• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Pracownia "Howell's Hand"
Pracownia "Howell's Hand"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-09-2025, 13:51

Howell’s Hand
Niewielki lokal przy ulicy Pokątnej. Jedno pomieszczenie, które zostało podzielone prowizoryczną półścianką dla nadania właścicielowi odrobiny prywatności podczas pracy. Pomoc znajdą tu wszyscy ci, których los zmusił do korzystania z protez. Oprócz szerokiego ich asortymentu, przybytek oferuje prace naprawcze i serwisowe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
Dzisiaj, 02:53
Kolejne pytanie – kolejne ziarno zwątpienia. Wodziła spojrzeniem za jego twarzą, obserwowała tymczasem nerwowe dłonie, palce rozkurczające się i zaciskające znów, jak gniewne serce. Nie próbował chować przed nią swojego zdenerwowania, nie powstrzymywał emocji przed wylaniem się w gesty, a przez to trudniej było podejrzewać go jeszcze o kłamstwo. Więcej: w którymś momencie zrobiło jej się go żal; nie mogła oprzeć się wyobrażeniu, że stoi przed nią młodszy o dekadę albo więcej, z jeszcze chłopięcą przejrzystością myśli, charyzmą niewyszlifowaną jeszcze doświadczeniem jak papierem ściernym. Rozbiegane dłonie, pozbawione jeszcze kolorowych oczek pierścieni i sygnetów, wątłe nadgarstki, miękkie włosy opadające na pochylone czoło. Pozwoliła sobie go takim widzieć przez krótką chwilę, kiedy nie patrzył akurat na nią – nie chciała, by ją na tym przyłapał; by wybadał w niej tę nieoczekiwaną słabiznę empatii, współczucia czy litości. Nie zastanawiała się nad tym nigdy dotąd: co skłania dziecko do kradzieży? Co sprawia, że chłopięce dłonie uczą się sięgać w cudze kieszenie ukradkiem – nie raz, ale raz za razem, pomimo nagany zaciskającej się na nadgarstkach, sprzączki paska kaleczącej grzbiet dłoni (dlaczego wyobrażenie sobie tego przychodziło jej z taką łatwością? kiedy nauczyła się aż tak źle myśleć o świecie, tak surowo, bez złudzeń?), aż wyzbył się niezdarności i nauczył nie popełniać błędów? Byli wciąż dzieciakami, kiedy poprosiła go wykradnięcie dla niej ingrediencji z profesorskich zapasów; już wtedy dobijał targu z wyrachowanym sznytem za przyjemnym uśmiechem. Pamiętała, że zawahała się, zanim wreszcie uścisnęła mu dłoń; nie przez to, że gryzło ją przedwcześnie sumienie, ale dlatego, że wzbudzał jej nieufność tym, że przychodziło mu to tak łatwo i swobodnie, kiedy ją prześladowało jeszcze wszechwidzące spojrzenie matczynego Boga i przekonanie, że prędzej czy później ktoś odkryje prawdę. I potem, kiedy w ramach odpłaty zaprosiła go do filharmonii, w której pracowała Amelia i przez cały wieczór, zamiast spoglądać ludziom w twarze, spoglądała na ich palce, nadgarstki i szyje, przytłoczona lśnieniem drogiej biżuterii, wydawało jej się, że musiała wyglądać na złodziejkę, choć wcale nie miała zamiaru kraść, ale o tym myślała. Lysander wydawał się tymczasem tak naturalny, przekonujący i niewinny; uśmiech nie zachwiał mu się nawet na ustach, kiedy zsuwał łańcuszek z kobiecej ręki – był to chyba jedyny moment, kiedy udało jej się przyłapać go na gorącym uczynku, choć obserwowała go przez cały wieczór uważnie i była pewna, że znalazłaby w jego kieszeniach więcej niż złota bransoletka. Wtedy wydawało się to proste: Lysander Hatley był krętaczem i złodziejem.
Ale teraz jego dłonie były nerwowe, jego spojrzenie gniewne, niepróbujące wzbudzać w niej sympatii charyzmatycznym błyskiem, choć była pewna, że byłby w stanie wykrzesać ten błysk z łatwością, gdyby tylko zechciał. Może wiedział, zwyczajnie, że nie dałaby się mu zwieść – może ta nerwowość też była grą, skrojoną na miarę jej słabości, może. Może się myliła, od początku. Uderzała ją nagła świadomość, jak krótkowzrocznie go postrzegała – mogła usprawiedliwić siebie sprzed lat wiekiem, ale dzisiaj nie była już dzieckiem, świat nie był dłużej tak prosty, płaski i jednoznaczny (już wtedy zaczynał się rozwarstwiać: bo był złodziejem i kłamcą, a mimo to ściskała mu rękę i chyba zwyczajnie go lubiła). Poznała wystarczająco ludzi i ich historii, by wiedzieć, że człowiek nie rodzi się zły i że wszystkie wybory i wszystkie działania mają swoją przyczynę. Ona też naginała przecież reguły – poprosiła go przecież, by okradł dla niej nauczycielkę, która okazywała jej tyle wsparcia; wprowadziła go do filharmonii, pomiędzy bogatych do przesady ludzi, by odwdzięczyć się za tę przysługę cudzą własnością. Nie dlatego, że była z natury zła i łamanie reguł sprawiało jej przyjemność i nie dlatego, że była po prostu ambitna – dlatego, że desperacko pragnęła coś sobie udowodnić. Dlatego, że czuła, że musi. Dlatego, że zawsze czuła się wybrakowana.
Więc co – co nauczyło go kraść?
Nie, chyba rzeczywiście nie wierzyła, że mógłby dać Millborrow powód do tego, by się go miała obawiać. Nawet teraz, kiedy zaciskał palce i pozwalał, by złość chrzęściła mu w głosie – otwarta wyrazistość jego zdenerwowania sprawiała właściwie, że czuła się przy nim bezpieczniej. Nie potrafiła jednak powiedzieć sobie, że nie zrobiłby tego na pewno i ta myśl odbiła się w jej spojrzeniu mimowolnie przygnębionym przebłyskiem, kiedy oburzone boi się? mnie? cięło ostro powietrze; chyba o nikim nie byłaby dłużej w stanie powiedzieć tego z pewnością, włączając w to swoich najbliższych. Ale wierzyła, że byłaby w stanie rozpoznać moment, w którym miałoby to nastąpić, również w jego przypadku – i wydawało jej się wątpliwe, że Renate mogłaby go do tego doprowadzić. Choć nie na pewno.
– Ciebie też próbowałam przed sobą usprawiedliwić. Zgodzisz się chyba jednak ze mną, że to nie takie proste dochodzić twojej niewinności – była okrutna. Wiedziała, że będzie tego żałować, kiedy tylko wyjdzie z powrotem na rześkie powietrze; nie mogła jednak pohamować słów, nawet teraz, kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, jak niesprawiedliwie go dotąd traktowała, bo tkwiła w niej wciąż uciążliwa nieufność, uwierająca obawa, że to zwątpienie i litość, które czuła, były przez niego zręcznie spreparowane, że ulegała jego zabiegom jak uległa glina we wprawionych rękach. Nawet te argumenty, w których doszukiwała się jego szczerości, nawet ta nerwowość, nawet pociemniałość jego spojrzenia; trudno było uciszyć w sobie podejrzliwość, odkrztusić i wypluć z siebie wreszcie te zakorzenione głęboko uprzedzenie.
– Nie, nie chcę wiedzieć – powtórzyła za nim niepotrzebnie, ponownie przez to okrutne zacietrzewienie. Jakby ją to w jakiś sposób miało obruszać, zniesmaczać czy uwierać, podczas gdy przecież nie miało to najmniejszego znaczenia; nie chciała wiedzieć przede wszystkim dlatego, że nie chciała naruszać ich prywatności bardziej niż to już robiła, ale postanowiła chyba wywrzeć na nim najgorsze możliwe wrażenie. Zirytował ją znów tym pobłażaniem, nieszczęsnym nie każ mi wyjaśniać, jakby uważał, że mogłaby nie zdawać sobie sprawy z istnienia podobnych relacji, bliskości niewynikającej z czystej, idealistycznej miłości. Chciała mu przypomnieć, że też jest dorosła i nietrzymana pod klasztornym kloszem, ugryzła się jednak w język; to wydawało się już poniżej godności, żeby się o podobną rzecz upominać.
Miała wrażenie, że sobie z nią igra. Że dostrzegł już to pęknięcie, które w niej stworzył i teraz próbował rozłupać je jeszcze paznokciem, próbując postawić ich nie naprzeciw siebie, ale obok siebie – zmanipulowanych jednako wdowim smutkiem. Kiedy on się uspokajał, ona stawała się bardziej nerwowa, choć usilnie starała się to przed nim chować – i przez to zdawała się tym chłodniejsza. Tymczasem nawiedzała ją zdradliwa myśl: jak bardzo chciałaby, żeby poznali się inaczej; żeby dzielili cieplejsze wspomnienie niż ten niepewny uścisk ręki przypieczętowujący ich układ i to, jak się nawzajem mieli później postrzegać. Ona jego z nieufnością, on ją – jak sobie wyobrażała – z przeświadczeniem, że arogancka i zimna z niej jędza.
Milczała przez chwilę; chyba nawet dało się odnieść wrażenie, że przyjęła jego słowa z dozą spokorniałości. Czuła się przede wszystkim zdezorientowana – nic nie było dłużej takie, jak w chwili, w której tutaj wpadła tak stanowczo przekonana o słuszności swoich intencji; włącznie z ich trójką.
– Słyszałam o twojej pracowni w Mungu. Pan Knightley polecał cię chyba każdemu, z kim tylko rozmawiał, niezależnie nawet, czy mieliby powód z twoich usług skorzystać. Nie widziałam, żeby był wcześniej taki... chyba po prostu uspokojony, tak myślę. Może bardziej pogodzony z tym, co go spotkało – spróbowała więc inaczej, odsuwając kwestię winy i niewinności na margines, obawiając się, że wciąż nie byłaby w stanie okazać mu szczętu wyrozumiałości tak, jak powinna. Potrzebowała czasu, żeby to przemyśleć; żeby przekonać się, czy może i czy chce mu ufać. – Chciałam ci o tym powiedzieć, kiedy dowiedziałam się, że Howell's Hand jest twoja, ale nie było okazji. O tym, że bardzo mu pomogłeś, może bardziej niż wiesz. Naprawdę się cieszyłam... cieszę się, że ci się udało – nie starczyło jej odwagi, by powiedzieć mu, że była z niego dumna; wydawało jej się to niewłaściwe, przyznawanie tego głośno, szczególnie po tej rozmowie, która jeszcze między nimi zalegała. Bardziej zniosła bezpośredniość jego spojrzenia, niż je przytrzymała. Dystans skrócony tak nagle zdawał się ocierać nerwy, jakby był przyciasnym ubraniem. – Może się ze mną zgodzisz, że ideały tworzą ludzie, więc dalej też, że tworzymy je sobie sami. I może moje i twoje nie są jednakowe, może z jakiegoś powodu moje wydają ci się równie napuszone, co naiwne i niepraktyczne, ale nie mogę ci chyba wierzyć, że w twoim świecie ich zupełnie nie ma – pociągnęła dalej, przyglądając mu się uważnie, pilnując wręcz, by nie zbiegł przed nią wzrokiem. Nawet jeśli nie umiała jeszcze mu całkiem zaufać, a w każdym razie wycofać się z oskarżeń, nie uważała go za człowieka niezdolnego do dobrych intencji.
– Może nie – przytaknęła mu miękko, unosząc lekko kąciki ust w bladym, pojednawczym uśmiechu. Krótkim, bo zaraz ruszyła ku drzwiom, by przekręcić klucz w zamku i chwycić za klamkę. Zatrzymała się jeszcze, by spojrzeć na niego przez ramię i na odchodne, ze szczerym zaciekawieniem, zapytać: – Dlaczego Howell?
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:08 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.