• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Lodowisko "Permafrost"
Lodowisko "Permafrost"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-11-2025, 11:10

Lodowisko "Permafrost"
Na końcu wąskiej, brukowanej uliczki w alei Horyzontalnej, za łukiem stworzonym z figur lodowych, znajduje się całoroczne lodowisko Permafrost. Dzięki zaklęciom tafla lodu nigdy nie jest zbyt rozjeżdżona, a w jej głębi migają drobne błękitne iskierki, jakby ktoś ukrył tam świetlne drobinki. Wokół stoją wysmukłe latarenki pokryte szronem, oświetlające przestrzeń ciepłym blaskiem. Gdy tylko postawi się na lodzie pierwszy krok, słychać delikatną melodię, spokojną i łagodną, wypełniającą całe lodowisko. W pobliżu znajduje się mała kawiarnia serwująca ciepłe przekąski i napoje wszelkiej maści, oraz bezosobowa wypożyczalnia łyżew. Wystarczy wypowiedzieć numer buta do lodowego posągu, a u jego podstawy natychmiast pojawiają się odpowiednie łyżwy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 22:23
Podzielam jej zdanie w kwestii moich pobratymców ze Slytherinu. Nie czuję się też w żadnym stopniu rozgrzeszony późną refleksją. Dobrze, że nastąpiła. Potem oddaję się ułożeniu słów odpowiednio, by zrozumiała, co tak właściwie się stało, kiedy Tiara Przydziału podjęła decyzję. To może faktycznie bardzo brutalne założenie — mieć w sobie zdolność do czynienia podłości lub tylko i aż tolerowania jej u innych dzieci. Kiedy pierwszy raz stanąłem u progu Hogwartu, wiedziałem naprawdę niewiele na temat poszczególnych domów. Wiem, że wielu żyło tym intensywnie, rozprawiając, czując strach, a później zawód, jeśli oczekiwanie nie pokrywało się z rzeczywistością, ale ja naprawdę szczerze nie miałem nawet mglistego przekonania, gdzie powinienem ostatecznie wylądować. Slytherin. Nazwa brzmiała abstrakcyjnie dla dziecka pogrążonego w jeszcze zupełnie innym świecie. Dopiero z czasem zaczęło do mnie docierać, jak okrutny wyrok zapadł. Kyros odnajdywał się w tym chaosie o wiele lepiej, ja postanowiłem „przywyknąć”. A więc to mój grzech, powtórzę jeszcze raz — a k c e p t a c j a.
— Wbrew pozorom myślę, że było to całkiem sprawiedliwe, choć nie zliczę, ile razy próbowałem wyobrazić sobie siebie w barwach Ravenclawu. — Zdradzam się zupełnie celowo. — Idąc jednak dalej za twoimi pytaniami i przemyśleniami. Ja myślę, że to nie tyle zalążek paskudnych przymiotów, przynajmniej nie zawsze, co plastyczność dziecięcego umysłu. Już wtedy byłem mocno pokiereszowany, nie wiem, ile razy łamano moją wolę. Czasami sobie myślę, że Slytherin ukształtował resztę. Że Tiara widziała potencjał, że w innych domach nie… odnalazłbym się. Mój świat był od zawsze taki właśnie. Więc i tu w pewnym stopniu musiałem czuć się „intruzem”. Inaczej pewnie nie umiałbym. Może inne domy byłyby dla mnie rozczarowaniem, miękkością, której nie potrafiłbym przyjąć, może gdyby nie tamto kolejne, brutalne doświadczenie, nie miałbym możliwości być tu — wskazuję na nasze otoczenie. To odpowiedź całkiem okrężna, może omijająca bolesne sedno. Tiara widziała, że jestem kłamcą, że nie zawaham się użyć innych, by było mi lepiej, że potrafię dążyć po trupach do celu. Ale? Ale przecież ostatecznie nic nie wyrwało ze mnie pokładów empatii i potrzeby dążenia na przekór. — Doherty, nie strasz mnie nawet — parskam tylko dla równowagi, kiedy mówi o tym, że w innych warunkach mogłaby również być w Slytherinie.
Sprawa mojego brata obrosła już dawno w wiele niedopowiedzeń. Nie pamiętam, abym komukolwiek dokładnie zrelacjonował tamten dzień. Nawet kiedy byliśmy jeszcze z Francescą, nie potrafiłem wydusić z siebie zbyt wielu sensownych słów. Dopiero z czasem zacząłem podchodzić do sprawy w sposób nieco bardziej zdystansowany. Obecnie potrafię dość dobrze wymienić fakty, które zaszły tamtego dnia, ale nigdy nie wiem, kiedy mój głos się załamie, a wypowiedź zacznie brnąć w te mniej bezpieczne rejony — nacechowane bólem i żalem, żałobą, z którą do dzisiaj sobie nie poradziłem. Ile to jeszcze może trwać? Jak wiele jeszcze mojego czasu skonsumuje to przejmujące, beznadziejne uczucie? Sam jednak rzucam temat, pewnie zbyt nieroztropnie, ale skoro tak, muszę iść dalej. Dla samego siebie, aby znów sprawdzić czy cokolwiek się zmieniło. Zerkam na Doherty, trwa to niestety bardzo krótko, bo zaraz powracam do bezpieczeństwa złotych krążków skrzących się na palcach. Na brzegu prawej dłoni dostrzegam smugę atramentu i zaczynam pocierać ją energicznie w nadziei, że zniknie.
— Wiesz, że za czasów Hogwartu mieszkaliśmy w Cardiff. Z wujkiem, kuzynem mojej matki — dopełniam obrazu. — Wujek był… cóż — uśmiecham się cierpko znów przerywając, by potrzeć kciukiem zabrudzenie. — Miał dość jasne poglądy jeśli idzie o mugoli. Już wtedy istniał pewien rozdźwięk pomiędzy tym, co sądzę ja, a co sądził Kyros… albo raczej co Lloyd wciskał mu w głowę. W czasach szkolnych zaczęliśmy bardzo mocno się od siebie oddalać. — Na samą myśl o tym, wszystko co zjadłem i wypiłem podchodzi mi do gardła. Wciąż czuję, że zrobiłem za mało. Że mogłem więcej, aby go z tej ścieżki zawrócić i uratować. — Kyros coraz częściej w trakcie wakacji znikał z domu wraz z wujkiem, nie mam pojęcia, co się wtedy działo. Ale śmiem… mam pewne dowody, które wskazują na to, że… że Lloyd… że on — Zaciskam mocno usta, patrzę nerwowo po okolicy, po czym chwytam Natašę za przedramię, nachylając się ku niej. Czy to coś da? — Szukał czegoś wręcz paranoicznie. Nie tyle dla siebie, nie tyle… dla własnego pożytku, co w jakiejś większej sprawie. Ściągał do domu przedmioty wątpliwego pochodzenia, a Kyros najwyraźniej mu w tym pomagał. — Patrzę na nią wymownie, patrzę intensywnie i długo. Nie mam pojęcia, o co mogło chodzić, ale Ear był częścią jakiejś większej machiny. Machiny, w którą zaprzęgano ludzi o podobnych, konkretnych poglądach. — Tamtego dnia w naszej kamienicy wybuchł pożar. Nie mogłem wiele zrobić. — Puszczam Doherty nagle, układam się znów na miejscu, które kilka chwil temu tak gwałtownie opuściłem. — Policyjna ekspertyza wykazała później, że faktycznie zapłon nastąpił pod wpływem aktywowania klątwy, ale po przedmiotach zostały jedynie zwęglone resztki. Ear nigdy więcej nie wrócił. — Jego zniknięcie było znamienne. Szukali go później. Pamiętam, że kiedy doszedłem do siebie, próbowali mnie wypytywać o szczegóły z nim związane. Niestety, niewiele więcej mogłem im powiedzieć. Dotarło jednak do mnie wtedy, że to nie pierwszy raz, nie pierwsza jego ucieczka.
Już wtedy wiedziałem, że nigdy nie będę w stanie zaakceptować takiej nienawiści do świata niemagicznego. Rozumiałem, że Kyros stał się ofiarą owych podziałów wiele lat po wojnie. A to oznaczało tyle, że sprawa nie została zamknięta, a my nie możemy żyć spokojnie. Teraz wszystko powoli powracało. Często mam obawę, że i Lloyd znów wypełznie. Po moich plecach raz po raz przechodzą zimne dreszcze.
To, co mówi Doherty brzmi naprawdę pięknie; niby próbuje w jakimś stopniu sobie umniejszać. Wskazuje na to, że tak naprawdę niewiele w istocie robi, a ja widzę o wiele wiele więcej, traktuję już samo to jako coś godnego podziwu. Ilu jest w stanie wygłaszać podobne deklaracje? Kręcę jedynie głową na znak, że nie docenia się nawet odrobinę. Nie chcę jednak równocześnie negować odczuć, które posiada, dlatego milczę do odpowiedniego według mnie momentu.
— A czy ty? Czy tobie nic nie jest straszne? Czy byłaś i jesteś zupełnie pewna, Doherty? — dopytuję. Chcę zrozumieć. — Łatwo jest mówić o wzniosłych ideałach, ale wiesz przecież, jak jest. Ja ciężko czasem… — milknę. Bo może to tylko moje rozterki, może to tylko ja zastanawiam się nad tym tak panicznie, doszukując się wszelkich niedoskonałości. Może w rzeczywistości wcale nie chodzi tu o szczegóły i skrupulanctwo, a jedynie świadomość, że pisząc się na zdecydowaną reakcję, jest się przynajmniej pewnym, że to coś, co gra w sercu. I że takim właśnie chciałoby się pozostawić świat — sprzeniewierzając się odwiecznym podziałom i poczuciu wyższości. Myślę nad tym intensywnie, odwracając się znów profilem w kierunku lodowiska, tak by kątem oka obserwować poruszające się po tafli postaci. — Nie chcę, by historia powtarzała się w kółko, ale to chyba pragnienie z tych mało realnych, idąc tropem twoich wcześniejszych wątpliwości, choć może nie powinienem tak mówić. Bo skoro chce się zmiany i są tacy, którzy o nią walczą, są zdeterminowani, jak ty na przykład, to… to jakiś sens w tym jest, prawda? — Nie mam dla niej zdecydowanych odpowiedzi, nie mam też zupełnego przekonania chowanego od lat w sercu. To bardziej impuls, który chce nakłonić do podjęcia wreszcie konkretnej decyzji, ale nadal zbyt słaby, bo jak widać, do tej pory niewiele się wydarzyło. Mógłbym mówić jej długo o mojej matce, o tym, czego dowiedziałem się kiedyś na jej temat, zupełnie przypadkowo, w furii wujka szalejącego po powrocie z jednego z rejsów. Gdyby nie jego wstręt jaki żywił do Dumbledore’a, gdyby nie pogarda do mugolskiej części mojej rodziny, być może żyłbym nadal w niewiedzy. Okazało się jednak, że emocje które nim targały były tak dzikie, że musiały szukać za wszelką cenę ujścia — nie ważne, że cel wściekłości był zupełnie niewinny. Czasami nie potrafię zrozumieć dlaczego — skoro tak bardzo nas (a może raczej mnie?) nienawidził — zdecydował się wyrwać dwójkę dzieci ze względnie poukładanej rzeczywistości. Zwykle byliśmy mu jedynie kulą u nogi, niczym więcej, a jednak postanowił męczyć się z nami przez dobrych kilka lat. Może czuł obowiązek? Może sądził, że jeśli zostaniemy pod wpływem mugolskich krewniaków zupełnie przepadniemy, a tym samym stracona zostanie dobra krew? Dopiero z czasem zrozumiał, że więcej w nim niechęci i wściekłości? Ale wciąż ten parszywy obowiązek… A może to zupełnie coś innego? Korzyści, których nie potrafię do dzisiaj pojąć? Im starszy jestem, tym więcej mam pytań, a moja przeszłość zdaje się być coraz mniej czytelna. Co tak właściwie się stało?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.