• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Apteka pana Mulpeppera
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 18:29

Apteka pana Mulpeppera
Jeden najstarszych i cieszących się największym uznaniem wśród klientów sklep z ingrediencjami do eliksirów to Apteka pana Mulpeppera przy ulicy Pokątnej w Londynie. Otworzono go w 1106 roku, a kilka wieków później tuż obok konkurencyjni handlarze otworzyli swoją aptekę. W ofercie Apteki Pana Mulpeppera znajdują się różnorodne składniki do warzenia eliksirów oraz środki do konserwacji kociołka oraz naczyń i narzędzi alchemicznych, a także niektóre eliksiry.
Wejściu klienta do środka towarzyszy dźwięk dzwoneczka. Zwykle w kolejce do aptekarza czeka kilka czarodziejów i czarownic. Zwykle za blatem stoi sam pan Mulpepper, czarodziej i mistrz eliksirów, a pomagają mu jego młodsi krewni. oraz zatrudnieni alchemicy.
Wnętrze jest sterylnie czyste, doskonale wysprzątane w każdym kącie, a oferowane kociołki i zestawy alchemiczne lśnią czystością. W powietrzu unosi się przyjemny zapach ziół, zawsze świeży, ponieważ w kominku zawsze wisi kociołek, w którym gotuje się aromatyczny wywar.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Vincent Rineheart
Zwolennicy Dumbledore’a
Za czyim głosem podążył tak czule, że się odważył na te podróż groźną. Rzucił wyzwanie ku morzu...
Wiek
32
Zawód
zielarz i łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
20
3
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
24-03-2026, 00:36
5 kwietnia
Wielkie, rzęsiste krople letniego deszczu bębniły w metalowy parapet. Zostawiały na nim swój mokry ślad, nieoczekiwaną obecność. Dźwięk ciężkiego uderzenia wypełniał głuche, pogrążone w półśnie pomieszczenie. Wiatr ocierał się o zielone, przeciążone wilgocią liście drapiące w drewnianą strukturę domowego obicia. Wątłe światło przydrożnej lampy przeciskało się przez plątaninę gałęzi; rzucało rozedrgany, falujący, rozproszony cień. Przyjemny odgłos wkradał się przez uchylone okno; wspomagał koncentrację i pełne skupienie. Tworzył tajemniczą aurę motywującą do pozostania w domu, zajęcia tylko sobą i własnymi obowiązkami. Dzisiejszej nocy senne wizje przyszły niezwykle późno. Były dość nieoczywiste, pozbawione konkretnego znaczenia. Wybudził się nad ranem z szeroko rozwartymi powiekami. Dyszał pospiesznie jakby rzeczywiście dopuścił się wykańczającego sprintu. Wilgotne powietrze wtłaczało się przez rozwartą okiennicę. Wiatr rozchylił ją niemalże na oścież. Zamrugał kilkukrotnie nie wiedząc gdzie się znajduje; w doczesności, a może kolejnej sennej marze? Uniósł się do pozycji półsiedzącej i przetarł twarz wolną ręką. Pierzasty listonosz, jakby wyczekująco usiadł na parapecie przynosząc niewielkie zawiniątko. Zaskrzeczał nieprzyjemnie w charakterystyczny dla siebie sposób. Zrozumiał. Był tu, w domu. Przepędził okrutne halucynacje – rozpoczął kolejny, monotonny dzień. Dostał wykaz. Pełną listę potrzebnych ingrediencji, którą musiał dostarczyć do apteki u Mulpeppera jeszcze dzisiejszego popołudnia. Westchnął ciężko przewracając oczami. Pamiętał ich ostatnią współpracę. Mężczyzna obeznany w panującej rzeczywistości żądał niebotycznych ilości i nieosiągalnych składników. Uwielbiał robić problemy podważając decyzje, które jeszcze kilka godzin temu skrupulatnie zapisał na lekko pogniecionym pergaminie. Zawsze czegoś brakowało, kolejnego było zdecydowanie zbyt mało. Nie podobał mu się zagraniczny dostawca oraz kondycja niektórych roślin. Marudził, kręcił nosem, nie trwonił od krytyki nie słuchając żadnych, konstruktywnych komentarzy. Przecież one były zrywane chyba miesiąc temu i do tego takie uschnięte, co mi pan tu przynosi?! Na myśl o kolejnych, słownych potyczkach zrobiło mu się niedobrze. Siedząc na skrzypiącym krześle przy pokojowym sekretarzyku; konsumując wczorajszy okrawek pszennego chleba, wczytywał się w prezentowaną listę: rumianek, mięta, liście młodej pokrzywy, szałwia, świeża morwa, waleriania i pnącza diabelskiego sidła. Zmarszczył brwi w niezadowoleniu, wyraźnym zadziwieniu. Skąd na Merlina miał mu wytrzasnąć diabelskie pnącza o tej porze roku? Większość okazów było jeszcze niedojrzałych. Pamiętał cykl życia tych niesamowitych roślin. Jakim cudem miał sprowadzić je prosto zza granicy, skoro morski ruch handlowy był tak bardzo ograniczony, kontrolowany przez władzę? Czyż ostatnim razem nie wyraził się doszczętnie jasno, aby klient konsultował z nim tak poważne zamówienia? Dawał znać kilka tygodniu wcześniej, aby mógł przygotować się właściwie? Czy prośba była aż tak ciężka i niewykonalna? Przełknął pieczywo i przeklął siarczyście. Ciskając kartkę na stolik, przeszedł się po pokoju. Westchnął zrezygnowany, co innego mógł zrobić? Zacisnął zęby, aby nie wybuchnąć. Potrzebował pieniędzy, zastrzyku gotówki. Musiał przygotować się na nieprzyjemną konfrontację. Zanim podjął się pracy organizacyjnej, zapalił lekkiego, ziołowego papierosa, aby uspokoić myśli. Dym ukoił wzmożone nerwy opanowując cały organizm. Zaraz potem, z szuflady wyciągnął atłasowe rękawiczki, które częściej służyły mu do badania magicznych i podejrzanych artefaktów. Przygotował brązowy papier, który rozwinął na całej przestrzeni łóżka. Przechodząc do piwnicznej spiżarni, przynosił zamówione składniki. Oczyszczał je, grupował, pakował w delikatny materiał. Sprawdzał czy wszystko z nimi w porządku, badał każdą łodygę. Zależało mu; nigdy nie odwalał fuszerki. Kilka minut przed piętnastą opuścił naświetlone domostwo i ruszył w stronę Londynu. Niestety, wcale za nim nie tęsknił.
Pakunek, który taszczył ze sobą przez całą drogę, nie należał do najlżejszych.
Już kilkukrotnie zastanawiał się nad wynajęciem asystenta, znalezienia bardziej efektywnego, magicznego środka transportu. Brak możliwości teleportacji na terenie stolicy było bardzo uciążliwe i utrudniające. Pozostało jedynie westchnąć cierpiętniczo i popchnąć drzwi miastowej apteki. Otwierając je powolnie wyczuł intensywny zapach mieszanki lekarstw i pieczołowitej sterylności. Nie zdążył obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy ostry głos przywitał go donośnym:
– Spóźnił się pan! – zawtórował właściciel stojąc przed ladą z założonymi rękami. Patrzył spode łba tupiąc nogą w przestrzeń kafelkowej posadzki. Zapadnięte policzki drgały w przedziwnym rytmie akompaniując świeżo skwaszonej minie. Czyżby znowu pokłócił się ze swoimi córkami? Rineheart uniósł brew i odpowiedział spokojnie: – Dzień dobry panie Mulpepper. Miło pana widzieć. Pragnę zaznaczyć, że niecałe piętnaście minut… – zrzucił z pleców delikatny pakunek i ułożył go na podłodze nabierając powietrza i wygładzając ubranie, dodał siłowym głosem: – Że piętnaście minut to jeszcze nie tragedia w przypadku takiej dostawy. Spieszy się pan gdzieś? – zapytał uprzejmie uśmiechając się kącikiem ust. Ignorując wyraźne fochy aptekarza, kucnął przy pakunkach i rozpoczął rozpakowywanie. – Ja na pana miejscu, ceniłbym każdą minutę. Przede wszystkim w tych czasach… – mężczyzna prychnął kąśliwie wzmacniając nieco skrzekliwy ton głosu. Poszedł bliżej i nachylił się nad zamówieniem: – Jest wszystko? – Vincent uniósł wzrok i zatrzymał go na zgorzkniałej twarzy. Nieprzyjemna aparycja motywowała do wypowiedzenia kilki nieprzyjemnych słów. Dobrze wiedział, że za chwilę rozpęta się piekło. Zaczął więc od końca: – Mam świeżą dostawę ziół: rumianek, mięta, szałwia. Tutaj ma pan wyselekcjonowane liście młodej pokrzywy i morwy. Proszę sprzedawać je jak najszybciej, żeby jak najdłużej utrzymały swoje właściwości. Mamy na nie sezon, klienci, choć nie tak liczni powinni być zachwyceni. Tu waleriania... – odłożył kolejny pakunek, układając go w równym rządku. - A gdzie pnącza? – wtrącił poważny sprzedawca, przebierając naszykowane składniki. Pochylał się nad nimi obserwując uważnie, grzebiąc w łodygach. Poszukiwał najmniejszego mankamentu, potknięcia do wytknięcia w trakcie rozmowy. Czyżby sprawiało mu to niebagatelną przyjemność? Młody mężczyzna zmarszczył brwi wstępnie podirytowany kontynuując co przerwane: – Ale nie mam pnączy diabelskiego sidła. I zanim wpadnie pan w atak złości… – zatrzymał i podniósł się do góry otrzepując kolana: – To pragnę zaznaczyć, że rozmawialiśmy o terminach dostaw. To już nie pierwszy raz panie Mulpepper kiedy żąda pan niemożliwego. Dałem Panu listę ciężkich do zdobycia składników, prawda? – zaznaczył przedstawiając sytuację. - Ale ja nie mam czasu na...
- Ja też nie mam czasu i nie lubię nie spełniać wymogów. Jednakże jeśli ktoś nie wypełnia obustronnych ustaleń, na które wcześniej się godzi, ja też nie będę pracować efektywnie i podejmować się niemożliwego ryzykując. Rozumie pan? – zapytał poddenerwowany patrząc jak kącik ust towarzysza drga w nerwowej konwulsji. Ramiona nadal zaciśnięte wokół szczupłej sylwetki stwarzały dystans, niedostępność. Nie patrzył na zielarza; oddychał nierównomiernie myśląc nad odpowiedzią. Nadal przewracał ów paczki zajmując roztrzęsione ręce. Nie lubił nie mieć racji, ciężko było przyznać mu się do popełnionej winy. Dał temu upust, po krótkiej chwili: – Dobrze więc dobrze. - odchrząknął prostując plecy. - Proszę też następnym razem bardziej się postarać, ten rumianek nie wygląda dobrze. Jest jakiś mały i chyba ma ślady po insektach. Sprawdzał pan? – zapytał retorycznie, po czym bez słowa zabrał się za przenoszenie paczek do aptecznego magazynu. Vincent nie powiedział już nic. Westchnął zdegustowany przekręcając oczami. Na tego człowieka nie było już żadnego lekarstwa. Mógł jedynie z pokorą przyjąć niewygodne słowa i pomóc zanosić przygotowane składniki. Po pół godziny, nareszcie opuścił znienawidzone miejsce. Sakiewka ciążyła w głębokiej kieszeni, słońce chyliło się ku zachodowi, a on mógł w końcu odpocząć. Tak po prostu, po ludzku.

| zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:55 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.