• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Las Gwydir (Caernarfonshire)
Las Gwydir (Caernarfonshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-09-2025, 20:24

Las Gwydir (Caernarfonshire)
W północnej Walii rozciąga się Gwydir - stary, bukowy las, w którym czas płynie inaczej. Wysokie, proste pnie wznoszą się ku niebu jak kolumny świątyni, a światło wpada do środka w zielonych smugach. W powietrzu unosi się zapach wilgotnej kory i mchu, a ścieżki są wąskie, wijące się między kamieniami i korzeniami. Mówi się, że w Gwydir można usłyszeć echo dawnych pieśni, a nocą w koronach drzew świecą światła, które nie należą ani do ludzi, ani do gwiazd. Las ten pamięta rycerzy i pielgrzymów, a każdy, kto tu wchodzi, czuje na karku ciężar ich spojrzeń.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
04-03-2026, 17:34
- I nie mówię językiem, który oni wybierają. Nie zapominaj – podkreśliłam dobitnie, próbując nakierować uwagę kompana na coś, co bardzo mi wadziło, gdy myślałam o dzieleniu czasu z rzeczonym towarzystwem. W pełni świadomie nie mówiłam wy – on nie zaliczył się do grona, on trwał gdzieś na pograniczy mojego i ich światów. Przy nim nie musiałam przełykać jawnego uczucia odstawania, niedopasowania, bycia tą zdziczałą na tle dobrze zachowującego się towarzystwa. Choć przy Leopoldzie pozwalałam sobie na więcej słów niż zazwyczaj, wynikało to zapewne z zaufania i poczucia, że moje głośne myśli miały szansę dotrzeć do uszu kogoś, kto ich nie odtrącał i nie lekceważył. Kto zdawał się pojmować to, co dla innych wydawało się przesadą czy brzydkim marudzeniem. – Niewielu docenia to, o czym mówisz – przyznałam ponuro, śledząc przez chwilę mocniej miejsce na drzewie. Po zewnętrznej warstwie kory pozostała wydarta dziura, ślad skierowanej w stronę rośliny ludzkiej brutalności. Pomyślałam jednocześnie, że nie każdy kawałek świata wpasuje się w dowolne wolne miejsce. Ja byłam przykładem. Niewygoda, o której prawił Flint, również dawała do myślenia. Układał się między nimi, lecz nie płynął we wspólnej fali. Czy tak? Dłużej wpatrywałam się w jego prawy profil. Choć z pozoru reprezentowaliśmy dwie społeczne grupy, istniało między nami wiele wspólnych punktów. Wyrastaliśmy jednak z podobnej myśli, nasi rodzice zapewne dzielili poglądy, choć urodzili się z różnymi możliwościami, rzeźbiły ich różne nazwiska.
- Ja się nie sprzeciwiam. Godzę się na to – doprecyzowałam w pełni szczerze. Życie przecież składało się z etapów, obowiązek i ciężar z nim związany zdawał się rosnąć wraz z wiekiem. Tym samym wolność na kartach naszych życiorysów bladła, znacząc los bliznami dramatów i rozrastających się więzi. To, co miałam teraz, sposobność do łowów i pewna swoboda w układaniu planu dnia, map dla tras swych wędrówek – to wkrótce miało się skończyć. Nie zamierzałam uciekać przed rolą naznaczoną mi przy urodzeniu. Wiedziałam, że Leopold również.
Pozostałam z tyłu, kiedy Flint wyruszył w stronę nachodzącego nas myśliwego. Jego absurdalne roszczenie wtargnęło między drzewa, niosąc echem wyraźne, wręcz przeszywające żądania. Leopold pozostawał zauważalnie lepszy ode mnie w dyskutowaniu. Mogłam to przyznać na długo przed dzisiejszym dniem. Wzburzony mężczyzna jednak kontynuował swoje słowne ataki, niespecjalnie poruszony pytaniami mojego kopana. Obserwowałam, jak zbliżał się w stronę naszego łupu, gotowy ofiarować tej ziemi naszą krew – byleby dostać swojego widłoweża.
– Nie masz prawa. Odejdź –
wymówiłam bardzo poważnie i skoncentrowałam na obcym całą swą uwagę. Czego nie pojmował? Gdyby kręcił się tu wcześniej i zastawiał na bestię pułapki, wiedzielibyśmy o tym, znaleźlibyśmy ślady po drugim myśliwym. Nie usłuchał, nie przestawał, wciąż namolnie kręcąc się wokół związanego truchła. – Tylko wam się tak wydaje, że jest wasz. Że go załatwiliście. Głupie dzieciaki. To mój teren, nikt stąd nie wyjdzie z moim wężem. Lepiej się z tym pogódźcie i zmiatajcie stąd, zanim zrobi się nieciekawie! – zawołał, tym razem mierząc do nas już z własnej zaczarowanej broni. Gniew nasączał najmniejszą głoskę, ruchy stawały się coraz bardziej gwałtowne, prowokujące. Czaił się. Musiał wiedzieć, że z dwójką uzbrojonych łowców nie miał większych szans. – Nie – wypowiedziałam powoli i donośnie. Opieczętowałam swój sprzeciw wzniesieniem kuszy. Bełt w niej osadzony wkrótce mógł zanurkować w ciele nieproszonego gościa. – My odejdziemy z wężem, ty zostaniesz tutaj – zdecydowałam, trzymając emocje na wodzy. A jednak wiedziałam dobrze, że ten mężczyzna spróbuje nas jakoś zatrzymać. Uwolniłam strzałę, kierując ją wprost w luźną nogawkę pod jego kolanem – tak, by grot przebił materiał, ale nie tknął mocno łydki. Wystarczająco, by pchnąć go na ziemię i przyblokować. Gdy padł, obróciłam się w stronę łupów i pociągnęłam bez słowa węża za sobą. Wulgarne okrzyki odprowadzały nas niemal do samej granicy lasu. Może trzeba było jeszcze rzucić Silencio.


zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
Wczoraj, 23:47
|  24 maja 1962

Las przyjął mnie bez słowa, jak zawsze. Ścieżka była wąska, niemal niewidoczna pod warstwą wilgotnych liści, a powietrze pachniało ziemią i chłodem, który nie ustępował nawet w ciągu dnia, mimo że dnie były już wystarczająco ciepłe, aby ogrzać powietrze w odpowiedni sposób. Szłam powoli, uważając na każdy krok, choć znałam to miejsce wystarczająco dobrze. Było tu jednak sporo wystających kamieni, korzeni i leżących gałęzi. W lesie panowała cisza, której potrzebowałam. Ponieważ przyszłam tu z jednym zamiarem. Ćwiczyć. Jeszcze niedawno przychodziło mi to łatwiej. Przemiana była wyzwaniem, owszem, ale takim, które dawało mi pewną satysfakcję. Teraz jednak wszystko zdawało się bardziej skomplikowane. Myśli nie układały się tak, jak powinny, uciekały i zamiast skupienia pojawiało się rozproszenie, a w nim – on. Kenneth. Samo wspomnienie jego imienia było jak drobny kamień wrzucony w spokojną taflę wody. Niby niewielki, a jednak rozchodzące się kręgi potrafiły zaburzyć wszystko. Układ, w który weszłam, miał być prosty. Panna na noc, spokojna przystań do której miał wracać.
Zatrzymałam się na niewielkiej polanie, gdzie drzewa rozstępowały się na tyle, by wpuścić więcej światła. To tu zawsze ćwiczyłam, ponieważ tu było najbezpieczniej. Przez chwilę rozcierałam palce, oddychałam powoli, próbując uspokoić myśli. To powinno być proste. Skupienie. Intencja. Przemiana. Zamknęłam oczy. Najpierw przyszło napięcie, już je znałam,  a jednak zawsze było dla mnie zaskakujące. Jakby coś pod skórą zaczynało się poruszać, przesuwać, zmieniać swoje miejsce. Mięśnie napinały się w sposób, którego nie potrafiłam kontrolować, a oddech stawał się płytszy. Próbowałam się na nim skupić, ale obrazy w głowie zaczęły się rozmywać. Nie powinnam o nim myśleć, nie teraz. A jednak myślałam. Czy jego podróż była bezpieczna, czy wody spokojne, a porty przyjazne. Myślałam, mimo że nie chciałam. To był błąd. Przemiana zadrżała gdzieś w połowie drogi. Czułam, jak ciało próbuje się dostosować, ale coś je zatrzymywało – jakby niewidzialna siła ciągnęła mnie z powrotem. Pojawiło się krótkie, ostre ukłucie, które przebiegło wzdłuż kręgosłupa, zmuszając mnie do otwarcia oczu. Świat na moment stracił ostrość, a potem wrócił do swojej zwykłej formy. Takiej, która była ciężka i ograniczona. Wypuściłam powietrze, którego nawet nie pamiętałam, że wstrzymywałam, i oparłam dłoń o najbliższe drzewo.
- Skup się – mruknęłam do siebie cicho, bardziej z irytacją niż zachętą.
To nie była kwestia umiejętności. Wiedziałam, że potrafię. Robiłam to już wcześniej, wielokrotnie. Problem leżał gdzie indziej. W tym, że ciągle byłam rozproszona, byłam w ciągłym napięciu, które się pojawiało ilekroć próbowałam odsunąć od siebie myśli o kapitanie. Zacisnęłam szczękę i ponownie zamknęłam oczy. Nie mogłam sobie pozwolić na słabość. Nie taką. Kenneth nie mógł być osobą, która będzie moją słabością.
Odepchnęłam się od pnia drzewa i przez chwilę stałam nieruchomo, skupiając się wyłącznie na oddechu. Powietrze było jednocześnie chłodne i ciepłe, w zależności od tego czy zawiał właśnie wiatr czy było ono nagrzane od słońca. Było jednak zdecydowanie czuć wilgoć bijącą od ziemi, a gdzieś wysoko nad głową liście poruszały się cicho. To miejsce zawsze działało na mnie uspokajająco, ale tym razem potrzebowałam czegoś więcej niż samej ciszy. Potrzebowałam pełnej kontroli. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby wszystko wokół przestało mieć znaczenie. Nie było lasu, nie było dźwięków, byłam tylko ja i to napięcie, które powoli zaczynało się budzić pod skórą. Najpierw było delikatne, ledwie wyczuwalne, jak mrowienie w opuszkach palców. Potem rozlało się dalej, obejmując moje ramiona, barki, plecy, całe ciało. Mięśnie napięły się inaczej niż zwykle, głębiej, jakby próbowały odnaleźć nowy kształt. Kości zdawały się tracić swoją stałość, przesuwały się, dostosowywały, a oddech na moment ugrzązł gdzieś pomiędzy jednym a drugim uderzeniem serca. Nie walczyłam z tym. Przecież właśnie tego chciałam. Pozwoliłam, żeby przemiana mnie poprowadziła. Świat na krótką chwilę zniknął, a potem nagle wrócił. Był ostrzejszy, bardziej wyraźny. Otworzyłam oczy i wszystko było inne. Każdy szczegół wydawał się wyraźniejszy, bardziej istotny. Dostrzegałam najmniejsze ruchy powietrza, drżenie gałęzi, subtelne zmiany światła między drzewami. Poruszyłam skrzydłami. To było znajome uczucie, a jednak za każdym razem budziło we mnie to samo zdumienie. Moje nowe ciało potrzebowało chwili, aby się przystosować. Po chwili pojawiła się lekkość, jakby ciężar, który nosiłam jeszcze chwilę temu, po prostu przestał istnieć. Oderwanie się od ziemi było naturalne, niemal instynktowne. Wzbiłam się ponad drzewa, czując, jak powietrze otacza mnie ze wszystkich stron. Las rozciągał się pode mną, ciemny i gęsty, poprzecinany smugami światła. Z tej wysokości wydawał się spokojniejszy. Leciałam bez wysiłku, pozwalając, by wiatr sam nadawał rytm moim ruchom. Nie musiałam się zastanawiać, moje ciało jakby wiedziało, co robić.
Zatoczyłam szeroki krąg, czując, jak każdy ruch staje się coraz bardziej płynny. Skrzydła reagowały na najdrobniejsze zmiany powietrza, a ja podążałam za nimi bez wahania. Mój umysł również był ostrzejszy, a myśli wyraźne. Dziwne uczucie, które nie towarzyszyło mi na co dzień, było przyjemną odmianą. Na moment pozwoliłam sobie wznieść się wyżej, tam powietrze było chłodniejsze. Czułam ten chłód, za każdym razem był dla mnie zaskoczeniem. Tak jak to, jak lekka się czułam, a przy tym wszystkim towarzyszyło mi poczucie wolności. Wolność, której tak ciężko było mi znaleźć gdzieś indziej. Krążyłam jeszcze przez chwilę nad lasem, zanim powoli zaczęłam obniżać lot. Każdy ruch był pewny i dokładny. Wylądowałam w miejscu, w którym wzbiłam się w powietrze. Wylądowałam na miękkiej ściółce, czując pod pazurami wilgotną ziemię i drobne gałązki, które ugięły się pod moim ciężarem. Przez krótką chwilę trwałam jeszcze w bezruchu, jakby ciało nie chciało od razu porzucić tej formy. Potem zamknęłam oczy.
Powrót był inny niż przemiana. Mniej płynny, za to bardziej wymagający. Lekkość zaczęła ustępować miejsca ciężarowi, który wracał stopniowo. Czułam, jak kształt ciała się zmienia, jak skrzydła tracą swoją formę, a miejsce delikatnych, pustych w środku kości zajmuje coś gęstszego i bardziej zwartego. Pojawiło się znajome napięcie, krótkie ukłucie rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. To nie był ból, ale zdecydowanie było to uczucie nieprzyjemne. Oddech wrócił głęboki i cięższy niż wcześniej. Czułam się taka ciężka i nieporadna, zmysły były mniej ostre, obraz mniej wyraźny, dźwięki takie inne. Otworzyłam oczy i przez moment wszystko wydawało się zbyt duże, a każdy mój ruch zbyt powolny. Podniosłam się ostrożnie, czując ciężar własnego ciała i chłód powietrza na skórze. Westchnęłam cicho, przeczesując palcami włosy. Wróciłam.
Nie ruszyłam się od razu. Stałam jeszcze przez chwilę, wsłuchując się w własny oddech. To było za mało, przemiana nie mogła być tylko skuteczna. Ona musiała być przy tym również szybka, niemal natychmiastowa. A powrót kosztował mnie zbyt wiele energii, sprawiał, że przez chwilę byłam całkowicie bezbronna i przytłoczona ilością innych bodźców.
Zamknęłam oczy ponownie. Tym razem nie czekałam, aż napięcie samo się pojawi. Przywołałam je świadomie, skupiając się na jednym, konkretnym impulsie. Ciało zareagowało szybciej niż wcześniej. Mrowienie pojawiło się niemal natychmiast, rozchodząc się falą, która nie zatrzymywała się ani na moment. Nie analizowałam tego. Nie dawałam sobie czasu na wahanie. Przemiana była krótsza. Bardziej zdecydowana. Świat zniknął i wrócił szybciej, ostrzej, jakby ktoś przeciął wszystko jednym, precyzyjnym ruchem. Skrzydła rozwinęły się bez zawahania, a ja od razu oderwałam się od ziemi, nie pozwalając sobie na choćby sekundę bezruchu. To było właściwe. Tak powinno wyglądać. Krótki lot, jedno okrążenie nad polaną i powrót. Tym razem skupiłam się na czymś innym. Nie na samej przemianie, ale na jej wyhamowaniu. Na złagodzeniu momentu przejścia. Zamknęłam oczy jeszcze w powietrzu, tuż przed lądowaniem, i zamiast pozwolić, by ciało samo „cofnęło” proces, spróbowałam je poprowadzić. Nie było to łatwe, sam powrót był trudny, a co dopiero świadome kierowanie nim. Przez to był również wolniejszy, natomiast nie szarpnął mną tak jak wcześniej. Ciężar wracał stopniowo i bardziej równomiernie, nie było tego ukłucia i krótkiej dezinformacji. Gdy dotykałam ziemi, byłam już niemal w połowie drogi powrotnej do pierwotnej formy. Reszta przyszła spokojniej, a gdy otworzyłam oczy od razu stanęłam pewniej na własnych nogach.
To było to. Powtórzyłam cały proces jeszcze raz, i jeszcze. Za każdym razem szybciej, czyściej, z mniejszym oporem. A powrót przestawał być walką, a zaczynał przypominać kontrolowane wyciszenie, coś, co mogłam zatrzymać lub przyspieszyć wedle własnej woli. I właśnie tego potrzebowałam. Kontroli, która nie wymagała wysiłku, tylko decyzji. O tym pewnie mówił mój nauczyciel, gdy uczył mnie tej trudnej magii, jaką była animagia. I tak naprawdę dopiero teraz docierał do mnie sens jego słów. Co tak naprawdę miał na myśli mówiąc o kontroli i silnej woli. Dopiero teraz zaczynałam rozumieć, jak wiele rzeczy jeszcze przede mną. Każda próba uczyła mnie czegoś innego. Uczyła mnie jak ważna jest siła własnej koncentracji, o cierpliwości i jak delikatna jest granica między sukcesem a błędem. Przemiany nie były mechaniczne, jak mycie zębów o poranku, a jakimś testem uwagi i wewnętrznej dyscypliny. Im częściej ćwiczyłam i im więcej uwagi temu poświęcałam, tym bardziej docierało do mnie, że umiejętność szybciej przemiany to jedno, ale umiejętność panowania nad powrotem, nad tym, żeby był łagodny i kontrolowany, jest równie ważna. To odróżniało kogoś, kto po prostu potrafi przemieniać się w animaga, od kogoś, kto potrafi to robić w pełni świadomie i bezpiecznie. Nauczyłam się również słuchać własnego ciała. Każda przemiana dawała mi sygnały, na przykład mrowienie pod skórą, napięcie w mięśniach, nagłą potrzebę kontroli oddechu. Te sygnały były kluczowe, bo jeśli je zignoruję, proces może się zatrzymać albo stać się niestabilny. Wiedziałam, że przyspieszenie przemiany wymaga wytrenowania reakcji i pełnego skupienia, a nie pośpiechu. Pośpiech był zgubny, a sam proces wymagał cierpliwości, powtarzalności i świadomości własnych granic. 
Zakończyłam dzisiejszy trening z poczuciem lekkiego zadowolenia. Szło mi coraz lepiej, przemiany za każdym razem szły mi coraz sprawniej, a powroty były łagodniejsze. Moje ruchy wydawały się bardziej naturalne, pewne siebie.  Wiedziałam jednak, że to dopiero początek i nie mogę spocząć na laurach. Przed sobą miałam jeszcze długą drogę, a aby naprawdę opanować swoją animagiczną formę, musiałam ćwiczyć częściej i z większym zaangażowaniem. Czego w ostatnim czasie bardzo mi brakowało. Nie wiedziałam, że pogodzenie pracy, układu w który weszłam z Kennethem i ćwiczeń będzie aż takie trudne. Chociaż nic mnie nie ograniczało, ani nikt mnie nie kontrolował, to nagle okazało się, że znalezienie czasu na naukę było, powiedziałabym, lekko problematyczne. Pozostało mi teleportować się do Cardiff i wrócić do domu. Wiedziałam, że kolejne próby muszą być regularne, musiałam się bardziej przyłożyć. Moje działania powinny być bardziej świadome, a myśl o tym, że mogłabym być w stanie bardziej kontrolować swoją przemianę była ekscytująca i jednocześnie niezwykle motywująca.  Czułam, że to dopiero początek, a droga przede mną może przynieść coś naprawdę fascynującego i satysfakcjonującego.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 11:56 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.