• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Cardiff Bay > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-08-2025, 21:31

Salon
W centralnej części pomieszczenia stoi duża, wygodna kanapa otoczona fotelami, a na podłodze leży stary, lecz dobrze utrzymany dywan, który dodaje wnętrzu charakteru. Nad kominkiem, w którym pali się ogień, znajduje się półka z mini replikami statków – drobiazgami, które świadczą o pasji właściciela. W drewnianej komodzie, nieco ukryte, znajdują się kolejne modele, starannie wykonane, jakby ktoś poświęcał każdą chwilę, by stworzyć małe arcydzieła. Ściany zdobią marynistyczne obrazy, a okna wpuszczają ciepłe światło, które odbija się od jasnych, nieco sfatygowanych mebli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 22:07
| 1 maja 1962, po północy

Było grubo po północy gdy przeniosłam się z Hogsmeade do Cardiff. I grubo po pierwszej kiedy dotarłam do domu Kennetha. Myślałam, że długi spacer pomoże mi pozbierać myśli, ale wcale tak nie było. Im dłużej chodziłam pustymi uliczkami Cardiff tym było gorzej, było mi też zimno, a nogi od niewygodnych butów bolały. Gdy naciskałam na klamkę buty już miałam ściągnięte, gotowe do rzucenia w kąt. Na ustach miałam zaschniętą krew, mocno przygryzłam dolną wargę z nerwów. Moja skóra pokryta była gęsią skórką z nerwów, nie zdążyłam się przebrać i wracałam w sukience. Torbę z ubraniami odeślą mi sową. Gdy wchodziłam do domu z całych sił próbowałam powstrzymać płacz, ale opuchnięte i zaczerwienione oczy, spierzchnięte i poranione usta, a także z pewnością zachrypnięty głos będąc zdradzać wszystko. Nie powinnam tu wchodzić, wiedziałam to z momentem, gdy tylko uchyliłam drzwi. W pewnym sensie miałam nadzieję, że będą zamknięte. Wtedy po prostu poszłabym do siebie, zaszyła się we własnym łóżku i przeryczała całą noc. Mogłabym wyć z bólu i nikt nie zwróciłby na to uwagi. Ale jednak, zamiast wrócić do siebie, to nogi skierowały mnie tu. W końcu mieliśmy umowę. Miałam tu mieszkać gdy on jest na lądzie. Czym była jednak ta umowa w obliczu tego co się stało?
Drzwi jednak były otwarte, światło się paliło, a ja mrużąc oczy rozejrzałam się po salonie. Drzwi do gabinetu były uchylone, tam też świeciło się światło. Zamknęłam za sobą drzwi oddychając ciężko, zbierając w sobie tyle silnej woli ile tylko mogłam, aby przejść obok, wejść po schodach na górę i zamknąć się w łazience. Nalać wody do wanny i zagłuszyć tym swój płacz, który tak ciężko mi było teraz powstrzymać. Buty rzuciłam w kąt, na podłogę. Bez słowa, czując, że długo nie utrzymam łzy na wodzy, ruszyłam przez salon lekko chwiejnym krokiem w stronę schodów prowadzących na górę. Miałam tylko nadzieję, że Kenneth będzie na tyle zajęty, że nie będzie miał głowy, aby zwrócić na mnie swoją uwagę.
Mój plan był pełen dziur, bo jak ja sobie to wyobrażałam? Że będę do rana siedzieć w łazience? Albo położę się obok niego i wcale nie będę walczyć ze łzami, a zachowywanie się naturalnie przyjdzie mi z taką łatwością? Sama nie wiem co planowałam, co ja sobie myślałam. W tym momencie po prostu chciałam się znaleźć na górze. Resztę wymyśliłabym na bieżąco. Improwizując. Przez myśl mi nawet przeszło, że przecież mogłam zamienić się w wronę i polecieć do siebie, Kenneth by się nawet nie zorientował. Ale prawdopodobnie z nerwów nawet nie dałabym rady się przemienić. Parszywy los.
Zaczęłam iść po schodach, mój plan prawie się powiódł. Czując ulgę, że zaraz znajdę się na górze i dotrę do łazienki, rozkleiłam się. Chociaż nie łkałam, nie płakałam głośno, to łzy zalały moje policzki. Wszystko było takie rozmazane, całe schody jak za mgłą. Potknęłam się. Potknęłam się na tyle mocno, że się przewróciłam uderzając czołem o drewniany stopień. Nie mocno, ale wystarczająco, aby wszystko diabli wzięły. Pisnęłam, siadając nieporadnie na schodku.
- Nawet wejść po schodach nie umiem - chrypnęłam. - Nic mi się nie udaje, nic...
Już było po ptakach. Jeśli do tej pory Kenneth nie zainteresował się moim przyjściem i nie chciał się oderwać od pracy, to harmider który narobiłam przewracając się i uderzając o schody z pewnością go do mnie ściągnie. Dlatego nawet nie ruszyłam się z miejsca. Oparta o ścianę, w pomiętej błękitnej sukience ocierałam z policzków ciągle napływające łzy. Myślałam o niej. O tej, która mnie zostawiła bo pozwoliłam sobie na uczucia. Myślałam o Keithcie, jego spojrzeniu pełnym bólu i złości, kiedy odsuwał się ode mnie i zostawiał na parkiecie. Gdzieś między nimi majaczyła postać Kennetha, jak na “Złotej Łani” otwierał ramiona witając mnie, czekającą u brzegu. Zakręciło mi się od tego wszystkiego w głowie. Ugryzłam znowu dolną wargę, chociaż i tak już bolała niemiłosiernie od najmniejszego dotyku. Czułam pod językiem zaschniętą krew.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
26-01-2026, 23:19
Dopiero się ściemniało kiedy powrócił do domu. Zostawił wspomnienia, echa rozmów o przeszłości w murach Hogwartu. Mógł nawet powiedzieć, że przeżył mała przygodę skoro widział olbrzyma. Jednak czasy młodzieńczych szaleństw należało zostawić za sobą i przywdziać ubiór człowieka dorosłego, który podąża w ramię w ramię ze swoimi obowiązkami. Wchodząc do środka zrzucił kurtkę na oparcie jednego z foteli w salonie, po drodze zgarniając butelkę porto oraz kieliszek udał się do gabinetu. Tam czekała na niego praca, którą musiał wykonać. W głowie odezwał się znajomy monolog, ten sam po każdym rejsie. Wszyscy myślą, że jego praca zaczyna się na morzu i tam się kończy. Żagle, fale, wiatr, sól na skórze i przygoda. Mało kto widzi to, co zostaje po powrocie do portu. Stosy dokumentów, raporty ładunkowe, potwierdzenia, umowy, korekty, podpisy. A on nie mógł sobie pozwolić na niedbalstwo. Jeśli chciał budować markę, zbierać klientów i być traktowany poważnie, każdy szczegół musiał się zgadzać. Jeden błąd wystarczyłby, by podważyć zaufanie, na które pracował latami.
Zostawił więc Riven w Hogwarcie, gdzie mogła śmiać się w towarzystwie swojego przyjaciela, a zarazem jego kumpla. Wiedział, że tam jest bezpieczna, że spędzi czas na wspominkach. On sam zasiadł nad papierami, bo ktoś musiał doprowadzić wszystko do porządku. Ślęczał nad nimi długo, pochylony, z piórem sunącym po pergaminie coraz wolniej, gdy zmęczenie zaczynało dawać o sobie znać. Czas płynął niepostrzeżenie, odmierzany jedynie kolejnymi zapisanymi stronami. Co jakiś czas odkładał pióro, prostował plecy z cichym westchnieniem i wstawał, by rozruszać zdrętwiałe kości. Podchodził do okna, zapalał papierosa, patrzył w noc, pozwalając myślom na chwilę odpłynąć, po czym wracał do biurka, jakby nic innego nie istniało. Chciał mieć to za sobą jak najszybciej. Marzył o dłuższej przerwie, o dniach bez rejsów, bez rozkazów i harmonogramów. A te były na wyciągnięcie ręki jak tylko upora się z tym natłokiem zadań.
Co jakiś czas zerkał na zegar, niemal odruchowo, jakby wskazówki miały przyspieszyć na jego życzenie. Nasłuchiwał też kroków na korytarzu, dźwięku otwieranych drzwi, sygnału, że Riven wróciła. Dopóki jednak panowała cisza, wracał do dokumentów, świadomy, że ta niewidoczna część jego pracy była równie ważna jak każda przebyta mila morska.
Charakterystyczny klik zamka dotarł do jego uszu wyraźniej niż skrzypienie krzesła czy szelest papierów. Uniósł głowę znad dokumentów niemal automatycznie, gotów usłyszeć głos Riven. Cisza jednak nie pękła pod żadnym głosem. Przez krótką chwilę trwała nieprzyjemnie gęsta, aż przeciął ją głuchy dźwięk upadających na podłogę butów. Pierwsza myśl przyszła szybko i była jednoznaczna: to nie Riven. Odłożył pióro, sięgnął po różdżkę leżącą na skraju biurka, już decydując, że sam sprawdzi, kto zakłóca mu nocną ciszę. Nie zdążył jednak zrobić kroku, gdy powietrze przeciął kobiecy pisk, nagły, ostry, a zaraz po nim rozległ się rumor na schodach, jakby ktoś stracił równowagę albo próbował uciec. Zerwał się natychmiast, krzesło zaskrzypiało gwałtownie, a on wyszedł z gabinetu bez wahania. Koszula była rozpięta do połowy, rękawy podwinięte niedbale, jak zostawił je po godzinach ślęczenia nad papierami. Na piersi kołysał się wisior z kotwicą, reagując na każdy szybki ruch, materiał koszuli wpuszczony był w spodnie spięte paskiem, a oficerki uderzały twardo o podłogę, gdy ruszył w stronę schodów.
Zobaczył ją na dole schodów i przez ułamek sekundy świat zwęził się do jednego obrazu. Riven siedziała na schodach. Na wardze miała smugę krwi, cienką, ale rażąco wyraźną, oczy spuchnięte i czerwone od płaczu. Cienka, pomięta niebieska sukienka wyglądała absurdalnie w zestawieniu z chłodem panującym na zewnątrz, jakby ktoś wyrwał ją z bezpiecznego miejsca i wypchnął na zewnątrz bez chwili namysłu. Bose stopy dotykały podłogi. Coś w nim zagotowało się natychmiast, gwałtownie, bez ostrzeżenia. Gniew i lęk zderzyły się ze sobą tak mocno, że aż poczuł to fizycznie, jak napięcie w klatce piersiowej, jak zaciśnięcie szczęki. Nie analizował, nie zadawał pytań. Ruszył do niej szybkim krokiem, niemal dopadając ją w kilku susach, różdżka została odłożona na bok. Zatrzymał się tuż przy niej, ostrożnie, jakby bał się, że jeden nieprzemyślany ruch może ją jeszcze bardziej zranić. Uniósł dłoń i delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy, odsłaniając ślady łez i drżenie warg. Dotyk był ciepły, pewny, pełen troski, która próbowała przebić się przez narastającą w nim wściekłość. Nachylił się odrobinę, szukając jej spojrzenia, jakby samą obecnością chciał dać jej znać, że już jest bezpieczna, że cokolwiek się stało, nie zostanie z tym sama. W jego ruchach było napięcie, gotowość, obietnica, że ktoś właśnie przekroczył granicę, której on nie zamierzał puścić płazem. -Kto ci to zrobił? - zapytał głucho.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
27-01-2026, 10:29
Nie musiałam długo czekać. Już po chwili usłyszałam skrzypnięcie krzesła i odgłos uderzanych ciężkich butów o drewnianą podłogę. Dosłownie kilka kroków, a ja już poczułam jego obecność tuż przed sobą. I atmosferę tak gęstą, że mogłabym w niej mieszać łyżką i sprawiłoby mi to trudność. Ocierałam niezdarnie łzy, nawet nie będąc świadoma, że moja dolna warga przyjęła o jedno ugryzienie za dużo i krew zaczęła cieknąć mi po skórze. Czułam się absolutnie rozsypana, jakby ktoś rozerwał mnie na tysiąc kawałków i myślę, że to rozerwanie tak właśnie by bolało. Jego dłoń znalazła się blisko. Kenneth sięgnął do mojej twarzy, czułam jak odgarnia mi włosy. Było mi wstyd na niego spojrzeć, ale gdy lekko się nachylił przysłaniając przy tym światło z salonu, uniosłam na niego spojrzenie. Próbowałam złapać oddech, ten jednak urywał się w połowie cichym łkaniem. Przez zalane łzami oczy ledwo go widziałam, jednak napięcie w jego rysach twarzy było mocno zauważalne.
- Co? - szlochnęłam słysząc pytanie.
Nie wiedziałam do końca o co mu chodzi. Co mi ktoś zrobił? Kto mnie roztrzaskał na milion kawałków? Nikt. Sama do tego doprowadziłam. Pociągając nos otarłam brodę, zerkając na dłoń dostrzegłam krew. Zaczęłam nerwowo wycierać skórę bardziej, chcąc się wszystkiego pozbyć.
- U-u-ugryzłam s-się - jęknęłam.
Przyłożyłam dłoń do ust. Warga piekła bardzo i czułam, że puchnie. Ale to było teraz moim najmniejszym zmartwieniem, o tym być może pomyślę dłużej jutro. Tej nocy natomiast moje myśli krążyły wokół przyjaciela, wokół straty. W moim świecie wszystko się zawaliło. To co zbudowałam, relacja którą stworzyłam runęła jak domek z kart. I na ten moment nie wiedziałam co mam zrobić. Pozbierać te karty? A może ten domek odbudować? Ale jak, przecież karty były pomięte. Podarte. Pogniecione. Przecież się nie da.
Siedząc na schodku przyciągnęłam bliżej do siebie kolana, obejmując je i zamykając się w szczelnym objęciu. Spuściłam głowę, ukrywając twarz w warstwach materiału pozwalając sobie na szloch. Mogłam udawać, że nic się nie stało. Kłamać. Przecież umiałam. Ale… nie miałam na to sił. Chciałam tylko płakać, mieć spokój i móc pogrążyć się w swoich myślach. W swojej beznadziei. Już raz przez taką stratę przechodziłam. Poradziłam sobie wtedy, to poradzę sobie i teraz. Wtedy też byłam sama nikomu nie mówiąc co się stało. Pech chciał, że Kenneth teraz stał nade mną, a ja nie miałam szans by się wymigać.
Materiał sukienki szybko zamókł od ilości łez. Zazwyczaj starałam się nie płakać, ograniczyć do drżenia wargi. Żyłam w świecie, gdzie okazanie słabości mogło ściągnąć na mnie nieszczęście. W Cardiff, w porcie trzeba było być silnym, inaczej było się jak ofiara na widoku. Zdążyłam się już o tym dowiedzieć. Ale teraz nie miałam sił, aby być silną. Może jutro, może za parę dni jak uporam się ze swoimi emocjami. Uniosę wysoko głowę do góry, przełknę tę gorycz i będę żyć dalej.
- P-pokłóci-ciłam s-się - jęknęłąm. - P-prze-przepraszam. Wrócę d-do s-siebie…
Otarłam policzki. Otarłam oczy bardzo mocno chcąc zabrać wierzchem dłoni całą wilgoć, która się na nich nagromadziła. Zaciskając mocno usta, sięgnęłam dłonią do poręczy i znajdując w sobie jakieś pokłady siły dźwignęłam się do góry. Pociągając nosem rozmasowałam bolące czoło i uniosłam spojrzenie na Kennetha.
- Wrócę do siebie - powtórzyłam łamiącym się głosem.
Nie taka była nasza umowa. Byłam jego kobietą, kochanką. Nie niezdarą, której płacz miał obserwować i bardzo dobrze zdawałam sobie z tego sprawę. Nie było między nami takich uczuć, które usprawiedliwiały by moją obecność tu w takim stanie. Nie powinno mnie tu być. Nie chciałam jego litości. Dotyk jego dłoni, wtedy, gdy odgarnął moje włosy był ciepły, pełen troski. Jego spojrzenie, które złapałam - dające bezpieczeństwo. I jednocześnie chciałam tu zostać, bo uczucie, że komuś na mnie zależy było kojące. A z drugiej strony wiedziałam, że nie powinnam.
Zrobiłam krok, schodząc ze schodka chcąc ominąć Kennetha. Miałam w kuchni jakąś butelkę mocnego alkoholu. Dzięki temu uda mi się zapomnieć chociaż na chwilę. Uda mi się zasnąć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
27-01-2026, 12:21
Zamarł na chwilę, gdy ją zobaczył, jakby obraz przed nim nie chciał ułożyć się w całość. Znał ją w tylu odsłonach, widział silną, opanowaną, ironiczną, czasem gniewną, czasem zamkniętą w sobie, ale nigdy tak rozbitą. Płakała bezgłośnie, ramiona miała napięte, a wzrok uciekał na wszystkie strony, jakby bała się zatrzymać go w jednym miejscu zbyt długo. Było w niej coś dzikiego, niespokojnego, jakby każdy bodziec mógł ją rozsypać jeszcze bardziej. Nie spodziewał się jej zobaczyć w takim stanie i to zaskoczenie sparaliżowało go bardziej niż same łzy. W środku kłębiły się sprzeczne emocje. Chęć, by ją objąć, zmieszała się z obawą, że dotyk będzie zbyt wiele. Nie wiedział, jak zareaguje na próbę pomocy, czy nie odsunie się, czy nie pęknie pod ciężarem czyjejś obecności. Zwyczajnie został. Po prostu był obok, wystarczająco blisko, by nie była sama, i wystarczająco daleko, by nie naruszyć granicy. Obserwował, jak emocje powoli z niej ulatują, jak oddech zaczyna się normować, jak drżenie w ramionach staje się mniej gwałtowne. Dopiero wtedy uniósł dłoń. Ostrożnie, jakby każdy centymetr ruchu był pytaniem. Kciukiem starł cienką smugę krwi z jej dolnej wargi, ciepłą jeszcze, świeżą. Wiedział, skąd się wzięła. Ten gest był aż nazbyt znajomy. Przygryzanie wargi, skubanie skórek, drobne akty autoagresji, kiedy emocje były zbyt intensywne, by je pomieścić. Nie mówił nic.
Patrzył na nią bez słowa, analizując każdy ruch z tą samą uważnością, z jaką zwykle oceniał sytuacje wymagające decyzji. Przyciągnięte kolana, schowana twarz, ramiona napięte w obronnym geście mówiły więcej niż jej urwane zdania. Wiedział, że to nie była zwykła sprzeczka, że pod tym płaczem kryło się coś cięższego, coś, czego nie da się zbyć powrotem do siebie i obietnicą, że jutro będzie lepiej. Kiedy usłyszał przeprosiny, poczuł irytację, nie na nią, lecz na sam fakt, że czuła się w obowiązku je wypowiadać. Jakby jej stan był niewygodny, jakby przeszkadzała. Gdy zaczęła się podnosić, zareagował odruchowo. Zrobił krok bliżej i położył dłoń na poręczy, tuż obok jej ręki, blokując jej ruch bez użycia siły. To nie był gest agresywny, raczej stanowczy, jasny sygnał, że nie zamierza pozwolić jej po prostu odejść. Nie zatrzymywał jej słowami, nie próbował przekonywać. Stał tak, blisko, wystarczająco, by czuła jego obecność, ciężar decyzji, którą właśnie za nią podjął. Spojrzał na nią uważnie, chłonąc drżenie głosu, czerwone oczy, ślady łez na materiale sukienki. Przez moment ważył reakcję, jak zawsze, gdy chodziło o coś więcej niż on sam. W końcu uniósł rękę i poprawił materiał na jej ramieniu, niezdarnie, bez czułości na pokaz, ale skutecznie, jakby chciał ją osłonić przed chłodem albo przed samą sobą. –Nigdzie nie idziesz – powiedział krótko, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie było w tym ani ciepła, ani surowości, raczej decyzja, którą już podjął. Ujął jej rękę i poprowadził do kuchni spokojnym krokiem, nie ciągnąc, raczej wyznaczając kierunek, w którym miała iść. Kiedy posadził ją na blacie stołu, zrobił to ostrożnie, jakby bał się, że zbyt gwałtowny ruch rozsypie ją na nowo. Stała się nagle mniejsza, skulona na tle znajomego wnętrza, a on odnotował to bez komentarza.
Odwrócił się od niej na chwilę. Otworzył szufladę, wyciągnął czysty kawałek materiału i namoczył go w zimnej wodzie. Nadmiar odcisnął jednym ruchem. Gdy podszedł bliżej, uniósł dłoń bez pytania i przyłożył chłodną tkaninę do jej wargi. Trzymał ją tam chwilę, wystarczająco długo, by zimno zaczęło działać, by opuchlizna miała szansę ustąpić. Jego dotyk był pozbawiony niepotrzebnej delikatności, a jednak uważny. Potem przesunął materiał na jej czoło, przecierając je powoli, możliwe, że nabiła sobie siniaka, z którym już niewiele zrobi. Nie znał się na magii leczniczej. Podał jej szmatkę bez słowa, dając znak, że dalej może zrobić to sama. Odwrócił się ponownie, sięgnął po butelkę porto i dwa kieliszki. Rozlewał trunek spokojnie, równym strumieniem, skupiony na czynności. Gdy jeden z kieliszków znalazł się w jego dłoni, podał go jej, krótko, rzeczowo, jakby to była najprostsza i najbardziej oczywista decyzja. Stał obok, oparty o blat, z własnym kieliszkiem w ręce, obecny i gotowy, ale nienarzucający się.
Była jego kochanką, to prawda, a ich relacja zaczęła się od ciała, od prostych zasad i jeszcze prostszych potrzeb. Bez deklaracji, bez wielkich słów i jeszcze większych oczekiwań. I właśnie dlatego tak wielu zapominało o jednym szczególe, równie oczywistym jak ciężar wisiorka kołyszącego się na jej szyi. To nie była byle ozdoba i manifestacja, a informacja, że znajduje się pod opieką kapitana, że ktoś wziął za nią odpowiedzialność. Czuł, jak narasta w nim chłodna, skupiona złość, pozbawiona chaosu, niemal matematyczna. Cios wymierzony w nią nie był tylko jej problemem. Kiedy zawierali swoją umowę i zobowiązał się, że będzie jedyną, nie chodziło wyłącznie o wspólne noce ani o wyłączność w łóżku. To było zobowiązanie pełne, obejmujące wszystko, co się z tym wiązało. Jeśli ktoś uznał, że może ją zranić, zlekceważyć ten znak, to znaczyło, że nie zrozumiał zasad. A on nie miał w zwyczaju pozwalać, by jego zasady były łamane bez konsekwencji. -Co się stało, Riven?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
27-01-2026, 13:24
Stanęłam w bezruchu gdy jego dłoń znalazła się na poręczy tuż obok mojej. Zadrżałam, gdy zastawił mi drogę swoim ciałem, gdy poprawił materiał sukienki na moim ramieniu. Jego słowa nie miały w sobie nic z ciepła, ale też nie były wypowiedziane ze złością. Były za to niezwykle stanowcze, podjął decyzję za siebie i za mnie decydując, że nie wypuści mnie z tego domu, a ja nigdzie nie pójdę. Nawet się nie sprzeciwiałam. To było jak zdjęcie pewnego ciężaru z barków. Mógł się odsunąć, pozwolić mi odejść i zająć się swoim cierpieniem w samotności. Mógł to zignorować, rzucić złośliwym komentarzem, znów przekręcić moje imię i kazać tylko pójść się ogarnąć, ponieważ wyglądałam jak siedem nieszczęść. Spotkałam się za to z inną reakcją. Taką, której się z jakiegoś powodu nie spodziewałam. Znałam Kennetha jako osobę szaloną, pewną siebie, często bezczelną i złośliwą. A teraz stał przede mną mężczyzna w pełni skupiony nie na sobie i swoich potrzebach, a na mnie. Jego wzrok przeszywał mnie na wylot, rozbierał na kawałki każdą emocję. Był uważny, obserwował mnie czujnie, a jego gesty były stanowcze. Nastawione na akcję, nie pokaz. Nie starał się być “czułym”, po prostu był.
Pociągnęłam nosem.
Podążyłam za nim do kuchni, nie bardzo świadoma tego po co właściwie tam idziemy. Mój cały plan na tę noc legł w gruzach, mogłam zapomnieć o wodzie w wannie czy alkoholu we własnym mieszkaniu. W zamian za to, nim zdążyłam się obejrzeć, już siedziałam na blacie kuchennym. To wszystko zadziało się tak szybko, tak mnie zdziwiło, że na chwilę przestałam płakać. Łzy już nie ciekły takim ciurkiem, tylko oddech był niespokojny, a ja cała drżałam od emocji. Trwała między nami cisza przerywana odgłosami poruszania się mężczyzny w kuchni. Obserwowałam go bacznie jak sięga po materiał, moczy go w wodzie i wraca do mnie. Cofnęłam się lekko, gdy zbliżył dłoń do moich ust wiedząc, że zaboli. Pozwoliłam jednak by przyłożył zimny materiał do bolącej wargi. Syknęłam, chłód jednak zadziałał kojąco i po chwili przymknęłam oczy, a napięte ramiona opadły. To samo zrobił z moim czołem, a po chwili zimny materiał przykładałam już sobie sama. Raz do wargi, raz do czoła, nie bardzo wiedząc na czym skupić się bardziej. Nie spuszczałam z niego wzroku gdy wrócił do krążenia po mieszkaniu, w mojej dłoni znalazł się kieliszek wypełniony alkoholem i może powinnam go sączyć powoli, tak słodkie wino wlałam w siebie jednym łykiem. Całkowicie opróżniając kieliszek. Ciepło rozeszło się po moim ciele, alkohol podrażnia zaschnięte gardło, odkaszlnęłam lekko.
Pytanie zawisło pomiędzy nami w przestrzeni oczekujące odpowiedzi. A ja milczałam nie wiedząc jak odpowiedzieć, jak to ubrać w słowa. Ponieważ właściwie sama nie wiedziałam co się tak naprawdę stało. Nie wiedziałam też na ile mogę sobie pozwolić na szczerość, na ile powinnam te wszystkie informacje zachować dla siebie. Czy Kenneth się zorientuje jeśli skłamie? Czy zauważy, że nie mówię mu całej prawdy? Mogłam mu mówić o tym co zrobił mojej rodzinie mój ojciec, ale czy mogłam mówić mu o nie tylko swoich emocjach? Wzięłam głęboki wdech odsuwając materiał od ust. Patrzyłam na niego, obracając go bezradnie w dłoniach. Łzy znowu napłynęły mi do oczu.
- Byłam na b-balu z Keithem - zaczęłam, nerwowo skubałam fragmenty ścierki. - Pokłóciliśmy się… bo ja… bo ja z nim się przespałam… a potem on… mnie unikał, a potem… a potem nas widział, na “Łani”. T-to wszystko było tak szybko i… oh! - Jęknęłam, ciskając materiałem o podłogę. Byłam taka wściekła na siebie. - Wszystko zepsułam - zalałam się znowu łzami. - I… i… i teraz z-znowu - urwałam w pół słowa.
Ukryłam twarz we własnych ramionach. Szloch rozniósł się po kuchni, bo to był jedyny sposób w jaki mogłam teraz wyładować swoje emocje. Nie krzykiem, na złość przyjdzie jeszcze czas. Wbiłam paznokcie we własną skórę, tak mocno zacisnęłam dłonie na swoich przedramionach, podciągnęłam kolana chowając się za nimi. Tak bardzo chciałam zniknąć, ukryć się przed całym światem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
27-01-2026, 16:30
Jeżeli ktoś spodziewał się po nim wielkich słów, długich przemów to raczej się srogo zawiódł. Ten człowiek, który snuł bez problemu opowieści z morza, śpiewał szanty i zagadywał ludzi w tawernie robiąc wokół siebie wielki szum, kiedy chodziło o emocje i poczucie bezpieczeństwa skupiał się na działaniu, nie zaś gadaniu. Nie miał w zwyczaju wtedy dużo kłapać ozorem. Uwagę kierował na wydanie krótkich i jasnych poleceń, takich, które nie było obarczone emocjami i dzięki temu były łatwe do zrozumienia, a potem do wykonania. Widząc czarownicę w pełnym roztrzęsieniu postanowił podejść do tego jak do sztormu lub kapryśnych wiatrów, gdzie spokój i metodyczne działanie mogło uchronić przed niechybną śmiercią. Ona zaś wodząc za nim wzrokiem, za bodźce mając wyłącznie dźwięki prostych czynności mogła również się uspokoić. Widział to nie raz na morzu kiedy mężczyźni nie wiedzieli co ze sobą zrobić - spokojna praca, skupienie się na prostych czynnościach bez drążenia emocji słowem pozwalało uspokoić oddech.
Gdy odsunęła na chwilę głowę w obawie przed bólem nie cofnął się. Dłoń z mokrą szmatką zatrzymała się w powietrzu i zwyczajnie czekał aż przysunie się bliżej. Zajęła szmatką i dbaniem o własne ciało mógł zabrać się do kolejnej czynności. Rozpijanie nie było najlepszą metodą na stres, ale alkohol dawał poczucie rozluźnienia. A do tego dążył, aby przestała być tak napięta niczym wanta.
Zauważył sposób, w jaki uniosła kieliszek, zdecydowanie, bez wahania, i jak jednym ruchem opróżniła go do dna, jakby porto miało rozwiązać sprawę szybciej niż czas. Nie było w tym smaku ani celebracji, tylko potrzeba, taka ostra i natychmiastowa. Zabrał naczynie spokojnie z jej rąk. Nie zaproponował dolewki, nie spojrzał pytająco, nie dał jej wyboru, którego i tak nie powinna teraz mieć. Odstawił kieliszek obok zlewu i nie wrócił z nim na miejsce. Wiedział, gdzie przebiega granica między pomocą a pogłębianiem chaosu, nawet jeśli ona w tej chwili by jej nie dostrzegła. Spojrzał na nią ponownie, oceniając jej postawę, napięcie ramion i sposób, w jaki trzymała dłonie. Nie objął jej, nie wyrzucał z siebie pocieszających słów. Zamiast tego usiadł obok, opierając przedramiona na kolanach, zostawiając jej przestrzeń, ale jasno dając do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera. Jego troska nie objawiała się w zapewnieniach ani obietnicach. Nie wiedział co się dokładnie stało więc musiał zadać pytanie, które teraz zawisło i czekało na odpowiedź.
Nie przerywał, nie reagował gwałtownie na imię Keitha ani na słowa, które padały coraz bardziej chaotycznie. Wiedział już o tym wszystkim. Wiedział, że był alkohol, że były używki, że wtedy tłumaczyła to impulsem, czymś pozbawionym znaczenia. A jednak teraz, patrząc na nią skuloną, drżącą, widział wyraźnie, że to kłamstwo było przede wszystkim dla niej samej. Nie ruszył się, gdy rzuciła materiałem o podłogę. Nie powiedział, że wszystko będzie dobrze, nie próbował jej zatrzymać ani uspokoić. Pozwolił, by gniew i rozpacz wylały się z niej w tej formie, jaką teraz przybrały. Zauważył detale, jak zawsze: paznokcie wbijające się w skórę, ramiona zaciśnięte wokół kolan, ten charakterystyczny gest chowania się, jakby mogła fizycznie zniknąć. Jego twarz pozostała spokojna, ale spojrzenie stwardniało, stało się bardziej skupione, cięższe.
W głowie układał fakty bez emocjonalnych skrótów. To nie był tylko wstyd ani strach przed konsekwencjami. Było w tym odrzucenie, upokorzenie, coś, co dotknęło ją głębiej, niż chciała przyznać. Keith nie był już tylko błędem po pijaku. Stał się punktem zapalnym, dowodem na to, że coś wymknęło się spod kontroli. Kenneth to widział i właśnie dlatego nie wchodził w rolę pocieszyciela. Wiedział, że każde słowo teraz mogłoby zostać odebrane jak próba umniejszenia albo przejęcia jej emocji. Gdy jej szloch wypełnił kuchnię, nie odwrócił wzroku, ale też się nie zbliżył. Dał jej przestrzeń, fizyczną i emocjonalną, jasno pokazując, że nie zamierza jej uciszać ani ratować na siłę. Jego obecność była stała, niewzruszona, jak punkt odniesienia, który nie znika nawet wtedy, gdy wszystko inne się rozpada. Czekał, aż burza trochę osłabnie. Da jej znowu zadanie do wykonania. -Powinnaś odpocząć. - Zawyrokował, głos miał spokojny, niski, otulający. -Udaj się na górę, weź ciepłą kąpiel. - Wstał z krzesła, na którym wcześniej siedział. Podniósł szmatkę z podłogi. Odłożył na bok i pomógł jej zejść ze stołu. To był ten moment kiedy przełamał fizyczny dystans. Zgarnął jasne kosmyki włosów za ucho, to był jedyny gest, na którym teraz sobie pozwolił. -Wrócimy do tego za chwilę. - Bo nie miał zamiaru zostawiać ot tak informacji, które właśnie padły. Croft musiał powiedzieć i zrobić coś co sprawiło, że dziewczyna była chodzącym kłębkiem nerwów. Mimowolnie zacisnął jedną dłoń w pięść.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
27-01-2026, 18:59
Nawet się nie spodziewałam jak bardzo potrzebowałam tej statyczności. Kennetha stojącego obok, niewzruszonego moim płaczem, wybuchem złości. Bez żadnych słów, bez pocieszenia, bez bagatelizowania. Bo ja naprawdę cierpiałam, ale musiałam przez to przejść. Jego naruszanie mojej przestrzeni mogło wcale mi nie pomóc, wręcz pogorszyć sytuację. A on dał mi się wypłakać, wyszlochać. Czekał cierpliwie aż burza, która mną zawładnęła przeminie, aż się uspokoję, by wydać mi kolejne polecenia. A one były niczym punkty na drodze, które musiałam osiągnąć, by się uspokoić. Ta droga mogła być długa, mogłabym sama błądzić długimi godzinami. On był jak latarnia na wzburzonym morzu, która wskazywała mi drogę do portu. Spokojny, rzeczowy, stanowczy i nie znoszący sprzeciwu. Mi pozostało tylko podążać, zaufać i pozwolić by to ktoś inny za mnie zdecydował. Aby mną pokierował. Gdy to zrozumiem będę mu ogromnie wdzięczna.
Nakaz odpoczynku i kąpieli przyjęłam ze spokojem. Opuściłam nogi i pozwoliłam się, tak jak wcześniej mnie podniósł, tak teraz postawić na ziemię. Łzy nadal spływały po policzku, gdy znów odgarnął moje włosy. Złapałam jego spojrzenie tylko na chwile. Było ostre, skupione, czujne. Moje pełne bólu, ale i wstydu. Bo cierpiałam mocno, byłam na siebie wściekła, a jednocześnie zawstydzenia. Kiwnęłam tylko głową, otarłam oczy i tym razem, już bez żadnych przeszkód minęłam go i wspięłam się po schodach na piętro. Uważając, by ponownie się nie przewrócić.
Gdy zostałam w łazience sama próbowałam się skupić na celu. Kąpiel. Drżącymi dłońmi rozpinałam sukienkę, która wraz z bielizną opadła na podłogę. Wsunęłam się do pustej wanny, skuliłam przyciągając do siebie kolana ponownie i odkręciłam kran pozwalając by leciała woda. Nie była gorąca, nie była też letnia. Lekko chłodna. Po chwili całkiem zimna. Utkwiłam spojrzenie w wypływającej z kranu wody, bez emocji. Nie było płaczu, nie było szlochania. Był ból ciała, otaczający chłód zimnej łazienki i ta przerażająca samotność. Gdzieś uciekły wszystkie myśli, szum wody je zagłuszył. Woda się lała, a ja tak siedziałam i nawet nie drgnęłam. Do momentu, kiedy wanna była pełna, a woda prawie zaczęła wylewać się bokiem. Jednym ruchem zakręciłam kran, wzięłam wdech i zanurzyłam się cała pod wodą. Otworzyłam oczy obserwując odbijające się światło w powierzchni wody. Chłód był przyjemny, otulił moją rozgrzaną głowę, bolące czoło, opuchniętą dolną wargę. Leżałam pod wodą dopóki nie zabrakło mi tchu. Podniosłam się gwałtownie.
Dopiero wtedy pozwoliłam sobie znowu na płacz. Już nie tak głośny, pozbawiony złości. Bardziej cichy, bezradny. Bo czułam się bezradna. Nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam cofnąć czasu. Nie mogłam zapanować nad swoimi uczuciami. I miałam wrażenie, że zraniłam dzisiaj każdego po kolei. Keith w tym momencie mnie jednocześnie kochał i chyba nienawidził. Nasza przyjaźń wisiała na włosku, między nami stanął gruby mur i nie wiedziałam czy uda nam się go przebić. Jeśli jego uczucia wobec mnie się nie zmienią, jeśli to prawdziwe, a nie chwilowe - to oboje mieliśmy bardzo duży problem. Ale był też Kenneth. Spokojny, rozważny, stanowczy. Aż niepokojąco spokojny, zważywszy na to, że jego kobieta w jego domu ryczy z powodu innego mężczyzny. Nie wiedziałam na ile z tego wszystkiego rozumiał, na ile udało mu się połączyć fakty, ale nie wiedziałam jak spojrzę mu w oczy. Było mi wstyd.
Leżałam w wannie bawiąc się wisiorkiem. Kamień księżycowy pięknie łapał słabe światło w łazience i mienił się cudownymi kolorami mimo wszystko. Obracając go w dłoniach zastanawiałam się po co on jest. Po co te oznaczenie, które intuicyjnie chciałam z dumą nosić na piersi. Tylko oznaką bycia jego? Tylko?
Zimno powodowało gęsią skórkę na moim ciele, drżałam kiedy raz po raz zanurzałam się po czubek głowy i siedziałam tak pod wodą długo, aż organizm domagał się powietrza. Nie wiem ile czasu spędziłam w łazience, czy to było pół godziny, może godzina, może dwie. Czas był teraz dla mnie nieistotny. Najważniejsze było, że łzy się skończyły, emocje pod wpływem innych bodźców opadły, a ja ten pierwszy i najgorszy etap rozpaczy miałam za sobą. A przynajmniej tak myślałam. Spuściłam wodę w wannie.
Wyszłam drżąc z zimna, osuszając ciało i włosy ręcznikiem przeszłam do sypialni. Myślałam, że tam będzie, ale go nie było. W salonie wciąż paliło się światło. Założyłam majtki, wyciągnęłam ze swoich rzeczy koszulkę nocną, która sięgała mi prawie do kolan, na wierzch gruby brązowy sweter. Było mi strasznie zimno. Schodząc boso po schodach czułam jak boli mnie całe ciało. Nogi od obcasów, ramiona od wbijanych paznokci w skórę, opuchnięta warga od ugryzienia, czoło od uderzenia. Podkrążone i czerwone oczy zdradzały płacz, który towarzyszył mi w łazience. Mokre włosy opadały mi na ramiona mocząc trochę sweter. Na nogach wciąż widoczna była gęsia skórka, a skórę miałam całkowicie zimną. Dopiero gdy stanęłam na samym dole schodów odważyłam się unieść głowę. Kenneth siedział na kanapie w salonie, w powietrzu unosił się dym od papierosów. Chyba na mnie czekał. Wzrokiem zbitego psidwaka zatrzymałam się na nim.
- Czy… mogę fajkę? - Zapytałam cicho, nie bardzo wiedząc czy powinnam usiąść obok niego, a może się cofnąć i wrócić na górę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
27-01-2026, 19:36
Stał jeszcze przez chwilę w kuchni, obserwując, jak powoli zbiera się z miejsca. Jej ruchy były ostrożne, jakby ciało nie nadążało za decyzją, by w końcu odejść. Kiedy minęła go w drodze do schodów, uniósł tylko wzrok, nie zatrzymując jej, nie proponując pomocy, choć instynkt podpowiadał mu coś przeciwnego. Wiedział jednak, że teraz potrzebowała ciszy bardziej niż czyjejkolwiek obecności. Patrzył, jak wspina się po stopniach, jedna dłoń oparta o poręcz, ramiona wciąż lekko napięte. Każdy krok był świadomy, wyważony, jakby ta droga na górę była czymś więcej niż przejściem między piętrami. Gdy zniknęła za zakrętem schodów, wsłuchał się w oddalające się dźwięki, w skrzypienie drewna, w cichy odgłos zamykanych drzwi łazienki. Potem w końcu rozległ się szum wody.
Oparł się ciężej o blat, wypuszczając powietrze powoli, jakby dopiero teraz pozwalał sobie na moment bezczynności. Kąpiel była dobrą decyzją. Ciepło, odosobnienie, możliwość zebrania myśli bez czyjegoś spojrzenia na karku. Wiedział, że nie wszystko da się rozwiązać rozmową i że czasem najlepszym, co mógł zrobić, było nie ingerować. Dać jej przestrzeń, w której sama poukłada emocje, nawet jeśli oznaczało to bezradne czekanie. Nie poszedł za nią. Nie usiadł w sypialni gdzie mógłby na nią czekać.
Kiedy dom wreszcie ucichł, a jedynym śladem jej obecności był najpierw szum wody za ścianą, a potem i on zniknął, pozwolił sobie wrócić do rzeczy prostych. Do porządku. Zabrał się za dokumenty bez pośpiechu, układając je w równych stosach, sprawdzając jeszcze raz kolejność, poprawiając te, które wcześniej odłożył byle jak. Każdy pergamin znalazł swoje miejsce, każde pismo zostało wyrównane, jakby ten zewnętrzny ład miał choć częściowo uspokoić to, czego nie dało się uporządkować w głowie. Gdy skończył, zamknął gabinet, pewne sprawy musiały poczekać na rzecz innych. Usiadł na kanapie w salonie, w półcieniu, który zostawiała jedyna zapalona lampa. Nie włączył więcej światła. Przez okno widział rząd latarni, ich blask rozmyty przez mgłę, która osiadała wokół szkła i żelaza, tłumiąc wszystko, co ostre. Świat wyglądał jakby był dalej niż zwykle, oddzielony cienką warstwą ciszy. Patrzył na to bez konkretnej myśli, pozwalając oczom błądzić, zatrzymać się na świetle, które zamiast rozpraszać mrok, tylko go podkreślało.
Sięgnął po papierosa. Zapalił go spokojnie, osłaniając płomień dłonią. Końcówka zajarzyła się na krótko intensywną czerwienią, zanim ustabilizowała się w równym żarze. Zaciągnął się powoli, głęboko, czując znajome pieczenie w gardle i płucach. Wypuścił dym niespiesznie. Unosił się w górę cienkimi smugami, rozpadał się pod sufitem, rozmywał i znikał, jakby i on nie chciał zostawać zbyt długo. Przez chwilę obserwował ten ruch, ten prosty proces, jedyny, który w tej chwili miał jasny początek i koniec. Usłyszał cichy ruch na górze, ledwie uchwytny szelest, który natychmiast wyrwał go z bezruchu. Kroki były ostrożne, wolniejsze niż wcześniej, niemal niepewne. Podniósł wzrok w stronę schodów dokładnie w chwili, gdy pojawiła się na nich bosa stopa, a potem druga. Schodziła powoli, trzymając się poręczy. Miała na sobie tylko sweter, pod którym była cienka koszula nocna. Drżała, subtelnie, ale wyraźnie, a każdy ruch sprawiał, że mokre włosy osuwały się na ramiona, przylepiając do materiału i ciemniejąc go coraz bardziej. Woda ściekała po kosmykach, wsiąkała w dzianinę. Zatrzymała się na ostatnim stopniu, ramiona miała lekko zgarbione, jakby instynktownie próbowała zachować resztki ciepła lub skryć się przed kapitanem. Zaciągnął się ponownie papierosem i strzepnął część popiołu do popielniczki. Jej oczy wciąż były zaczerwienione, opuchnięte od płaczu, który musiał trwać długo, intensywnie. Nawet z tej odległości widział ślady łez na policzkach, napięcie, które nie zdążyło jeszcze opaść. Widział minę, która świadczyła o poczuciu winy i zmieszaniu. Nie wiedziała jak się ma odnaleźć. Pojął, że nie przewidziała tego w ich umowie, on zresztą również. Wciskając papierosa w kącik ust podniósł się z kanapy, by sięgnąć po koc, który nałożył na jej ramiona. Dopiero wtedy usiadł znów na poprzednim miejscu, poklepał miejsce obok siebie dając jej znać, żeby nie stała, a następnie podał jej papierośnicę, w której znajdowały się papierosy.
Pomógł jej odpalić końcówkę fajki, sam zaciągnął się na powrót swoją. -Zdaje się, Moja Syreno, że noc spędzona z Croftem nie była nic nie znacząca. Coś się zmieniło. - Powiedział bez złości w głosie, ale też nie dało się w nim wyczuć cieplejszej nuty. Keith też mówił, że był to błąd, ale najwidoczniej działo się coś więcej, coś co mu umknęło, a co sprawiło, że Riven posypała się jak domek z kart.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
27-01-2026, 21:22
Wtuliłam się w tej koc, który znalazła się na moich ramionach. Bez słowa do mnie podszedł, otulając ciepłem materiału. Obserwowałam uważnie jak siada, jak klepie miejsce obok siebie. Małymi kroczkami podeszłam do kanapy, usiadłam obok szczelnie owijając się kocem. Wysunęłam tylko dłoń, by sięgnąć po papierosa, który już po chwili znalazł się zapalony w moich ustach. Gdy zwracał się do mnie, uniosłam na niego spojrzenie. Gdy dotarł mnie sens jego słów, policzki się zarumieniły ze wstydu. Pociągnęłam fajkę, pozwalając, aby dym wypełnił moje płuca. Aby zawarty w nich narkotyk zrobił robotę i uspokoił moje zdenerwowane ciało. Chociaż już nie płakałam, uspokoiłam się, to nie oznaczało, że emocje we mnie również ucichły. Były silne, wciąż grzmiała burza, a myśli krążyły nerwowo. Wiedziałam, że nie musiałam się spieszyć z odpowiedzią. Wiedziałam, że mam czas, Kenneth da mi tę przestrzeń i moment na to, abym zebrała myśli. Patrzyłam na niego tępo, ponownie zaciągnęłam się fajką, strzepnęłam część do popielniczki i westchnęłam ciężko.
- Co mam ci powiedzieć - odparłam gorzko. - To miało nic nie znaczyć.
Zacisnęłam mocno usta. Milczałam. Ten układ, który zawarliśmy, wymagał od nas ogromnej ilości zaufania do siebie. Wiary w to, że on był tylko mój, a ja tylko jego. Tylko, my się tak naprawdę w ogóle nie znaliśmy. Nie wiedziałam jaki jest oprócz tego co mi dotychczas pokazał, jak prezentował się w tawernie. Nie wiedziałam nawet czy jego dzisiejsza pomoc była podyktowana prawdziwą chęcią, czy jedynie poczuciem obowiązku. Bo pomógł mi bardzo, zrobił to najlepiej jak mógł. A ja pozwalając mu na to, odzyskałam chwilowy spokój. Kruchy jak szkło. Jedno uderzenie i roztrzaska się na kawałki, a łzy znów popłyną. Szloch znów wypełni to pomieszczenie. Jedyne oznaki zdenerwowania jawiły się w mojej drżącej wardze i nerwowemu spaleniu papierosa. Kiedy on był ledwie w połowie, ja już niedopałek zgniatałam w popielniczce.
- Wiesz - oparłam się o kanapę, wzrok uniosłam ku górze. Utkwiłam go w suficie, jakby niepatrzenie na Kennetha miało mi w czymś pomóc. - Gdy pojawiłeś się w tawernie po raz pierwszy, to oszalałam - zadrżał mi głos, z całych sił starałam się powstrzymać emocje. - Nie zwracałeś na mnie uwagi. Nie tak jak ja bym tego chciała - kontynuowałam, zamknęłam mocno oczy. Jak dziecko, które myśli, że wtedy go nie widać. - Odpuściłam sobie. Minęło trochę czasu, Keith stał mi się bardzo bliski. B-bardziej niż przyjaciel - urwałam, nerwowy oddech pozbawił mnie na chwilę tchu. - I on też… nie interesowałam go. Potem poszliśmy do łóżka, ja… - spięłam się mocno, zacisnęłam palce na materiale koca. - Ja z tego nawet nic nie pamiętam. A potem… zabrałeś mnie na tę wycieczkę, to wszystko wróciło. Myślałam, że się z ciebie wyleczyłam - zaśmiałam się nerwowo. - Podjęłam decyzję, której nie żałuję - drżącymi dłońmi wyciągnęłam spod swetra wisiorek z kamieniem księżycowym, jednocześnie w końcu zdobyłam się na odwagę by spojrzeć na Kennetha. - Tylko… to się trochę bardziej skomplikowało. Keith, on…
Urwałam nie wiedząc jak mam mu to powiedzieć. Jak mam powiedzieć, że jego kumpel, a mój przyjaciel, po tej pieprzonej nocy zaczął coś do mnie czuć. Kiedy ja podjęłam decyzję, że Keith zostaje przyjacielem, a wiąże się z Kennethem, on zaczął traktować mnie inaczej. Myśleć o mnie inaczej. Czuć do mnie coś więcej niż tylko przyjaźń. Moja decyzja była świadoma i pewna, na tyle na ile wiedziałam jaka jest moja sytuacja. Spuściłam wzrok, wiedząc, jakie kolejne pytanie mogło się Kennethowi nasunąć. Nim cokolwiek zdążył powiedzieć odezwałam się pierwsza.
- Nie pytaj mnie, czy gdybym wiedziała co czuje Keith, to czy bym stanęła wtedy na pomoście - uniosłam spojrzenie nerwowo. - Nie wiem. Podjęłam decyzję posiadając wiedzę jaką miałam. Nie będę gdybać, co by było gdyby…
Zaczęłam obracać wisiorkiem w palcach. Brodę oparłam na swoich kolanach, które znowu podciągnęłam do ciała i wpatrywałam się w przestrzeń. Pusty wzrok wbiłam w jeden punkt przygotowując się na reakcję Kennetha. Jakakolwiek by ona nie była. Czekałam na wszystko, gotowa przyjąć słowa krytyki, jego złość. Nie spodziewałam się współczucia, ani czułości. To wszystko było dla mnie tak nowe, tak inne. Nie wiedziałam jak ja zareaguje, a co dopiero on. Pozostało mi tylko czekać. Byłam z nim szczera, szczera do bólu. Teraz jego kolej. Mógł zrobić wszystko. Od przytulenia, przez chłodną obojętność, po nakaz oddania wisiorka i opuszczenia jego domu. Nie wiedziałam co zrobi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
27-01-2026, 22:32
Zapaliła, a na moment końcówka rozjarzyła się ostrym światłem, odbijając się w jej wciąż zaczerwienionych oczach. Zaciągnęła się głęboko, dym wysunął się z jej ust ciężką smugą i rozpłynął w półcieniu salonu. Wiedział, że teraz potrzebowała właśnie tego rytmu, czegoś znajomego, co pozwalało złapać oddech. Nie sięgnął ku niej. Nie objął jej ramion, nie poprawił mokrych włosów, choć widział, jak drży, jak chłód wciąż trzyma się jej ciała. Zamiast tego był obok - na wyciągnięcie jej palców. Wpatrywał się w okno, w ciemność nocy, w latarnie, których światło ginęło w mgle. Dym z jej papierosa mieszał się z resztkami jego własnego, unosił się powoli i znikał pod sufitem.
Wiedział, że słowa, jeśli mają paść, muszą przyjść same. Cisza między nimi nie była pusta. Była gęsta od niewypowiedzianych myśli, od zmęczenia, które osiadało coraz ciężej. Siedzieli tak obok siebie, każdy w swoim fragmencie nocy, świadomi, że sen nie przyjdzie.
Papieros tkwił nieruchomo w jego dłoni, trzymany między palcami. Cienka smużka dymu unosiła się leniwie ku górze. Co jakiś czas końcówka jaśniała krótkim, intensywnym żarem, gdy zaciągał się płytko. Zapach tytoniu mieszał się z wilgocią jej włosów i skóry. Jego spojrzenie pozostawało utkwione w ciemności za szybą, w rozmytych światłach latarni, które pulsowały miękko w mgle. Słuchał jednak uważnie, wsłuchany w każdy drobny dźwięk, w jej oddech, w ciche przesunięcia, w pauzy, które mówiły więcej niż słowa. Wiedział, że to, co padło wcześniej, było tylko wstępem, ledwie zarysowaniem problemu, który jeszcze nie znalazł właściwego kształtu. To jedno zdanie było tylko prologiem. Reszta musiała wybrzmieć w swoim czasie, a on był gotów siedzieć tak długo, jak będzie trzeba, z papierosem dopalającym się powoli w palcach i nocą, która nie zamierzała ustąpić.
Słuchał jej uważnie, nieruchomy, jakby każde słowo układało się w nim w nową konfigurację, której się nie spodziewał. Był gotów na tłumaczenia, na zapewnienia podszyte lękiem, na próby wygładzenia sytuacji i cofania się do bezpiecznych formuł. Spodziewał się deklaracji, że jest tylko jego, że tamto nic nie znaczyło, że wszystko da się uporządkować. Zamiast tego dostał coś zupełnie innego. Emocje pokazane bez próby wybielenia czegokolwiek. Zaskoczyła go. W tym, że nie prosiła o rozgrzeszenie, nie szukała ratunku. Mówiła o tym, co widziała i jak to interpretowała, jakby rozkładała własne decyzje na stole i pozwalała mu je obejrzeć bez instrukcji obsługi. Kiedy powiedziała, że oszalała na jego punkcie tamtego wieczoru w tawernie, coś w nim drgnęło. Minimalnie. Prawie niezauważalnie. Zaskoczenie przyszło nagle i było niewygodne, bo nie miał na nie gotowej reakcji. Jej słowa o tym, że za nim szalała, że to on był punktem odniesienia, nawet wtedy, gdy próbowała iść w inną stronę, sprawiły, że jego spojrzenie zmiękło. Nie zmienił pozycji. Nie skrócił dystansu. Ale napięcie w jego barkach odrobinę opadło, jakby jakaś część czujności została na moment rozbrojona. Gdy wyciągnęła wisiorek, patrzył na ten gest dłużej niż na jej twarz. Podjęła decyzję świadomie, rozumiał, że nie próbowała grać na dwa fronty, docierało to do niego wyraźnie. Keith przestał być tylko błędem czy komplikacją. Stał się konsekwencją. Patrzył na nią spokojnie, uważnie, bez gniewu. Zaskoczony tym, jak bardzo był dla niej punktem odniesienia. I tym, że nie próbowała mu tego sprzedać jako usprawiedliwienia, lecz jako fakt, z którym oboje musieli się teraz zmierzyć.
Zaciągnął się mocniej papierosem i jego końcówkę zgniótł w popielniczce. Bez słowa podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do kominka. Przez chwilę było słychać jak układa drewno, a potem cichą inkantacją podpalił polana. Te zajęły się szybko ogniem dając przyjemne ciepło w pomieszczeniu, które kusiło, aby usiąść jeszcze bliżej. Usiadł przed kominkiem. -Podejdź, Riven. - Zwrócił się do niej i wskazał znów miejsce obok siebie. Kiedy usiadła sięgnął ku naszyjnikowi. Ujął go w palce. -Wiesz co to znaczy, Syreno? - Zapytał, a kiedy dostrzegł jej spojrzenie, które stanowiło już odpowiedź kontynuował. -To nie tylko sygnał dla innych, że jesteś moja, ale również, że ja zobowiązałem się być twój. To informacja, że jesteś pod moją opieką i każdy cios, każda obelga wycelowała w ciebie jest celem w moją osobę. - Puścił naszyjnik. -To informacja, że biorę za ciebie odpowiedzialność. To wiedza dla ciebie, że możesz na mnie polegać. Mamy pewien układ, ale nie jestem pozbawiony serca.- Sięgnął teraz ku brodzie kobiety, uniósł dwoma palcami w górę, by nie uciekała spojrzeniem przed nim. -Nie zadam ci tego pytania, bo nie ma ono sensu. Zadam ci inne. - Ta ostra surowość zniknęła, pozostał już spokój, podszyty pewną ciekawością. -Co zamierzasz z tym zrobić?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:26 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.