• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Dziedziniec
Dziedziniec
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-10-2025, 13:40

Dziedziniec
Rozległy dziedziniec Hogwartu tętni życiem od świtu do zmroku. Wysokie mury zamku rzucają na kamienne płyty długie cienie, a pośród nich rosną wiekowe lipy, których liście szeleszczą, gdy tylko powieje chłodny wiatr od jeziora. Pośrodku dziedzińca stoi stara fontanna z kamiennym dzbanem, z którego nieustannie sączy się woda – podobno zaklęta, by nigdy nie zamarzać. Tu uczniowie przemykają między lekcjami, słychać śmiech, trzask skrzydeł sów i szuranie pergaminów niesionych przez podmuch. Czasem wśród kamieni mignie duch albo szkolny skrzat, a nocą płomień pochodni oświetla ciche rozmowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
Conrad Bones
Zwolennicy Dumbledore’a
it's hard to enjoy practical jokes when your whole life feels like one
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
24
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
10-03-2026, 20:44
Oczywiście, że wspominają go znacznie lepiej, pomyślał z przekąsem. Ambrose był urodziwy, co szkolni koledzy mogliby mu łatwo wybaczyć, gdyby nie był do tego tak wielce schludny i poukładany, co dawało koleżankom pole do fanatycznego idealizowania Gryfona. Nijak nie szło stawać z nim w szranki, bo kolejnym powodem do zawiści był jego sportowy talent. Jeśli ktoś ma wszystko bez większego wysiłku, a Day w szkolnych latach właśnie takie wrażenie sprawiał, to łatwo staje się obiektem zbiorowej zazdrości. Młodzieńcze emocje czasem nie pozwalały dostrzec, że sukcesy nigdy nie przychodzą same – dobre oceny to efekt pilnej nauki, coraz większa płynność w locie na miotle podczas meczy Quidditcha to wynik ogromnej liczby treningów.
– Skoro jego zagadują koledzy, ty mógłbyś zamienić kilka zdań z koleżankami, te akurat lepiej wspominają ciebie. – Co w jego mniemaniu było czymś paradoksalnym, bo ich serca potrafiły łamać się za każdym razem, gdy nie dostrzegałby z jego strony żadnych oznak odwzajemnienia uczucia. Dlatego w ramach rekompensaty mógłby trochę pocierpieć podczas tego zjazdu absolwentów poprzez wysłuchanie kilku fanek z dawnych lat, to pozwoliłoby Conradowi uwierzyć, że wszechświat zawsze dąży do równowagi.
W odpowiedzi na gratulacje machnął niby niedbale ręką, lecz w rzeczywistości poczuł cień dumy. Przegrać w finale turnieju pojedynków to żadna hańba, bo tylko dwie osoby dochodzą do tego etapu. – Nie ma co lekceważyć kobiecej intuicji. Gdzie Merlin nie może, tam Morganę pośle – przestrzegł siebie i rozmówcę przed rodzajem żeńskim, ponieważ sam wielokrotnie był świadkiem tego jak czarownice funkcjonujące w ministerialnych służbach potrafią rzucić zupełnie inne światło na prowadzone sprawy choćby dzięki mocniej rozwiniętej empatii.
– Papieroskiem nie pogardzę – chwycił za jednego, szybko wyciągając z kieszeni spodni smoczą zapalniczkę, ale dłoń zamarła w połowie drogi, bo kolejne słowa zmusiły go, aby spojrzeć na blondyna z dozą niedowierzania. Czasem zastanawiał się czy Day wypowiada słowa bez głębszej refleksji, nieświadomy tego jak finalnie wybrzmią, gdy już opuszczą jego usta. To całe wbijanie drobnych szpileczek u kogoś innego wywołałyby irytację czy oburzenie, ale dla Conrada były lekkim pstryczkiem w nos. Dobrze było mieć już te trzydzieści sześć lat na karku, rosnący wraz z wiekiem bagaż doświadczeń najlepiej wystudza temperament. Ostatecznie do swojego kawalerskiego stanu zdecydował się podejść z humorem. – Nie spodziewałem się, że mógłbyś którejkolwiek kobiecie życzyć, aby związała swój los właśnie ze mną – zażartował dość śmiało, krytycznie podchodząc do własnej osoby i to nie bez powodu. Miał już swoje lata i wyrobione nawyki, przez które ciężko dopasować się do rytmu życia drugiej osoby. Wybranka jego serca musiałaby mieć do niego anielską cierpliwość, aby znosić jego humory dzień w dzień. Włożył papierosa do ust, odpalił od płomienia zapalniczki, która zaraz zaoferował również rozmówcy.
Takie otwarte przyznanie się do rozwodu było niespodziewane, ale Ambrose miał rację, Conrad już o tym przykrym fakcie wiedział, choć szczegóły wyleciały mu z głowy. – Ja tam się cieszę, że nasze drogie matule mogą sobie poplotkować, nawet jeśli to my jesteśmy ich głównym tematem. Chociaż tak mogę się odwdzięczyć za bycie postrzelonym synem. – Takie to są uroki dorastania w sąsiedztwie pełnym dzieci, pociechy ze wszystkich rodzin na każdym etapie życia są do siebie porównywane. – Ale błagam cię, ubierz choć raz pożółkłą od potu koszulę albo brudne spodnie, bo szlag mnie trafi, jeśli kolejny raz dostanę pogadankę o arcyważnej roli prezencji czy garderoby. Może zalicz twarde lądowanie na miotle w przydomowym ogródku mojej mamy, co? Najlepiej to wleć prosto w pokrzywy, to będę miał się z czego pośmiać przy kolejnym niedzielnym obiedzie.
Mogliby wspólnie w Dolinie Godryka założyć klub zrzeszający nieudanych synów, pewnie zasypałaby ich cała tona zgłoszeń. Może wreszcie ukochane rodzicielki poczułyby na własnej skórze jak to jest, gdy ktoś bliski dzieli się z innymi całą litanią gorzkich żali.
– Niestety nie ma szans żebyś zleciał z miotły, nawet podczas najbardziej intensywnych meczy wydawałeś się do niej przyklejony. Pamiętasz jak powaliłeś tłuczkiem tego kretyna Gibbona? Ja naprawdę nie wiem jak ty wtedy znalazłeś pozycję do tego uderzenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#32
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
19-03-2026, 13:53
Odpowiedź dla Violet Macnair
Odpowiedź dla Freddy Krueger

Wiedziona pokusą, by dziś wystawiać go na wszelki możliwy dyskomfort - tak, by z czasem mógł się z nim oswoić - postanowiła nie odpowiadać na zadane przez niego pytanie. Bo co właściwie mogło stać się z truskawką na talerzu? Prawdziwa zagadka. Godna najlepszego detektywa. Odkąd go poznała, dość szybko zrozumiała, że lubi wiedzieć. Że to właśnie wiedza daje mu poczucie kontroli nad sytuacją i pozwala minimalizować wszystko to, co mogłoby się wydarzyć - choć wcale nie musiało. Chciał być przygotowany. Dmuchać na zimne. W pewnym sensie przypominało to jej własne mechanizmy. Z tą różnicą, że ona dmuchała na zimne w relacjach z ludźmi, nie w sprawach tak niewielkiego kalibru. Nie wiedziała, ile z zastosowanych dziś technik w ogóle na niego wpłynie. Nie miała też pewności, czy nie sprawi tym wszystkim, że zamknie się jeszcze bardziej. Ale jedno było pewne - odkąd pojawili się w swoim życiu, odkąd postawiła nogę na jego barce, wszystko działo się bez planu. I może właśnie do tego zaczynał się już powoli przyzwyczajać.
- Och, Freddie - zaczęła, bo sposób, w jaki postrzegał samego siebie, pozostawiał wiele do życzenia. - Głupka? Naprawdę myślisz, że to wyznacznik życia? Mieć pracę i brzydką żonę? - na jej twarzy pojawiło się wyraźne powątpiewanie. - Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile osób mogłoby ci pozazdrościć tego, że robisz w życiu to, co lubisz, a nie to, co musisz. - zawiesiła na nim spojrzenie. - A żona? Jeszcze sam się zaskoczysz. - powiedziała to z przekonaniem. Bo choć bywał zamknięty i nieco wycofany, nie sposób było odmówić mu pewnej… atrakcyjności. Dopiero stawiał pierwsze kroki w świecie pełnym ludzi. Dopiero zaczynał odkrywać, co się z tym wiąże. Nie miała wątpliwości, że prędzej czy później spotka kogoś, kto zawróci mu w głowie. Kogoś, kto wydobędzie z niego zupełnie inną naturę. - Zresztą… spójrz choćby na Philippę. Wydawała się być tobą bardzo zainteresowana. Riven zresztą też, choć ty chyba nie byłeś nią zainteresowany. - dodała to spokojnie, niemal mimochodem, jakby mówili o czymś całkowicie trywialnym. Całość skwitowała lekkim przechyleniem kieliszka.
Temat Mary Goyle działał na nią w dość specyficzny sposób. Z jednej strony wiedziała, że obecność tej kobiety w żaden sposób nie powinna wpływać na jej obecne życie. Z drugiej jednak wspomnienia, które nieproszone do niej wracały, sprawiały, że krew zaczynała wrzeć w jej żyłach. Może prawda była taka, że człowiek nigdy tak naprawdę nie pozbywa się zdania o pewnych ludziach. Że ono jedynie z czasem się utwierdza. - Nie ruda - odparła, kręcąc głową. - Miała ciemne włosy. Niemal czarne. -dodała to spokojnie, choć przecież pisała mu o tym w liście. Najwyraźniej umknęło mu to całkowicie. Określenie jej mianem „ładnej” znów wywołało w niej znajomy dyskomfort. Ten jednak szybko ustąpił, gdy Freddie zaczął się tłumaczyć w swój charakterystyczny, nieco nieporadny sposób. Uśmiechnęła się. - Myślę, że dla niektórych mogła być… atrakcyjna. - słowo to przyszło jej z wyraźnym trudem.
Pojawienie się Violet przyniosło wyraźną zmianę - lekką, niemal odczuwalną w powietrzu. Prawdę mówiąc, niewiele było osób ze szkoły, z którymi naprawdę chciałaby dziś utrzymywać kontakt. Z którymi chciałaby się widywać. A jednak, odkąd spotkały się w sklepie zielarskim, coś się zmieniło. Zdała sobie sprawę, że Violet jest jedną z tych osób, których obecność nie ciąży. Przyjaźń mogła się zmieniać. Dojrzewać razem z nimi. A w świecie, który nieustannie się przesuwał, wciąż był pełen nowych zmiennych, dobrze było mieć choć jedną stałą - coś, co łączyło to, co nowe, z tym, co już znane. Uśmiechnęła się znacząco na słowa kobiety. Bo przecież już je kiedyś słyszała.
- Spokojnie, Violet też nie jest fanką naszej szkolnej koleżanki - odparła z uśmiechem, widząc zakłopotane spojrzenie brata. - Ale nie ma sensu ciągnąć tego tematu. Całe szczęście, że jeszcze na nią nie wpadłam. - dodała to z lekkim wzruszeniem ramion, jakby chciała tym jednym gestem zamknąć sprawę.
Pokiwała głową ze zrozumieniem na słowa kobiety. Opuszczając mury szkoły, była przekonana, że robi to raz na zawsze. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że ktoś kiedyś zechce zorganizować zjazd absolwentów - i to nie jednej szkoły, a trzech. - My jeszcze doskonale pamiętamy to miejsce. Pewnie gdyby się uprzeć, nasze szpargały wciąż gdzieś tam są. - uśmiechnęła się lekko. - Ale co mają powiedzieć ci, którzy skończyli szkołę… dziesięć lat temu? - w jej głosie pobrzmiewała nuta zamyślenia.
- A twój brat, Violet? - zapytała, unosząc lekko brew. Ostrożnie. Jakby nie chciała zdradzić czegoś, co mogło wciąż uchodzić za tajemnice. - Bo wiesz, Freddie… to całkiem ciekawa historia. Okazało się, że Violet też niedawno odnalazła brata. Wierzysz w przeznaczenie? W los, który podsuwa nam pod nos konkretne scenariusze? - była ciekawa jego odpowiedzi. Bo może Violet mogła w jego przyszłości dostrzec coś co by w końcu napełniło go nadzieją i optymizmem. Co by dało mu wiarę, że to lepsze w końcu przyjdzie.
Organizatorzy wyraźnie się postarali, by goście mogli poczuć się znów jak w szkole. Turniej pojedynków, olimpiada, bal - a do tego stoły uginające się od smakołyków, które aż prosiły, by nie odchodzić od nich zbyt daleko. Coraz bardziej doceniała ten pomysł. Nawet jeśli wciąż nie wiedziała, co przyniesie dalsza część wieczoru. Pokręciła głową. - Turniej pojedynków to nie dla mnie. A na olimpiadę też się spóźniliśmy. - uśmiechnęła się szerzej. - Zresztą nie wiem, czy tęsknię za egzaminami. W życiu jest znacznie łatwiej, kiedy jedyną osobą, która ocenia moją wiedzę, jestem ja sama.
Na moment przeniosła spojrzenie na brata. - Na bal na pewno pójdziemy - dodała zdecydowanie, bowiem decyzja została już podjęta za nich oboje. - Choćby po to, by zobaczyć pięknie tańczące pary.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#33
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
20-03-2026, 00:16
Odpowiedź dla Freddy Krueger
Odpowiedź dla Loretta Krueger
Upewniwszy się, że w niczym im nie przeszkodziła - chociaż podejrzewała, że nawet gdyby tak było, to nie powiedzieliby o tym wprost, bo byli na to zbyt uprzejmi; a przynajmniej tak myślała o Loretcie, czy jej brat mógłby być wiele inny, chociaż wychowany w innym domu? - Violet poczuła się zdecydowanie swobodniej. Zwykle nie potrzebowała towarzystwa innych ludzi, lecz w tym ogromnym tłumie wędrując w pojedynkę czuła się dziwnie. Jak wyrzutek. Dlatego dostrzegłszy znajomą twarz Loretty, którą już w szkole darzyła ogromną sympatią, przylgnęła do nich jak rzep do psiego ogona.
Z uśmiechem odebrała od jej brata kieliszek wina i uniosła do ust, smakując trunek; wydawało się całkiem niezłe, zdawało się, że Ministerstwo Magii nie oszczędzało na organizacji. Była ciekawa, czy to obróci się przeciwko nim - i nazajuitrz w Proroku Codziennym nie padną oskarżenia, że trwonią publiczne pieniądze na niepotrzebne bankiety.
- Mary Goyle? - podjęła natychmiast, nadstawiając ucha, nagle zaintrygowana tematem. Wspomnienie nielubianej, szkolnej koleżanki przywołało na usta Violet dziwnie złośliwy, w pewien sposób kwaśny uśmiech. - O kimś tak zarozumiałym i zadufanym w sobie rzeczywiście warto mówić. A to, że na nią nie wpadłaś, to dziwne. Ona i jej wielkie ego pewnie zajęłyby połowę przestrzeni w Wielkiej Sali, ale cóż... Może dziś nie ma się czym pochwalić, więc woli ukrywać się w domu - skomentowała złośliwie, nie potrafiąc się powstrzymać, bo wspomniana dziewczyna bardzo działała jej na nerwy. Fred plątał się we własnych słowach, wspominając o piegach Mary Goyle; nie zdziwiłaby się wcale, gdyby miał nadzieję ją spotkać, bo urody nie można było jej odmówić. A uroda często przysłaniała chłopcom i mężczyznom trzeźwy osąd sytuacji. Violet z trudem powstrzymała przewrócenie oczyma, przypominając sobie, że druga płeć bywała tak powierzchowna...
- To ciekawe - skomentowała lakonicznie, nie rozwijając tematu; teraz sobie przypomniała, samo imię niewiele jej mówiło, rzeczywiście pamiętała jego twarz ze wspólnych lekcji i z Pokoju Wspólnego, ale nigdy nie mieli ze sobą zbytnio do czynienia. Nie przypominała sobie, aby choć raz siedzieli w jednej ławce. Wolała więc podjąć inny temat i uniknąć pytań, czy rzeczywiście go nie pamiętała; nie chciała wyjść na nieuprzejmą ignorantkę. Chociaż temat jej własnego brata również nie był zbyt wygodny...
- Chyba go widziałam... Gdzieś w tłumie, ale nie mieliśmy okazji porozmawiać, chyba jest zajęty - powiedziała wymijąco. - Właśnie, Freddie, wierzysz w przeznaczenie? - podjęła z ciekawością, wwiercając w chłopaka świdrujące spojrzenie, gotowa do wykładu, dlaczego nie powinien mieć wątpliwości w to, że ich życie zapisane było w gwiazdach; niech tylko odpowie, że nie, a on jest kowalem własnego losu... - Żałuję jedynie, że los nie zesłał mi wizji, w której wygrywam sto galeonów - zażartowała, choć było to do niej raczej niepodobne. Nie zwykła żartować ze spraw tak poważnych, ale wypiła już tego wieczoru trochę wina.
Idąc za przykładem młodszego Kruegera sięgnęła po dyniowy pasztecik. Nie zjadła dziś wiele, a alkohol pity na pusty żołądek mógł zemścić się na niej później - a wieczór miał być długi. Nie chciała przegapić już więcej, niż tę nieszczęsną olimpiadę, o której wspomniała zaraz po swoim żarcie. Zachęcona przez rekomendację Freda zbliżyła się do stołu, aby zajrzeć do misy z gulaszem.
- Byłbyś tak uprzejmy i nałożył mi go troszkę? - spytała niewinnie, uśmiechając się do niego filuternie. - Kadryl, Freddie. Kadryl to taki taniec dworski - wyjaśniła mu cierpliwie, zwracając spojrzenie ku jego siostrze, która potwierdziła, że wybierają się na bal maskowy. - Tylko patrzeć? Dajże spokój, taka dziewczyna jak ty, z pewnością długo nie będzie stała sama. Prawda? - Potwierdzenia szukała u byłego Krukona. Ciekawa była, czy zachowywał się jak wielu starszych braci - i kiedy tylko jakiś mężczyzna zbliżał się do jego siostry, to budził się w nich pies stróżujący. - A chciałabyś, aby do tańca poprosił cię ktoś... konkretny? - kontynuowała Violet zaczepnie, spoglądając wciąż na blondynkę; wcale nie była wścibska, a tylko ciekawa, czy miała kogoś na oku. Podejrzewała, że taka piękność miała adoratorów na pęczki - a zasługiwała na nich po stokroć bardziej niż jakaś piegowata Mary Goyle.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#34
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
20-03-2026, 23:23
Odpowiedź dla Conrad Bones

- Och, nasze koleżanki pewnie już są mężatkami, nie wiem co im po wspomnieniach o mnie. - odpowiedział Conradowi dość dosłownie, ale potem poświęcił tej myśli odrobinę namysłu. Mijali się z Bonesem w Dolinie, ale jakoś nigdy nie rozmawiali o szkole, a auror zdawał się... lepiej poinformowany.  Koledzy rozmawiali z nim równie chętnie jak z Titusem, a koleżanki pewnie też wspominałyby go miło—z momentów, gdy obok nie stał Day. W przeciwieństwie do Bonesa, Ambrose doskonale wiedział dlaczego tak się działo, ale oczywiście nie zdradzał mu—nie zdradzał nikomu, o ile ktoś się nie domyślił—przyczyn tego stanu. Wolał, żeby myślano, że to kwestia wysokiego wzrostu i schludnego ubioru i tylko tyle. - Choć przyznam, że nie wiem co u nich - bo przecież samemu miał (do niedawna) żonę i nie plotkował. - Była taka Jeneva, rok wyżej od nas. Jedyna, która dała mi kosza, w sumie ciekawe co się z nią stało? - zaczął z subtelnością młota. Z Jenevą zaręczył się Titus już po Hogwarcie, a potem go rzuciła, a potem Ambrose został persona non grata w szkockiej wsi gdy urok wili jakoś nie zadziałał na to, by do niego wróciła. Z perspektywy Conrada była jednak tylko ich koleżanką z Domu Lwa i Ambrose założył, że może w przeciwieństwie do niego Bones ma lepszy kontakt (i dostęp do plotek) z osobami z ich domu. Nie założył za to nic o tym, czy jego własna mama rozplotkowała dwadzieścia lat temu mamie Conrada o sytuacji życiowej jego najlepszego przyjaciela (prawdopodobnie tak, ale taka logika nie mieściła się w ramach świata Ambrose'a - bo i czemu mamę Conrada by to interesowało?). Samemu nie wiedział, co stało się z tamtą lafiryndą, ale jaką satysfakcję sprawiłby mu jakiś nudny los!
Nie, żeby samemu miał się czym chwalić—ale przynajmniej lubił swoją pracę.
Od wspomnień przeszli prędko do swojego obecnego życia. Do finału, którego Ambrose gratulował Conradowi szczerze, doceniając sportową rywalizację. Nie przewidział jeszcze, że za kilka dni usłyszy opowieść o pojedynku Bonesa od własnej matki—przeinaczoną (zbłąkane zaklęcie rozsadzi w niej skrzydło zamku, a przeciwniczką Bonesa będzie bogata panna Black, która chciała zaimponować na zjeździe jakiemuś mugolakowi o nazwisku Tonks i została wyklęta przez własną rodzinę, kto wymyślił te bzdury?) i opatrzoną krytycznym komentarzem na temat tego, że sam Day nie wziął w tych starciach udziału.
Odebrał od Conrada zapalniczkę, zapalił papierosa, oddał Conradowi zapalniczkę i zmierzył go długim i poważnym spojrzeniem, które zdradzało, że chyba nie zrozumiał jego żartu.
- Dlaczego miałbym jej tego nie życzyć? Biuro Aurorów gwarantuje ci stabilną pensję, jej teściowa nie byłaby... - zawahał się. Czy pani Bones nie byłaby niemiła? W sumie, nie miał empirycznych podstaw by to stwierdzić, mało z nią rozmawiał. - Twoja matka jest milsza od mojej. - ale to wiedział na pewno. - Ale moja mówi o tobie same dobre rzeczy. - spokojnie zaciągnął się papierosem, nie zdradzając frustracji—bo chyba jej nie czuł. Przyzwyczaił się. - Inna kwestia, że kobiety przeważnie są nielogiczne i trochę ślepe w kwestiach uczuciowych. - mruknął, przynajmniej kierując się własnym doświadczeniem. Fakt, że podobał się każdej, ale tylko z uwagi na wygląd i aurę... uczynił go w tej kwestii dość cynicznym. Pewnie gdyby nie nastoletnia wpadka i dzieci, ożeniłby się czysto pragmatycznie, wybierając osobę, z którą miałby kompatybilne nawyki. Albo wcale.
- Na twojej matce większe wrażenie zrobi fakt, że mam niewyprasowaną koszulę albo spadłem z miotły niż fakt, że się rozwiodłem i przez to mieszkam z moją matką? - odpowiedział na propozycję (żartu nie wyczuł...) Conrada z lekkim niedowierzaniem. Bones był kawalerem i miał gdzie mieszkać. Mama mówiła, że lepiej być wdowcem niż rozwodnikiem—po zjeździe Ambrose będzie musiał ją dopytać, czy lepiej być wdowcem niż kawalerem, ale na pewno lepiej być kawalerem niż rozwodnikiem.
- Nie ma szans. - przyznał. - Ale... może mógłbym powiedzieć twojej matce, że zleciałem? - może mu uwierzy, jeśli będzie wyglądał przystojnie, a zawsze tak wyglądał. - Jeśli ty powiesz mojej, że jakiś twój zmyślony kolega z Biura Aurorów też się rozwiódł. - zachęcił Conrada do podłego kłamstwa w ramach pragmatycznej wymiany przysług.
Jego dość pokerowa twarz zmieniła się nagle, gdy Bones wspomniał tamten mecz. Oczy rozbłysły, a na ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Och, mogę ci zdradzić po latach... Trener nie znosił, gdy to robiłem - więc w ramach instynktu samozachowawczego trzymał buzię w kubeł i o jego metodzie gry wiedział wtedy tylko Titus - ale wyliczyłem kąt, pod którym najlepiej go uderzyć. Mówił, że w trakcie gry nie ma na to czasu, ale jest czas—mogłem uderzyć go wcześniej, ale wtedy miałby jeszcze szansę złapać znicza, więc czekałem na odpowiedni moment i możliwość posłania tłuczka pod kątem trzydziestu trzech stopni. - wyjaśnił z całkowitą powagą. - Wiesz, że Brown z naszego roku wciąż gra w Jastrzębiach i nie przechodzi na emeryturę? - dodał, zdegustowany. - Żałosne. Obstawiam, że przegrają tegoroczną ligę jeśli pokora nie każe mu udać się na ławkę rezerwowych. - z tych emocji aż zapomniał o papierosie. Cofnął buta, gdy prawie spadł na niego popiół, a potem zaciągnął się dla uspokojenia. - Skoro nasze matki tyle rozmawiają - zaczął nagle, jakby po namyśle - to twoja pamięta pewnie mojego ojca, hm? - zaciągnął się raz jeszcze by zamaskować chrypką, że słowo ojciec przechodzi mu przez gardło z pewnym trudem. - Moja rzadko o nim mówi. - wbił wzrok w mury zamku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#35
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
21-03-2026, 14:38
Porzuciła poruszoną kwestię truskawki podobnie jak sam owoc, dlatego chwyciłem ją w palce i finalnie wrzuciłem do ust. Słodki smak skwitowałem szerokim uśmiechem, a nawet lekkim rozmarzeniem, które biło z moich tęczówek. Lubiłem jeść, mogłem przesiadywać w kuchni całymi dniami, jednak na barce zwykle brakowało mi różnych rarytasów przez co posiłki były monotematyczne. Zjadliwe, acz nudne i powtarzalne. Tu było inaczej – trudno było mi oderwać wzrok od suto zastawionych stołów. Może faktycznie nadałbym się na kucharza? Może Loretta miała racje?
-Eee- uniosłem na nią wzrok i westchnąłem pod nosem. -Nie, oczywiście że nie. Z resztą nawet brzydka żona może być najwspanialszą osobą pod słońcem. Uroda to nie wszystko- odparłem zgodnie z własnymi przekonaniami. Rzecz jasna ceniłem w kobietach zewnętrzne piękno, dostrzegałem je i lubiłem skraść kilka cennych sekund na przyjrzenie się, mimo że wrodzona nieśmiałość zupełnie mi tego nie ułatwiała. Nie potrafiłem prawić komplementów, nawet jeśli niekiedy takowy sam cisnął się na usta – bałem się, sam nie wiedziałem tak naprawdę czego. Wyśmiania? Naigrywania się? Brakowało mi tej pewności, którą mogła pochwalić się Loretta; zawsze z podniesionym czołem i szerokim uśmiechem, bez stresu i negatywnych emocji. Wielu, w tym ja, mogło jej tego zazdrościć.
-Jestem rybakiem Lora, to żadne ekskluzywne czy dochodowe zajęcie. Ponadto ciężko pozbyć się rybiego odoru, co już zapewne wiesz- wygiąłem wargi w lekkim uśmiechu, po czym sięgnąłem po kolejny przysmak. Tym razem padło na mięsną babeczkę. -Ale fakt- rzuciłem z pełnymi ustami. -Robię co lubię- dodałem kiwając twierdząco głową. Wiele osób nienawidziło swego zajęcia i kojarzyła pracę wyłącznie z przykrym obowiązkiem, natomiast ja naprawdę lubiłem odbijać od brzegu w celu rozstawienia żaków, czy klasycznego wędkowania.
Gdy już chciałem odpowiedzieć na kwestię przyszłej żony, padło imię – Philippa. Momentalnie poczułem uderzenie gorąca, które rozlało się płomienną czerwienią po policzkach. Rozchyliłem usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko zacisnąłem je w wąską linię. Zatkało mnie. -Mówiła ci coś o mnie?- wydusiłem z siebie po dłuższej chwili, po czym sięgnąłem dłonią po szkło, z jakiego musiałem upić kilka łyków trunku. -W sensie no, wiesz- przygryzłem wargę nieco mocniej niż powinienem. -Philippa, czy coś mówiła. O nocy, no tamtej w sensie. Wiesz, tej co ty i Igor poszliście, a ona i ja, w sensie Philippa i ja zostaliśmy no i było ciemno wtedy i alkohol i- zapętliłem się, zacząłem bredzić – miałem tego świadomość. Zależało mi jednak, aby Loretta, jeśli cokolwiek wiedziała, podzieliła się ów informacjami. Moss zapewniała mnie, że wszystko jest dobrze i niczego nie żałuje, a brak czasu jest winą zjazdu i ilości przybyłych łodziami czarodziejów, ale obawiałem się, że mogła to być tylko wymówka. Może nie chciała sprawić mi przykrości? Może liczyła, że wcale nie poślę do niej listu i wspólnie będziemy udawać, że nic się nie wydarzyło? -i po prostu jestem ciekaw- dodałem ciszej z wyraźnym zrezygnowaniem w głosie i wzrokiem wbitym w ziemię. Tylko Loretta – błagam, naprawdę błagam. Nie zadawaj pytań.
Odetchnąłem z ulgą słysząc, że i Violet nie darzyła Mary Goyle szczególną sympatią. Faktycznie musiała mieć coś za uszami, skoro tak wiele ludzi wypowiadało się o niej w mało pochlebny sposób – zwłaszcza siostra, która przecież miała ogromne serce i z pewnością nie upokarzałby kogoś wyłącznie dla własnej uciechy i poklasku osób trzecich. -Nie wiem, z jakiego powodu zapamiętałem je jako rude. Na pewno nigdy takich nie miała?- wzruszyłem nieznacznie ramionami. Wydawało mi się, że kojarzę jej rysy wszak cieszyła się na korytarzach Hogwartu dużą popularnością, a jednak umknął mi równie istotny szczegół. Może ją z kimś pomyliłem?
-To prawda- to było ciekawe, że dwie dusze spotkały się na balu kilka lat po ukończeniu szkoły i mimo spędzenia siedmiu lat w jednym dormitorium dopiero tutaj mieli okazję się poznać. Nie mogłem się jednak dziwić, że wcześniej nie miała na to ochoty, bowiem byłem typowym samotnikiem. Ona zaś, skoro znała się dobrze z Lorą, zapewne brylowała w towarzystwie i nie miała czasu na takie miernoty jak ja.
Wieść o odnalezionym bracie była budująca, ale nie dostrzegłem na jej twarzy żadnej radosnej iskry – brakowało emocji, które mieliśmy my, gdy po raz pierwszy przyszło nam rozmawiać na barce oraz już później, w trakcie kolejnych spotkań. Każde wspomnienie jej imienia rozlewało w piersi znajome, łagodne ciepło, a na twarzy mimowolnie pojawiał się lekki uśmiech. Odnalezienie się to było najpiękniejsze, co mnie w życiu spotkało – mówiłem to z pełną odpowiedzialnością.
-Chyba tak. Trudno nazywać wszystko zwykłym przypadkiem- mruknąłem w odpowiedzi. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – po prostu starałem się uszanować to co dał mi los. -A wy wierzycie?- spytałem, po czym upiłem trunku. Ten przyjemnie zapiekł w gardle, nie to co mój bimber – on to wzniecał prawdziwy ogień.
-Wierzyłbym w los jak w nic innego, gdybym zesłałby mi sto galeonów. Nie pogardziłbym nawet pięćdziesięcioma. Kupiłbym sobie całą kobiałkę truskawek i jadł przez cały miesiąc tylko mięso. Żadnych ryb- zaśmiałem się pod nosem, marzenia miałem skromne. Nie byłem materialistą i nigdy nie dbałem wyłącznie o ciężar własnej sakiewki, lecz trudno było nie przyznać, że gdy pobrzękiwała w niej moneta, życie stawało się zwyczajnie prostsze. I przyjemniejsze.
-Ja…jasne- odparłem i chwyciłem talerz, aby zaraz uzupełnić go niesamowicie pachnącym gulaszem. Przed oczami wciąż majaczył jej uśmiech – tak inny, tak niepodobny do tych, które wymieniała z Lorettą. Wpadłem jej w oko? Nie, to niemożliwe. -Też chcesz?- spytałem siostry. -Nie słyszałem o nim, o tym tańcu w sensie- przeniosłem spojrzenie na Violet i wygiąłem wargi w uśmiechu, który miał być równie filuterny co jej, choć najpewniej wyglądałem jakby właśnie użądliła mnie pszczoła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#36
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
22-03-2026, 17:19
Odpowiedź dla Violet Macnair
Odpowiedź dla Freddy Krueger

Trudno było go nie doceniać. A już w szczególności wtedy, gdy w tak prosty, prawdziwy sposób mówił o swoich przekonaniach i poglądach. Wiedziała, że jego hierarchia wartości znacząco różni się od tej, którą wyznawało wielu innych mężczyzn. Że to, co dla nich wydawało się miałkie, niewystarczające -dla niego urastało do rangi czegoś naprawdę istotnego. I choć nie życzyła mu, by kiedykolwiek związał się z kobietą, którą sam uznałby za brzydką, to jednocześnie wiedziała, że patrzy dalej. Szerzej. Że nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i stereotypowe. Może była to kwestia wychowania. Może właśnie tego, że nie słuchał wszystkich tych „wartościowych” rad płynących z ust ojca. Że pozwolił sobie wyrobić własne zdanie - o świecie, o kobietach, o tym wszystkim, co z nimi związane. Choć czasem brakowało mu odwagi i obycia, miała w sobie cichą pewność, że prędzej czy później znajdzie kogoś, przy kim będzie zwyczajnie szczęśliwy. A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć. Bo szczególnie na to zasługiwał. Pokiwała głową. - Wtedy nie jest brzydka, Freddy - zaczęła z lekkim uśmiechem, przyglądając mu się kątem oka. Wiedziała, że te tematy nie należały do jego ulubionych. - Jeśli dla ciebie jest najwspanialszą osobą, to w twoich oczach jest też najpiękniejsza. Tak chyba działa… miłość. - bo choć nie wszystkim było dane ułożyć sobie życie z kimś, kogo można było obdarzyć tym najpełniejszym uczuciem, wierzyła, że jemu właśnie to będzie pisane.
Pewność siebie w ich świecie zdawała się coraz częściej być towarem deficytowym. Nie wiedzieć czemu - gdzieś po drodze, pośród wszystkich zachodzących zmian - ludzie zaczęli dostrzegać przede wszystkim własne przywary i mankamenty. Traktować je niczym drogowskazy. Pozwalać, by to one wyznaczały kierunek. Niepytana nie miała w zwyczaju zabierać głosu. Ale gdyby ktoś ją o to zapytał, bez wahania wyraziłaby własne niezadowolenie wobec takiego spojrzenia na świat. Mieli przecież tylko jedno życie - a mimo to tak łatwo je marnowali. - A gdybyś nie był rybakiem, Freddie… to kim byś był? - zapytała, przyglądając mu się uważnie. - Kim wolałbyś być? - czy zazdrościł tym siedzącym za biurkiem w Ministerstwie Magii? Tym, którzy całe dnie spędzali nad dokumentami, podejmując decyzje, które rzadko kiedy dotykały ich bezpośrednio? A może uzdrowicielom w Szpitalu Świętego Munga - tym, którzy codziennie balansowali między życiem a śmiercią, nadając swoim wyborom ciężar, którego nie sposób było zignorować? Albo właścicielom małych sklepów na Pokątnej, żyjącym rytmem własnych decyzji, zamkniętym w przestrzeni, którą mogli nazwać swoją? Bo w jego przypadku to nie los zdecydował. To on sam wybrał tę drogę.
Gdy padło imię Philippy, coś się zmieniło. W jego postawie. W mimice. Nawet gorący rumieniec rozlewający się po policzku był wystarczającym potwierdzeniem, że tej nocy na barce nie tylko wpadli sobie w oko. Rzuciła te słowa mimowolnie. Może nie do końca przemyślawszy ich ciężar. Ale czy naprawdę nie mogła spodziewać się takiej reakcji? Pewnie mogła. A jednak wciąż uczyli się siebie nawzajem.
Co właściwie powinna mu powiedzieć? Jak ubrać to w słowa, by jednocześnie nie zdradzić tajemnic przyjaciółki? - Zdaje się, że jeszcze bardziej ją urzekłeś niż wcześniej - zaczęła z lekkim uśmiechem. Na moment zawiesiła głos. - Nie powiem ci nic więcej, Freddy. - spojrzała na niego uważniej. - Ale jeśli się czymkolwiek martwisz… to naprawdę nie masz czym. A może nawet… wręcz przeciwnie. - jak trudno było mówić okrężnie o czymś, co można by zamknąć w dwóch prostych słowach. A jednak z nim nigdy nie było to takie łatwe. Widząc jego reakcję, nie miała zamiaru pytać o nic więcej. Nie była jego katem. A miała nieodparte wrażenie, że każde kolejne pytanie właśnie tym mogłoby się dla niego stać - wyrokiem śmierci.
Uśmiechnęła się szeroko na reakcję przyjaciółki. To, że kiedyś łączyła je wspólna niechęć wobec jednej osoby, nie oznaczało przecież, że dziś wciąż świadomie ją pielęgnowały. A jednak czas pokazywał, że niektóre animozje nie odchodzą tak łatwo w zapomnienie. - No właśnie. Tłumaczyłam Freddiemu, że tacy ludzie po prostu się nie zmieniają - odparła, wzruszając lekko ramionami. Był to fakt, przed którym trudno było uciec. - Nostalgia dopadła nas w tych murach, ale… koniec końców cieszę się, że to już za nami. - na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. - Może i tęsknię za truskawkową galaretką ze śmietaną… ale na pewno nie za pisaniem esejów na dwie rolki pergaminu. - westchnęła cicho. Bo choć była ambitna, zawsze wolała uczyć się tego, co przynosiło jej prawdziwą satysfakcję - nie tego, czego uczyć się musiała.
Naprawdę ucieszył ją fakt, że Freddie mógł właśnie tutaj spotkać Violet. Choć uczyli się w jednym domu, szybko stało się dla niej jasne, że tak naprawdę nigdy nie mieli okazji się do końca poznać. Nie bawiła się już w swatkę. Nie układała w myślach jego szczęśliwego zakończenia. A jednak, patrząc na to, jak wiele złych skojarzeń wiązał ze swoją szkolną przeszłością, miała wrażenie, że nawet tak prosta rzecz - jak spokojna, sympatyczna rozmowa z kimś znajomym - może pomóc mu choć trochę odczarować tę ciemną wizję.
Słysząc napięcie w głosie czarownicy, niemal natychmiast odpuściła. Nie miała zamiaru drążyć tematu, jeśli ta wciąż nie czuła się z nim komfortowo. Lorettę i Freddiego dzielił niespełna rok różnicy. W przypadku brata Violet historia była wyraźnie bardziej zawiła - a przez to i budowanie relacji musiało być trudniejsze. - Może jeszcze nic straconego - rzuciła tylko, z nutą ostrożnej nadziei. Choć przecież czarownica sama najlepiej wiedziała, czy do takiego spotkania w ogóle może dojść. Być może wszystkie możliwe scenariusze zdążyły już odbić się w kuli.
- Wolę wierzyć, że los jest w moich rękach - odparła po chwili. - Że decyzje, które podejmuję, naprawdę mają znaczenie. - nie oznaczało to jednak, że całkowicie odrzucała przekorność losu. Zbyt wiele razy doświadczała sytuacji, w których nie miała żadnego wpływu na bieg wydarzeń. A mimo to wolała twardo stąpać po ziemi. Wolała wierzyć, że to ona kieruje własnym życiem. - Violet? - uniosła lekko brew, jakby pytanie padło mimochodem. Choć przecież doskonale znała odpowiedź. Może informacja o tym czym zajmuje się przyjaciółka i jaki ma dar, jeszcze bardziej popchnie Freda do tego by uwierzyć, że jeszcze wszystko może się obrócić na lepsze.
Rzucone przez Freda marzenia były właśnie takie jego. Proste. Niewielkie. Ot, kobiałka truskawek i mięso zamiast ryb. W takich momentach najczęściej odczuwała złość wobec swoich rodziców. Bo to po prostu nie było fair. Pokręciła głową, gdy zapytał, czy też ma ochotę. Nie miała. Nawet tartaletka smakowała teraz inaczej - jakby bardziej gorzko.
Przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę i uniosła kącik ust w lekkim uśmiechu. - Przecież nie będę stała sama - odparła, wskazując wzrokiem na brata. Mieli swoją małą umowę na dzisiejszy wieczór. I przynajmniej na razie nie miała zamiaru jej łamać. - Nie, nie mam nikogo konkretnego na oku, moja droga. - zawiesiła głos na moment, pozwalając myśli popłynąć dalej. - Zamiast tych wszystkich tradycyjnych tańców mogliby po prostu pozwolić nam się pobawić. Moglibyśmy kiedyś pójść razem na potańcówkę. - na jej ustach pojawił się szerszy, niemal rozmarzony uśmiech. - Znam taki jeden pub. Co wtorek jest tam muzyka na żywo… nie macie pojęcia, jak ludzie potrafią się tam bawić. - spojrzała na nią uważniej. - A ty, moja droga? Myślisz, że będziesz długo czekać na kawalera, który porwie cię do tańca? - prychnęła cicho. - Może i nie zdążyłaś na olimpiadę, ale spóźnienie było warte zachodu. - bo trudno było nie zauważyć, jak bardzo czarownica dopasowała się do tej okazji.
Jej wzrok znów powędrował do Freda, gdy przyznał, że nie słyszał o tym tańcu. Wzruszyła lekko ramionami. - Właściwie nic nie tracisz. Myślę, że tobie też by się tam spodobało. - choć gdzieś z tyłu głowy miała wątpliwość, czy jeszcze kiedykolwiek będzie chciał wyjść z nią w podobne miejsce. Ostatnim razem skończyło się to przecież niemałą aferą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#37
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
22-03-2026, 18:37
Odpowiedź dla Freddy Krueger
Odpowiedź dla Loretta Krueger


- Rudy kolor doskonale pasowałby do jej wrednej osobowości. Może nie bez powodu tak ją zapamiętałeś - stwierdziła Violet z przekąsem. Jeśli by się nad tym zastanowić, to impresja Freda miała sens. Zarozumiała i wredna Mary Goyle doskonale wpisywała się w stereotyp rudowłosej kreatury. Pozbawionej duszy, fałszywej i złośliwej. Z pewnością w duszy była ruda. - A może przez te wszystkie lata używała eliksirów do zmiany koloru włosów, a myśmy o tym nie wiedzieli? Może Fred przyłapał ją zanim zdążyła się przepoczwarzyć - zażartowała wróżbitka, popijając wino, które dodawały jej nie tylko pewności siebie, ale i animuszu. I sprawiało, że rozplątywał się jej język.
Na szczęście nie wypiła jeszcze go na tyle dużo, aby w istocie wygłosić rodzeństwu Krueger kazanie o przeznaczeniu i fortunie. Na komentarz młodzieńca zareagowała skinięciem głowy, na jego siostrę spojrzała z ukosa, uśmiechając się przy tym kwaśno.
- Wszystko jest zapisane w gwiazdach. Nie można uciec od swojego przeznaczenia. Niekiedy jedynie los daje nam iluzję wyboru, by człowiek nie tracił pewności siebie - odpowiedziała bez zawahania, obdarzając Lorettę przeciągłym spojrzeniem. Nie skomentowała jednak ani słowem słów blondynki, lecz koniec końców - dobrze to ujęła. Wolała wierzyć, że los tkwił w jej rękach, ale wiara to nie fakty. Z chęcią weszłaby z nią w polemiką, aby dowieść swego, lecz to nie był właściwy czas i miejsce. Na pewno nie to, żeby się pokłócić, a wiedziała doskonale, że Lorettę nie łatwo było przekonać. Zaśmiała się serdecznie słysząc pobożne życzenia Freda, które nie wydawały się wcale aż tak nieprawdopodobne. - Cóż, następnym razem musimy wszyscy pomóc przeznaczeniu i częściej spoglądać na zegarki, by więcej nie spóźnić się na żaden konkurs. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś zdecydują się zorganizować podobny zjazd absolwentów. Może dopiero za tysiąc lat? - zastanowiła się głośno. Ona także nie pogardziłaby koszykiem pysznych owoców. - Truskawki w moim ogrodzie będą owocować już nie długo. Jeszcze kilka tygodni. W połowie czerwca zostawię u Loretty koszyk dla ciebie - zaproponowała. Nie miało to drugiego dna. Chciała być jedynie uprzejma dla brata Loretty, bo mówił o tym w taki sposób, jakby truskawki miały być prawdziwym luksusem.
Z wdzięcznością odebrała od Freda miseczkę z parującym gulaszem. Rzeczywiście dobrze smakował. - Jak myślicie, co to za mięso? - spytała, nie potrafiąc go zidentyfikować; z jednej strony miała wrażenie, że to wieprzowina, ale coś jej w tym nie pasowało.
Znów uśmieechnęła się pod nosem. Oczywiście, nie będzie sama, zatańczy z bratem, lecz nie to Violet miała na myśli. Blondynka długo jednak nie uciekała od odpowiedzi, która wywołała u Violet lekki uśmiech. Może to i lepiej, że nie miała nikogo na oku. Niepotrzebny był jej jakiś pajac, który tylko by ją zawodził i okłamywał.
- Mężczyźni bywają tacy rozczarowujący... - zdążyła już stęknąć marudnie między kęsami gulaszu, kiedy przypomniała sobie o tym, że Fred przecież był mężczyzną. Odchrząknęła lekko, reflektując się prędko - Oczywiście nie mówię o tobie, Freddy - dodała dla jasności. Gdy Loretta odbiła pałeczkę, pokręciła głową. Większość płci męskiej działała jej na na nerwy. Od dawna nie spotkała nikogo, kto wzbudziłby w niej zainteresowanie podchodzące pod kategorię romantyczne. - Na nikogo nie czekam, ale nie sądzę, abym długo podpierała ściany - stwierdziła nieskromnie. Wiedziała, że dobrze wygląda, miała lustro, przed którym spędziła przed wyjściem całkiem sporo czasu. Między innymi dlatego spóźniła się na olimpiadę.
- Och, dawne tańce mają swój urok, nawet kadryl, chociaż wolę od niego walca - stwierdziła, a na wspomnienie potańcówki wyraźnie się ożywiła. - Bardzo chętnie, uwielbiam tańczyć! Może będą tam grać Nocnych Nuciaków - odparła.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#38
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
22-03-2026, 20:33
Pozostało mi jedynie lekko wzruszyć ramionami na jej słowa, a temu gestowi było daleko do lekceważenia - po prostu nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nigdy nie miałem partnerki, nie chodziłem na randki, nie czułem nawet zauroczenia, o miłości nie wspominając, dlatego trudno było mi ubrać w słowa coś, czego właściwie nie znałem. Nawet pierwszy pocałunek był dla mnie doświadczeniem świeżym, niemal obcym, bardziej zaskakującym niż oczywistym i mimo odkrycia przede mną tej części świata wciąż czułem się zagubiony oraz niepewny. Tak, jakby sfera relacji była dla mnie zakazana - jakbym nie był jej godzien, a tym bardziej wart. Doszukiwałem się własnej winy, zarzucałem sobie coraz to nowsze absurdy, nie potrafiąc przyjąć, że coś mogło być naprawdę dobrze; bez komplikacji, bez nadinterpretacji. Po prostu dobrze.
-Eee- wydusiłem z siebie potrzebując chwili na zebranie myśli. Nie spodziewałem się tego pytania, właściwie doszedłem do wniosku, że sam go sobie nigdy nie zadałem. Tuż po opuszczeniu murów Hogwartu łapałem się różnych mniejszych robót i to właśnie rybołówstwo spodobało mi się najbardziej. Może nie było lukratywnym zajęciem, ale ceniłem sobie spokój oraz ciszę – i właśnie na wodzie takowe odnalazłem. -Pewnie nikim. Nie mogłem sobie pozwolić na żaden staż, a przecież bez doświadczenia nigdzie by mnie nie przyjęli- zerknąłem na siostrę posyłając jej lekki uśmiech. Pogodziłem się ze swoim losem i nie potrzebowałem współczucia - jedni mieli lepiej, inni gorzej, nie mogłem przecież tego zmienić, a zazdrość bywała jedynie trucizną, którą człowiek usilnie poił samego siebie. -Ale gdybym mógł wybrać, to chciałbym mieć więcej do czynienia z alchemią. Eliksiry lub kuchnia, trudna decyzja- zaśmiałem się pod nosem. Wcześniej nie miałem pojęcia, że sztukę wytarzania wywarów miałem we krwi; od pradziada i dziada, po wyklętego ojca, którego sukcesy wzbudzały uznanie nie tylko w czterech ścianach domostwa, ale i w całym naukowym kręgu. -A ty?- zagaiłem będąc ciekaw odpowiedzi. Czy cokolwiek pasjonowało ją bardziej, niżeli praca w aptece?
-Na-na-naprawdę?- przygryzłem mocno wargę, po czym skryłem twarz w dłoniach, nie chcąc, aby wszyscy mieli okazję dostrzec ten paskudny rumieniec. Spoglądałem na nią przez palce. Słowa wypowiadane przez siostrę wcale nie pomagały - wręcz przeciwnie, dolewały oliwy do ognia. Policzki paliły jak cholera i zapewne tylko szklaneczka zimnego trunku mogłaby przynieść mi choć odrobinę ulgi, choć istniało spore ryzyko, że lód w jednej chwili by się stopił. -Czyli wszystko jest dobrze?- odetchnąłem z wyraźną ulgą. Może naprawdę szukałem problemu tam, gdzie go nie było? -Myślisz, że- zacząłem, ale właściwie natychmiast przerwałem. Wstydziłem się przyznać do tego, iż często w ostatnich dniach o niej myślałem.
-Może i tak- odparłem Violet, a jej złośliwość w stosunku do Mary Goyle skwitowałem cichym śmiechem. Trudno było mi wyobrazić sobie ich codzienność na korytarzach Hogwartu wszak taka niechęć z pewnością niejednokrotnie doprowadziła do jakiejś scysji. Loretta nie zwykła gryźć się w język i najwyraźniej… Violet również. Wcale bym się nie zdziwił jakby tamta dziewczyna pragnęła ukryć się pod inną czupryną – może udałoby się jej choć przez moment być anonimową. Tylko czy to by coś dało? Najpewniej nie.
Wsłuchałem się w słowa koleżanki siostry, bo dawno nie słyszałem, by ktoś pokładał równie wielką wiarę w potędze gwiazd. Nie zdradzała przy tym niczego poza niezachwianą pewnością, jakby świat naprawdę obracał się wedle odgórnie ustalonego porządku, a każda ścieżka została wytyczona jeszcze na długo przed narodzinami tych, którzy mieli nią podążyć. -Lubiłaś zajęcia z wróżbiarstwa?- wtrąciłem jak ostatni kretyn. Ale tylko to pytanie przyszło mi na myśl.
Na szczęście temat popłynął dalej, a moja dociekliwość zeszła na drugi plan. -A był w ogóle taki wcześniej?- zagaiłem. Nie przypominałem sobie, abym gdzieś o podobnym czytał – a byłem niemal przekonany, że pamiątkowe wycinki z gazet zawisłyby w jednej z gablotek.
-Eee- uniosłem zaskoczony brwi, gdy otwarcie przyznała, że przekaże dla mnie owoce. -Ja, ja, ja dziękuję. Naprawdę- posłałem jej lekki, niepewny uśmiech. -Jeślibyś potrzebowała ryb lub coś, to ja wiesz, rybakiem jestem i znam się na wędce, na siatce też no i ogólnie tej wodzie całej, barce i rybach- wyrzuciłem z siebie na jednym tchu. Dlaczego wciąż miałem problem złożyć proste zdanie, gdy chodziło o postawienie siebie w nienajgorszym świetle?
Muzyka na żywo brzmiała dobrze, wyjście do pubu również, ale mimo to nie powiedziałem już nic więcej. Zażenowany wypowiedzią, która brzmiała jak dukanie dziesięcioletniego dziecka wbiłem spojrzenie w kielich z trunkiem i co rusz upijałem zawartości. Potrzebowałem chwili wszak to nie był pierwszy i najpewniej nie ostatni raz – akurat ten swój stan wycofania poznałem już doskonale. -Jagnięcina- rzuciłem tylko, gdy spytała o rodzaj mięsa. W pierwszej chwili wahałem się nad baraniną, ale zapach jak i sama intensywność smaku, były zbyt delikatne.
-Mam nadzieję- odparłem siostrze z lekkim uśmiechem. -Iii- zacząłem przenosząc spojrzenie na Violet. -Też ich lubię, zwłaszcza piosenkę "Znikam z tobą w pelerynie"- rzuciłem wybijając stopą wspominany rytm.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#39
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
22-03-2026, 20:50
- Bardzo - odpowiedziała Violet na pytanie o lekcje wróżbiarstwa. - Było moim ulubionym przedmiotem w szkole. Żałuję, że zaczynają go nauczać dopiero na trzecim roku, chociaż... To bardzo trudna sztuka. Młode umysły mogą nie pojąć jej zawiłości - mówiła z pełną powagą. Traktowała to śmiertelnie poważnie. - Najwięcej jednak nauczyła mnie moja własna matka. Była znakomitą wróżbitką i jasnowidzką. Cassandra Vablatsky, która napisała szkolny podręcznik, mogłaby się od niej uczyć.
Violet nigdy nie grzeszyła skromnością. Odziedziczyła to po matce (a może nie tylko?); Marjorie Trelawney miała wiele mniemanie o swoim darze do przewidywania przyszłości i talentach wróżbiarskich, które przekazała swojej córce - najwyraźniej lekką zarozumiałość również.
- Z tego co mi wiadomo to nie - odpowiedziała ostrożnie. Na historii magii znała się znacznie mniej, nie czuła się aż tak pewnie w tym temacie, dlatego wolała wypowiadać się o tym aż tak pewnie, bo podobnej pewności nie miała. Nigdzie jednak nie znalazła wzmianek o podobnym wydarzeniu. - Wydaje mi się, że w Proroku Codziennym pisali o tym, że ten jest pierwszy.,.. - dodała nieco mniej pewnym tonem.
Violet nie sądziła też, że Fred będzie tak zaskoczony jej propozycją przekazania truskawek z własnego ogródka. Przecież to nic takiego. I tak rosło ich tyle, że nie miała innego wyboru jak zrobienie z nich truskawkowego dżemu.
- Nie ma sprawy, Fred. Dziękuję za propozycję. Naprawdę jesteś rybakiem? Nie wiedziałam - odrzekła, zawieszając na nim zaciekawione spojrzenie; z jakiegoś powodu sądziła, że brat Loretty pójdzie w ślady Kruegerów i będzie miał powiązania z alchemią, jakby miał to we krwi. Może się pomyliła. - Na trytonach też? - zagaiła żartobliwie, skoro wspominał, że znał się też "wodzie całej". - Miałeś okazji łowić w jeziorach Kumbrii?
Pochodziła z tego hrabstwa i wśród jego jezior mieszkała od zawsze. Odziedziczyła tam dom po matce i nie miała najmniejszego zamiaru się stamtąd wyprowadzać. Czuła, że tam jest jej miejsce.
- Tak, chyba masz rację - odparła, wsuwając do ust kolejną łyżkę gulaszu, który smakował wyśmienicie. Kiedy już ją oświecił, to rzeczywiście mogła przyznać, że to jagnięcina - nie pamiętała kiedy ostatni raz to jadła. - Oooch, to świetna piosenka! - wyrzuciła z siebie, a jej ciemne oczy rozjaśniały. Już zaczęła nucić ją pod nosem, gotowa zaśpiewać refren, gdy usłyszała swoje imię gdzieś w tłumie. Zdezorientowana odjęła wzrok od Freda i Loretty, szukając źródła dźwięku; aż wreszcie dostrzegła machającą do niej znajomą, która podbiegła do niej i bezceremonialnie wsunęła jej rękę pod łokieć.
- Mogę porwać Violet na chwilkę, nie pogniewacie się? - rzuciła pogodnie w stronę rodzeństwa Krueger, a Violet odłożyła niedojedzony gulasz i uśmiechnęła się do nich przepraszająco. Miała ochotę z nimi jeszcze pogawędzić, lecz znów nawiedziło ją to dziwne przeczucie, że jej miejsce jest gdzieś indziej - i nie potrafiła z tym walczyć.
- Przepraszam was. Mam nadzieję, że jeszcze się dziś zobaczymy - wyrzekła.
Nie chciała się jeszcze żegnać, ale po chwili zniknęła w tłumie z ciemnowłosą znajomą.

| Fred, Violet i Loretta zt
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.