• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 10/7 > Kuchnia łączona z salonem
Kuchnia łączona z salonem
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-09-2025, 15:57
Kuchnia łączona z salonem
To najbardziej przestronne pomieszczenie w całym mieszkaniu. Na ścianach króluje odsłonięta cegła, podłogę pokrywa betonowa wylewka, której wizerunek ociepla dywan. Wysokie, pozbawione firanek okna wpuszczają dużo światła, podkreślając przestronność wnętrza. Centralny punkt pomieszczenia zajmuje salon, wyposażony w skórzaną kanapę i dwa pasujące fotele – wygodne, harmonizujące z resztą wystroju oraz stolikiem pośrodku. Stałym elementem wystroju stały się rozliczne rośliny w donicach. Po lewej stronie, w pobliżu dużego okna, znajduje się jadalnia, umeblowana w stół z drewna i cztery krzesła. W głębi pomieszczenia zaprojektowano aneks kuchenny, którego industrialny charakter podkreślają metalowe półki, surowe fronty szafek oraz funkcjonalny układ.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
08-03-2026, 13:08
Czy właśnie teraz, gdy Rafael próbował odnaleźć nowy rytm oddechu, uczył się żyć na nowo, bez tego co kiedyś sprawiało, że oddychał pełną piersią?
Pod wpływem jego słów, spokój runął w jednej chwili, rozpadł się na kawałki. Coś zmieniło swoje miejsce. I to coś sprawiało, że już nic nie będzie takie samo jak wcześniej - równie niepozorne, beztroskie, przyjemne i łatwe. Morty to wiedział. Czuł to instynktownie. Wyczuwał w drżeniu jego ramion, słyszał w szlochu jego rozpaczy.
On też się rozpadł. Rozpadł się, jak wszystkie te marzenia, które porzucił, bo zdał sobie sprawę, że znajdowały się poza zasięgiem jego możliwości.
Zawsze był czyimś wstydliwym sekretem; plamą na czystym obrusie reputacji; pustką, która przemawia ciszą; słowami, które skrywają się za kotarą milczenia. Matki, która odkryła, że jest w ciąży w wieku dziewiętnastu lat i ukrywała do momentu, aż kiełkujące w niej nowe życie zaczęło być widoczne pod materiałem ubrań. Babki, która planowała porzucić go u drzwi sierocińca, gdyby okazało się, że jest tak samo wybrakowany jak Francis. Ojca, który odezwał się do niego po trzynastu latach milczenia, tylko po to, aby porzucić go na progu dorosłości, jak bezużyteczną rzecz, której miejsce jest na śmietniku. Oswoił się z myślą, że dla Rafaela też nim będzie - kochankiem, którego nie będzie mógł pokazać światu. Wspólnymi chwilami skradzionymi komuś innemu. Sekretem, który w końcu zacznie ciążyć mu na barkach.
- Nikt tego nie wie - mruknął cicho, nikt poza przeznaczeniem, dodał gorzko. Ono wiedziało, lecz milczało. Nie przynosiło żadnej wizji ich wspólnej przyszłości, każąc go okrutnym milczeniem. To pokuta czy kara za grzechy, jakie się dopuścił? Czarne, burzowe chmury zbierały się nad ich głowami, odmierzając czas do nadejście pierwszego grzmotu, którego zwiastunem był ochrypły, paskudny w brzmieniu śmiech Rafaela. – Teraz będziesz mógł skryć się pod żałobnym całunem, przynajmniej na chwile - zupełnie tak, jak w moich ramionach, chciał powiedzieć, ale zabrakło przestrzeni na te słowa, była tylko grobowa cisza, która nastała zaraz po nich. I niewidzialna pięść zaciskająca się na jego klatce piersiowa. I zimne ostrze bólu przeszywające serce.
Chociaż mężczyzna, który zaczął uzależniać go swoją obecnością, był tuż obok, czuł bijące od niego ciepło, paraliżował go lęk - pierwotny lęk, ukryty w splotach skóry, w drżeniu mięśni, w spojrzeniu wbitym w sufit. Paraliżujący strach, że Rafael nie udźwignie wagi tego sekretu i wycofa się, zamknie ze sobą drzwi i już nigdy tutaj nie wróci. Miał dużo więcej do stracenia. Reputacje. Rodzinę. Nazwisko. Swoją tożsamość i dziedzictwo. Dunnham wiedział, jak to jest nie mieć rodziny, jak to jest mierzyć się z tą okropną, pogłębiającą się z roku na roku pustką i nie życzył tego nikomu, nawet kosztem własnej, egoistycznej potrzeby zatrzymania go przy sobie. Wiedział bowiem, że jeśli nawet Rafael podjąłby się tego ryzyka i gdzieś po drodze straciłby wszystko, zapadałby się, jak jego matka podgryzana przez chorobę, tęskniąc za tym, co posiadał, a czego mieć już nie mógł.
Powinien się od niego odsunąć. Powinien nakreślić granice, wskazać mu drzwi, pozwolić mu odejść, bo jego odejście było tylko kwestią czasu. Morty przecież oswoił się już z myślą, że nic nie trwało wiecznie; że on zwykle bywał chwilową zachciankę, obiektem pożądania, nie uczuć; że nie był warty żadnej straty ani żadnego poświecenia; że szczęście było krótkotrwałe, zaczynało się i kończyło równie gwałtownie co burza w samym środku lata; trwało ledwie kilka łapanych w pośpiechu oddechów, ledwie parę chwili, dlatego właśnie tak ich łaknął, tak łapczywie pożądał, dlatego zacisnął na nich pięści, zaciskał je w zęby, troszczył się o nie i pielęgnował jak najcenniejszy skarb.
Uśmiechnął się gorzko do swoich myśli. Zawsze nawiązywał relacje, które nie miały przyszłości. Zawsze wiązał się z kimś, kogo nie mógł mieć. Te wszystkie miłostki były jak kolce róży, na której kiedyś zacisnął rękę, by poczuć ból. Gdyby zerknął na wewnętrzną stronę swojej prawej dłoni, zapewne dostrzegłby bladą bliznę przecinającą skórę; tam, gdzie jeden z nich zatopił się głębiej niż pozostałe.
Wróć do rodziny, chciał powiedzieć, ale głos zdławił w gardle, gdy Rafael przyległ do niego jak do ostatniej szansy - jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, uśmiercając ostatnie skrawki wolnej przestrzeni, jakby ich ciała były jednym zależnym od siebie organizmem; jakby jedno nie mogło istnieć bez drugiego. I nagle Mortiego ogarnął żal, żal, że nie mógł zaoferować mu nic więcej, poza swoim ciałem drżącym pod jego dotykiem, gdy rozpinał kolejne guziki koszuli, z tym ciężkim westchnieniem i wyszeptanym Morty.
Zamarł na moment bez ruchu. Bał się, że jeśli dłużej będzie wypowiadał jego imię takim tonem, znienawidzi to jak brzmi w jego w ustach. Morty. Mort. Śmierć. Przekleństwo, które dotknie każdego, a mimo to nie chciał, aby dosięgnęło tego, co w nich ledwie napoczęte, co się w nich rodziło, co kiełkowało jak pączek rzadkiego, orientalnego kwiatu, chciałby dać temu szanse rozkwitnąć. Nie chciał tego tracić, nie chciał tracić go. Nie chciał, tak bardzo, bardzo nie chciał, ale czuł, że go traci; czuł, że się od niego oddala z każdą mijaną sekundą, chociaż ich spragnione swojej obecności ciała złączyły się w jedno, jakby były stworzone tylko po to, by być blisko siebie.
Nie umieraj brzmiało jak pożegnanie. Jak miał nie umierać, gdy Rafael go od siebie odpychał? Jak miał nie umierać, gdy w płucach brakowało mu tchu? Jak miał nie umierać, gdy nagle wszystko, co wydawało mu się, że miało znaczenie, przestało go mieć, straciło sens?
Obawiam się, że tego nie mogę cię obiecać. Umieram powoli każdego dnia, mówiło jego spojrzenie, a z ust wydobyło się tylko głębokie westchnienie na pograniczu jęku, gdy Rafael badał bezwstydnie pod swoimi palcami mięśnie jego brzucha. Wpół siedząc, wpół leżąc, zacisnął palce na dłoni, która sięgnęła paska jego spodni. Odciągnął ją, zbliżywszy nań do swoich ust.
- Nie zrobię nic co mogłoby zaszkodzić twojej reputacji - wyszeptał, otulając ciepłem swojego oddechu wierzch jego dłoni, która zaraz dotknął ustami. – I to jedyne, co mogę ci obiecać.
Przesunął ustami wyżej, wzdłuż jego kciuka, ale go nimi nie objął, podniósł za to wzrok i spojrzał mu prosto oczy. Błękit, w którym chciał zatonąć, który obecnie kojarzył sie z bezchmurnym niebem w środku zimy, bo był teraz chłodny, przesiąkniętym rozpaczą, która raniła jego dusze jak lodowate odłamki lodu. Tymi samym palcami, którą ściskał nadgarstek, sięgnął do jego karku, przyciągnął go ku sobie i objął swoimi wargami jego wargi, zamykając je w czułym, nieco lękliwym, pozbawionym zaborczości pocałunku. Geście, który był głośniejszy od słów - i stokroć od nich wymowniejszy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
12-03-2026, 14:24
Składałem już kondolencje, niejednokrotnie stojąc po stronie osób, które wymawiały pod nosem mrukliwie doskonale znane formułki, aby przejść przez cały ten rytuał zasad i tradycji. Wśród błękitnokrwistych nawet umrzeć nie można było w spokoju, bo wszystko otoczone było ramami zasad i wymogów. Pogrzeb i ponury poczęstunek tuż po nim nie mógł odbiegać od schematów, które kultywowały wielkie rody, a teraz czekało to również mnie. Miałem jednak stanąć po drugiej stronie; obleczony w czerń rozpaczy i żałoby przyjmować kondolencje od tych, którzy zapewne tak jak ja, woleliby być dziesiątki mil dalej. Albo na innym kontynencie.
Nie istniał żaden sposób, aby uczynić śmierć znośną, ani bardziej przystępną, bo nie miała w sobie ludzkiego oblicza. Nie odpowiadała na żadne z pytań rzucanych w gniewie; na żadne dlaczego, które wyrywało się z piersi. Nie miało znaczenia, że nawet nie widziałem jeszcze ciała swojej żony, białego prześcieradła okrywającego martwą istotę, która jeszcze kilka dni temu własną ręką kreśliła mi w liście słowa zachwytu nad szwajcarskim powietrzem. Nie miało znaczenia, że nie byłem świadkiem jej ostatniego oddechu, nie słyszałem ostatniego słowa. Śmierć nie stawała się przez to łaskawsza, że pozbawiła mnie, litościwie!, tych burzących spokój momentów. Nic to nie dało, skoro i tak byłem tutaj, zgięty rozpaczą na podłodze, wtulony w inne ciało, ciepłe, żywe, męskie, ciało kochanka, do którego przyszedłem jako pierwszego. Znów powtórzyłem w głowie słowa, które wypowiedziałem do niego wcześniej. Co to o mnie świadczy? Kiedy stałem się potworem?
Przyszedłem tutaj, do jego mieszkania, z sercem roztrzaskanym po wiadomości o śmierci kobiety, która przez lata była moją najbliższą sojuszniczką. Samemu rozpadając się na tak drobne fragmenty, że nie spodziewałem się, że mogą one w ogóle istnieć. Że istnieje sposób, aby rozerwać człowieka na tak małe strzępy, pozbawiając go najmniejszego oparcia w codzienności. Przyszedłem tu, zamiast tkwić w pustej rezydencji i rodzinnych portretów, pośród portretów moich i jej, gdzie powróciłyby wspomnienia, a ciężkie zasłony w oknach niczym czarny kir, przysłoniłyby zewnętrzne światło. Palatium Librae płakało, chociaż moja żona nie była Crouchem z krwi, a ja płakałem, chociaż tkwiłem w ramionach kochanka. W ramionach mężczyzny, którego nie powinienem nawet dotykać, a moja dłoń nie powinna ściskać jego paska.
Czułem obrzydzenie do samego siebie, a jednocześnie nie potrafiłem przestać. Nie potrafiłem być inny nawet w chwili, gdy tragedia przenikała mnie na wskroś; zaszyć się gdzieś samemu, przeżyć żałobę w ciszy, tak jak ode mnie wymagano, nie myśleć o tym, co będzie jutro i nie zastanawiać się, kto teraz da mi przykrywkę dla moich preferencji. Powinienem przybrać maskę zdruzgotanego męża, udawać godność i przyjmować kondolencje z ponurym wyrazem twarzy. Czemu tego nie umiałem zrobić?
- Nie chcę stąd wychodzić, Morty. Nie chcę wracać do świata, który za tydzień zapomni o tym, dlaczego ściskano mi dłoń i poklepywano po ramieniu. - Ludzie, którzy ustawią się w kolejce, aby składać wyrazy żalu i współczucia, po powrocie do domu zajmą się przecież swoim życiem i swoimi problemami. Sam tak robiłem, nie mogłem więc wymagać od innych, by razem ze mną na zawsze tkwili w smutku. Ale właśnie to mnie drażniło. Właśnie to sprawiało, że tym bardziej nie chciałem wracać do domu, bo tam w pewnym momencie... pozostanę sam. Ze swoim żalem, smutkiem, rozdarciem. Tutaj miałem Mortiego. Czysto egoistycznie, dla siebie, współczującego, chętnego do bycia ze mną, gotowego trwać u mojego boku i wspierać mnie w tym trudnym czasie. Tak deklarował. To mówiły jego ramiona obejmujące mnie tak ściśle, jakby sam chciał zadbać o to, abym nie rozpadł się bardziej.
Dlatego jego dłoń zatrzymująca moją była czymś, czego zupełnie się nie spodziewałem.
Przez krótką chwilę nie poruszyłem się ani o cal, jakbym potrzebował kilku sekund, by zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Dlaczego mnie odtrącił, dlaczego nie chciał. Co miała wspólnego moja reputacja z tym, że pragnąłem jego ciała? Rzuciłem mu szybkie, pełne niezrozumienia spojrzenie; przez sekundę nie wiedząc, co to wszystko znaczy. Czy Morty podjął decyzję za mnie? Okazał się mądrzejszy i lepiej wiedział, czym zakończy się moja obecność w jego domu? Że to złamanie wszelkich zasad, pogwałcenie odwiecznych praw nakazujących mężowi trwanie w samotności i smutku a nie na podłodze u mężczyzny, którego pożądał?
Jego palce zamknęły się wokół mojej dłoni, ciepłe i pewne, a ja poczułem na skórze jego oddech, gdy przyciągnął ją bliżej ust i ogromne poczucie ulgi, kiedy zrozumiałem, że mnie nie odtrąca. Ten gest miał w sobie tak wiele czułości, zupełnie niepodobnej do jakiejkolwiek męskiej relacji. Był tak zwyczajnie ludzki, tak naturalny, jakby Morty wykonywał go codziennie od początku świata i nigdy nie miał przestać. Zamknąłem na moment oczy.
Gdyby tylko wiedział, że jedynym wyjściem, aby nie zaszkodzić mojej reputacji, było to, w którym on znika na zawsze z mojego życia... Nie widziałem szans, abyśmy w pewnym momencie nie popełnili jakiegoś błędu, nie odkryli się zbyt bardzo, nie dali pretekstu do plotek, bo w jego obecności nie umiałem panować nad sobą i swoimi reakcjami. Nawet gdy go nie dotykałem, wystarczyło spojrzenie czujnych oczu, aby ktoś dostrzegł, jak sam patrzę na Mortiego. Tak jak nie powinien na mężczyznę patrzeć inny mężczyzna.
- Jakby chodziło tylko o reputację. - Otworzyłem oczy, napotykając jego wzrok; oczy, które w półmroku wydawały się jeszcze głębsze niż zazwyczaj. Oczy, w których przyjemnie było się zanurzyć, bo na kilka chwil pozwalały zapomnieć o wszystkim, co istniało dookoła. A potem przyciągnął mnie do siebie w pocałunku innym, niż zapamiętałem i z nim kojarzyłem. Bez pośpiechu, bez iskry pożądania, bez ognia wybuchającego z gwałtowną siłą, który ugasić można było tylko w jeden sposób: jeszcze większą gwałtownością i zaborczością. Nie było w nim drapieżnej ciekawości i badania granic, na ile możemy sobie jeszcze pozwolić w naszej relacji; gdzie tkwi nieprzekraczalna linia tego, co możemy sobie wzajemnie zrobić. Ten pocałunek był zadziwiający. Był... cichy. Słyszałem w nim bicie swojego serca i słowa otuchy, które przecież nie padły.
Mimo tego nieznanego terenu odwzajemniłem pocałunek niemal odruchowo, bo kiedy go całowałem, nie musiałem myśleć o niej, o powrocie do domu, o spojrzeniach ludzi udających współczucie. Wiedziałem, że powinienem był wstać z tej podłogi, poprawić płaszcz i wrócić do świata, który ode mnie czegoś oczekiwał, ale w tym momencie była to ostatnia rzecz, jaką chciałem zrobić, więc zamiast tego przysunąłem się jeszcze bliżej, by oddychać z Mortym tym samym powietrzem.
- Morty... - szepnąłem, choć nie wiedziałem, co tak naprawdę chciałem teraz powiedzieć. Że chcę jego ramion obejmujących mnie jak najmocniej? Że chcę zapomnieć? Że chcę choć na chwilę nie być wdowcem, nie być nazwiskiem, nie być człowiekiem z roztrzaskanym życiem? - Zabierz mnie stąd. - Poprosiłem zamiast tego, pozostawiając mu wybór. Niech mnie zabierze z tej podłogi, z tego świata, z tego istnienia. Niech mnie zabierze do sypialni, otuli swoją obecnością, pozwoli trwać tak do rana, do końca życia. Nie obchodziło mnie już nic.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
17-03-2026, 00:06
- Więc zostań tutaj, ze mną - mruknął cicho, pozwalając, aby jego słowa stały się kuszącą, otulającą zmysły obietnicą, które nie zniknie nad ranem, w pierwszym blasku nadchodzącego brzasku, a będzie trwać tak długo, jak długo będzie szukał schronienia w jego ramionach. –Tu, w tej naszej małej rzeczywistości, nikt nie doświadczy nagłej amnezji - dodał, znacznie ciszej, bo jak mógłby zapomnieć o łamiącym serce bólu, jaki odbijał się na talerzu jego spojrzenia? Czas nie leczył rany, zasklepiał je, zabliźniał, jego upływ sprawiał, że przestawały krwawić, w rzeczywistości - tej szarej, smutnej, przesiąkniętej rozpaczą, poczucie straty zostanie z nim na zawsze. Będzie mu towarzyszyć na każdym etapie życia. Nigdy nie odejdzie, czasem tylko wyblaknie jak czarna, żałobna tkania wystawiona na słoneczną ekspozycje, jej kontury złagodnieją, rozmyją się, ale czasem będą ożywiać we wspomnieniach, gdy odwiedzi grób swojej żony. – Gdyby to zależało tylko ode mnie, zatrzymałbym cię tu tak długo, aż minie procesja żałobników, wiesz?
Rzadko bywał na pogrzebach, wiec rzadko kiedykolwiek współczuł komuś straty. Zazwyczaj, gdy nie utożsamiał się z nią, gdy nic go z nią nie łączyło, nie składał kondolencji - tych kilku pustych słów, które nie znaczyły nic. Mógł sobie wyobrazić - kadr po kadrze - jak będzie wyglądać pogrzeb jego żony. Teatr wyuczonych gestów; fałszywe współczucie - jaki mi przykro okraszone smutnymi spojrzeniami, poklepywanie po plecach, krokodyle łzy - takie, jakie pojawiają się w trakcie krojenia cebuli. Wieńce pogrzebowe jako świadectwo pamięci zmarłej kobiety. Wspomnienia -niekoniecznie prawdziwe - jako muzeum pamieci. Mowa pożegnalna - bukiet pięknych słów dekorujących jej życie w kilka fraz.
Nie wyobrażał sobie, jak Rafael stoi przed tłumem, przy jej pomniku, przytłoczony smutnymi spojrzeniami i wygłasza mowę pożegnalną, dławiąc się przy tym łzami. Pewnie ktoś podda mu chusteczkę. Ktoś inny poklepie go pokrzepiająco po plecach z takim zaangażowaniem, jakby spełniał dziejową misję. Ktoś, po raz kolejny powie „to wielka strata”. A ktoś inny odnajdzie w tym pożywkę dla sensacji.
Przesunął dłonią po jego plecach, marszcząc pod palcami materiał płaszcza. Nie widział w nim potwora, który uciekał w objęcia kochanka, licząc na zapomnienia. Nie potrafił ujrzeć potwora w kimś, kto kierował się zwykłymi ludzkimi odruchami, jakie skreślały go z listy podejrzanych o bezemocjonalne wynaturzenie. Ktoś kto tak rozpaczy, ktoś kto tak mówił o zmarłej, ktoś kto tak drży, nie może być pozbawionym serca egoistą.
Obejmując go mocniej, miał nadzieje, że się nie rozleci, jak porcelanowa filiżanka w kontakcie z kuchennymi kafelkami. Obejmując go mocniej, łudził się, że łatwiej przyjdzie mu znieść tą całą sytuację, w jakiej się znalazł.
- Czasem - właściwie coraz częściej, lecz nie potrafił przyznać tego przed samym sobą, a co dopiero przed nim – gdy czuję cię tuż obok, lubię sobie wyobrażać, że świat, jaki pozostawiliśmy za drzwiami sypialni, przestał istnieć - mówił cicho, mówił spokojnie, szeptał tuż przy jego włosach, czując pod wargami ich miękką fakturę; żaden z nich się nie poruszał i tylko nierówny, przyśpieszony oddech Rafael pełnił dowód na to, że mężczyzna nadal istniał.
W Mortym żył, jak odrębny, pozbawiony konkretnej tożsamość byt, głęboko zakorzeniony pod skórą lęk; bał się, będzie dla niego tym, kim był dla innych - powierzchownym pięknem pozbawionym ostrych krawędzi rzeczywistości, które rozpadnie się jak fatamorgana na pustyni. I może właśnie dlatego, znajdując się na fali tego lęku, zamknął w klatce swoich palców jego nadgarstek, gdy zacisnął dłoń na klamerce od spodni i instynktownie ucałował go w brzeg dłoni, zanim sięgnął ustami do zakazanego owocu, jakim były jego wargi. Przez krótką chwile, w momencie, kiedy Rafael na moment zamarł, Morty spodziewał się, że się od niego odsunie, powie, że dłużej tak nie może, że musi wracać, że nie chce jego uczuć, jego współczucia, że zwyczajnie go nie chce, ale zamiast tego - po kilku sekundach zamkniętych jakby w wieczności - odwzajemnił pocałunek z tym samym ckliwym oddaniem, tak odległym od zapalczywości, jaką sobie wcześniej dawali. Iskra pożądania nadal tliła się w jego trzewiach, ale zdołał ją stłumić - ni to ze względu na wcześniejszy kontakt wzrokowy, jaki sobie podarowali (inny od reszty, ale równie intensywny, jakby jeden chciał zatracić się w spojrzeniu drugiego, on chciał zatonąć w tym błękicie, wtedy wszystko wydawało się dużo prostsze łatwiejsze, wtedy nie tylko gubił oddech, ale też samego siebie, zatracał się w tym, co przynosiło mu szczęście, w tym co sprawiało, że w jego sercu tkwiła wiosna), ni to w obawie, że zwykły popęd zrujnuje to co unosiło się w powietrzu.
Pocałunek trwał dłuższą chwile, był czuły, był delikatny, był cichy- pełnił rolę emocjonalnej zapory. Zupełnie inny od tych, jakie składał na jego wargach, pozbawiony pośpiechu. Wilgotny, lepki jak łzy, które spływały po męskich policzkach.
Odsunął swoje wargi od jego warg na odległość oddechu, a ciche wyszeptane Morty na wpół łamiącym się głosem, sprawiało, że ucałował go najpierw w jedną, a potem drugą powiekę. Nieważne, czy chciał zapomnieć, czy chciał tonąć w jego objęciach, czy chciał zostać utulony do snu przez rytm ich oddechów, lub zatracić się w gorączce pożądania, którą w sobie rozpalali. Nieważne, bo zabierz mnie stąd zabrzmiało jak prośba, jak modlitwa.
Gdzie mam cię zabrać?
Nie ma świata, który nie zna cierpienia. Nie ma świata, w którym nie istnieje ból. Nie ma świata, które przewiduje dla nas szczęśliwe zakończone.
- Zdejmij płacz - wymamrotał cicho, całując go najpierw w kącik ust, a potem prowadząc usta niżej - najpierw ku krzywiźnie szczęki. Pozostał tam do momentu, az nie rozpiął pierwszych guzików jego koszuli – tych, które zakrywały jego szyje. Potem spacer warg Mortiego skończył się właśnie tam, w zagłębieniu jego szyi. I pozostawił je tam na trochę, wraz z mgiełką swojego oddechu, jednocześnie obiema dłońmi pomagając mu pozbyć się ciążącego mu na ramionach płaszcza. - Zostań ze mną - mruknął cicho, w jego skórę, było w tym coś błagalnego. Dzisiaj. Do rano. I jutro. I pojutrze. Do końca lata. I może świata.
Jutro też jest dzień; kolejny akt tragedii, jaką nosił pod sercem; cichy wodospad ludzkich krzywd.
Chciał uśmierzyć jego ból, lecz nie wiedział jak tego dokonać; jak przegonić kłębiące się pod sklepieniem czaszki burzowe chmury myśli; jak ulżyć w cierpieniu, które wydzierało z jego spojrzenia. Fizyczne uciechy nie stanowiły remedium na jego dolegliwość. Nie chciał pocieszać go w ten sposób. Nie chciał, aby patrzył na niego właśnie tak - jak na obiekt pożądania. Chciał-
Westchnął cicho.
- Lubię myśleć, że muzyka ulecza ludzką duszę - odezwał się, wsuwając obie swoje dłonie w jego dłonie - nieco szorstkie, ale przyjemne w dotyku, ciepłe, trochę drżące od nadmiaru tętniących w nich emocji. – Myślisz, że mogła być także twoim lekarstwem?
Moja muzyka, Rafaelu, myślisz, że mogłaby tego dokonać? Być lekarstwem na trawiący cię ból, a ja - receptą, zanim zupełnie zatracisz się w poczuciu krzywdy?
Wstał, ciągnąc za sobą kochanka, którego nie mógł znieczulić na towarzyszący ból, ale mógł mu nieść ukojenie. Droga do sypialni była krótka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
21-03-2026, 18:41
Zaczynałem chyba rozumieć, dlaczego moje własne kroki przywiodły mnie na Pokątną, prosto pod drzwi Mortiego, zamiast odmówić posłuszeństwa jeszcze w Palatium Librae i zatrzymać mnie na miejscu. Świadomość tej nagłej prawdy, która do mnie dotarła w chwili, gdy Morti wyszeptał swoją zgodę na to, abym został, na krótką chwilę wlała mi w płuca haust życiodajnego powietrza. Mogłem w końcu wziąć głęboki oddech, którego tak bardzo potrzebowałem i uspokoić drżące myśli, do tej pory szalejące w mojej głowie bez żadnej kontroli. Poczucie winy i pożądanie, smutek z powodu straty żony i szczęście z obecności Mortiego, nawet niepewność jutra i przekonanie o swoim przypieczętowanym losie, to wszystko mieszało się ze sobą, burząc we mnie jakiekolwiek poczucie stabilności.
I nagle jedno zdanie, jedno zapewnienie, że mogę zostać, jedna myśl, że Morti jest obok, więc nie muszę się niczym martwić i nagle wszystko było już w porządku. Otarłem się nosem o jego policzek i odszukałem wargami lekko szorstką skórę. Drobne, kłujące drobinki zarostu, w których przyłapałem go po raz pierwszy, zupełnie jakby z a w s z e przed spotkaniem ze mną dbał o to, aby się ogolić. Uśmiechnąłem się sam do siebie na tę absurdalną, zupełnie bezsensowną myśl, która naszła mnie zupełnie niespodziewanie pośród pochmurnych myśli o żałobie.
- Kłujesz - uświadomiłem go rozbawiony i na dowód przejechałem palcem po jego lewym policzku. - Bardzo męsko - dodałem z mruknięciem pełnym aprobaty, jakbym nagle zapomniał, jak się tu znalazłem, co tu robię i dlatego zapłakany leżę na podłodze, która na pewno nie należała do najczystszych podłóg w Anglii. W głowie mi się lekko kręciło, gdy próbowałem wstać; może nie czułem już aż tak bardzo skutków wypicia whisky, ale organizm szybko sprowadził mnie na ziemię pokazując, że będę musiał zapłacić cenę za szukanie pocieszenia w alkoholu.
- Zostanę na noc - poinformowałem Mortiego najbardziej trzeźwym tonem, na jaki było mnie stać, chociaż noc wcale nie była aż tak bliska. Wciąż pozostało kilka godzin, zanim słońce zupełnie zniknie za horyzontem, ale nie miało to znaczenia. Przyszedłem do Mortiego, bo potrzebowało tego moje ciało i moja głowa, nawet jeśli sam nie do końca panowałem nad własnymi potrzebami. Gdybym postępował tak, jak wypadało postępować, siedziałbym teraz w czterech ścianach pałacu i przeżywał swój smutek samemu.
Nie chciałem być sam. Samotność była zbyt przytłaczająca, a ja nie zamierzałem cierpieć dla samej idei cierpienia. Powoli docierało do mnie, że świat się nie skończył, chociaż właśnie tak się czułem. Jakby wszystko runęło, a ja tkwiłem pod zwałami kamienia, których nie dało się unieść. Świat się nie skończył, więc musiałem żyć dalej; nieść ciężar, który dopiero kreował się na moich barkach, odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wziąć się w garść. Nie zapomnieć o niej, ale i pamiętać o sobie.
Bo poza sobą samym, poza wiernością samemu sobie nie miałem już nic. A tutaj był on i ciepło jego dłoni, i miękki głos, i namacalna obecność; prawda o sobie, którą ukrywałem przed światem. Czy to była właśnie ta chwila, w której wszystko się kończyło? Czy raczej ta, w której mogło się zacząć coś nowego?
Po raz pierwszy od wielu godzin poczułem, że nie musiałem przepraszać za swój egoizm, bo ten był naturalnym odruchem; żyłem i miałem przed sobą całe życie i choć moja żona je straciła, mój żal i samobiczowanie nie przywróci jej do żywych. Nie miało znaczenia, jak długo i jak bardzo będę pokutował, ona nie dostanie kolejnej szansy na oddech. Z tych wszystkich rzeczy, które mogłem teraz zrobić, zatroszczenie się o samego siebie wydawało mi się najlepszym wyjściem. Nie zapomnieć o niej, ale i pamiętać o sobie, powtórzyłem w myślach, wczepiając się w Mortiego i podejmując kolejną próbę wstania z podłogi. Złapałem go mocno w pasie, gdy świat dookoła zaczął wirować i cicho zakląłem pod nosem, ale pozwoliłem się podnieść, jakbym nie miał w sobie już własnego ciężaru, jakby moje ciało było tylko czymś, co reaguje na jego dotyk, na jego decyzje, na jego obecność.
- Nie wszystko da się zaleczyć, ale... Czy możemy dzisiaj udawać, że wszystko jest w porządku? - zapytałem, krok za krokiem podążając w stronę sypialni, w której spędziłem już trochę czasu. Wciąż czułem pod skórą przyjemne mrowienie wywołane jego obecnością i pocałunkami, więc kiedy znaleźliśmy się w środku, bez chwili wahania ściągnąłem płaszcz, który spadł za podłogę i uśmiechnąłem się do swojego towarzysza, przysiadając na łóżku. No dobrze, właściwie to zwaliłem na nie swoje cielsko, nagle pozbawione oparcia męskich rąk i zapadłem się w poduszkach twarzą w dół. Ledwie mogłem oddychać, ale nie miałem siły, by przewrócić się na plecy.
Wymamrotałem coś niezrozumiałego, bo każde z moich słów tłumił materiał, jednak po chwili poczułem, jak silne dłonie Mortiego łapią mnie mocno i przekręcają na łóżku. Zamknąłem oczy, wyciągając się wygodnie i czując nadchodzącą senność wywołaną emocjami, zmęczeniem i alkoholem, która powoli wypierała pożądanie i podniecenie. Chciałem wyciągnąć rękę w stronę Mortiego, ale ta bezwiednie opadła w dół, zatrzymując się na moim brzuchu. W porządku, innym razem to zrobię, teraz po prostu zasnę.

z/t x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.