposobem zagłuszyć samotność w mieszkaniu, kiedy słońce chowało się za horyzontem, a narzeczony, do którego obecności przywykła i nadal była jej głodna, nie wróci jeszcze przez kilka niemożliwie długich godzin. Nie lubiła zasypiać sama. Nie lubiła ciszy, która osiadała na meblach i jej skórze, inna, cięższa, niż gdy byli razem, nawet milcząc. Dlatego nie pomyślała, żeby zostawić magiczną monetę w domu i okłamać Jaspera co do tego, gdzie była: powie mu, że odwiedzała lubiane miejsce i jego stałych bywalców, a inne rzeczy... po prostu przemilczy. Bo nie było o czym mówić. Nie było czym się chwalić. Ani martwić.
Nawet nie zauważyła, kiedy usiadła przy stole. Kończyny Leonie były dziwnie lekkie, głowa przyjemnie pusta; nieświadomie poddała się impulsowi i zajęła znajome miejsce w oświetlonym kącie karczmy, szykując się do gry z kilkoma stałymi bywalcami: myśliwym, który w ostatnim czasie próbował odkuć się po pikowaniu na łeb, na szyję akcji Hipogry-polu, magibudownicznym w grubych okularach, biznesmenem prowadzącym szemrane interesy pod przykrywką prowadzenia małej restauracji, oraz artystą, którego finanse przypominały niekończącą się sinusoidę. Z ciężkim sercem obracała w dłoniach sakiewkę, kiedy przy hazardowej mekce pojawił się Lorcan Lestrange, mężczyzna zarazem idealnie wpasowujący się w wyobrażenie o błękitnokrwistych czarodziejach, jak i leżący gdzieś na przeciwległym od tego biegunie. Brakowało mu zadufania, o które Leonie z reguły posądzała błękitną krew na bazie szkolnych doświadczeń, brakowało sztywnych reguł i spoglądania na ludzi z wyższością. Pomógł jej, gdy tego potrzebowała. Poratował szybką pożyczką, którą spłaciła zgodnie z obietnicą, choć po tamtej przegranej przez cały miesiąc i nieco dłużej jadła bardzo... lekkostrawnie.
A teraz, słysząc jego głos - wypowiadający jej własne pogardliwe myśli -, drgnęła na siedzeniu i poderwała głowę, ogniskując na nim spojrzenie spłoszonych sarnich oczu. Chyba miała nadzieję, że grono starych znajomych trochę się okroi, tymczasem znała każdego z nich i miała wrażenie, że każdy patrzy na nią z politowaniem i rozczarowaniem, napędzając wstyd wobec samej siebie. Jakby wiedzieli, że teraz powinna być inna. Lepsza. Zdrowsza? Nie, przecież nie była chora, po prostu zakazany owoc smakował najlepiej. Wcisnęła sakiewkę w kolano lewej nogi, podświadomie trochę się jeżąc, jakby Lestrange złapał ją na gorącym uczynku - wszak właśnie to zrobił, a myśl, że widzi ją w tej chwili inny Akolita (poza Morty'm, przyjaciel wiele razy widział jej desperację, jej wygłodzone hazardowo spojrzenie, jej rozpacz, kiedy ściągała kłopoty na samą siebie, szukając ratunku), okazała się poniżająca.
- Nie wiem, o czym mówisz - zaczęła po odchrząknięciu, ale to nie rozluźniło zaciskającego się i wysychającego gardła. Jej policzki skrzyły się intensywnym rumieńcem; spróbowała zapanować nad swoją twarzą i uderzeniami gorąca, praktykując pokerową minę, zanim całkowicie by się spłoniła. - Po prostu byłam w okolicy i pomyślałam, że wpadnę na chwilę - usprawiedliwiła się odruchowo, ale jej obecność przy stole wskazywała na coś zupełnie innego, niż zwykła towarzyska wizyta. Na coś znacznie gorszego. Zresztą on także nie pozostawiał po sobie złudzeń, siadając na jednym z wolnych krzeseł. - Dokucza ci za ciężka sakiewka? - spytała, próbując zamaskować zakłopotanie zaczepną, żartobliwą nutą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
14-03-2026, 21:21
Długo trwało, nim wreszcie spuścił z niej wzrok płynnie i z miejsca badawczo taksując pozostałych uczestników, tej niewątpliwej przyjemności, która niosła tak wiele trosk, zwłaszcza w kwestiach finansowych. Lestrage, był graczem okazjonalnym i raczej sytuacyjnym, aniżeli nadmiernym miłośnikiem, tych gier. Brakowało mu zdecydowanie cotygodniowej rutyny w rozgrywkach, nawet jeśli poczucie ryzyka i ta namiastka adrenaliny, dosięgały swymi szponami jego osoby, tak trzymał stosowny dystans, by nie prowokować. Świadom, że człowiek wystawiony na pokusy kruszeje, niczym ziemia pod działaniem wiatru, tak on nie chciał łamać się i ulegać słabości, nawet jeśli ta była zaledwie niewinnym zalążkiem.
Przemykał spojrzeniem po zgromadzonych, a każdy z nich, był osobnym materiałem do analizy. Ludzie ci łączyli wiele typów, wyróżniali się w nieznacznym stopniu, jednocześnie sprowadzało ich w to miejsce to samo, co Leonie. Ta powierzchowna ocena towarzystwa absolutnie wystarczyła Lorcanowi, jego priorytet pozostawał niezmienny, nawet po tej chwili na obserwację oraz wymianę krótkich uprzejmości, powrócił do znajomej towarzyszki.
Tylko ona się teraz liczyła: ona i karty, które rzuci im los.
Dlatego podjął pewną decyzję, która wzrastała w nim, odkąd tylko ją zobaczył przy tym stole. Czuł podświadomie potrzebę interwencji, lecz świadom, jak niewiele ona mogła zmienić, musiał podjąć inne kroki, aby chociaż tej nocy zasiać ziarno wątpliwości w umyśle czarownicy. Miał możliwość przegnać towarzystwo; zastraszyć lub trafną sugestią, odsunąć ich od gry, tak jednak były to rozwiązania krótkotrwałe, a wszak nie ma mocy, ani tym bardziej czasu, czy ochoty, aby śledzić ją za każdym razem, gdy pragnienie zakosztowania adrenaliny przy karcianym stole odezwie się niespodzianie. Nie znał adresów, w których bywała, bo te, jakie poznał, byłyby w takiej sytuacji spalone na starcie. A znając życie i jej szczęście, to jeszcze wpadłaby w jakieś poważniejsze tarapaty, grając z ludźmi spod ciemnej gwiazdy.
Przewrócił oczami, wyraźnie znudzony, bo mit, który próbowała mu wcisnąć, był beznadziejny, to jednak dobrze rokowało na przyszłość, jeśli tak kłamała na każdym polu. Zwłaszcza że ciało ją zdradzało, niemal z wyprzedzeniem, znacząc intensywnym kolorem jej policzki. Nie chciał tego komentować, lecz nie robił tego z troski, a z prostej kalkulacji, wolał z całą świadomością, aby skupiła się na grze, nawet jeśli miał w tym swój zamysł.
Ten wieczór okazywał się, znacznie atrakcyjniejszy w wydarzenia, niż pierwotnie to planował. Lubił te nieoczekiwane sploty okoliczności, a jeszcze ciekawiej robiło się, gdy emocjonalne przywiązanie i przyjaźń ścierały się z namiastką lojalności i sympatią, ten konflikt rozpalał się w jego głowie, a każda ze stron dysponowała stosownymi argumentami. Chciał dać szansę tej drugiej – słabszej relacji, być może to była ta jego skłonność do ryzyka, bo stawiał na ludzi, bo w wierzył w pierwiastek dobra, który każdy posiadał, bo… samemu szukał, tego w sobie. Nie chciał patrzeć pesymistycznie na przyszłość Leonie, wolał znacznie bardziej pozytywne tony.
Dlatego dołączył do tej gry, by spróbować walki z demonami, które w niej drzemały. Chciał zasłonić się ciekawością, tego starcia, ale sam w to nie wierzył.
— Nie — odparł, dość chłodno, tym samym uderzając w nią przenikliwym wzrokiem: — A tobie? — czy faktycznie pragnęła, brnąć w tę grę pozorów do samego końca? Nawet jeśli dziś wygra, to za kolejnym razem może nie mieć tyle szczęścia.
Karty zostały rozdane.
A w ciszy, jaka zapanowała przy stole, dało się wyczuć napiętą atmosferę swego rodzaju nerwowości i wyczekiwania. Wiedział, co ich czekało – sprawdzanie, przebijanie, a w tle klasyczne podpuchy i blefowanie, nawet w gronie takim, jak to należało się mieć na uwadze.
— Nie ma już odwrotu, a zakładając, że spędzimy tu jakiś czas, to… czego się napijesz? — powagę tonu, wraz z pierwotną miną, nieco przegnał cień pogodnej nuty w tonie głosu mężczyzny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
21-03-2026, 21:41
A tobie? Niewykluczone, że tak. Odkąd powodowana niemal narkotycznym głodem towarzystwa Jaspera zaczęła spędzać z narzeczonym każdą wolną chwilę, okazje do pojawienia się w tawernach służących jej za azyl przez ostatnie dwa lata skurczyły się jak zasuszony liść, a co za tym idzie - również jej finanse przestały oscylować gdzieś pomiędzy słowami dramatyczny a beznadziejny. Spłaciła też część długów, bo gdy Leonie wyobrażała sobie lichwiarzy, mogących wyżyć się w zemście za nieterminowość nie na niej, a na Jasperze... Zimny pot oblewał każdy skrawek ciała, oddech wiązł w piersi; wyobrażenia o krzywdzie ukochanego działały na nią jak straszak trzymający w ryzach. Przeważnie. O własne dobro nie dbała. Nie robiła tego od stanięcia na nabrzeżu Cardiff i pierwszego rozdania w kościanego pokera, nie robiła tego, kiedy nad ranem wracała do małej klitki przy porcie zamroczona alkoholem, niemal jak osnuta blaskiem reflektorów przynęta na kolejnego napastnika pokroju Colina. Ale on? Na bogów, on? Bała się o jego uczucia i zdrowie tak przeraźliwie, że przypominało to spopielenie tkanki płuc.
Więc dlaczego ryzykowała jego uczuciami i zdrowiem, przychodząc do Ostatniego Wilka?
Być może potrzebowała kogoś takiego, jak Lorcan. Upomnienia ubranego w niepozorne wędrowne szaty, przebłysku obecnego życia spoglądającego na nią z przeciwległego miejsca przy stole. Przyjaciela - jeśli nie najlepszego przyjaciela - człowieka, dla którego była gotowa wejść w pożogę; gdyby nie obecność Lestrange'a, istniało ryzyko, że zaprzepaściłaby dwa miesiące rozsądku, wymieniając je na nowe zadłużenie. Żołądek Leonie zacisnął się w supeł, zaś przełykana ślina z trudem przeszła w dół gardła. Zerknęła w kierunku drzwi karczmy, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo utraciła kontrolę nad pokerową fasadą; bez maski była tylko dziewczyną, która nie wie, czy uciec, czy wrosnąć w krzesło.
Nie ma już odwrotu. I naprawdę nie było, karty poszły w ruch, biznesmen przetasował talię, podając ją między graczami tak, by każdy mógł przełożyć ją w dowolny sposób. Palce zielarki zamarły na stosiku, kiedy nadeszła jej kolej. Czuła, jakby słowa Lorcana zaciskały się wokół niej wraz z upływającymi sekundami, aż ciśnienie w uszach zagłuszyło dźwięki Ostatniego Wilka, topiąc Leonie w samotnym, odciętym od świata napięciu. Nałóg domagał się jednego, miłość drugiego. Godryk na jednym ramieniu, Salazar na drugim. Dlaczego Lestrange musiał przyjść tu akurat dzisiaj? Nie mógł wstrzymać się choćby na kilka godzin, dać jej zachłysnąć się ulgą kilku rozdań, zanim przypomni sobie o wszystkim, co mogła zaprzepaścić? Stracić? Co więcej, co zamierzał z tym zrobić? Doniesie Jasperowi? Jak dotąd raczej nie powiedział przyjacielowi, w jakich okolicznościach się poznali, więc jej sekret był bezpieczny. Po tym wieczorze jednak... Nie wiedziała, co kryło się w głowie błękitnokrwistego. Widząc ją tutaj, zapewne uznał ją za niewartą dobrego druha. Za a problem, który należało wyrugować jak gorączkę.
Wstała tak gwałtownie, że krzesło zachybotało się za nią i tylko dzięki refleksowi myśliwego nie upadło na podłogę. Czarodzieje spojrzeli na nią ze zdziwieniem, ale Leonie o to nie dbała, przerażona wizją, że kiedy wróci do domu, Jasper oznajmi, czego dowiedział się od Lorcana i odprawi ją z kwitkiem. Blada jak pergamin niemal z odrazą rzuciła karty na stół, nie mogąc zmusić się do tego, żeby wrócić do Lestrange'a spłoszonym spojrzeniem.
- Sama sobie kupię - wychrypiała. Jeśli nie było to przytykiem do jej niedawnego pijaństwa, o którym zapewne nie wiedział, byłaby zdumiona; spanikowany umysł uznał bowiem, że każde słowo znajomego posiadało drugie dno, dotykające tkliwego zakończenia nerwu, który miało za zadanie naszpikować bólem. - Wybaczcie - powiedziała do wszystkich i do nikogo, odchodząc na watowatych nogach w kierunku lady. Ze strachu kręciło się jej w głowie, zmysły grzmiały, smagane pożogą domysłów i czarnowidztwa, a drżące ręce położyły sakiewkę na szynku, jakby ta mogła oparzyć opuszki. Biznesmen westchnął w tym czasie pod nosem, świetnie, koncertowo wręcz, trzeba tasować od nowa, po czym wyciągnął ręce do pozostałych graczy po ich karty. Przez opuszczającą rozgrywkę Leonie i jej porzucone na blacie karty runda przestała być sprawiedliwa.
- Poproszę piwo... albo kieliszek ognistej. Albo piwo. Małe - mamrotała zagubiona do karczmarza, błądząc wzrokiem po sękach drewna, które czuła pod palcami. To powinno ją uspokoić do czasu, aż alkohol spłynie do żołądka i zabierze echo słów Lorcana, przez którego i tak nie mogła tu zostać - jednak roztrzęsiona nie mogła teleportować się od razu, to groziło rozszczepieniem. A dokąd zabierają rozszczepieńców? Do Munga.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
25-03-2026, 20:52
Strach powoli znaczył swą obecność w zwierciadłach sarnich oczu, doprowadzając do momentu, w którym serce Lorcana mimowolnie zamierało w oczekiwaniu; najśmielszego, a może i najgłupszego z ruchów – naiwnie pragnął wierzyć, że kontroluje sytuację, że byłby w stanie ją złapać, nim energia teleportu porwałaby jej filigranowe ciało w chłodną pustkę nocy. Nie miał jednak złudzeń, że miałby jakąkolwiek na to szansę. Oddzielający ich stół stanowił pole bitwy; miejsce kumulacji kapryśnego losu, który w swej przewrotności, bywał nieprzewidywalny, jak pogoda na morzu i równie bezwzględnie – okradał ludzi z marzeń o spokoju, czasem zabierał bogatym ich domy, nieraz jednak spełniał sny biednych o bogactwie, lecz ci tak często nienasyceni wyciągali ręce po jeszcze więcej, a wówczas spadali na dno. Nie widział siły na coś, co wykraczało poza zrozumienie, bo walczyć z nieuniknionym losem, mogli wyłącznie bohaterowie greckich mitów, a i tak zwykle kończyło się to tragicznie. Jednocześnie pozostawanie w bezruchu i bierne przyglądanie się, gdy uzależnienie pochłania, bez reszty przyjazną duszę sprawiało, że budził się w nim gniew, wobec tej niesprawiedliwości, dlatego podejmował walkę, mimowolnie, tak jak to zwykł robić dla ludzi mu bliskich, a ona zaliczała się do tego wąskiego grona ludzi, wobec których sympatia zrodziła się po kilku rzuconych słowach, była kimś więcej, stanowiąc swego rodzaju spoiwo, tak wielu relacji; dając szczęście człowiekowi, którego mógł nazywać przyjacielem. Dlatego, gdy przenikliwym wzrokiem człowieka, mogącego sięgać po to, co ukryte za zasłoną myśli patrzył w jej stronę, dostrzegał strach i cień czegoś, jeszcze, czegoś, co budziło niepokój, bo przypominało syndromy choroby, nawet jeśli pozornie fizycznie wyglądała zdrowo.
Karty poszły w ruch, a Lestrange dałby sobie głowę uciąć, że w smętnym zawodzeniu wiatru w szczelinach okiennic słyszał chichot Lokiego – boga podstępów, chaosu i kłamstwa. Westchnął, gdy prostokątne kartoniki padły przed jego dłonie, skrywając prawdę o losie kolejnego posunięcia, lecz nie tknął ich, bo gwałtowny ruch, który zarejestrował chwilę później, przyciągnął uwagę mężczyzny.
Odeszła od stołu.
Lestrange uśmiechnął się, niemal niezauważalnie pod nosem z satysfakcją, jakby co najmniej wygrał, to rozdanie. Spojrzał po zgromadzonych, byli to poczciwi ludzie, a przynajmniej tak ich postrzegał; nie chcąc bawić się w klasyfikowanie i dogłębną analizę. Bez dramatyzmu przyjaciółki, lecz za to z cieniem aroganckiego, nieco złośliwego uśmieszku na twarzy odnalazł spojrzenie biznesmena, który zbierał ponownie rozrzucone karty. Ten westchnął zrezygnowany, czytając ruchy Lorcana, nim ten je wykonał. Myśliwy zaklął półgłosem, artysta uśmiechnął się wielce wymownie do pozostałych towarzyszy z równą wprawą, czytając znaki, a magibudowalniec najdłużej pozostawał zdezorientowany w zaistniałej sytuacji.
— Powodzenia panowie — odsunął karty od siebie, bez nadmiernej ciekawości, co też te kryły. Wstał od stołu i ruszył niespiesznie w kierunku Leonie, tak jakby chciał, aby uspokoiła, nieco rozkołatane w piersi serce, by odetchnęła, nim emocja weźmie górę nad rozsądkiem. Nie chciał jej osaczyć, chciał wyłącznie porozmawiać.
— Dla mnie to samo — oparł się bokiem o barowy blat z ciekawością, spoglądając na wyraz twarzy przyjaciółki. Nie musiał, wcale starać się odczytywać jej emocji, te były widoczne jak na srebrnej tacy. Natomiast burczenie karczmarza i komentarz o niezdecydowaniu panienki i chwiejności kobiecych decyzji puścił, tym razem mimo uszu, woląc nie prowokować kogoś, kto mógł napluć im do trunków.
— Pogadamy? — ciepło jego tonu, było zaskakujące i kontrastowało z tym, co zastała przy stole, a w parze za słowem szedł wzrok równie łagodny, wręcz serdeczny, jakby ostrość, którą emanował jeszcze chwilę temu, nagle ulotniła się i zniknęła. — W pierwszej kolejności, chciałbym Ci pogratulować — uśmiechnął się, choć w oczach błysnęły złośliwe iskierki. Jakby nawet teraz próbował się z nią delikatnie droczyć, ale przerwana cisza była kontynuowana, nawet jak przy ich dłoniach zameldowały się dwa małe piwa. — Po drugie cieszę się, że Cię widzę w zdrowiu, chociaż przyznaje masz wyjątkowy gust, co do lokali — nie chciał jej bezpośrednio atakować, to niczego by nie dało, a mogłoby sprawić, że poczułaby się jeszcze gorzej i niesiona na fali strachu sama zrobiłaby coś głupiego, dlatego podchodził do niej delikatnie, jak do osaczonej przez wilki sarny. Nie był łowcą, był osobą, która zmyli pogoń i uratuje od złego.
Sięgnął po piwo i z satysfakcją stwierdził, że niewielka ilość piany, była pochodną trunku, a nie dodatkiem serwowanym od serca. Upił niewiele, stawiając taktowną pauzę, tym samym dając kobiecie szansę do przetrawienia wypowiedzianych przed momentem słów, aniżeli z pragnienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:33 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.