• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kumbria, Hethmere Keep > Dziedziniec
Dziedziniec
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:50

Dziedziniec
Dziedziniec rozciąga się pomiędzy trzema skrzydłami budynku, tworząc półotwartą, reprezentacyjną przestrzeń. Arkady i kolumny porośnięte są zielenią, która miękko przejmuje kamienne mury. W niszach ustawiono kamienne posągi dawnych członków rodu Bulstrode, przedstawionych w postawach świadczących o ich pozycji, odpowiedzialności i władzy. Posadzka z kamiennych płyt prowadzi ku otwartej stronie dziedzińca. Stamtąd rozpościera się widok na połać i całą dolinę poniżej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
02-03-2026, 18:29
— Najbliżsi panny młodej, witamy — Cassian Bulstrode przywitał ród Burke, ściskając dłonie mężczyzn i kłaniając się nisko paniom. Zawsze surowy i o powściągliwym wyrazie twarzy, dziś najwidoczniej był w doskonałym nastroju. Czy to nadzieja, że relacje z szanowanym rodem zacieśnią się jeszcze bardziej, a może zwyczajnie dostrzegł szansę na męskich potomków swego pierworodnego? Dwie nastoletnie córki były naturalnie pociechą, lecz ewidentnie w domu tak przepełnionym kobiecą energią, potrzebował wyraźniejszej kontry. Zaraz u jego boku wyrosła Leonnie Bulstrode, macocha Bradforda, która pomimo wejścia w wiek dojrzały, geny pomków wil sprawiały, że nawet w stosunkowo prostej sukni w kolorze zgaszonej czerwieni, prezentowała się zjawiskowo. Dyskretnie poprawiła kołnierz jego szaty, maskując to czułym gestem, po czym ciepły, acz wystudiowany uśmiech skierowała do zbierających się gości.
— Jest nam niezmiernie miło was dziś gościć. Proszę, zajmujcie swoje miejsca. Ceremonia już wkrótce się zacznie — mówiła melodyjnym głosem, delikatnym gestem zapraszając gości w głąb dziedzińca, a zapięta na nadgarstku drobna, srebrna bransoletka błysnęła w słonecznych promieniach. — Spóźniony gość, to dobra wróżba — odezwała się do Nylah Black, gdy wspomniała o swoim bracie. Wróżbiarstwo stanowiło jej ulubioną dziedzinę magii i w rozmowach chętnie nawiązywała do ścieżek losu. — Oznacza, że pomimo niewątpliwych trudności, motywował go pewny cel.
Przez boczne drzwi weszły szybkim krokiem ciemnowłose bliźniaczki z lekkimi rumieńcami na twarzach. Po opuszczeniu komnat ojca nie udały się od razu na zewnątrz, tylko zatrzymały na balkonie, aby przez moment obserwować wszystko z góry. Teraz po wychwyceniu czujnego spojrzenia babki, ewidentnie zwolniły nagle kroku, by wyglądać dostojnie i poważnie, spokojnym już tempem docierając do ławek i zajmując miejsce blisko Nylah i Oriona z narzeczoną.
— Jestem ciekawa, jaką pani Primrose będzie miała sukienkę — powiedziała podekscytowana Josephine do swojej siostry.
— Cokolwiek wybrała i tak wszyscy będą patrzeć tylko na nią — odpowiedziała spokojnie Bernadette, posyłając bliźniaczce spojrzenie z ukosa. — W dniu ślubu zawsze tak jest. — Pomimo jednakiego wieku oraz identycznego wyglądu, siostry różniły się temperamentem. Pragmatyczną Bernadette cechował spokój i rzeczowe podejście do wielu spraw, za to w Josephine potrafił płonąć żywy ogień. Różnice nie sprawiały jednak, że pałały do siebie niechęcią, tylko doskonale się uzupełniały.
— Lorcanie, dobrze, że jesteś. — Leonnie objęła delikatnie krewnego, ledwie muskając jego policzek. — Niektóre decyzje podejmujemy świadomie, zaś inne podejmują się przy nas. Dzisiejszy dzień należy do obu tych rodzajów. — Zawiesiła na nim błękit spojrzenia, jakby za tymi słowami miało się kryć coś więcej.
Przyjęcie było na tyle małe, by goście mieli realną okazję pomówić z każdym z obecnych. Kilka rzędów ławek wystarczyło, aby wszyscy zajęli swoje miejsca i byli w stanie usłyszeć treści rozmów, chyba że prowadzone były ściszonym głosem.

Bradford w skupieniu pokonał mnogość schodów, prowadzących na zewnątrz. Rezydencja zdawała się być opustoszała, kiedy korytarzami częściowo wykutego w skale gmachu nie niosły się żadne dźwięki, poza stukotem lakierowanych butów. Krój jego szaty był prosty i zdecydowany, a tkanina cięższa niż ta, którą zwykle nosił na co dzień; miękka, ale o wyraźnej strukturze, lekko połyskująca przy ruchu. Opadała od ramion w czystej, pionowej linii, podkreślając szerokość barków i pewność postawy. Zwężane ku nadgarstkom rękawy wykończono subtelnym haftem w tonie ciemniejszego srebra i akcentem głębokiej czerwieni – motywem delikatnych, niemal niewidocznych splotów przypominających skrzydło żmijoptaka. Z daleka pozostawały jedynie cieniem faktury, ale z bliska zdradzały precyzję wykonania i rodowe odniesienie. Pod spodem widoczna była jasna koszula o wysokim kołnierzu, zamkniętym prostą, srebrną spinką. Brakowało tu zbędnych ozdób, piór czy ciężkich łańcuchów, zaś jedynym wyraźniejszym akcentem był sygnet rodu na prawej dłoni – stary, chłodny w kolorze metalu, z głęboko wyrytym herbem. Pas spinający szatę wykonano z gładkiej, ciemnej skóry, a jego smukła, doskonale wyważona klamra pozbawiona była zdobień — praktyczna, jak większość rzeczy, które Bradford wybierał. Szata przy każdym kroku poruszała się z miękką płynnością, nie ciągnąc ciężko po ziemi, lecz sunąc tuż nad kamienną posadzką.
Melodia smyczkowa zaczęła do niego docierać dopiero w momencie wkroczenia do głównego holu, gdzie wziął jeszcze jeden głębszy oddech. Stając w drzwiach wyjścia  na dziedziniec, upewnił się dyskretnym spojrzeniem, że wszystko jest na swoim miejscu. Już wcześniej miał okazję przyjrzeć się planowanym dekoracjom. Był wdzięczny wszystkim, którzy zaangażowali się w przygotowania do ślubu, projektujący stanęli na wysokości zadania — sam już nie wiedział, kto był za nie odpowiedzialny, czy to Apollonie, czy Vivianne, a może Primrose. Sam zajęty był planowaniem podróży poślubnej, ceremonię zaś zostawiając całkowicie w gestii kobiet.
Prędko zebrał się w sobie i wyszedł, by wkroczyć do kamiennego kręgu i zaczekać razem z gośćmi. Omiótł wzrokiem wszystkich zebranych, skinąwszy głową do bliskich osób. Wraz z Primrose zdecydowali się na mniejsze grono zamiast wystawnego przyjęcia na setkę gości. Oboje niechętnie podchodzili do wielkich spędów, definitywnie woląc spędzić ten czas wśród najbliższej rodziny oraz przyjaciół. Xavier był mu przyjacielem od paru długich lat i to on był pierwszym, któremu Bradford wyznał swe zamiary wobec jego siostry, a siedząca u jego boku Vivienne pełniła zaszczytną rolę wspierającą, choć momentami nadal trudno było mu postrzegać zamężną już kuzynkę inaczej, niż roześmiane dziecko. Amodeus należał do grona znajomych Primrose i nie miał jeszcze wielu okazji, by poznać go bliżej, podobnie z Cybil, czy Nylah i Orionem. Ród Bulstrode utrzymywał z Blackami przyjazne stosunki ze względu na zbieżność konserwatywnych poglądów, lecz samemu Bradfordowi bliżej było do rodzin, z którymi łączyło ich coś więcej, niż polityka. Nie był od niej wolny, woląc stać na uboczu, w rezerwatach magicznych stworzeń, nie zaś lawirować pośród dyplomatycznych niuansów, których teoria wszak nie była mu obca. Odnalazł spojrzeniem Lorcana, który od czasów hogwarckich był mu niczym rodzony brat. Pomimo wyraźnych różnic, odwiecznej wojny opartej na utartych schematach konfliktu między rywalizującymi domami, doskonale się dogadywali. Nie widział nigdzie wokół jego brata, najpewniej coś musiało go zatrzymać.
Mimo kameralnych warunków mało komfortowo czuł się wystawiony na świecznik, z pełną świadomością, że wszystkie oczy skupione były teraz wyłącznie na nim. Przywykł do przyciągania spojrzeń, niejednokrotnie przecież prowadził grupy badaczy, czy przemawiał na sympozjach, ale teraz zwyczajnie czekał. Moment ten zdawał się ciągnąć w nieskończoność, póki melodia, dotąd lekka i rozmowna, zaczęła się wyciszać, a smyczki przeszły w wolniejsze, dłuższe frazy. Rytm zwolnił, zupełnie jakby sama przestrzeń nabrała oddechu i w przejściu na przeciwległym krańcu stanęła ona.

***
Sprawy organizacyjne:
Druga tura small talku i osadzania się na miejscach. Przyjęłam, że nie potrzebujemy mapki, zakładając, że przyjęcie jest na tyle małe, by wszyscy znajdowali się w miarę blisko siebie. Pamiętajcie, by w treści postów dodawać podkreślenie pod imieniem postaci, do której się zwracacie, bądź której chcecie zwrócić uwagę. Zdecydowanie ułatwi nam to wszystkim zabawę!

Nadal zapraszamy spóźnialskich!

Termin odpisu: 5.03 godz. 18:59
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Primrose Bulstrode
Czarodzieje
Dobry badacz kocha się w swoim temacie
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
02-03-2026, 18:31
Sylvanus Burke u boku ze swoją małżonką szedł na przedzie rodziny, gdzie wcześniej przywitał się z Cassianem Bulstrode. Wymienili uprzejmości, po czym skierował się do pierwszych rzędów obserwując kątem oka uważnie swoją rodzinę, ale również przybywających gości. Dorian zajął się swoją kuzynką Cybil i wyłapując wzrok młodszego z braci Burke wskazał im krótkim ruchem głowy miejsca jakie powinni zająć. Podobnie uczynił dostrzegając Xaviera oraz Vivienne. Nie tak dawno świętowali wesele tej dwójki, a już uczestniczyli w kolejnym, gdzie jednym z młodych była panna Burke. Mogli mówić o sporym szczęściu i dobrych układach. Z jednej strony Avery, a teraz Bulstrode - obydwie rodziny o odpowiednich poglądach.
Tytania Burke szybko spostrzegła przybycie Nylah i nim zajęła przeznaczone miejsce dla matki panny młodej podeszła do młodej czarownicy. Przywdziała swój uprzejmy uśmiech, tak charakterystyczny dla jej osoby. Rozejrzała się dookoła nim odezwała się do krewnej. -Czy Twój brat nas zaszczyci obecnością? - Było dla niej nie do pomyślenia, że rodzina Black nie będzie w większości, skoro ona - matka pani młodej - wywodziła się z tej rodziny. Po tych słowach obrzuciła spojrzeniem strój Nylah i skinęła z uznaniem głową.-Prezentujesz się nienaganne.
Choć przez całe życie przywykła do tego, by nosić twarz spokojną jak marmur i postawę prostą niczym kolumna, tego dnia w jej opanowaniu pojawiła się rysa. Stała wyprostowana, dłonie splatając przed sobą z niemal ceremonialną starannością, jakby samą siłą dyscypliny mogła powstrzymać to, co kotłowało się pod powierzchnią. A jednak drobne sygnały zdradzały więcej, niż chciałaby przyznać. Jej jedyna córka opuszczała Burke Manor. Rozum podpowiadał jej, że tak właśnie powinno być. Każde dziecko musi kiedyś wyfrunąć z gniazda, znaleźć własne miejsce, zbudować dom, który nie będzie już tylko przedłużeniem rodzinnych murów. Sama powtarzała to innym kobietom z chłodną pewnością, z jaką wypowiada się oczywiste prawdy. A jednak teoria i praktyka rzadko idą w parze. Bo kiedy to nie czyjaś, lecz jej własna córka przekraczała próg, nagle wszystkie te rozsądne argumenty brzmiały jak wyuczona formułka, niezdolna uciszyć serca. Nie pozwoliła sobie na łzy. Nigdy nie była kobietą, która rozpuszcza emocje w obecności służby czy rodziny. Uczucia należało trzymać w ryzach, tak jak trzyma się w ryzach dom, nazwisko, reputację. A jednak w jej spojrzeniu czaiło się coś miękkiego, niemal bezbronnego coś jak cień lęku o to, czy świat okaże się dla dziewczyny łaskawy. Czy będzie wystarczająco silna? Czy zapamięta wszystkie lekcje, które przekazywano jej nie w słowach, lecz w surowych wymaganiach i chłodnych napomnieniach?
Wrażenie to zaraz jednak minęło, ponieważ na horyzoncie pojawiła się osoba Oriona. Zdążył ma główną część ceremonii, co ją uspokoiło. Kiedy zbliżył się do Nylah posłała mu spojrzenie, które jednocześnie mogło być naganą jak i powitaniem. -Primrose ucieszy się z waszej obecności. - Skomentowała krótko okraszając słowa znów nieznacznym uśmiechem, a potem skierowała swoje kroki w stronę Amodeusa Notta.
Jako matka pani młodej miała w obowiązku powitać też inny gości. Sunęła w jego stronę płynnym krokiem. -Dziękuję za przybycie, moja córka ceni sobie bardzo z panem pracę. - Odezwała się po wcześniejszych uprzejmościach jakie padły. -Wspomniała, że pracujecie nad starym manuskryptem i ostatnio udało się wam dokonać pewnego odkrycia. - Podzieliła się tym co wie, jednocześnie wskazując, że ceni sobie to, że czarodziej ma czynny udział w rozwoju jej córki. Wierzyła w to, że u boku Bradforda Bulstrode będzie mogła dalej poszerzać swoje horyzonty i nie porzuci rozpoczętych prac. Jednocześnie wiedziała, że teraz spadną na nią inne obowiązki. Po krókiej wymianie zdań z panem Nottem, udała się w stronę rodziny. Przystanęła po drodze obok swojego średniego syna i Cybil. -Cybil, mam nadzieję, że ślub Primrose natchnie również ciebie i spojrzysz łaskawszym okiem na paru kawalerów. - Raczej nie dało się ukryć, że po Primrose wzrok reszty rodziny spocznie na kuzynce i będą interesować się jej losem. Nie zwracając uwagi na spojrzenie młodszej panny Burke zbliżyła się do swojego miejsca pozdrawiając innych gości, z każdym wymieniając odpowiednio dwa lub trzy zdania nim przechodziła dalej. Na koniec przystanęła przy Vivienne i Xavierze. -Słyszałam, że rankiem masz zamiar wybrać się z Bradfordem na polowanie. - Po tych słowach przeniosła wzrok na swoją synową. -Rankiem Primrose będzie zapewne potrzebować dobrego słowa. Matce wszystkiego nie powie. Liczę na to, że się nią odpowiednio zajmiesz.


Primrose wkroczyła wraz z ojcem na wewnętrzny dziedziniec gdzie zebrali się już goście, a cicha muzyka skrzypiec z arkad koiła nerwy. Przymknęła oczy czując jak serce wali w piersi, obawiała się, że wszyscy je słyszą. Zacisnęła mocniej palce na bukiecie w dłoni i uniosła wzrok. Widziała jak spojrzenia wszystkich skupione są na niej, ale jej własne było wbite w jeden punkt.
W niego.
Stał na końcu ścieżki, przy łuku z kwiatów na tle zieleniejącej się doliny. Ochota podbiegnięcia pojawiła się niczym iskra wypuszczona z różdżki, ale nogi nadal trwały w jednym miejscu. Zaraz miała stać się jego żoną, miała złożyć słowa przysięgi i oznajmić całemu światu, że od teraz staje się panią Bulstrode. Nagle lęk i strach odeszły w niepamięć, silne ramię ojca przypominało jej, że nie jest sama. Ekscytacja mieszała się z niepohamowaną radością. W tej chwili czuła się najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Ruszyli ścieżką w stronę kręgu gdzie stał Bradford.
Nie chciała się potknąć więc całą swoją uwagę skupiła na stawianiu kroków, ale też dyskretnie rozglądała się wokoło.
Pomimo tego, że goście wodzili za nią wzrokiem nie czuła się źle. Tego dnia wiedziała, że jest piękna. Suknia przyciągała wzrok. Był to ten element wesela, o którym Primrose chciała zadecydować sama. Nie pozwoliła nikomu się wtrącać. Kreacja miała kolor perły – nie śnieżnobiały, lecz ciepły, miękki, jakby odrobinę rozgrzany dotykiem dłoni. Tkanina była drobno tkana i rozsypywała po sobie ledwie dostrzegalne iskry. Nie błyszczała tylko mieniła się dyskretnie, jak powierzchnia wody o zmierzchu. Każdy ruch sprawiał, że materiał ożywał tworząc złudzenie odbijających się promieni słońca na ruchomej tafli.
Krój był prosty, niemal surowy, bez zbędnych dodatków czy drapowań. Suknia przylegała do sylwetki od linii ramion w dół, podkreślając talię i biodra. Dopiero poniżej kolan rozszerzała się miękko, przechodząc w łagodny tren. Ten nie ciągnął się ciężko po ziemi tylko płynął za panną młodą. Dekolt pozostawał prosty a jednak nie sposób było od niego oderwać wzroku. Linia szyi, obojczyki, subtelne napięcie skóry – wszystko zyskiwało w tej oprawie wyraźniejszy kontur.
Najbardziej jednak zapadały w pamięć plecy.
Głęboko wycięte, odsłonięte aż do linii, która budziła lekkie zawahanie – czy to jeszcze śmiałość, czy już odwaga? Materiał opadał tam miękko, w swobodnym drapowaniu, jakby zarzucony niedbale szal zsunął się w dół i zatrzymał tuż przed upadkiem. Poniżej spływała kaskada lekkich fal, łagodząc zdecydowaną linię kroju, nadając jej niemal romantycznej miękkości.
Włosy upięła tworząc misterną, lecz swobodną konstrukcję nad karkiem. Nisko osadzony kok nie był ciasny; raczej rozłożysty, lekko niedbały, choć każdy wiedział, że to tylko tak miało wyglądać. Kilka pasm wymknęło się spod kontroli. Jedno opadało przy policzku, drugie delikatnie muskało szyję. Wpięte we włosy drobne ozdoby lśniły dyskretnie. Niewielkie gałązki w złotawym odcieniu, z maleńkimi perełkami i kryształkami wyglądały jakby ktoś zatrzymał w nich krople rosy. Całości dopełaniała delikatna biżuteria i zaręczynowy pierścionek na dłoni panny młodej.
Kroczyła i rozglądała się dyskretnie wokół. Widziała Nylah w granatowej sukni, olśniewająca swoją urodą jak zawsze. Obok niej Orion, który swoim uśmiechem mógł powalić na kolana nie jedną pannę, która się tutaj zebrała. Cieszyła się z ich obecności, dodawała jej otuchy. Dalej Amodeus Nott, z którym dzieliła pasję i pracę, który chętnie jej pomagał ze starymi manuskryptami i nigdy nie odmówił swojego wsparcia. Skinęła mu głową kiedy mijała go w drodze do okręgu.
Dostrzegła Xaviera i Vivienne, do których posłała uśmiech. Zaraz obok Cybil, Dorian i matka, im również przesłała delikatny uśmiech, a każdy krok sprawiał, że była bliżej narzeczonego.
Córki Bradforda siedziały w pierwszym rzędzie i ze wszystkiego to ich reakcji bała się najbardziej. Tego jak ją przyjmą i jak zaakceptują wybór ojca. Nigdy nie chciała zastępować ich matki, ale miała stać się macochą, a to słowo, przez baśnie, źle się kojarzyło. Podarowała im szkicowniki oraz lornetki, wspierając pasje i zainteresowania dziewczynek. I choć zaraz miały wrócić do Hogwartu to niedługo rok szkolny się skończy. Jednak teraz obydwie obserwowały na zmianę swojego ojca i jego przyszłą żonę. Mijając je uśmiechnęła się do nich przyjaźnie nim ostatecznie wkroczyła w krąg.
Droga dobiegła końca.
Uścisk dłoni ojca zelżał, a ona przystanęła obok Bradforda. Wzięła głębszy oddech, a jej spojrzenie mówiło wszystko co chciała wręcz wykrzyczeć. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Wygładzone włosy, choć starannie ułożone, wymykały się pojedynczymi pasmami przy skroniach narzuconej elegancji. To sprawiło, że jej uśmiech stał się cieplejszy. Ojciec spojrzał na córkę z pewną czułością, złożył na jej policzku delikatny pocałunek, a następnie przekazał jej dłoń w stronę Bradforda w symbolicznym geście złożenia na jego ręce losów Primrose.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Xavier Burke
Śmierciożercy
Wiek
31
Zawód
Badacz artefaktów, handlarz informacjami
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
20
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
10
5
Brak karty postaci
03-03-2026, 19:56
Goście powoli zbierali się na miejscu. Uroczystość nie była przesadnie wielka, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że zarówno Primrose jak i Bradford nie przepadają za dużymi wydarzeniami. Zgromadzili tu dzisiaj ludzi najbliższych sobie lub nawet trochę dalszych, ale jednak tych, z którymi mieli coś wspólnego. On sam nie widział sensu w spraszaniu wszystkich jak leci. I chociaż może pieniądze w ich kręgach nie stanowiły problemu, to jednak zorganizowanie ślubu i wesela wcale nie kosztowało mało. Nie zmieniało to jednak faktu, że ze strony panny młodej pojawiła się dość spora część rodziny, nawet dalsi kuzyni, ale niczego innego się nie spodziewał. Wuj z całą pewnością zagonił ich wszystkich i przestrzegł aby nawet nie myśleli o planowaniu czegokolwiek na ten wyjątkowy dzień. Xavier był mu za to wdzięczny, nawet jeśli nigdy nie miał powiedzieć tego na głos. Chociaż rodzina Burke z zewnątrz mogła wydawać się chłodna i zdystansowana, to jednak we własnych gronie każdy z nich cenił sobie domowe ognisko, nawet ci najbardziej niedostępni jej członkowie.
- O widzisz, twój też jest trafiony. - uśmiechnął się do żony kiedy pokazała mu podarek, który trafił w jej ręce.
Po chwili schował runę do kieszeni marynarki. Odda jej ją następnego dnia, teraz nie musiała jej mieć przy sobie, z resztą, nie miała jej też za bardzo gdzie schować jako, że nie zauważył aby miała przy sobie jakąś torebkę.
Siedząc już na swoim miejscu i czekając na rozpoczęcie się ceremonii zaślubin, rozejrzał się jeszcze po zgromadzonych. Cybil siedziała w rzędzie za nimi i posłał jej delikatny, stonowany uśmiech. Domyślał się, że kuzynka będzie kolejną panną Burke, na którą niedługo skierują się oczy Silvanusa Burke. Była jeszcze młoda, ale wiek nigdy nie był przeszkodą aby wyjść za mąż. Liczył, że i ona spotka na swojej drodze mężczyznę, który będzie ją szanował i chciał stworzyć z nią rodzinę. Po chwili jedno spojrzenie spoczęło na Nylah, prezentowała się jak zawsze nienagannie, jak na pannę Black przystało. Zastanawiał się jak jej idzie zlecona przez niego ekspertyza pierścienia, o którą prosił jakiś czas temu. Nie popędzał jej, wiedział, że miała na głowie wiele innych spraw, ale jemu na szczęście też się nie śpieszyło. Rozejrzał się za jej bratem, czyżby Orion miał się spóźnić? Nie było to specjalnie w dobrym guście, ale wiedział czym zajmuje się Black, więc mógł jedynie podejrzewać, że zatrzymały go obowiązki. A w każdym razie miał taką nadzieję, bo to była jedyna wymówka jaką by przyjął. Na szczęście nie minęło dużo czasu, a dostrzegł kuzyna i sam do siebie pokiwał z zadowoleniem głową.
Dostrzegł również Amodeusa, jednego z wielu kuzynów jego zmarłej już żony. Nie miał chyba jeszcze przyjemności rozmawiać z nim dłużej, ale obiło mu się o uszy, że pomagał Primrose podczas jednych z jej badań, więc nic dziwnego, że otrzymał zaproszenie na ślub. Na dłużej zatrzymał spojrzenie na Lorcanie. Współpracowali nie raz, chociaż ostatnio dość rzadko widywał go w sklepie i teraz zaczął się zastanawiać co mogło być tego powodem. Nie przypominał sobie aby między Burke’ami, a Lestrange’ami doszło do jakieś zwady, zwłaszcza, że przecież Tytania i Alcyone były siostrami. Ciekaw był kiedy Lorcan pojawi się w sklepie, kto wie, może uda im się ubić jakiś ciekawy interes.
Delikatny uśmiech wpłynął na jego usta kiedy dostrzegł córki Bradforda. Bernadette i Josephine wyglądały dokładnie tak jak młode damy wyglądać powinny podczas ślubu własnego ojca. Miał nadzieję, że przyjmą jego siostrę ciepło, zwłaszcza, że wiedział, że dużo obaw Primrose było związanych z tym jak bliźniaczki ją odbiorą. Sam lubił dziewczynki i kiedy udawało mu się odwiedzić Hethmere Keep, zawsze starał się mieć dla nich jakiś prezent, nawet jeśli akurat były w szkole.
Przestał się rozglądać kiedy obok niego wyrosła postać matki. Uniósł na nią wzrok, lekko mrużąc oczy, bo jednak słońce dzisiaj okazywało, po czym skinął lekko głową.
- Owszem. Nie odpuszczę sobie takiej okazji, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. - posłał matce lekki uśmiech, jeden z tych, na które przeważnie przeważnie przewracała oczyma.
Mógł być jej pierworodnym, ale Tytania Burke nawet przy nim czasami traciła cierpliwość. Ostatnimi czasy była jakoś dziwnie łagodna, ale domyślał się, że świadomość zostania niebawem babcia tak na nią działało. Dzisiaj jednak stała na wysokości zadania, jak na matkę panny młodej przystało. Wiedział jednak, że pod tą kamienna maską kotłują się uczucia, do których się nie przyzna. Obiecał sobie, że kiedy będzie już po wszystkim spędzi z nią trochę czasu, aby wesprzeć ją w tym, z całą pewnością, ciężkim dla niej czasie.
Pojawienie się pana młodego zwiastowało rychłe rozpoczęcie się ceremonii. Bradford jak zwykle prezentował się nienagannie. Ubrany niezwykle elegancko, bez zbędnego przepychu wyglądał jak pan młody z krwi i kości. Obserwował go przez chwilę, a kiedy ich spojrzenia na moment się skrzyżowały, skinął mu lekko głową. Schlebiało mu, że był pierwszym, który dowiedział o zamiarach przyjaciela względem jego siostry. Wiele to dla niego znaczyło.
W końcu pojawiła się i panna młoda. Stała ramie w ramie z ojcem na końcu alejki prowadzącej do podwyższenia. Nie odrywał od niej wzroku, mając nadzieję, że przestała się już denerwować. Po jej ramionach jednak dostrzegł, że cały stres odszedł w niepamięć i teraz jedynie pragnęła jak najszybciej znaleźć się u boku narzeczonego, a zaraz męża. Posłał jej łagodny, dodający otuchy uśmiech gdy ich mijała.
Czas rozpocząć zaślubiny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Nylah Black
Czarodzieje
It's only illegal if I get caught.
Wiek
24
Zawód
Śpiewaczka operowa i łamaczka klątw
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
9
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
8
Siła
Wyt.
Szybkość
5
9
5
Brak karty postaci
04-03-2026, 17:23
Uśmiechnęła się promiennie do Leonnie Bulstrode, słysząc o dobrej wróżbie związanej ze spóźnieniem Oriona. Przynajmniej tyle dobrze, że nie zostało to źle odebrane przez kogokolwiek. Przyjrzała się też ciekawsko kobiecie, od razu rozpoznając w niej geny, które i jej samej przypadły w udziale.
- W pełni się z panią zgadzam. Sama natomiast słyszałam, że spóźniony gość przynosi ze sobą spóźnione szczęście, któremu nie straszne żadne przeszkody. – odpowiedziała uprzejmie, ale i z wyraźnym zaciekawieniem w głosie. Rzadko słyszała nawiązania do wróżb, a członków tej konkretnej rodziny nie znała za dobrze. Zawsze można naprawić to niewielkie niedopatrzenie, jeśli okazja będzie sprzyjać. Opuściła jednak panią i pana Bulstrode’ów, by zrobić miejsce na kolejnych nadchodzących i wpadła w ręce ciotki Tytanii, co było całkowicie do przewidzenia.
- Oczywiście, że tak, ciociu. – zapewniła ją ze szczerego serca po powitaniu kobiety. – Tylko nieco się spóźni, bo wypadło coś okrutnie ważnego w odpowiedniej chwili. Nie opuściłby tak ważnej uroczystości. – mogła wiele rzeczy sądzić o Orionie, mogła myśleć równie dużo, ale bez względu na to, co tak naprawdę kłębiło się w jej głowie musiała przyznać, że jeśli już obiecał, że będzie, to zawsze był. Dlatego z czystym sumieniem mogła uspokoić ciotkę, Tytania miała zresztą zupełnie inne rzeczy na głowie, by jeszcze martwić się częścią rodziny od strony Blacków. Nylah zamierzała zadbać o to, by wszystko z ich strony było nienaganne, perfekcyjne i w żaden sposób nie zakłóciło ceremonii i późniejszego wesela.
- Widzisz ciociu? Mówiłam, że przyjdzie. – uspokoiła kobietę. – A my się cieszymy z jej szczęścia. – oczy Nil mówiły, że wszystko będzie dobrze. Tego też życzyła kuzynce na nowej drodze, ale była pewna, że tak też będzie. Drgnęła odrobinkę, gdy Orion zwrócił się wprost do niej i odwzajemniła uśmiech, nawet jeśli był on nieco sztywny i pełen bardzo mocno tłumionego niepokoju.
- Dziękuję. Ty również się dobrze prezentujesz. – odmruknęła, dużo cieplej witając jego narzeczoną. Co poradzić, naprawdę lubiła kobietę i żałowała, że trafiła tak paskudnie. Ale publicznie nie zamierzała tego okazywać w żaden sposób.
Dostrzegła, jak Xavier obraca się i złapała jego wzrok na chwilę, by lekko skinąć mu głową. W sumie jeśli znajdzie chwilkę na weselu, to go złapie w kwestii pierścienia, na razie jednak absolutnie nie wypadało rozmawiać o interesach. Może później, jeżeli wszyscy już będą w trakcie zabaw. A jeśli nie, to zwyczajnie dogada się z nim na spotkanie, teraz jednak skupiła się na przybyciu pana młodego. Ceremonia właśnie się zaczynała, więc porzuciła jakiekolwiek inne myśli, obserwując, jak Bradford czeka na Primrose, która właśnie szła alejką, pod rękę z wujkiem Marcusem. Prim wyglądała olśniewająco w swojej kreacji i promieniała jakimś takim wewnętrznym szczęściem. Nil uśmiechnęła się delikatnie, kącikiem ust i skinęła jej głową, kiedy kuzynka mijała ją w alejce.
I am the voice in the wind and the pouring rain
I am the voice of your hunger and pain
I am the voice
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
04-03-2026, 19:26
Goście powoli się zbierali, było ich jednak zdecydowanie mniej niż podczas naszej uroczystości ślubnej. Nic jednak dziwnego, dobrze wiedziałam, że tak samo Primrose jak i mój drogi kuzyn Bradford nie lubili dużych wydarzeń. Jednak podczas naszego ślubu dużo do powiedzenia miała moja rodzina i nie do pomyślenia było, aby uroczystość była skromna. I zdecydowanie taka nie była. Nie ważne czy chciałam wielkie wesele czy też nie, zdecydowano za moimi plecami. Mi i Xavierowi jedynie kazano się pojawić i dopełnić formalności. Nie narzekałam jednak, rodziny zdecydowanie wiedziały co robią, skoro siedziałam teraz u boku człowieka, którego kochałam i nosiłam pod sercem jego dziecko. Natomiast wola Primrose i Bradforda została uszanowana, uroczystość należała do tych skromnych, ale równie pięknych.
Rozglądałam się uważnie obserwując zasiadających gości. Cybil siedziała niedaleko nas, z pewnością jeszcze trochę i przyjdzie i jej stanąć na ślubnym kobiercu. Widziałam także Nylah, do której uśmiechnęłam się ciepło. Rozglądałam się za jej bratem, na szczęście nie spóźnił się znacząco i już po chwili dołączył do swojej siostry. Nagle wyrosła obok nas pani Tytania zwracając się najpierw do swojego syna, a potem do mnie. Spojrzałam na nią, a na jej słowa odpowiedziałam uśmiechem i skinieniem głowy.
- Zostanę z nią tak długo, jak będzie tego potrzebować - odparłam z radością.
Potem spojrzałam na Xaviera zaciekawiona, że wybiera się na polowanie. Lekko przechyliłam głowę próbując złapać jego spojrzenie, a kiedy mi się udało, a pani Tytania nie stała już nad nami lekko się ku mężowi pochyliłam.
- Nie wiedziałam, że lubisz polowania - szepnęłam rozbawiona.
Bradford już czekał na Primrose. Spojrzałam na niego rozczulona ciesząc się, że to właśnie on zostanie mężem mojej ukochanej przyjaciółki. Posłałam mu pełne radości spojrzenie i w tym samym czasie muzyka rozbrzmiała, a to oznaczało, że moja przyjaciółka właśnie miała zmierzać ku swojemu narzeczonemu. Słyszałam “ochy” i “achy” towarzyszące jej pojawieniu się, córeczki Bradforda z pewnością wyciągały głowę jedna ponad drugą chcąc zobaczyć sukienkę panny młodej. Były przecież dziewczynkami, zainteresowanie sukienką były przecież czymś najnormalniejszym na świecie. A ja, kiedy dostrzegłam Primrose idącą tym dziedzińcem i zmierzającą w stronę naszych pierwszych ławek gdzie miała dołączyć do Bradforda poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Szybko zaczęłam je wycierać, co za szczęście, że miałam ze sobą zapas chusteczek. Jeszcze się tak naprawdę nie zaczęło, a ja już zaczynałam płakać. Praktycznie nikt nie wiedział jeszcze o tej ciąży, nie mogłam więc się tak zalewać łzami, bo jeszcze pomyślą, że jest mi przykro zamiast się cieszyć i będę musiała potem odpowiadać na milion różnych pytań. A ja po prostu byłam bardzo szczęśliwa, a moje ciało reagowało teraz tak, a nie inaczej. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, posłałam jej spojrzenie pełne otuchy. Na pewno da radę, na pewno sobie ze wszystkim cudownie poradzi. I Primrose też wiedziała, że ma w nas wsparcie i cokolwiek będzie się działo, zawsze będzie je miała.
Obserwowałam jak teść przekazywał jej dłoń Bradfordowi, uśmiech nie schodził mi z twarzy i tylko co jakiś czas ocierałam napływające łzy. Dłoń wsunęłam między dłonie męża i delikatnie zacisnęłam swoje palce. Ledwie parę miesięcy temu to my tak staliśmy i składaliśmy sobie przysięgę małżeńską.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
04-03-2026, 20:43
Niekwestionowanym atutem dla Lestranga, był fakt, iż przyjęcie miało charakter, znacznie bliższy kameralnemu; dla rodziny i najbliższych, zamiast hucznego i przepełnionego masą gości, bliżej mu osobiście było do takiego scenariusza, a dodatkowo odnosił wrażenie, że przez ten charakter uroczystość wyłącznie zyskuje na swym blasku. Wodził wzrokiem po zebranych twarzach odnajdujące w tłumie tych, bliższych i dalszych znajomych oraz krewnych.
Rodzina jego matki pochodziła z rodu Blacków, a jak dobrze dostrzegł mignęła mu w tłumie postać Nylah, zaraz jednak później odnalazł spojrzeniem Xaviera, który miał wrażenie, chwilę wcześniej patrzył w jego kierunku. Poczuł żal do siebie, że zaniedbał ich relację – przyjaźń, trwająca od bardzo dawna. Obydwoje mieli swoje priorytety, a życie ich nie rozpieszczało, ponadto praca potrafiła pochłaniać i zdawali sobie sprawę, jak czasem trudno umówić jedno towarzyskie spotkanie, gdy cały kalendarz był wypełniony terminami, nawet jeżeli Lorcan, miał w tym względzie większą swobodę niż przyjaciel. Dlatego obiecał sobie, że odwiedzi go, któregoś dnia, być może nawet, bez zapowiedzi zaskakując go w sklepie.
Jego myśli przerwało nagłe pojawienie się Leonnie, a na twarzy podróżnika momentalnie pojawił się cień uśmiechu. Powitał kobietę z należnym szacunkiem i z uwagą wsłuchał się w jej słowa. Doszukując się w ich znaczeniu dobrej rady, mimo kontekstu weselnego personalnie przyjmował wiadomość do siebie, jakby miała ona dla niego głębszy sens.
— Takie dni, należy więc wyjątkowo celebrować — odparł, uśmiechając się samymi kącikami ust. W jego oczach zaś nuta melancholii tańczyła niewyraźnie, jakby mężczyzna wracał wspomnieniami do innego ślubu oddalonego w czasie i przestrzeni.
Czuł rosnące zaniepokojenie brakiem Atticusa, bo liczył w cichości ducha, że brat pojawi się choćby na moment po ostatnich wydarzeniach, odczuwał silną potrzebę wsparcia, wobec niego i nie tracił nadziei, że wszystko pozytywnie się zakończy, dlatego wciąż dyskretnie zerkał na główną bramę dziedzińca.
Dawno nie odczuwał takiej fali emocji, których się po sobie nie spodziewał, bo odczucie, iż był ich pozbawiony, stawało się dominujące. A jednak jakaś jego cząstka wrażliwości pozostawała obecna i chłonęła obraz, tej ceremonii. Nawet zwykła powaga, którą nosił dla świata wraz z aroganckim uśmiechem, gdzieś uleciała zastąpiona leniwie tlącym się serdecznym wyrazem, a oczy łagodniały.
Widok Bradforda mimowolnie przyciągał wspomnienia, nie tylko ze szkoły, lecz z wszystkich ich spotkań, gdy los rzucał ich sobie naprzeciw. Traktował go nie, jako rywala, ale rodzinę, którą ten zawsze dla niego stanowił, a czas wyłącznie utrwalił tę relację, dlatego odczuwał coś na kształt spokoju myśląc o jego związku z Primrose, wobec niej zawsze miał taryfę ulgową i mimowolnie roztaczał nad dziewczyną kurtynę cierpliwości i zrozumienia. Ich wspólne ekspedycje, były zawsze pełne wrażeń, niezależnie od rezultatów.
Mając tych dwoje przed oczami, był przekonany, że sprostają każdemu wyzwaniu, jakie los im rzuci pod nogi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
04-03-2026, 21:16
Amodeus zdążył już przywyknąć do tego, że w takich miejscach powietrze ma własną dyscyplinę. Nie było tu przeciągów ani przypadkowych podmuchów; nawet słońce zdawało się padać według ustalonego porządku, jakby Hethmere Keep nie tolerowało niczego, co mogłoby naruszyć rytuał dnia.
Stał więc tam, gdzie wypadało stać komuś, kto nie przybył jako rodzina ani jako przyjaciel domu, a jednak został dopuszczony wystarczająco blisko, by widzieć twarze.
W jego świecie zaproszenia na podobne uroczystości rzadko miały charakter czysto towarzyski. Były raczej elementem porządku, który utrzymywał relacje między rodami w równowadze — obowiązkiem uprzejmości, nie spontanicznym gestem. Amodeus przyjmował to bez złudzeń. A jednak, stojąc tu teraz wśród gości, pomyślał mimochodem, że Primrose mogła bez trudu ograniczyć listę zaproszonych wyłącznie do kręgu rodziny i najbliższych przyjaciół domu. Skoro tego nie zrobiła, oznaczało to przynajmniej tyle, że uznała jego obecność za naturalną część tego dnia.
W pierwszym rzędzie siedziały dwie młode czarownice, niemal identyczne — córki Bradforda. Obserwowały dziedziniec z ciekawością, której nie dało się całkowicie ukryć pod staranną ogładą. Amodeus zatrzymał na nich spojrzenie tylko na moment. Nowe małżeństwo rzadko bywa zmianą wyłącznie dla dwojga ludzi. Jeśli jednak ich uśmiechy były szczere, a nie jedynie dobrze wyćwiczone na tę okazję, początek mógł okazać się łagodniejszy, niż zwykle bywa w podobnych historiach.
Tytania Burke pojawiła się przy nim z tą płynnością, która sprawiała wrażenie, że nikt nie zauważa jej ruchu, dopóki nie znajdzie się dokładnie tam, gdzie chciała. Wysłuchał jej uprzejmości bez zmiany wyrazu; jedynie spojrzenie miał czujniejsze, gdy wspomniała o manuskrypcie — nie dlatego, że obawiał się pytań, raczej dlatego, że wiedział, jak łatwo cudzą historię wypowiedzieć za szybko, zanim właściciel uzna to za stosowne.
— Pani córka ma rzadką cierpliwość do tekstów, które nie chcą mówić wprost — odparł spokojnie, pochylając głowę w geście, który nie był ukłonem, lecz uznaniem. — Odkrycie było… konsekwencją jej uporu. Ja jedynie dopilnowałem, żebyśmy nie pominęli rzeczy oczywistych przez zbytnią pewność siebie.
Nie widział potrzeby wspominania o szczegółach. W takich chwilach większą wartość miało to, co zostawało na języku, niż to, co z niego schodziło. Tytania zdała się przyjąć odpowiedź i odpłynęła dalej, tam, gdzie jej obecność była wymagana. Przez moment Amodeus obserwował, jak znika pomiędzy gośćmi, a myśl o niej — o tej samej mieszance kontroli i napięcia, którą dobrze znał z własnego domu — przywołała mimochodem ostatnie wydarzenia w Corfe Castle: zaręczyny Iris i rozmowy prowadzone od tamtej pory z większą ostrożnością, jakby każde zdanie mogło zbyt łatwo odsłonić coś, czego nikt jeszcze nie chciał nazwać wprost.
Teraz dziedziniec składał się w ciszę.
Rozmowy przygasały jak świece, którym odebrano tlen. Spojrzenia przesuwały się w jednym kierunku, zanim ktokolwiek przyznał to gestem. Amodeus pozwolił, by jego wzrok powiódł po zebranych, tak jak robił to zawsze, gdy chciał zrozumieć układ.
Cassian Bulstrode wyglądał na człowieka, który otrzymał dokładnie taki dzień, jaki planował. Zadowolenie przylegało do niego niemal tak naturalnie jak szata. Obok niego stała kobieta — zapewne Leonnie — piękna w sposób spokojny, nie demonstracyjny, jak ktoś przyzwyczajony do spojrzeń.
W pierwszych rzędach łatwo było rozpoznać rodzinę panny młodej. Xavier Burke był mu znany z nazwiska i z dawnych powiązań rodzinnych; w końcu był mężem jego zmarłej kuzynki. Siedząca obok niego kobieta musiała więc być jego nową żoną (Vivienne). Patrząc na sposób, w jaki nachylali się ku sobie w rozmowie, trudno było mieć wątpliwości.
Nieco dalej dostrzegł młodą czarownicę w butelkowej zieleni (Cybil). Przez moment próbował umiejscowić ją w pamięci. Czy to nie była jakaś znajoma Lydii? Imię nie przychodziło mu do głowy, lecz rys twarzy wydawał się znajomy.
Pannę Black rozpoznał łatwiej. Elegancja była w jej przypadku niemal rodowym znakiem rozpoznawczym. Mężczyzna, który pojawił się obok niej później, musiał być jej bratem (Orion) — podobieństwo było zbyt wyraźne, choć brak tej samej miękkiej uprzejmości zdradzał różnicę temperamentów. Spóźnienie również zdawało się do niego pasować.
Nieco dalej stał jeszcze jeden mężczyzna (Lorcan), wysoki, pogrążony w jakimś własnym zamyśleniu. Amodeus nie znał jego nazwiska, lecz sposób, w jaki obserwował przestrzeń — z lekkim oddaleniem, jakby słuchał raczej własnych myśli niż rozmów wokół — przyciągał uwagę.
Gdy pojawił się Bradford, dziedziniec na moment zastygł w jednym kierunku. Pan młody stanął na swoim miejscu z tą prostą pewnością, która nie potrzebuje teatralności. Amodeus przyjrzał się mu uważniej dopiero teraz, bo dotąd znał go głównie z opowieści i z tonu, jakim wypowiadano nazwisko Bulstrode w rozmowach, które miały brzmieć neutralnie — a ton zwykle zdradzał więcej niż słowa.
Zastanowiło go przez chwilę, czy to, co za moment zostanie nazwane miłością, rzeczywiście nią jest, czy raczej jednym z tych spokojnych porozumień, które w ich świecie przybierają formę uczucia dopiero z czasem. Myśl nie była ani cyniczna, ani szczególnie krytyczna. Raczej chłodna — wynikająca z obserwacji i z niedawnego przypomnienia, że w sprawach rodzinnych uczucia i obowiązek rzadko układają się w prosty porządek.
Panna młoda pojawiła się na końcu alejki u boku ojca i dziedziniec w jednej chwili przestał należeć do rozmów. Primrose szła równo, bez pośpiechu, z bukietem trzymanym pewnie, jakby trzymała nie kwiaty, tylko decyzję. Amodeus znał ją z pergaminów i dyskusji, z tej ciszy między zdaniami, która pojawia się przy pracy wymagającej cierpliwości.
Kiedy mijała jego rząd, spojrzała w bok, a on odpowiedział krótkim skinieniem głowy — spokojnym, rzeczowym gestem, który nie wchodził na cudzy moment zbyt ciężkim krokiem.
Muzyka ciągnęła długie frazy, a między nimi było słychać drobiazgi: szelest materiału, ciche przesunięcia stóp, oddechy wstrzymywane odruchowo. Amodeus poczuł, że jego własne ramiona rozluźniają się minimalnie, jakby ciało przypomniało sobie, że nie wszystko wymaga napięcia. Może dlatego, że wbrew pozorom śluby miały w sobie coś uspokajającego: obietnicę porządku — nawet jeśli była to jedynie dobrze opowiedziana obietnica.
Gdy ojciec Primrose przekazał jej dłoń Bradfordowi, Amodeus obserwował, jak stary gest domyka się w milczeniu. Przez moment pomyślał o sobie — nie o tym, czy kiedykolwiek stanie w takim kręgu, lecz o tym, jak łatwo wierzyć, że życie można uporządkować jak dokument, dopóki ktoś nie wprowadzi do niego emocji bez przypisów.
Stał nieruchomo i słuchał, jak dziedziniec oddycha wspólnym oczekiwaniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Orion Black
Śmierciożercy
Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej.
Wiek
27
Zawód
Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
19
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
05-03-2026, 00:05
Wydawało mu się, że wejściem w ostatniej chwili nie wywołał jakiegoś nadmiernego zamieszania. Ale oczywiście nie mogło to ujść uwadze ciotki Tytanii. Blackowie zawsze byli wymagający, a ona z pewnością mimo zmiany nazwiska Blackiem pozostała. Skinął głową na powitanie i uśmiechnął się w jej stronę starając się wyglądać jak najbardziej niewinnie. Na pewno pamiętała nie jedno rodzinne wydarzenie, na które przyszedł spóźniony. Mimo, że był dość dobry w udawaniu, że był na miejscu od samego początku, to ciotkę nie było tak łatwo oszukać. Na szczęście tym razem nikogo nie zawiódł. A to naprawdę nie było takie proste, gdy ojciec oczekiwał od niego zajmowania się wszystkim, byle nie tym, co sprawiało mu przyjemność. Ale był wychowany na dżentelmena, więc trudno by było, gdyby w dniu ślubu kuzynki zachował się inaczej.
– Nie mogłoby nas zabraknąć. To ważny dzień dla Primrose, więc dla nas też. Rodzina jest najważniejsza. Dobrze Cię widzieć, ciociu – dodał jeszcze raz się uśmiechając najbardziej niewinnie jak potrafił. Ile lat by nie miał, to na rodzinnych uroczystościach czuł się jak dziecko. Jakby nie wierząc w zapewnię siostry, że wygląda dobrze od razu poprawił sobie opadającą na czoło grzywkę. Dopiero po chwili zaczął rozglądać się po sali szukając wzrokiem członków bliższej i dalszej rodziny. Lista gości była do przewidzenia, a także obecność wszystkich zaproszonych była czymś oczywistym. W końcu więzy rodzinne były kluczowym zasobem większości tu obecnych. I nawet on ze swoim lekkim podejściem do obowiązków względem rodziny, dorósł już do tego, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Skinął głową na powitanie w kierunku Xaviera i Cybil, a potem przeniósł wzrok na pannę młodą. Primrose prezentowała się jak zwykle pięknie i nie byłby sobą, gdyby nie pomyślał o tym, że urodę odziedziczyła po matce. W końcu o tak szlachetne rysy twarzy nie posądzałby Burke’ów, chociaż wiadomo, że nigdy nie powiedziałby tego na głos.
– Czy… – już chciał wypytać siostrę o pana młodego, bo zakładał, że ona więcej rozmawiała z kuzynką, gdy zauważył, że jego rodzina siedzi na tyle blisko, że lepiej jednak było trzymać język za zębami, ale spoglądał dość nieufnie w stronę Bradforda. – Nie wiedziałem, że narzeczony Prim ma dwie prawie dorosłe córki. Urocze młode damy. – zagadnął starając się jednak jakoś zagaić temat i wyczuć, czy dla Nylah też jest to dziwne, czy nie zainteresował się za wczasu i nie dowiedział się, że ma im to nie przeszkadzać. Ale zastanawiał się, co musiał zrobić wdowiec z dziećmi, żeby dostać rękę jego kuzynki-panny? Bo z pewnością musiał się o to starać. Głowy rodów zwykle nie naciskały na powtórne małżeństwa po śmierci małżonka, tym bardziej, gdy na świat zostało sprowadzone potomstwo. A Primrose była naprawdę dużo warta. Mimo, że Bulstrode’owei byli dobrą rodziną, o odpowiednich poglądach, nie był zachwycony tym pomysłem i doszukiwał się w tym podstępu. Właściwie dopiero teraz zaczął o tym myśleć i od razu założył, że coś jest nie tak. Uważnie przyglądał się więc parze młodej intensywnie próbując nie zobaczyć tego, że Primrose wygląda na… szczęśliwą z tego wyboru. On natomiast jeszcze nie zdecydował do końca, co będzie sądził na temat męża kuzynki. Trzeba będzie zaciągnąć języka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Cybil Burke
Nieaktywni
"Seek and ye shall find," they say, but they don't say what you'll find.
Wiek
24
Zawód
łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
1
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
11
Brak karty postaci
05-03-2026, 00:43
Odebrałam od obsługi podarek i zaraz korzystając z wolnej chwili, zdecydowałam się obejrzeć podarek. Runa berkano wyrzeźbiona z drewna. Po kolorze powiedziałabym, że jest to brzoza. Jej znaczenie o dziwo bardzo pasowało do momentu, w jakim aktualnie byłam. Wybierali, jaki gość dostanie, jaki prezent? Dorian miał przecież zupełnie inny podarek od gospodarzy...
Coraz to więcej gości zbierało się na ślub, ale wciąż wszystko wskazywało na kameralną atmosferę. Już po samej ilości miejsc stwierdzić można było z łatwością, że nie będzie to największe wydarzenie roku. Mimo wszystko uważałam, że to dobry wybór - nie powinno się wyprawiać uroczystości z myślą o innych, tylko o sobie i małżonce.
W tłumie dostrzegam Nylah wraz z bratem Orionem, z którymi również witam się skinieniem głowy i delikatnym uśmiechem. Z Panną Black kończyłyśmy Hogwart w tym samym roku, a do tego byłyśmy z tego samego domu, więc naturalnie się znałyśmy. Niedaleko również moją uwagę przyciąga też Lorcan. Z tego, co wiedziałam, to nie wiązały nas więzy krwi - był krewnym ze strony ciotki Tytanii, a do tego cztery lata zmarła mu żona urodzona w moim rodzie. Jeżeli udało mi się złapać z nim, kontakt wzrokowy, to również przywitałam się tym samym delikatnym gestem, co z resztą przybyłych. Na koniec mojego błądzenia wzrokiem zauważam, że przykułam uwagę jednego z gości (Amodeus). W tamtym momencie nie skojarzyłam go z postacią Lydii, mimo że intuicja mi podpowiadała, że powinnam skądś go kojarzyć. Może z rodzinnego sklepu lub Nokturnu?
W międzyczasie, gdy gości przybywało coraz to więcej, rodzice narzeczeństwa zaczęli witać wszystkich gości. Przyjaznym gestem odwzajemniam powitanie Pana Bulstrode, a zaraz po tym ciotka Tytania łapie mnie na krótką rozmowę:
- Z pewnością, ciotko Tytanio. - Uśmiecham się trochę nieśmiało. - Właśnie dopiero co rozmyślałam nad tym, jakie kwiaty i dekoracje chciałabym zobaczyć na moim ślubie... - Zagaduję ciotkę kłamstwem, zanim ta nie zajmie swojego miejsca. Wzrok posyłam na moment ku ozdobom na dziedzińcu, jakby wskazując krewnej, które podobają mi się szczególnie. Osobiście wolałam najpierw pogrzebać ojca, nawet symbolicznie, zanim stanęłabym przed ołtarzem. Nie byłam jednak pewna, czy moje preferencje mają tutaj znaczenie. Przez brak ciała nigdy nie przeszłam nawet tej oficjalnej żałoby, a zanim oficjalnie uzna się go za zmarłego, to zakładam, że minie trochę czasu. Może powinnam odwiedzić prawnika w tej sprawie?
- Xavier, daj mi po polowaniu znać, czy warto wybrać się na przejażdżkę konną po tutejszych ziemiach - może uda mi się zabrać za jakiś czas Primrose na takową, jeśli tylko ta okolica Kumbrii jest tego warta... - Cicho wtrącam się w rozmowę, gdy podsłuchałam rozmowę Xaviera i Vivienne. Kuzyn na pewno będzie mieć szansę zapoznać się na polowaniu z tutejszą naturą, dlatego ufam, że o mnie nie zapomni. W sumie wybrałabym się z nimi dla towarzystwa na to polowanie, ale domyślałam się, że nie jestem zaproszona na ten męski wypad.
Uroczystość zaczyna się, gdy Pan Młody pojawia się i staje w najważniejszym punkcie tego przedstawienia. Czas jakby zwalnia, gdy zaraz wyłania się również Primrose. Wyglądała zjawiskowo, a odprowadzanie jej wzrokiem do kamiennego okręgu było jakby dla mnie trudną do opisania satysfakcją. Mimo że wcześniej niechętnie myślałam o potencjalnych zaręczynach, teraz jakby ta bariera lekko skruszała, powodując u mnie ciekawość: a co jeśli?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
06-03-2026, 14:57
— Piękne powiedzenie — przyznała Leonnie z wyraźną aprobatą, a w jej spojrzeniu pojawiło się żywe zainteresowanie. — Szczęście, które musi przebyć dłuższą drogę, bywa najtrwalsze. Pańska rodzina dobrze zna cierpliwość losu, panno Black. — Zatrzymała na moment wzrok na młodej Blackównie, jakby próbowała wyczytać z jej twarzy coś więcej, niż zdradzały słowa, po czym przeniosła wzrok na następnego nadchodzącego gościa. Uśmiechnęła się tylko, nie odpowiadając od razu na słowa Lorcana. W jej spojrzeniu pojawił się cień zadowolenia, jakby potwierdzał coś, co już wcześniej przeczuwała. — Owszem — odparła cicho z oszczędnym skinieniem głowy. — Niektóre chwile są nam dane tylko raz i właśnie dlatego warto przyjąć je bez wahania. — Jej uśmiech złagodniał, bo dobrze wiedziała, z jakim trudem borykał się jej krewny. Moment w przejściu nie był jednak najlepszą okazją na zgłębianie się w dyskusje.
Josephine odwróciła się lekko przez ramię, spoglądając na siedzącego za sobą Oriona, wyraźnie wskazując, że usłyszała fragment rozmowy. Przesunęła błękitnym spojrzeniem po jego twarzy, co z pewnością zostało dostrzeżone. Panna Bulstrode doskonale wiedziała, że dzieci nie powinny wchodzić w rozmowę z dorosłymi, jeśli nie zostaną bezpośrednio zagadnięte, więc dziewczęce usta wyłącznie wygięły się w uprzejmym uśmiechu i Josephine skinęła tylko głową, ewidentnie powstrzymując się przed odpowiedzią. Zwłaszcza że tuż obok wyrosła nagle potomkini wil w błękitnej sukni poprzetykanej chłodnym beżem. Apollonie Crouch pojawiła się niemal niezauważenie, jakby zawsze tam była, tylko wcześniej nie przyciągała uwagi. Młodsza siostra Bradforda odziedziczyła po rodzinie Bulstrode chłodną elegancję rysów, lecz w jej spojrzeniu było dziś więcej łagodności, niż w oczach starszego brata. Poruszała się z naturalną pewnością osoby, która zna Hethmere od dzieciństwa. Dzisiejszy dzień obserwowała z mieszaniną dumy i lekkiego rozbawienia. Bradford, który przez tyle lat strzegł własnego życia niczym fortecy, ostatecznie sam otworzył jej bramy.
— Pan Black — odezwała się z lekkim skinieniem głowy. — Dobrze, że przybyliście. — Na moment spojrzała w stronę miejsca, gdzie stał Bradford. — Mój brat ma talent do przyciągania uwagi nawet wtedy, gdy sam wolałby jej uniknąć. Dziś jednak chyba nikt nie zamierza mu tego ułatwiać. — Kącik uszminkowanych ust wzniósł się w uśmiechu, kiedy skinęła głową jemu oraz Nylah, by finalnie wraz ze swym mężem zająć miejsce obok Lorcana. — Dobrze cię widzieć, kuzynie — Zatrzymała na nim spojrzenie i obdarzyła uśmiechem. — Takie dni bywają ciekawsze, gdy patrzy na nie ktoś, kto widział już pół świata.
Gdy większość gości zajęła już swoje miejsca, Cassian Bulstrode skinął krótko głową kilku znajomym twarzom i ruszył w stronę pierwszego rzędu. Leonnie podążyła za nim spokojnym krokiem, jeszcze raz przesuwając spojrzeniem po zgromadzonych, jakby upewniała się, że wszystko przebiega tak, jak powinno. Oboje zasiedli na przygotowanych dla nich miejscach w pierwszym rzędzie, w samym sercu półokręgu, z którego najlepiej było widać ceremonię. Na krótką chwilę spojrzenie Cassiana powędrowało w stronę Bradforda. W surowej twarzy pojawiło się coś, co tylko ktoś uważny mógłby nazwać dumą. Leonnie także skierowała wzrok w stronę pasierba. W błękitnych oczach błysnęło coś miękkiego — mieszanina dumy i tej cichej satysfakcji, którą odczuwa się, gdy czyjś los zaczyna wreszcie układać się tak, jak powinien.
Tymczasem obsługa, która jeszcze chwilę wcześniej krążyła między gośćmi z dyskretną czujnością, zaczęła powoli usuwać się w cień arkad. Na dziedzińcu pozostali już tylko goście i cichy szelest szat, gdy ostatnie osoby poprawiały miejsca na ławkach.

Nie do końca świadom prowadzonych wśród gości rozmów, trwał w kamiennym półokręgu, czekając na oficjalne otwarcie ceremoni. Powietrze było spokojne, a jednak w tej swoistej ciszy czuło się napięcie — ciche oczekiwanie zgromadzonych gości i ciężar chwili, która miała zaraz nadejść. Bradford stał nieruchomo, z dłońmi splecionymi za plecami, skupiony bardziej na własnych myślach, niż na rozmowach niosących się po dziedzińcu. Każdy kolejny oddech zdawał się odmierzać czas do momentu, którego nie sposób już było odłożyć.
W jednej chwili wszystkie spojrzenia odwróciły się od niego i skupiły na kobiecej sylwetce, której perłowa suknia mieniła się w słonecznym blasku. Zgodnie ze zwyczajem, jak i przesądem nie widział wcześniej jej kreacji, więc na równi ze resztą gośćmi wstrzymał oddech. Ciało ogarnęła fala gorąca wsparta dreszczem ekscytacji. Serce zabiło szybciej i mocniej, jakby dopiero teraz uświadomiło sobie wagę chwili. Zdumiewało go, że uczucie, które jeszcze niedawno wydawało się nieprawdopodobne, dziś było tak oczywiste i bliskie. W tej jednej sylwetce zbliżającej się przez dziedziniec mieściło się wszystko, czego nie odważył się wcześniej oczekiwać.
Był świadom potencjalnych podejrzliwych spojrzeń zazdrośników. Początkowo nawet sam zarzucał sobie, że nie jest godzien ręki panny z tak dobrego domu, która od pierwszego spotkania zdradzała umysł i charakter rzadko spotykany u tak młodej osoby, pod wieloma względami zdając się wyprzedzać swoje rówieśniczki. Kiedy osadzał się w zrozumieniu i akceptacji dla ponownego ożenku, nawet nie marzył o wielkiej miłości. Chciał uczucia, to prawda. Takiego, które pozwoli mu prawdziwie kochać, lub przynajmniej darzyć nową wybrankę sympatią. Najbardziej obawiał się zostania utrapieniem dla młodej dziewczyny, pragnącej być kimś więcej, niż tylko figurą w kolejnym układzie między rodami. Nie chciał, by jego nazwisko było dla niej klatką, ani by przyszłość została rozpisana wyłącznie przez oczekiwania starszyzny. Żywił nadzieję, że jeśli między nimi nie pojawi się od razu wielkie uczucie, przynajmniej z czasem wyrośnie z niego coś spokojnego i trwałego — rodzaj bliskości, który nie wymaga wielkich słów. Primrose zaś wkroczyła do jego życia bezceremonialnie, bezczelnie wręcz, sprawiając, że w pierwszym odruchu wznosił wokół siebie mur, niechętny naginaniu zasad, w kolejnych tygodniach zupelnie nieświadomie dokopując się do skrzętnie skrywanej przed resztą świata warstwy. Dziś był nie tylko wdzięczny jej uporowi, czy otwartości, ale też gotów odwzajemnić uczucie z nawiązką.
Skłonił głowę przed Marcusem Burke, przyjmując z jego rąk ukochaną. Skrzypce zamilkły już zupełnie, a Bulstrode odniósł wrażenie, jakby cały świat zastygł na moment w oczekiwaniu. Zajrzał w toń zielonych tęczówek, walcząc z pokusą, by porwać ją w ramiona i czym prędzej złączyć się w słodyczy pocałunku. Ten moment miał dopiero nadejść. Bradford wzmocnił uścisk dłoni, a ciepło jej palców uspokoiło ostatni ślad napięcia. Teraz mogli już tylko patrzeć przed siebie. Od tej chwili wszystko, co miało nadejść, należało do nich obojga.
— Przysięgam — odezwał się, a w jego głosie nie wybrzmiała ani nuta wahania. — Przysięgam wobec ciebie i zgromadzonych tu świadków. Przysięgam lojalność, która nie zależy od chwili ani okoliczności. Nie tylko w dniu pomyślności, lecz także wtedy, gdy przyjdzie moment wymagający odwagi. Przysięgam wsparcie – w decyzjach, które podejmiemy razem, i w ciężarach, które przyjdzie nam nieść. — Poważny wyraz twarzy nieco zelżał, nabierając łagodności. — Zawsze wiedziałem, jak iść naprzód i trzymać się drogi, którą wybrałem. Ty nauczyłaś mnie, jak słuchać i jak pozwolić sobie na więcej, niż podpowiada sam rozsądek. — Nawet jeśli w pierwszej chwili miał wątpliwości wobec naginania zasad, to wiążąca się z nimi lekkość wprowadzała do życia powiew świeżości. — Przysięgam trwać przy tobie nie dlatego, że tak należy, lecz dlatego, że właśnie przy tobie chcę być. — Wzniósł kąciki ust, nie potrafiąc, ani nie chcąc dłużej powstrzymać wyznania, jakie już dawno pragnął do niej skierować. — Jeśli miłość ma znaczyć coś trwałego, przysięgam strzec jej przy tobie i budować ją w każdym dniu, który nam zostanie dany.
Nie odrywał od niej spojrzenia, a w ciszy, która zapadła po jego słowach, trzymał jej dłoń nieco mocniej, jakby samym gestem chciał przypieczętować wszystko, co właśnie zostało wypowiedziane. Na moment przestał dostrzegać zgromadzonych gości, kamienne arkady i dolinę za murami — liczyła się tylko ona. Wysłuchał słów jej przysięgi, czując, jak oblewa go kolejna fala gorąca, jak wzruszenie sięga oczu. Uśmiechnął się szerzej, szczerze wierząc, że tak właśnie potoczy się ich wspólna przyszłość. Sięgnął do smukłego, kamiennego postumentu, na którego wierzchu znajdowała się aksamitna poduszka z pobłyskującymi złotymi obrączkami i jedną z nich wsunął na palec ukochanej, by ostatniemu z symboli stało się zadość.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 05-04-2026, 02:44 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.