• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Cardiff, Moorland Road 14/7 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
12-09-2025, 12:43

Salon
Pierwszy pokój tuż po przekroczeniu progu mieszkania. Sprawia wrażenie przytulnego dzięki jasnym beżowym ścianom, kolorowym poduszkom leżącym na kanapie i fotelu, miękkiemu dywanowi w pstrokaty wzór i psim zabawkom zalegającym na podłodze. Kluczowym elementem wystroju jest spory regał wypełniony rzędami książek: znaleźć tam można zarówno powieści sensacyjne i baśnie, jak i stare podręczniki z Hogwartu. Obok znajduje się mały kominek, ozdobiony różnorakimi dekoracjami na półce powyżej. Przed kanapą stoi niski stolik kawowy, na którym często goszczą świeże kwiaty, zaś przy oknach wpuszczających do środka światło słoneczne znalazła się pokaźna kolekcja roślin doniczkowych różnych wysokości. Nieopodal na długim drewnianym regale stoi też żerdź, którą szczególnie upodobał sobie tutejszy puchacz, Dąb.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
17-02-2026, 19:50
Chociaż też najchętniej nie wychodziłby z domu, wiedział gdzieś podskórnie, że to nie jest najlepsze wyjście z tej sytuacji. Był na straconej pozycji, w zasadzie od początku, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, więc nie miał już żadnych nadziei, że może miałby jakieś szanse u Riven. Ona wybrała, a on nie miał w tym przypadku nic do gadania. Pozostało mu jedynie pogodzić się z tym faktem i jakoś ruszyć do przodu, chociaż to wcale nie była łatwa misja. Nie miał jednak zamiaru użalać się nad sobą, czy to nie on zawsze mawiał, że jest za młody na ustatkowanie się i ma czas na zabawę? Najwyższa pora całkowicie prowadzić to wszystko w życie. Trzeba się wziąć w garść, nie ważne jak bardzo bolało, a bolało cholernie.
- Zmiana pogody przyda się nam wszystkim. - odparł spokojnie kiwając głową - Dobrze, że mamy już wiosnę w pełni, słońce coraz częściej pojawia się na niebie, nawet czasami rezygnuje z kurtki. - poruszał brwiami, po czym lekko poprawił jej koc na ramionach.
Zacisnął lekko palce na jej dłoni kiedy prowadziła go do kuchni i uśmiechnął się łagodnie.
- Za wygodnie masz, co? - rzucił do suczki kręcąc głową z jawnym rozbawieniem, po czym zrobił duży krok by ominąć psisko.
Pewnie kiedy zaczną piec i Helga poczuje nosem jedzenie, bardziej się zainteresuje się tym co się dzieje. Teraz jednak rozłożyła się wygodnie i nie miała najmniejszego zamiaru się ruszyć. Kiedyś zastanawiał się nad trym czy nie sprawić sobie jakiegoś zwierzaka. Owszem, miał sowę, ale jednak myślał o towarzyszu, który bardziej cieszyłby się na jego widok. Pies niestety nie wchodził w grę, nie miałby go gdzie trzymać, a byłoby mu zdecydowanie szkoda zwierzęcia gdyby musiał żyć w jego małym pokoju. Pan Hao raczej też nie byłby za bardzo zadowolony. Przeszedł mu przez myśl też kot, ale kiedy rozważył wszystkie za i przeciw, doszedł do wniosku, że to też nie jest zwierzak dla niego. Ostatnio chodziła mu po głowie fretka, ale na ten moment nie poświęcał temu zbyt dużej uwagi.
Położył reklamówkę na stole i wyciągnął z niej zakupu, kładąc je po jednej stronie blatu. Po chwili oparł się o niego rękami i spojrzał na Leonie uważnie.
- Nie sądzę abyś obrosła w piórka. - zaprzeczył kręcąc głową - Znasz się na roślinach jak mało kto, z bólem serca to przyznaje, ale lepiej ode mnie. - mrugnął do niej - Zjazd Absolwentów to były duże emocje, nie wiadomo było czego sie tak naprawdę spodziewać, więc nic dziwnego, ze umysł płatał figle. Naprawdę nie ma się czym przejmować, jestem przekonany, że mimbletonia ci to wybaczyła jak tylko doszła do siebie. Jesteś tylko człowiekiem Leonie, a popełnianie błędów leży w naszej naturze. - uśmiechnął się do niej łagodnie, po czym podszedł do czajnika i najpierw nalał do niego wody, a potem wstawił go na palnik.
Zrobił to w ostatnim momencie, bo po chwili chwyciła go w objęcia, na co zaśmiał się cicho. Doskonale pamiętał jak zaciekawiona była tą mieszanką herbat, którą pani Lian jakimś cudem sprowadziła z Chin. Chociaż kobiecina zajmowała się przede wszystkim tworzeniem maści i eliksirów leczniczych, to dodatkowo miała niewielki składzik herbat, którymi również handlowała. Chińskie herbaty nie były tanie, więc pewnie miała z tego niezły dochód, bo wbrew pozorom koneserów takich egzotycznych naparów było wielu.
- A daj spokój. - machnął ręką widząc jak dużo radości sprawił jej tym małym prezentem - Przehandlowałem ją za kilka dni pomocy w aptece, będę robił maści i eliksiry. To naprawdę mała cena za to, że mogę widzieć twój uśmiech. - odparł spokojnie znów się śmiejąc kiedy poklepała go po policzku, był to gest, do którego już się przyzwyczaił i w zasadzie to lubił - Powidła idealnie wkomponują się w piernik, tego jestem pewny. - pokiwał ochoczo głową, po czym klapnął sobie na krześle.
No i przyszedł ten moment. Nie dała się zwieść, chociaż próbował, może nie z całych sił, ale próbował. Westchnął ciężko i sięgnął do kieszeni po papierosy, ale zrezygował w połowie ruchu. Nie chciał jej smrodzić w mieszkaniu. Odchylił się na krześle i spojrzał na siostrę, a cała radość jakby wyparowała w sekundę, zgarbił sie lekko.
- Zaprzepaściłem całe lata przyjaźni… - powiedział cicho bawiąc się materiałową bransoletką z czerwonej nitki, którą pani Hao zrobiła mu na urodziny, powinna przynosić szczęście i odganiać złą energię - Na balu…no tańczyłem z Riven, tak jak jej obiecałem…ale wcześniej byliśmy w Zakazanym Lesie, w sensie ja, Riven i Kenneth. Zachowałem się okropnie, byłem cyniczny, wredny…ale oni chcieli iść za olbrzymem, za olbrzymem wyobrażasz sobie?! - spojrzał na nią szukając w jej oczach zrozumienia - A potem ten bal…i…i powiedziałem jej wszystko…wszystko co czuje. - westchnął ciężko kręcąc głową.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
28-02-2026, 12:07
Na końcu języka zatańczyło upomnienie, żeby nie rezygnował z kurtki za często, bo jeszcze się przeziębi, ale tym razem Leonie dzielnie przełknęła opiekuńczą nadgorliwość. Mimo że nadal widziała w Keithcie tego małego chłopca o orientalnej urodzie, wodzącego zagubionym wzrokiem po pokoju wspólnym puchonów, on był już dorosły. Miał prawo podejmować swoje decyzje, popełniać błędy i uczyć się na ich konsekwencjach, tak jak, niestety, robił to w ostatnim czasie. Ona zaś musiała mu na to pozwolić. Trzymanie Crofta pod kloszem niczemu nie pomoże; uśmiechnęła się tylko i kiwnęła głową, a zaczepiona przez niego potem Helga sapnęła głośno, jakby próbowała pokazać czarodziejowi, że niebywale zmęczył ją ten dzień i musi odpocząć. Rzecz jasna nie zrobiła w jego trakcie nic ważnego, odpoczywała po odpoczynku.
Wyrzucona przez Leonie wątpliwość zawisła w pomieszczeniu jak toksyna przedostająca się do powietrza. Od zjazdu cierpiała na dziesiątki samobiczujących rozważań, popadała w spiralę lepkich, czarnych myśli, przez które obawiała się chodzić do pracy, ni z tego, ni z owego czująca się bardziej niekompetentnym pracownikiem niż Harris. Może to w niej od początku leżał problem, nie w nim. Ona nie potrafiła przekazać mu wiedzy, pokazać, jak zajmować się roślinami, bo sama nie była tak biegła, jak do tej pory sądziła. Sarnie oczy wpatrywały się w Keitha w nadziei na to, że będzie z nią szczery - jeśli zobaczył w niej skazy, powinien o tym powiedzieć, przecież by się nie obraziła. Chyba. Co najwyżej załamała. On jednak mówił do niej łagodnie, zdzierał w jej duszy strupy zwątpienia i pokazywał, że jedna wypaczona jaskółka nie czyni zgniłej wiosny. W jej spojrzeniu błysnął zalążek wdzięczności, kiedy sięgnęła dłonią do jego dłoni i splotła ich palce, znajdując w cieple jego skóry znajomy spokój i siłę.
- Byłam wtedy taka pewna swojego zdania... - przypomniała sobie ciężko i odetchnęła, próbując wyplewić z płuc zarodniki kolejnej fali samokrytyki. - Ale w jednym na pewno masz rację. Tłumy. Źle na nie zareagowałam, wiesz - przyznała, poparzona delikatnym rumieńcem, który wpełzł na policzki z racji przyznawania się do jakichkolwiek trudności. Nie przychodziło jej to naturalnie. Leonie zazwyczaj wolała tłumić w sobie emocje, niż pokazywać je najbliższym, w obawie, że zbytnio obciąży ich swoimi problemami. - Było tam za gwarnie, za ciasno... Na chwilę schowałam się w sekretnym ogrodzie, gdzie spotkałam Eddiego, ale to pomogło tylko na czas, kiedy tam byłam. Potem znów zawrzało na korytarzach - ciągnęła, celowo nie rozgadując się na temat byłego chłopaka, Akolity, z którym chcąc lub nie chcąc musiała współpracować. Nawiązali wtedy pewnego rodzaju sojusz, który ją zaskoczył. Bones, jak się okazało, nie nosił do niej urazy, a przynajmniej nie tak trwałej, jak się spodziewała. - Mimbletonia mi nie daruje. Ona obumarła, Keith. Na moich oczach. Przez mój błąd - dodała gorzko. Chyba nie mówiła mu o losie źle zdiagnozowanej rośliny, o jej tragicznym ostatnim drżeniu, wybuchu narośli i ciszy, która zapadła wtedy w sali egzaminacyjnej. - Taki błąd powinien być niedopuszczalny -  oceniła i pokręciła głową ze zrezygnowaniem.
Gdyby nie podarunek w postaci egzotycznej herbaty, zapewne dłużej nurzałaby się w depresji po wyniku Gumochłonka. Croft jednak odwrócił jej uwagę, nakierował myśli na inny tor, wykorzystał słabość do wywarów, żeby stanęła na nogi, i udało mu się to. Przytuliła go z całej siły.
- O nie, czyli się przeze mnie przepracujesz - zauważyła nagannie, choć uśmiech nie schodził jej z twarzy, a promienne spojrzenie nie przygasło, mimo zapowiedzianego przez niego dyżuru aptecznego. Znając Keitha, zapewne potraktuje to jako dobrą okazję do nauki i podszlifowania swoich umiejętności, zamiast niewygodę. - Dziękuję - powtórzyła ciepło, nie mogąc się doczekać, aż kwiaty rozkwitną w filiżance. Nigdy dotąd nie widziała tego procesu, wydawał się jej magiczny, uszyty z egzotycznych nici, które jeszcze nie dotarły do Wielkiej Brytanii. Ale kto wie? Może dzięki niemu opatentuje coś podobnego? To by dopiero było! - Jeśli będziesz potrzebował kanapek do tej apteki, daj znać, przygotuję ci je w ramach wyrazu wdzięczności - zapowiedziała wesoło. Codziennie robiła śniadanie Jasperowi, kiedy ten musiał pojawić się w szpitalu na dyżur, więc dodatkowe kromki nie sprawiłyby jej żadnego problemu.
Wypełnione wrzątkiem kubki przyjęły kwiaty chińskiej herbaty, kiedy Croft otwierał przed nią serce. Na początku patrzyła na niego kątem oka, jakby bała się, że wpatrywanie się w jego twarz go spłoszy, lecz kiedy historia dotarła do Riven, obróciła się i oparła biodrami o szafkę kuchenną, spoglądając na niego z troską. Okrutnie cierpiał po całym tym nieporozumieniu. Po utracie uczucia, którego nie spodziewał się w sobie odnaleźć. Oboje z Thorne pobłądzili, w efekcie czego zapewne oboje cierpieli, stojąc na pograniczu całkowitego zniszczenia cennej przyjaźni.
- Po co chcieli iść za olbrzymem? - zmarszczyła brwi. Przecież to prosta recepta na to, jak dorobić się złamanych kręgosłupów, pogniecionych kości i postępowania spadkowego idącego w ruch. Mieli jakiś powód czy kierowała nimi chwilowa fanaberia, animusz, który czuła też ona, stając naprzeciw mimbletonii? Oblicze Leonie złagodniało, kiedy usłyszała, że Keith przyznał się do swoich uczuć. Podeszła do stołu, postawiła na blacie kubki z herbatą i zajęła miejsce na krześle naprzeciwko niego, tak, by stykali się kolanami. Powinien czuć, że była obok. Że nie był sam ze swoimi koszmarami. - Co ona na to? - spytała ostrożnie. Po minie puchona mogła wysnuć wnioski, które musiały okazać się trafne. Nie chciała szafować komentarzami, zanim nie pozna wszystkich szczegółów, dlatego słuchała cierpliwie, sięgając po jego dłoń, żeby znów pogładzić kciukiem jej wierzch.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
02-03-2026, 17:48
Croft nie miał zamiaru utwierdzać jej w swoich przekonaniach, że poniosła sromotną porażkę. Nie dlatego, że nie była to prawda, ale dlatego, że po prostu nie chciał by się smuciła. Wiedział, że pod tą maską, pod którą często ukrywała swoje emocje i uczucia, była wrażliwa, kochająca osoba, która zdecydowanie za dużo brała do siebie. Zastanawiał się czy gdyby konsekwencje tego jednego, w tym momencie już nic nie znaczącego, błędu nie były tak widoczne, czy by faktycznie tak bardzo się przejmowała. Odpowiedź jednak przyszła sama, oczywiście, że by się przejmowała, bo taka już była. Czasami miał wrażenie, że ostatnimi czasy dogadywała się lepiej z roślinami niż z ludźmi i w zasadzie pod tym względem tu byli podobni. On ostatnio też zdecydowanie lepiej czuł się w towarzystwie flory, a przecież był zawsze towarzyskim typem. Lubił ludzi, lubił spędzać z nimi czas, rozmawiać i śmiać się, ale ostatnie dni przysporzyły mu tyle smutku i trudności, że naprawdę najchętniej zamknąłby się w szklarni albo pracowni pani Lian i z niej nie wychodził. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miał zamiaru jej teraz przytakiwać. Może być egoistą, co dotarło do niego poprzedniego dnia podczas wizyty u Oriany, ale trudno. Nie powoli siostrze się smucić i zaprzątać sobie głowy rzeczami, które tak naprawdę nie miały żadnego wpływu na to jaka jest.
- Nie w jednym, a we wszystkim. - spojrzał na nią uważnie unosząc brew ku górze - Każdy z nas inaczej reaguje na takie sytuacje. Miałaś pełne prawo się po prostu pomylić i nikt cię za to nie wini, tego możesz być pewna. Organizatorzy z całą pewnością byli gotowi na takie wypadki i mieli w zanadrzu jeszcze wiele mimbletoni. Ta, na którą akurat trafiłaś ty może była po prostu już z defektem od początku? - podsunął - Może jej choroba była już tak zaawansowana, że dało się ją pomylić z inną? Nigdy nie wiadomo, mogło się zdarzyć na około milion pięćset innych rzeczy, które doprowadziły cię do takich, a nie innych wniosków. - posłał jej pokrzepiający uśmiech i lekko poklepał po wierzchu dłoni - Naprawdę Leonie, nie ma się w ogóle czym przejmować - Eddiego? Tego od specjalnego rytuału, tak? - mimowolnie zaśmiał się cicho pod nosem przypominając sobie jak chłopak spytał o coś takiego na spotkaniu akolitów.
Wtedy spojrzał na niego jak na kogoś komu brakowało piątej klepki, ale z czasem doszedł do wniosku, że było to co najmniej zabawne.
- No już już, naprawdę, nie masz za co dziękować. - zaśmiał się kiedy Leonie przytuliła go z całej siły, jak na kogoś tak drobnego, miała zdecydowanie za dużo siły - E tam sie przepracuje, nie przesadzajmy. - machnął ręką - Zawsze lubię pomagać pani Lian…w zasadzie zawsze robię to za darmo, więc dla mnie to nie jest problem. A pani Lian ma już swoje lata, nawet jeśli nie wygląda, należy jej się zdecydowanie więcej odpoczynku. - uśmiechnął się do niej kręcąc głową.
To właśnie ta starowinka pomogła mu załatwić pracę w restauracji. To do niej udał się jako pierwszej kiedy opuścił rodzinny dom i to ona wzięła go pod swoje skrzydła. Czuł, że jest jej za to wszystko winny pomoc, nawet jeśli aptekarka z całą pewnością złoiła by go szmata przez łeb gdyby usłyszała to wszystko.
Keith nigdy nie był dobry w ukrywaniu swoich emocji. Nie jedna osoba mogła czytac z niego jak z otwartej księgi, zwłaszcza ktoś znający go tak dobrze jak Leonie. Zawsze było po nim widać kiedy miał dobry humor, kiedy się smucił. Ostatnimi czasy starał się robić dobrą minę do złej gry, ale zdecydowanie nie zawsze mu to wychodziło. Teraz nie musiał udawać, mógł całkowicie pokazać co czuje i jak się czuje. A czuł się fatalnie.
- Bo stwierdzili, że to świetny pomysł. Zobaczyli ślady na ziemi i stwierdzili, że idą zobaczyć. - westchnął ciężko - Wiesz jak jest z moją orientacją w terenie, jakbym wrócił sam to na bank bym się zgubił, więc dla „bezpieczeństwa” bardzo niechętnie poszedłem z nimi. Ale nie omieszkałem im pokazać jak bardzo niezadowolony z tego faktu jestem. - powiedział obracając bransoletkę na nadgarstku.
Gdy usiadła przed nim, uniósł wzrok i spojrzał na nią. To spojrzenie mówiło wszystko. Migdałowe oczy były pełne bólu i smutku, bliskie rozpaczy. Westchnął ciężko i otworzył usta, ale po chwili je zamknął nie wiedząc jak to wszystko ubrać w słowa. Zacisnął szczęki, aż go rozbolała, po czym wziął głęboki wdech.
- Spóźniłem się. One jest teraz Kenneth’a, należy do niego. Nawet ją oznaczył, dał jej naszyjnik żeby wszyscy wiedzieli, że jest jego. - skrzywił się z obrzydzeniem - Ale…ale powiedziała mi, że ona od lat do mnie też coś czuła, ale nigdy mi o tym nie powiedziała… a teraz, kiedy i ja…jest za późno, bo ona podjęła decyzje i jej nie zmieni. - pokręcił głową - Powiedziałem jej, że nie chce się z nią spotykać. Że nie chce jej widzieć, bo to tylko wszystko utrudni…ale mam wrażenie, że jest jeszcze gorzej jak jej nie ma. - jęknął ukrywając twarz w dłoniach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
07-03-2026, 11:03
Była zmęczona. Zmęczona wyrzutami sumienia, zmęczona wspomnieniem obumierającej mimbletonii, zmęczona swoim odbiciem w lustrze, upstrzonym drobnymi czerwonymi plamkami nieopodal skroni, zmęczona noszeniem rękawiczek, byle tylko nie widzieć czerwieni, którą zostawiły na jej skórze soki chorej rośliny. Zmęczona, a minęło raptem kilka dni. Stres odkładał się na jej ciele patyną ciężkiego kurzu, myśli plątały się jak włóczka w kocich pazurach, a powrót do sali egzaminacyjnej dekoncentrował ją od podstawowych czynności. Ile jeszcze? Jak długo miała wyrzucać sobie tamten wypadek? Patrzyła na Keitha jak na drogowskaz, na latarnię błyskającą światłem dla jej zagubionego na morzu statku, i słuchała go uważnie, próbując zapamiętać każde jego słowo. Wypalić je na swoim rozumie, żeby w chwili zwątpienia odtworzyć je jak echo.
- Mam nadzieję, że było, jak mówisz - odpowiedziała ciężkim szeptem, zrezygnowanym, zmęczonym; przeanalizowała tamtą sytuację pod każdym kątem i za każdym razem z rachunku wychodziło, że było to jej winą, ale jak mocno będzie musiała się za to samobiczować, zanim oswoi się z odpowiedzialnością i konsekwencjami swojej decyzji? Rzucało to cień na wszystko. Na jej narzeczeństwo, na radość, na dobre wspomnienia ze zjazdu, które przecież wolałaby pielęgnować, zamiast pozwalać im spełznąć do kuluarów pamięci. - Dziękuję, Keith. Zawsze wiesz, co powiedzieć, żeby mnie podnieść na duchu. To musi być jakiś magiczny talent - westchnęła i wtuliła się w niego ufnie. Uwierzyła? Nie, jeszcze nie do końca, ale jego słowa zostaną z nią na długo, tak długo, aż wreszcie im uwierzy. Oby tak się stało. Natomiast temat Eddiego musnął jej policzki rumieńcem, szczęśliwie jednak skręcając do kolacji Akolitów, zamiast do wybuchu w Wielkiej Sali, hucznego rozstania na oczach innych uczniów i okropnego bajzlu, który potem nastał w ich relacji na lata. - Tego samego - przytaknęła. - Myślałam, że nie będziemy w stanie normalnie porozmawiać, wiesz, po tym wszystkim... Ale zaskoczył mnie. Było bardzo miło. Niemal jakby nic się nie stało. Dojrzał, nie wiem, czy bardzo się uspokoił, ale wydawał się... stonowany. Nadal wesoły, nadal otwarty. To się w nim nie zmieniło - mówiła, bo od dawna nie mówiła o nim wcale. Tymczasem zjazd szkolny coś w niej otworzył, może drobny zalążek tęsknoty za przyjaźnią, którą zniszczyli zbyt ciasnym związkiem; zanim Eddie Bones został jej chłopakiem, był przecież jej najlepszym przyjacielem.
A z przyjaciółmi czasem się nie układało. Parzona egzotyczna herbata dochodziła do siebie, okraszona wylewną wdzięcznością i zapewnieniem Crofta, że dyżur w aptece nie będzie dla niego nieznośny, co trochę uspokoiło Leonie; za to temat Riven zdawał się przesuwaniem skalpelem po zakażonej ranie, żeby oczyścić ją z ropy, która zebrała się w środku. Po samych jego oczach widziała, że cierpiał. Łamał się pod wpływem tego, co by było, gdyby, wyrzucał sobie spóźnienie i przegapienie szansy, o której Leonie wspominała w marcu. Ale może już wtedy było za późno. Tak po prostu musiało być.
- Byłeś na nich zły, tak. Uważałeś ich decyzję za idiotyzm, tak. Ale dlatego, że nie chciałeś, żeby komukolwiek stała się krzywda - zauważyła, żeby zdjąć z jego ramion choć jedną cegłę wyrzutów sumienia za nieeleganckie zachowanie w towarzystwie Riven i jej wybranka. Może Kennetha mógłby poświęcić, pewnie nawet zrobiłby to bez mrugnięcia okiem, zapalony w swoich uczuciach, ale nie zrobił tego. Próbował zawrócić ich z głupiej ścieżki, oboje. - To w ogóle nie powinno było się wydarzyć. Po pierwsze, wasza wycieczka do zakazanego lasu. Po drugie, ich samobójcza chęć pójścia za olbrzymem, jakby naprawdę mogli w razie czego pokonać go we dwójkę. Wina rozkłada się na więcej osób, niż na jedną, Keith - sięgnęła do jego twarzy i musnęła urękawiczonymi opuszkami policzek przyszywanego braciszka. Czy w obliczu śmiertelnego zagrożenia kilka gorzkich słów i epitetów naprawdę przeważało w kategorii nieuprzejmości? Bardzo w to wątpiła. A Riven jako jego przyjaciółka nie powinna była dopuścić do tego, żeby Croft w ogóle znalazł się w tym położeniu - i niestety na odwrót. A tamten żeglarz? Słonej wody się opił, czy co? - Wasze uczucia minęły się w nieodpowiednim czasie - szepnęła ze współczuciem, poruszona dalszą częścią opowieści. Nie miała pojęcia, że Thorne była nim tak mocno zainteresowana, sam Keith zarzekał się też, że to tylko zabawa. Od początku byli spisani na straty, bo los lubi okrutne rozwiązania. - Ale wiesz? Może to dobrze. To, co teraz czujesz - zaczęła i przyłożyła drugą dłoń do jego twarzy, łagodnie zamykając w nich obu jego policzki. - Mówiłeś wcześniej, że nie jesteś gotowy na zobowiązania, na miłość. Na swoją drugą połowę. I chociaż może ci się wydawać, że jest nią Riven, to niekoniecznie prawda. Zobacz: teraz wiesz, że jesteś gotowy. Przy odpowiedniej dziewczynie będziesz mógł się zaangażować, postawić dla niej na głowie cały świat. Ten ból... pokazuje ci coś nowego o tobie - mówiła cicho i miękko, próbowała być plastrem na oczyszczonej już ranie, chłodnym balsamem łagodzącym żarliwość gorączki. Ale gdyby ona miała w ten sposób utracić Jaspera... Jaspera starającego się o jej względy i uwagę od dwóch lat. Oni także mogli przegapić swoją szansę. Nie wyobrażała sobie cierpienia, które by wtedy na nią spadło. - Ta tęsknota w końcu minie. Musi minąć - rzuciła i przesunęła się do przodu na swoim krześle, żeby znów wciągnąć go w objęcia ramion. Mógł się nawet w nie wypłakać, jeżeli chciał, nie oceniłaby go. - I jeszcze będziesz szczęśliwy. Z kimś, kto naprawdę jest ci przeznaczony - zapewniła troskliwie. Najwidoczniej Riven przeznaczony był kapitan Złotej Łani, a to oznaczało, że Croft jeszcze nie odkrył powołania swojego serca. Musieli ruszyć różnymi ścieżkami, jeśli chcieli odnaleźć miłość, ale to nie oznaczało, że kiedy emocje ostygną, nie będą mogli wrócić do przyjaźni, którą teraz tracili.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
18-03-2026, 18:30
Domyślał się, że wyrzuty sumienia nie zniknął jak za pomocą zaklęcia zapomnienia. Wiedział, że musi minąć trochę czasu zanim pogodzi się ze wszystkim. Wiedział to wszystko, bo sam w tym momencie przez to przechodził. I chociaż bolało, i to okropnie, to nie miał zamiaru w tym trwać wiecznie. Może chwilkę pozwoli sobie na odczuwanie tego bólu, ale potem weźmie się w garść i będzie żył dalej. Może nie tak jakby to się wszystko nie stało, bo tego nie zmieni, ale z wiedzą jak to jest i jak się ewentualnie tego wystrzegać w przyszłości. Wiedział, że Leonie również sobie poradzi. Była silna, zawzięta i nawet jeśli sama przed sobą tego nie przyznawała, waleczna i pewna siebie. Zawsze to w niej podziwiał i nic, żadne głupie zadanie na szkolnej olimpiadzie, nie miało tego zmienić. Teraz po prostu musiało minąć trochę czasu i wszystko wróci do normy.
- Sto procent, że tak było. - powiedział z uśmiechem, a kiedy wtuliła się w niego, w tym momencie taka drobna i bezbronna, ukrył ja na moment w swoich ramionach i cmoknął w czubek głowy - Bo wiesz, ja też bywam czasami mądry wbrew pozorom. - zażartował cicho zerkając na nią z góry, bo jednak miał na nią te siedemnaście centymetrów przewagi.
No tak, jak mógł być taki głupi. Faktycznie wydawało mu się na spotkaniu, że skądś kojarzy Eddiego i w tym momencie uświadomiła mu skąd. Teraz sobie przypomniał i faktycznie, dobrze pamiętał ich burzliwe rozstanie, w zasadzie chyba mało kto w szkole o tym nie wiedział, jako, że zrobiło się z tego nie małe zamieszanie tamtego dnia. Co prawda Croft nie znał byłego chłopaka siostry dobrze, w zasadzie to w ogóle, ale sam do końca nie wiedział co tak naprawdę między tą dwójką zaszło, co sprawiło, że rozstanie nie obyło się bez fajerwerków.
- No wiesz, nie mamy już po piętnaście czy tam szesnaście lat. Ludzie się zmieniają. - uśmiechnął się do niej łagodnie - Może to dobrze, że się uspokoił, w sumie nie wiemy co się z nim działo po zakończeniu szkoły. Oboje doskonale wiemy, że pewne wydarzenia w życiu zmieniają człowieka…oboje jesteśmy tym bardzo dobrym przykładem. - mrugnął do niej i lekko uścisnął jej dłoń.
Przyjemny zapach parzonej herbaty dotarł do jego nosa, na moment odrywając myśli od przykrych wydarzeń sprzed kilku dni. Jednak jedynie na chwilę, by w końcu na nowo zaatakować z całą siłą. To co zrobiła tamta dwójka było głupie i doskonale o tym wiedział, nie miał najmniejszego zamiaru ich usprawiedliwiać. Nadal miał za złe Riven, że go namawiała, przecież doskonale wiedziała, że nie ma w nim żyłki poszukiwacza przygód, że nie bawią go takie eskapady w nieznane, a mimo to nalegała. A on nie chciał się zgubić, więc poszedł z nimi. Może trzeba było po prostu zostać tam gdzie się było i czekać na ich powrót? Teraz nie było sensu nad tym dywagować, mleko się rozlało.
- Tak, byłem na nich zły, nadal jestem. - pokiwał lekko głową - W sensie…oboje znają mnie od lat, wiedzą, że nie ciągnie mnie do takich ryzykownych zabaw, a jednak… - westchnął ciężko - Wiesz…byłem u Oriany następnego dnia i rozmawialiśmy. Pożycza mi czasami książki medyczne i jakoś tak trochę się z nią chyba zakumplowałem…w każdym razie, coś sobie uświadomiłem podczas tej rozmowy. Może i zależało mi na ich bezpieczeństwie i dlatego poszedłem z nimi, ale jednocześnie przede wszystkim chodziło mi o samego siebie. O to, żeby potem nie czuć tych cholernych wyrzutów sumienia, że nie pomogłem im gdyby się coś stało. Dotarło do mnie, że jestem nikim więcej, a egoistą. - spojrzał na Leonie uważnie, szukając w jej spojrzeniu zrozumienia, że wie co ma na myśli - I dlatego powiedziałem Riven, że nie chce się z nią widywać. Bo pierwszy raz świadomie postanowiłem być egoistą i zadbać tylko o siebie. - zacisnął mocniej szczęki, co mogła wyczuć pod dłonią trzymaną na jego policzku.
Na początku nie zrozumiał co miała na myśli. Jak to dobrze? Jak taki ból i cierpienie mogą być w jakimkolwiek wymiarze dobre. Jednak im dłużej mówiła, tym więcej do niego docierało i zdawał sobie sprawę, że ma rację. Może faktycznie tak miało być, chociaż nie wierzył w coś takiego jak przeznaczenie. Jednak może w tym przypadku właśnie miało do niego dotrzeć, że to, co jeszcze dwa miesiące temu zbywał machnięciem ręki, jednak miało w tym momencie zastosowanie. Być może faktycznie był gotowy…nie zmieniało to jednak faktu, że nie widział teraz innej dziewczyny, z którą chciałby się związać na poważnie, poświęcić jej całą swoją uwagę i przewrócić dla niej świat do góry nogami. Teraz tą dziewczyną była Riven, ale to było niewykonalne.
- Musi minąć, bo to jest nie do zniesienia…wiesz kiedy ostatnio się tak czułem? Kiedy zmarł mój tata, ale wtedy było inaczej, bo jednocześnie napędzał mnie gniew, nie tak jak teraz. - pokręcił lekko głową, na tyle, na ile było to możliwe kiedy trzymała go za twarz - Mam nadzieję, że masz rację. Chcę dać sobie chwilę aby się z tym uporać, ale to też nie tak, że teraz będę na siłę szukał innej, bo przecież to nie o to chodzi. - uśmiechnął się słabo, po czym objął ją delikatnie - Dziękuję Leonie, naprawdę. Dziękuję, że mogę z tobą o tym porozmawiać, wiedząc, że nie będziesz mnie oceniać czy uznawać za słabego.- powiedział cicho.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
23-03-2026, 14:43
- A ktoś twierdzi inaczej? - podchwyciła, uczepiwszy się pozorów, o których wspomniał. Ton głosu zielarki pozostawał żartobliwy i zaczepny, chłonęła ulgę znalezioną w jego słowach, nawet jeśli ta miała okazać się kłamstwem. Bo w głębi ducha wiedziała, że to kłamstwo. Jako jedyna od początku do końca ponosiła odpowiedzialność za smutny los rośliny i nieważne, czy wciskała głowę w piasek rozsypany przez wyrozumiałość Keitha, czy otwarcie biła się w pierś - faktem pozostawało, że mimbletonia zwiędła, a ona poniosła zawodową porażkę. - Jeśli tak, zaraz się z tym kimś rozprawię. Tylko wezmę łopatkę ogrodową - zadeklarowała z teatralną grozą, mimo że z tak dobraną bronią raczej nie byłaby groźnym przeciwnikiem. Nie przy jej szczęściu, które zdążyła zaprezentować podczas magicznych sparingów; od spotkania z Nedem próbowała odnosić się do nowej różdżki z większym szacunkiem, tylko jak szybko miały pojawić się tego efekty?
Eddie Bones rzeczywiście się zmienił, udowadniając Leonie, że jest do tego zdolny. Kiedy zrywali w Wielkiej Sali w salwie wykrzykiwanych przez nią wyrzutów i jego oszołomionym wzroku, była pewna, że charakter chłopaka nie mógł ewoluować w żadnym kierunku, że on nie zrozumie, dlaczego musiała go zostawić, nie widzi, jak jego zachłanna miłość wysysała powietrze z otoczenia. Ale jeżeli udało mu się coś z tym zrobić... Leonie kiwnęła głową z małym uśmiechem. Na spotkaniu Akolitów nie patrzono na niego jak na kogoś, kto miał w sobie tyle powagi, by godnie zasiąść przy stole Oriany, one zaś jako jedyne zareagowały rozbawieniem, którym Eddie na pewno próbował rozładować ciężką, napiętą atmosferę. Jeszcze go nie znali. Nie znali jego odwagi i wielkoduszności, nie znali pomysłowości. Ona także nie znała nowego Edwarda, jednak pierwszy raz złapała się na tym, że chciała to zmienić.
Oddech owiał parującą ciecz w kubku, studząc jego temperaturę, aczkolwiek niecierpliwość podyktowała spróbowanie herbaty jeszcze zanim ta okazała się zdatna do picia - i choć Leonie poparzyła język i wargi, smak był tego warty. Kulisty kwiat zdążył rozkwitnąć, sprawiając wrażenie małego cudu, wcześniej suszony, teraz zaś niemal żywy, kolorowy, zdrowy. Przez moment patrzyła na zawartość malowanego naczynia, a jej tęczówki migotały zachwytem, którego nawet nie próbowała przed Croftem ukrywać. To najlepszy prezent, jaki mógł jej podarować: roślinę na jej oczach powracającą do pełni sił, choćby na chwilę.
- Nie jestem pewna, czy to egoizm - wtrąciła łagodnie i pokręciła głową, obserwując przebłyski wewnętrznej walki, tortury, przez którą przechodził młodszy przyjaciel. Żałowała, że doświadczył takich uczuć na zjeździe, podczas którego powinien był dobrze się bawić, zapominając o troskach, lecz najwyraźniej oboje znaleźli się w kleszczach bólu, który uderzał we wszystkie tkliwe nerwy ciał. - To po prostu... bycie człowiekiem. Człowiekiem, który czuje, cierpi, żałuje i tęskni. Człowiekiem, który ma prawo się złościć, bo pierwszy raz wyciąga rękę po coś, czego nie spodziewał się pragnąć, i nie może tego dosięgnąć. Riven też postawiła na siebie, kiedy jej serce pomknęło w innym kierunku i posłuchała nowego uczucia - podkreśliła z nadzieją, że jeżeli spojrzy na sytuację z perspektyw wszystkich zaangażowanych bohaterów, przestanie obciążać swoje ramiona całą winą. Każdy z nich dokonał wyboru. Każdy z nich zdecydował, co zrobić ze swoimi emocjami, jak je wykorzystać. Niewykluczone, że po doświadczeniach z Colinem mylnie pojmowała egoizm, może tak było, ale to bez znaczenia. - Potrzebujesz czasu, żeby przetrawić swoje emocje. Wiesz, na twoim miejscu chyba w ogóle nie potrafiłabym pójść z nimi do Zakazanego Lasu, rozmawiać, widzieć ich przy sobie... - przyznała, muśnięta rumieńcem. Kto zatem był gorszy, Figg czy Croft? Croft, który mimo wszystko próbował, a to, że próba zakończyła się fiaskiem, nie było jego solową odpowiedzialnością. Nadal nie mogła zrozumieć, co kryło się w głowach Riven i Kennetha, kiedy wyruszali śladem olbrzyma, narażając nie tylko siebie, ale przy okazji też jego. - Okrzepnij, Keith - poleciła miękko, gładząc jego policzek urękawiczoną dłonią. Cienki materiał otulał palce pokryte czerwonymi śladami, będącymi pamiątkami po wydzielinie chorej mimbletonii. Nie ucierpiała tak, by czymkolwiek zarażać, ale przykrywała poparzenia, bo patrzenie na nie wbijało zardzewiałe gwoździe w żołądek i serce. - Podjąłeś mądrą decyzję i daj sobie chwilę, tak jak mówisz. Teraz... myślę, że w pewien sposób przeżywasz żałobę. Po Riven. Po tym, co razem stworzyliście i co mogliście jeszcze stworzyć. A żałoba, choć rozrywa duszę, prędzej czy później ostyga - westchnęła cicho. Oboje znali stratę, doświadczyli jej, połamali kości i kręgi, walcząc z losem, który odebrał im bliskich; on pochował tatę, ona brata, w pewnym sensie pochowała też samą siebie, Leonie z przeszłości, nieustraszoną, śmiałą i psotną. - Zawsze - uśmiechnęła się pocieszająco, słysząc jego podziękowanie. - Chcę, żebyś wiedział, Keith, że to, że twoje życie teraz się zmienia, między nami niczego nie zmieniło i nie zmieni. Nadal tu będę - przypomniała. - Możesz na nas liczyć. Na mnie i na Jaspera - uśmiechnęła się ufnie. Czuła, że nie powinna jednak dodawać nic więcej, mówić mu o oświadczynach, które niedawno przyjęła, skoro jego własne serce nadal tętniło agonią...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
28-03-2026, 18:44
Mimowolnie cicho parsknął śmiechem słysząc jej słowa. Jego wyobraźnia od razu zaczęła działać na najwyższych obrotach i zobaczył przed oczyma Leonie z bojową miną, ubraną w coś na wzór zbroi z łopatą w ręku. Był to co najmniej przekomiczny widok. I chociaż nigdy to wyobrażenie nie miało się spełnić, to wiedział, że Figg z cała pewnością byłaby w stanie jak najbardziej stanąć w obronie jego dobrego imienia. Pod tym względem byli do siebie podobni. Może Keith mniej myślał pod podjęciem takich działań, ale w sumie wychodziło na jedno. Oboje dla bliskich byli w stanie zrobić dużo, a jeśli zagrażało im jakiekolwiek niebezpieczeństwo, działali. Miał nadzieje tylko, że nie odbije im się to czkawką gdyby faktycznie doszło do sytuacji zagrożenia życia. Rozpoczęły się dziwne czasy, niepewne i tak naprawdę nie wiedzieli co ich czeka. Keith nigdy nie był specjalnie uzdolniony jeśli chodziło o magię ofensywną czy defensywną, nie przykładał do tego specjalnie uwagi w szkole. Jeśli już przyszłoby im walczyć postanowił postawić na późniejszą pomoc, dlatego tak bardzo skupiał się na magii leczniczej.
- Nikt, możesz być spokojna. Łopata nie będzie potrzebna. - pokręcił głową z rozbawieniem - Ale nie ma co ukrywać, nie jestem najostrzejszą kredką w piórniku, ale zdarzają mi się momenty. - zaśmiał się cicho puszczając jej oczko.
Nie raz słyszał, że ludzie się nie zmieniali, że były to tylko pobożna życzenia. On jednak wychodził z założenia, że jednak jest to możliwe. Może nie zawsze miało się na to wpływ, bo bardzo często to życie zmuszało nas do zmian, ale bywały sytuacje kiedy można było o tym samemu zdecydować. Życie było jedną wielką próbą i tylko od nich zależało jak przez nie przejdą. On po samej sobie widział, że nie jest już tym samym człowiekiem co jeszcze kilka lat temu. Pierwszą próbą była śmierć ojca, która zostawiła na jego psychice rany, które może już się zabliźniły, ale nadal były widoczne. Zmusiły go do większej pracy nad sobą, na podjęciu decyzji, o których wcześniej nigdy nie myślał. Teraz przechodził przez kolejną, ta nauczyła go, że są jednak rzeczy, na które jest gotowy, których chce, nawet jeśli jeszcze niedawno zapierał się rękami i nogami, że wcale tak nie jest.
Utkwił w niej spojrzenie kiedy brała pierwszego łyka herbaty. Wiedział, że nie poczeka aż napar wystygnie, za bardzo chciała jej spróbować. Uśmiechnął się delikatnie widząc te iskry w jej oczach. Właśnie dla takich widoków warto było przehandlować kilka dni dodatkowej pracy w aptece i wiedział, że wystarczy jedno słowo z jej strony, że skończyła jej się herbata, a on zapewni jej kolejną dostawę.
- Ale nie da się zaprzeczyć, że egoizm jest częścią bycia człowiekiem. - odparł spokojnie i westchnął cicho - Wiesz, teraz jak o tym myślę, to ona przez to przeszła…w sensie przez to co ja teraz. I chyba nie mogę, nawet jeśli bardzo chcę, winić jej za to, że dokonała takiego, a nie innego wyboru. - wzruszył lekko ramionami.
Jeśli faktycznie czuła się wtedy tak jak on w tym momencie, to teraz doskonale wiedział co przeżywała. Było to ciężkie, ale skoro udało jej się to przerwać, to był dobrej myśli jeśli chodziło siebie. Potrzebował tylko czasu, a w tym momencie miał go tyle ile tylko sobie zamarzył.
- No nie było to łatwe, ale jednak łączą nas lata znajomości, przyjaźni. Nie mogłem tak po prostu powiedzieć im ”Idźcie sobie sami na waszą randkę w lesie”, bo to by nie było w moim styli po prostu. - pokręcił lekko głową, niektórych rzeczy się po prostu nie da zmienić - Żałoba ssie, tyle ci powiem. Ale tak, poniekąd się tak czuje. I wiem, że to minie z czasem, że uporam się z tym i będzie dobrze. - uśmiechnął się chcąc dać jej znak, że w końcu jako to będzie.
Chociaż sam się przed sobą do tego nie przyzna, to potrzebował jej zapewnień. Chciał usłyszeć, że nie ważne co się dzieje, ma ją obok siebie i może na niej polegać, tak jak ona mogła polegać na nim. Znów uśmiechnął się i skinął głową, na znak, że rozumie. Może nie miał już rodziny, takiej, z którą wiązała go krew, ale wybrał sobie nową rodzinę sam i na niej zależało mu najbardziej. Leonie należała do tej rodziny, tak samo jak Jasper, który pojawił się może na horyzoncie stosunkowo niedawno, dla niego w każdym razie, ale wiedząc jak wiele on znaczy dla jego przyszywanej siostry, był dla niego równie ważny.
- W takim razie… - wyprostował się biorąc duży wdech - zróbmy dobre ciasto i podzielimy się nim z Jasperem jak będzie grzeczny. - puścił jej oczko.

ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:05 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.