• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Pokój gier
Pokój gier
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-11-2025, 01:59

Pokój gier
Pokój gier jeszcze nie tak dawno był pokojem szachowym, jednak wraz z postępem społecznym i pojawianiem się nowego typu rozrywek, zaczął ewoluować. Obecnie to głównie męska część rodziny spędza tu czas na relaksie, grach i zabawach, których nie wypada kultywować publicznie. Oprócz zachowanych z sentymentu szachów, główną rozrywką stają się tu karty, ruletka, bilard oraz oczywiście doskonale zaopatrzony barek z alkoholem i tytoniem z całego świata. Skórzane fotele i sofy, niewielka biblioteczka, antresola dookoła pomieszczenia i wielkie okna zasłaniane kotarami towarzyszą bywalcom tego miejsca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
28-03-2026, 23:28
Nie był w stanie jednoznacznie wskazać, co tak naprawdę łamało człowieka. Sam cios, czy może refleksja przychodząca nieco później, z towarzyszącą jej wiarą o niesprawiedliwości. W takich chwilach świadomości gniew przychodził naturalnie, ostro. Rozlewał się po ciele, ofiarując złudne poczucie kontroli, jakby sama intensywność emocji mogła zastąpić realną sprawczość. Fałszywy prorok, dający nieme przyzwolenie na wygodną narrację o byciu ofiarą, zwalniającą z obowiązku myślenia. Nie kupował tego. Dla niego gniew był pokłosiem strachu, momentem niewygodnego zrozumienia, że ktoś był już o krok do przodu.
Dziś gniewem był Rafael.
Dym przesunął się przez jego usta jak cień, oczy zwęziły do wąskich szczelin, a zimne spojrzenie, które posłał kuzynowi, przywodziło na myśl śnieżną zamieć. Przerzucali się niewypowiedzianymi klątwami, ale nikt jeszcze nie broczył krwią.
- Na razie zachowujesz się dokładnie tak, jakbyś nią był - wypunktował, energicznie strzepując popiół, jakby odrzucał sprzeciwy. Opieszałość Rafaela malowała obraz człowieka nieporadnego, a on nie znosił bumelanctwa. Czy ich dziedzictwo i miejsce w świętej dwudziestce ósemce byłoby zasadne, gdyby ich przodkowie hołdowali niechlujstwu, obrażalstwu i wybiórczej ślepocie? Nazwisko nie było wyłącznie nobilitacją. Było nieustanna pracą, zwłaszcza nad wizerunkiem. Władza butwiała jak drewniane mosty. Gniła powoli od środka, pod wpływem drobnych zaniedbań. Jedno można było ukryć. Drugie zatuszować. Trzy świadczyły już o wzorze, stającym się pożywką dla drapieżników, którzy wyczekiwali najlepszego momentu na atak. Nazwisko Crouch niosło wiele luksusów, ale z pewnością nie luksus bycia niezauważonym. Jeśli wśród reprezentacji rodowego ciała pojawiała się chora jednostka, cały organizm niszczyła entropia.
Evander nie obawiał się odcięcia zainfekowanej kończyny.
- Niezwykle… przydatne - sięgnął po pochwalę, w której wybrzmiała raczej pobłażliwa pogarda niźli poklask. Rozwiązywanie sporów przy użyciu siły fizycznej uważał za coś poniżej godności czarodziejów. W świecie, do którego należeli obaj, konflikty rozstrzygano z precyzją i chłodną kontrolą w pojedynkach na różdżki, lub w marmurowych salach Wizengamotu. Pięści były domeną mugoli, narzędziem prymitywnym i niegodnym dziedziców nazwiska o historii starszej niż świat. Nie widział powodu do dumy, która wypływała z prezencji kuzyna. Ich sposób postrzegania rzeczywistości był tak różny, że aż trudno było uwierzyć, że posiadali wspólne korzenie i zostali wychowani pod jednym dachem. - Teraz mówisz o drobnej przysłudze, a przed chwilą wspominałeś, że wielokrotnie działałeś poza procedurami. Zdecyduj się, którą z tych wersji mam traktować poważnie - łypnął na niego przenikliwie, zaciągając się ostro, po czym z impetem zgniótł drugiego papierosa w kryształowej popielniczce. Rafael wydawał się kimś, kto sam podcinał sobie gałąź na której siedział. - Przysługę robi się dla kogoś - zauważył. Wcześniej przypuszczał, ale teraz był już niemal pewien, że kuzyn kogoś krył. Brak transparentności mu śmierdział, i był zwyczajnie za bystry, by dać się wciągnąć w pomaganie komuś, kto skrywał się z prawdziwymi intencjami. Nawet jeśli nosili jedno nazwisko stanowiące o ich wspólnym interesie. - Kogo chronisz, Rafaelu?
Jeśli miał się wykrwawiać, to dla rodu Crouchów - ale ta sprawa nie wyglądała mu do końca na taką, czym próbował opakować ją Rafael.
- Żądasz współudziału w odwecie, mijając się z prawdą i nie przyjmując do wiadomości, że pewne czyny mają konsekwencje. Nawet dla nas. I zwłaszcza teraz - moment przetasowania w strukturach władzy był czasem, kiedy spoglądano im na ręce. Byli silnymi przeciwnikami politycznymi, obawiano się ich. Atak nie był zaskoczeniem, ale nie był jeszcze jawną deklaracją wojny. - Chcę, żeby to wybrzmiało raz jeszcze. Uważam, że Vane posunął się za daleko, ale nie będę przymykał oka na to, że dałeś mu powód.
To była próba - próba, podczas której Rafael poległ. Nie potrafili się zgodzić - i być może nie musieli. Zgoda była przeceniana, częściej prowadząc do rozmycia niż realnej konkluzji. Nie potrzebował jednomyślności, by działać skutecznie. Wystarczyło mu zrozumienie układu sił - i choć dla niego był aż nazbyt czytelny, nie był pewien perspektywy Rafaela. Pokój na chwilę wypełnił się ciszą pełną napięcia, ciężką jak ołowiane figurki. Sięgnął po whisky. Błyszczała bursztynem w pękatej szklance, a jej gorycz wydała mu się niemal kojąca. Myślał. W istocie sprawa nie dotyczyła tego, czy mu pomoże, ale ile będzie to Rafaela kosztowało.

A może raczej - co.
- Jeśli chcesz się mścić, rób to sam - postawił granicę jasno, obserwując jak w złocistym alkoholu załamuje się światło. - Ale jeśli chcesz wygrać, mogę ci pomóc. Na moich zasadach - miał plan. Bardziej subtelny i wyrachowany, z konkretną strategią, której Rafael teraz potrzebował. Nie zapraszałby go tutaj, gdyby uważał inaczej. Jedyne, co musiał zrobić kuzyn, to porzucić myślenie obrażonego chłopca, któremu zabrano zabawkę. - Nazwisko daje ci miejsce przy stole, Rafaelu. Ale to jeszcze nie oznacza, że ktokolwiek zamierza cię słuchać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 08:39
Jeśli będę się wpatrywał w ścianę za plecami kuzyna, to nie dam mu w pysk, powtarzałem sobie na przemian z nuceniem w myślach melodii Marsylianki. Do momentu, w którym Evander nie zaczął podważać istnienia mojego zdrowego rozsądku, nawet nie byłem świadomy, że znam w ogóle francuski hymn i potrafię zaśpiewać refren. Zanucić, poprawiłem się od razu, bo byłem pewien, że gdybym zaczął teraz śpiewać qu'un sang impur abreuve nos sillons, kuzyn tylko utwierdziłby się w fałszywym przekonaniu o moim szaleństwie. Nie miałem pojęcia, skąd w mojej głowie te francuskie naleciałości; może to kwestia asystenta ambasadora, z którym wszedłem w bardzo bliską polemikę, kiedy pojawił się na zaprzysiężeniu Leacha, ale nie miało to i tak większego znaczenia.
Znaczenie miał fakt, że francuskiemu hymnowi zawdzięczałem to, że wciąż nie wywołałem bójki między kuzynami, chociaż Evander coraz bardziej mnie irytował swoją niesprawiedliwością. Czułem się p o k r z y w d z o n y jego oceną i dałem upust swojej frustracji, rzucając mu mało sympatyczne spojrzenie znad coraz bardziej pustej szklanki. Docierały do mnie jego słowa, każde jedno, ostre i chłodne jak ostrze noża, który wbijał mi w serce i kręcił nim jak podczas autopsji, mały psychol, ale dotąd udawało mi się ignorować ich znaczenie na tyle, by chociaż zachować wewnętrzny spokój. Im bardziej próbował mnie przygwoździć do podłogi swoją logiką i punktowaniem moich błędów, tym większą miałem ochotę wstać i wyjść, trzaskając przy okazji drzwiami, skoro nie mogłem trzasnąć go w gębę.
Najgorsze było to, że w jego słowach mogła być jakaś część prawdy, ale podawał ją w taki sposób, jakbym to ja był winny i nie miał prawa do ewentualnych błędów. A przecież nie po to poprosiłem o spotkanie, by bawił się w głos mojego sumienia, które wygasło już dawno temu, a w ostatnich dniach przysypałem je dodatkową warstwą ziemi spadającą na trumnę z ciałem mojej żony. Może właśnie dlatego byłem taki drażliwy; chciałem wsparcia, a przynajmniej poczucia, że ktoś stoi po mojej stronie, nie konieczności tłumaczenia się z rzeczy, które i tak miałem prawo zrobić, które nie podlegały żadnej ocenie a już na pewno żadnej kontroli.
- Można wielokrotnie czynić komuś drobne przysługi, kuzynie. - Wydobyłem z siebie dźwięki z grubsza przypominające słowa, bo zaciśnięte zęby nie ułatwiały mówienia. Jakimś cudem udało mi się jednak nimi nie zazgrzytać; bardziej w obawie o koszty magicznego dentysty niż ze strachu, że Evander mógłby poczuć się urażony moją irytacją. - Patrząc na to, jak opieszale i żałośnie działają niektóre tryby ministerstwa, to dość oczywiste. - Powstrzymałem się od przewrócenia oczami wiedząc, że taki gest tylko utwierdziłby go we własnej narracji o mojej głupocie. Usilnie starałem się opanować falę negatywnych emocji, które zaczęły do mnie spływać jedna po drugiej. I jeszcze śmiał zadrwić z mojej chęci przywalenia Vane'owi! Ciekawe, czy dalej z taką ochotą analizowałby moje błędy i zachowanie, gdybym wylał mu whisky prosto na tę równiutką grzywkę. Musiałem szybko oddalić od siebie tę wizję, zanim bym uznał, że jest warta realizacji.
- Nikogo nie chronię – sapnąłem za to z wyraźną irytacją, o dziwo ani trochę nie mijając się z prawdą. Nie traktowałem tej sytuacji jako ochrony Daniela; jego osoba niewiele mnie obchodziła, póki dostarczał mi wszystko, o co go prosiłem. - Jeśli już mam kogokolwiek chronić to samego siebie przed impertynenckim wtrącaniem się w moje sprawy – burknąłem, dolewając sobie whisky i tym razem nie zatrzymując się na jednej czwartej szklanki. Palce zacisnęły mi się mocniej na szkle w obawie, że jednak uniosę je w górę i wyleję zawartość na kuzyna. Zamiast tego upiłem kolejny łyk, pozwalając, by ciepło alkoholu na moment zagłuszyło resztę uczuć i zatopiło rozdrażnienie w palącym ogniu.
Myśl o Nathanielu pojawiła się niespodziewanie, gdy moje spojrzenie padło na planszę do szachów. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz go ograłem? Młodszy kuzyn może i nie miał talentu do gry, ale byłem pewien, że nie patrzyłby na mnie tak oceniająco. Jeśli zadawałby pytania, to tylko po to, aby westchnąć nad kolejnym rodzinnym pożarem, ale w głowie już rozważałby dziesiątki scenariuszy do zrealizowania. I nie krzywiłby się na wspomnienie tego, jak łatwo można wybić Vane'owi zęby.
Może mógłbym zrobić z jego kła wisiorek jak Indianie?
Wyjechać do Stanów, żyć z naturą, rozmyć ostre krawędzie rzeczywistości, w którą mnie wrzucono, choć wcale nie tego nie chciałem. Zapomnieć o nazwisku, obowiązkach, wkurzającym kuzynie. Na do widzenia wyciągnąłbym mu kij z dupy, pewnie łatwiej byłoby mu oddychać. Przymknąłem na moment oczy, pozwalając, by ta wizja przemknęła przez głowę, zanim szybko ją wyrzuciłem, kiedy do mnie dotarło, że to mało roztropne myśleć o tyłku kuzyna.
- Konsekwencje powinny być współmierne do czynów. Nie zabiłem ministra, ani nie naplułem do zupy ambasadorowi Laosu, tylko postawiłem pieczątkę na kilku dokumentach, na których i tak byłaby postawiona, jedynie kilka tygodni później. - Odpowiedziałem na jego zarzut, powstrzymując się od stwierdzenia, że nie jest moim ojcem ani nawet bratem, by rościć sobie prawo do zamykania oka. Puszył się tak, jakby przywłaszczył sobie prerogatywy zarezerwowane dla kogoś, kto naprawdę miał wpływ na moje życie i chyba właśnie to odpaliło ze mnie wszystko, co do tej pory tłumiłem. - Evander, do kurwy nędzy – warknąłem w końcu, gdy ukrywanie swojej irytacji zaczęło mnie przerastać. - Doskonale wiesz, że jeśli sam się tym zajmę, to wybuchnie pierdolona polityczna pożoga, której nie ugasisz swoimi – wyciągnąłem przed siebie dłonie i zacząłem poruszać palcami w symbolicznym geście cudzysłowu – dyplomatycznymi subtelnościami. - Wstałem ze swojego miejsca, nie wypuszczając szklanki z ręki; drgała niebezpiecznie blisko jego głowy. - A jakbyś nie pamiętał, zmarła mi żona, więc mogę być w tym czasie nieco niestabilny emocjonalnie. Wiesz, nie panować nad swoimi czynami i naprawdę nie dbać o konsekwencje. - Poczułem jak spływa na mnie rozczarowanie; już nawet nie gniew i irytacja, ale świadomość, jak bardzo się myliłem, bo mimo wszystko liczyłem, że stanie po mojej stronie szybciej, bez tego swojego evanderowania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 23:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.