• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Upper Brook Street 24 > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-08-2025, 14:13

Salon
Po przekroczeniu progu mieszkania od razu wstępuje się do jego serca. Salon to największe pomieszczenie i choćby z tego powodu najbardziej zagracone, a dzięki dużym oknom wychodzącym na zachód również najjaśniejsze. Do każdej ściany przylegają czarne, solidne regały, których półki wypełniają książki wszelkiej maści: tomiki poezji, powieści, encyklopedie, atlasy świata, zielniki, historyczne kroniki, polityczne traktaty czy nawet szkolne podręczniki. Na szczycie regałów znajdują się ceramiczne wazony, na wolnych skrawkach ściany kilka pejzaży zamkniętych w dębowych ramkach. W środku można znaleźć cztery fotele (każdy innego koloru i kształtu) oraz dużą, wygodną sofę umieszczoną naprzeciwko szerokiego kominka. Jest jeszcze wielka gablota, przez szklane drzwiczki można spojrzeć na pamiątkowe przedmioty oraz rodzinne zdjęcia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
09-11-2025, 16:35
23 marca 1692

Sen
Ślepy trop

Podążasz śladem – zapachem, drżeniem ziemi, echem. Nie wiesz, za kim idziesz. Ale nie możesz przestać. Kiedy doganiasz cień – znika.

Postać może przez tydzień obsesyjnie czegoś szukać – odpowiedzi, osoby, sensu. Może gubić się w drobiazgach, analizować zachowania innych. Czuje wewnętrzny niedosyt, który trudno zaspokoić.

Przyłożył czoło do chropowatej powierzchni drzwi mieszkania Conrada, równocześnie naciskając na dzwonek. Nieprzerwanie, nachalnie, nieco bezmyślnie, bo zatopiony był w myślach do tego stopnia, że niemal stracił zdolność oceny co wypada, a co nie. Dźwięk brzęczał już nie tylko w całym korytarzu, ale i w jego głowie, chociaż Henry miał wrażenie, że tak czy siak słyszał go już od paru dni. Był jak echo zagubienia, które towarzyszyło mu ok kilku poranków, gdy budzik wyrywał go ze snu. Nieuchwytne przeczucie sprawiło, że zupełnie stracił apetyt, co nie przeszkodziło mu pojawić się u progu Conrada ze stosem placków pasterskich. Wcisnęła mu je znajoma właścicielka restauracji, którą kiedyś wybawił z opresji, Był teraz jej ulubieńcem i zawsze mógł liczyć na darmowy obiad.
Nie chciał przychodzić z pustymi rękami. Wystarczyło, że pojawiał się w progach kuzyna bez zapowiedzi, wiedziony nagłą potrzebą, podpowiedzią własnego instynktu. Musiał z kimś porozmawiać, a w tym przypadku Conrad Bones wydawał mu się najbardziej nadająca się do tego osobą, Kogo innego mógłby zapytać o ojca, jeśli nie właśnie niego? Chyba nie matkę, tkwiącą przecież na Oddziale Psychiatrycznym Świętego Munga.
Dręczył go sen, a chociaż do tej pory Henry nie był za bardzo przesądny, miał wrażenie, że kryła się w nim jakaś wróżba. Zła wróżba. To właśnie ona kazała mu dzisiejszego popołudnia śledzić starszego mężczyznę, który nie wiedzieć czemu przyciągnął uwagę Teyssiera w tłumie. Postąpił dokładnie tak jak w śnie, pozwolił się porwać przeczuciu, podążyć za niezdefiniowanym cieniem uosabianym przez nieznajomego. Oczywiście młody auror zdążył już wysnuć własną teorię. To na pewno miało coś wspólnego z ojcem... Gdy pod koniec lutego wybierał się do ojczystego Aubenas, nie podejrzewał, że powróci stamtąd tak odmieniony, niosąc w sercu ciężar tak wielu wątpliwości i złych przeczuć. Nie wiedział dlaczego dopiero wtedy, po tylu latach zapuścił się w zakamarki posiadłości francuskiej rodziny i odnalazł dawny gabinet rodziciela. To, co tam znalazł - artykuły, notatki na temat Grindelwaldea - dały mu do myślenia, zasiały w sercu ziarno głębokiego zwątpienia. Po tylu latach zaczęło docierać do niego, że obraz ojca jaki dotychczas przedstawiała mu rodzina, mógł być daleki od prawdy. Może tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że nie był tym, za kogo się podawał? Henry nie miał jednak pewności, co było nieporozumieniem, a co prawdą. Jednak powtarzający się sen i uczucia, które po sobie pozostawiał coraz dotkliwiej uświadomiły mu, że od paru tygodni usiłował stłumić w sobie podejrzenia, odsuwał je na dalszy plan. Jednak ostatnie wydarzenia tylko utwierdziły go w przekonaniu, że powinien chociaż postarać się odkryć, co tak naprawdę kryło się za zniknięciem ojca.
Właśnie dlatego uganiał się za niewinnym człowiekiem, który okazał się nieszkodliwym handlarzem roślin, Tak, Henry wylegitymował go, przycisnął do ściany, niemal grożąc mu, że skończy w Azkabanie. Na szczęście nie wypowiedział tych myśli na glos, zaszkodziłby przede wszystkim sobie a nie samemu mężczyźnie, gdyby ktoś dostrzegł w jak bezceremonialny sposób obchodził się z tym człowiekiem, będąc równocześnie przedstawicielem prawa. Henry pragnął jednak obsesyjnie trafić na jakiś trop, z jakiegoś powodu wierzył, że drobny szczegół doprowadzi go do czegoś wielkiego. Tak bardzo skupił się na analizowaniu otoczenia, postępowaniu i działaniach obcych, że nie zdawał sobie sprawy w jak dziwaczny i przesadzony sposób sam się zachowywał. Zreflektował się dopiero w momencie, gdy dostrzegł w oczach mężczyzny strach.
Potem znalazł się właśnie tutaj. Przed drzwiami kuzyna.
- Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem? - rzekł, gdy w końcu uchyliły się przed nim drzwi. Uśmiechnął się rozbrajająco, wyciągając w stronę kuzyna wciąż ciepłe placki. - Po prostu powiedz, Wrócę kiedy indziej, ale zostawię ci przynajmniej te przepyszne placki. Prawdziwy rarytas, sam sprawdzisz! - Z młodzieńczej twarzy nie znikał uśmiech, ale w oczach czaił się cień błagania. Proszę, wpuść mnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Conrad Bones
Zwolennicy Dumbledore’a
it's hard to enjoy practical jokes when your whole life feels like one
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
24
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
10-01-2026, 22:23
Wdech, przysiad, wydech, przysiad, kolejny wdech, powtórzenie całego cyklu i tak raz jeszcze, z pełnym spokojem i niezachwianą koncentracją. Za pomocą banalnie prostego ćwiczenia starał się popracować nad równowagą oraz koordynacją ruchową. Wcześniej przebrnął przez brzuszki, pompki, wprawił w ruch skakankę (jakimś cudem nie ściągając na siebie gniewu sąsiadów z niższych pięter). Jeszcze nie tak dawno temu wolne dni od pracy potrafił przespać, bądź w całości przehulać gdzieś w Londynie, ale to się zmieniło, musiało się zmienić. Już od dobrych trzech godzin, od samego przebudzenia, zadręczał swoje ciało ćwiczeniami, odczuwając efekty wysiłku w postaci ciepła pełzającego wzdłuż rozciągniętych mięśni.
Łudził się, że wysiłek fizyczny pomoże mu uporać się z chaosem w głowie, który czasem dopadał go znienacka, kiedy nie mógł zająć myśli czymś istotnym. Za bardzo się ostatnio rozluźnił, czuł to w kościach, bo zwyczajnie zapomniał o priorytetach. Koniec aurora przychodzi wówczas, gdy staje się zaśniedziały. To nie jest zależne wyłącznie od procesu starzenia, przynajmniej nie do końca, chodzi raczej o ciągłą chęć pozostania w pełnej gotowości wobec zagrożeń pochodzących z dynamicznie zmieniającego się świata. To z wiekiem przychodzi bagaż doświadczeń, ale nie może on czynić człowiek zbyt pewnym swego, zawsze trzeba rozglądać się na boki, bo to właśnie pycha kroczy przed upadkiem.
O powrocie Grindelwalda przypominał sobie po kilka razy dziennie, ten fakt często stawał się jego siłą napędową do działania. Niespokojne szepty mknęły po ministerialnych korytarzach, niby na oślep, lecz pogłoski zawsze puszczano po to, aby do chętnych im uszu. Skoro aparat władzy trwał w napięciu, zwyczajowo podzielony opiniami, jak sytuacja musiała wyglądać w czarodziejskim społeczeństwie? Conrad miewał wrażenie, że niektórzy po prostu zapomnieli o tym, z kim mają do czynienia. Niezależnie od charyzmy Grindelwalda, wciąż pozostawał zbrodniarzem działającym bez skrupułów, czarnoksiężnikiem sięgającym po mroczną magię, aby z jej pomocą siać postrach i udowadniać, że nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.
Przeciągły dźwięk dzwonka przy drzwiach wyrwał go z letargu. Nie czekał na nikogo, choć niezapowiedziane wizyty nie były dla niego czymś całkowicie obcym. Zgarnął z podłogi pierwszą lepszą koszulkę i naciągnął ją niedbale na spocone ciało. Pospiesznie spodnie, wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Nieprzerwany dzwonek nie pozwalał mu zwlekać z przywitaniem gościa, w innym wypadku może nieco bardziej zadbałby o prezencję.
– Idę, już idę!
Przeczesał jeszcze szybko palcami włosy, zanim dopadł do drzwi i otworzył je na oścież. Na widok kuzyna uniósł brwi w przejawie zdumienia, a potem wysłuchał tej zbitki słów, którą mu nagle zaserwował. Momentalnie rozpoznał na jego twarzy ten pozorny entuzjazm, sam wielokrotnie podobnym obliczem maskował prawdziwe uczucia, aby nie pokazać po sobie słabości. Już daleko za sobą miał młodzieńcze lata, więc bazował na cwaniackich uśmieszkach, kiepskich żartach oraz kąśliwych docinkach serwowanych czasem nazbyt bezpośrednio. Akurat jemu wolno było sięgać po podobne chwyty, choćby z racji długiego już stażu w cholernie trudnym zawodzie. Co jednak miał począć ktoś na początku aurorskiej drogi, kto jeszcze nie zrobił się wystarczająco gruboskórny? Przede wszystkim musiał robić dobrą minę do złej gry i często zagryzać zęby, ale tak je zagryzać, żeby nikt nie posądził go przez podobny grymas o niesubordynację. I jeszcze uśmiechać się szeroko,
Dobrze, że byli rodziną, Conrad dzięki temu nie musiał przejmować się tym, aby wejść w rolę bardziej odpowiedzialnego aurora, co ma rzekomo większe kompetencja do gaszenia różnych pożarów. Miał miękkie serce wobec bliskich, wobec Francuza też.
– Nie wygłupiaj się, właź – odparł spokojnie, sprawnie przejmując od niego pakunek z poczęstunkiem, bo rzeczywiście dobrze było czymś upchać gębę, jeśli wejdą na jakieś grząskie tematy. Zanosiło się na to, że takie się pojawią, trochę to widział po minie Henry’ego. – Jak już się pofatygowałeś, to przecież nie odeślę cię z kwitkiem. Chcesz herbaty, kawy? – Zamknął za kuzynem drzwi, następnie wprowadził go do dużego salonu, zachwalone placuszki pozostawiając na drewnianym stoliku przy kanapie. Szybkim krokiem zbliżył się do okien, jedno otwierając szeroko, aby przewietrzyć trochę pomieszczenie. Trochę tu cuchnęło potem, a może sobie to wyolbrzymiał, bo był źródłem zapachu? – Coś się stało? – zapytał ostrożnie, przyglądając mu się z pełną uwagą, aby nie przegapić żadnej wskazówki w jego zachowaniu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 17:47
Może powinien po prostu wziąć zimny prysznic. Zmyć z siebie resztki gnębiącego go snu, który— zamiast rozpłynąć się w mgle pamięci — zdawał się osiadać na każdym skrawku jego spiętego ciała, przenikając głęboko do duszy. Albo wypocić z siebie ten dziwny wewnętrzny niepokój, trudny do zaspokojenia i zagłuszenia jakąkolwiek inną czynnością. Odkąd zaczął pracę w biurze Aurorów, już niejednokrotnie zadawał sobie pytanie nad sensem otaczającej go rzeczywistości i tego, co się w niej ostatnimi czasy działo. Jednak nigdy dotąd nie robił tego tak obsesyjnie jak przez kilka ostatnich dni. Wiedział, że w jego podświadomości od paru tygodni formowało się pytanie — chociaż jego zarys pojawił się w jego umyśle już dawniej, gdy niesiony nagłym przeczuciem zapuścił się do ojcowskiego gabinetu w Aubenas. Pustego od czasu tak długiego, że niemal na wszystkich powierzchniach osiadł kurz. Wieloletnie mauzoleum jego pamięci, jakby doprowadzenie tamtego pomieszczenia do początku równało się stwierdzeniu, że Augustin Teyssier zniknął z tego świata na zawsze, a nie opuścił go jedynie na chwilę.
Znak zapytania migoczący gdzieś w podświadomości coraz usilniej upominał się o to, aby Henry przyznał mu prawo do istnienia i wypowiedział wszystkie swoje wątpliwości na głos. Może gdyby nie wydarzenia z dnia zaprzysiężenia, ten temat wciąż pozostawałby w jego głowie uśpiony. Jednak świadomość, że Grindelwald wrócił, sprawiała, że narastające w nim wątpliwości co do rzeczywistego losu ojca, zaczęły dobijać się do jego myśli równie mocno, nachalnie i bezpardonowo jak Henry dobijał się do conradowych drzwi.
Było mu trochę wstyd — nie tylko dlatego, że przychodzi bez zapowiedzi, ale i dlatego, że wcześniej tego dnia pozwolił ponieść się emocjom i niemal zaatakował zupełnie niewinnego człowieka. Z jakiegoś powodu wydawało mu się, że kuzyn z łatwością wyczyta to z jego twarzy, pozna wszystkie szczegóły tego występku, tak wyolbrzymionego w młodzieńczych myślach.
— Herbatę, poproszę. Dzięki. — Z wdzięcznością przekroczył próg, pochylił się i zdjął buty, gdy kuzyn przejął od niego gorące placuszki. Ze stroju Conrada wywnioskował, że przerwał mu rygorystyczny trening. Wniosek potwierdzony gestem prędko otwieranego okna. Uśmiechnął się, opadając na kanapę, gdy do salonu wpadł chłodny powiew marcowego powietrza. Odetchnął głęboko, poczuł na skórze delikatny podmuch. Liczył na to, że może to nieco go otrzeźwi. — Przerwałem trening? Teraz rozumiem jak to robisz, że zawsze jesteś w formie — rzucił, rozglądając się wokół, nieco odwlekając moment, w którym wyjawi prawdziwy powód swojej niezapowiedzianej wizyty. Nie wiedział jak zacząć, w jaki sposób ubrać w słowa rodzące się w umyśle wątpliwości, bez równoczesnego kalania pamięci własnego ojca. Bo ten w jego oczach wciąż wyrastał do rangi bohatera. Nawet jeśli po prostu zniknął bez śladu, nie pozostawiając po sobie żadnej wiadomości. Chyba wszyscy po prostu bez zastanowienia założyli, że przydarzyło mu się dokładnie to, co kilka lat wcześniej matce Henry’ego. Trafił w ręce jakiś zwyrodnialców i był poddawany torturom. Jednak to wszystko przestało się kleić. — Jak dobrze znałeś mojego ojca? - wypalił w końcu, zrywając się z miejsca i podchodząc do regału z książkami. Chwycił bezwiednie jedną z nich, nawet nie spoglądając na tytuł. Musiał zająć czymś ręce — chociaż nie przystoilo mu przecież takie zachowanie, powinien być opanowany, rzeczowy — tego uczył się w trakcie codziennych szkoleń. Powinien przenosić, wszystko czego się tam nauczył, na codzienność. W końcu nie mógł wiedzieć, kiedy przyjdzie nagły rozkaz czy wezwanie. Samokontrola miała być kluczem do sukcesu. Nie należało poddawać się nagły emocjom, trzymanie ich na wodzy było wbijaną im do głowy podstawą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Conrad Bones
Zwolennicy Dumbledore’a
it's hard to enjoy practical jokes when your whole life feels like one
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
24
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
10-03-2026, 20:48
– Jeśli przyszedłeś mnie komplementować, to możesz wpadać częściej – zażartował bez grama skrępowania, próbując przebić bańkę powagi, choć czuł w kościach, że na nic się to zda. – Po prostu nie miałem nic innego do roboty, ale miło wiedzieć, że ktoś docenia moją dobrą formę.
Czyli coś się stało, sam sobie odpowiedział gorzko w myślach, gdy kuzyn nie zareagował od razu. Tym samym dał Conradowi chwilę, aby przejść do kuchni i nastawić czajnik z wodą na herbatę. Nie zamierzał trzymać się wielkiego ceremoniału parzenia herbaty, zawsze szedł na łatwiznę, gdy chodziło nawet o najprostsze czynności z zakresu kulinariów. Przygotował dwa kubki, do każdego włożył po torebce herbaty, a potem zalał je wrzątkiem. Niezbyt to godne Brytyjczyka postępowanie, ale francuskie kubki smakowe może nie oburzą się wielce. Sprawnie wrócił z naparem do salonu i dziękował losowi za to, że zdążył odłożyć kubki na stolik zanim rozmowa na dobre się zaczęła.
Jedno pytanie Henry’ego sprawiło, że ujrzał w nim odbicie siebie sprzed kilkunastu lat. Był w podobnym wieku, gdy walczył z własnymi demonami, które ukształtowała rodzinna tragedia oraz trudności napotykane podczas wycieńczającego, zarówno fizycznie jak i psychicznie, kursu aurorskiego. Wojenny chaos dotknął ich rodziny w dotkliwy sposób i nie było sensu porównywać do siebie tych dramatów. To naturalne, że Henry szukał odpowiedzi, Conrad do tej pory nie odnalazł wszystkich. Niekiedy niewiedza rzeczywiście jest błogosławieństwem, lecz nie dla nich, najwidoczniej obaj mieli w sobie skłonność dążenia do prawdy. Gość potrzebował ruchu, gospodarz postanowił usiąść na kanapie, aby w statycznej pozie trzymać kurczowo swoje myśli.
– Nie znałem go zbyt dobrze – odparł spokojnie, z lekką rezerwą, aby nawet przypadkiem nie wyrządzić kuzynowi przykrości nierozważnie dobranymi słowami. Zbyt dobrze wiedział jak wielkie emocje budzi temat utraconych bliskich, szczególnie wtedy, gdy ich los od wielu lat nie jest znany. – Za dzieciaka niekoniecznie interesowały mnie rozmowy dorosłych. Twoi rodzice najczęściej pojawiali się z wizytą w Dolinie Godryka, bo moim ciężko było zorganizować jakiekolwiek spotkanie poza domem z szóstką dzieci na głowie. Też kilka razy u nas gościłeś, pewnie nie pamiętasz, bo byłeś mały – dopowiedział już lżejszym tonem, wracając pamięcią do tamtych chwil pełnych prostoty, beztroski i wesołości, choć echa wojny były tak dobrze słyszalne. – Po zaginięciu twojej mamy kontakt z twoim tatą się urwał, ale pamiętam, że w czterdziestym czwartym roku pomagał mojemu tacie poruszać się po Francji, gdy szukał mojego zaginionego brata. – Nie był w stanie sprecyzować jak ta pomoc wyglądała, nie dopowiedział też, że jego brat nigdy się nie odnalazł, a rodzic zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Henry znał te fakty, tak samo jak Conrad wiedział, że wujek Augustin w czterdziestym piątym roku zniknął bez wieści, a ciocię Helenę odnaleziono zaraz po wojnie obłąkaną wskutek tortur i nałożonych klątw. Byli rodziną, a wiadomym jest, że takie wieści, radosne czy straszne, rozchodzą się po rodzinie w mgnieniu oka.
– Jeśli szukasz konkretnych informacji, mogę podpytać o nie mamę – zaproponował ostrożnie nieco cichszym głosem, mimowolnie zdradzając po sobie, że tej opcji chwyci się wyłącznie w ostateczności. O ile swoje rany mógł rozdrapywać bez mrugnięcia okiem, to bliskim pragnął tego oszczędzić, szczególnie swojej mamie. Wiele lat zajęło jej pozbieranie się po śmierci męża, choć wciąż bywały dni, gdy zamykała się w sobie, dusząc w sobie rozpacz.
Jak wielu tragedii mogliby uniknąć, gdyby masa zaślepionych górnolotnymi hasłami nie ruszyła za Grindelwaldem. Jak wiele czarodziejskich rodzin nie zaznałoby żałoby, gdyby Dumbledore szybciej wyszedł naprzeciw czarnoksiężnikowi. To gdybanie momentami doprowadzało Conrada do szału, ale nie mógł się od niego całkowicie uwolnić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
13-03-2026, 19:43
— Do usług. — Parsknął śmiechem, posyłając mu rozbawione spojrzenie. Humor zdawał się jednak bardzo szybko go opuszczać, a na twarzy ponownie pojawił się cień zagubienia. Słuchał kuzyna uważnie, zdawał sobie sprawę, że ten bardzo ostrożnie dobiera słowa, że jego doświadczenie sprawiało, że nie próbował rozbudzać w nim żadnych nadziei, czy podkolorowywać faktów — a tych, jak się okazało nie było wcale tak dużo.
Przez chwilę wpatrywał się w książkę, którą bezwiednie trzymał w dłoniach, jakby jej pożółkłe strony mogły nagle udzielić mu odpowiedzi na pytania, których od kilku dni nie potrafił uciszyć. Nie otworzył jej jednak. Palce tylko mocniej zacisnęły się na okładce.
— Nie chciałbym… rozdrapywać starych ran.
Henry przez moment żałował, że w ogóle otworzył usta. Gdy tylko słowa zaczęły układać się w zdania, nabrały ciężaru, którego nie dało się już cofnąć. Jeszcze kilka dni temu wszystko pozostawało jedynie mglistym przeczuciem, cieniem myśli krążącej gdzieś na obrzeżach świadomości. Teraz wypowiedziane na głos pytanie zaczynało brzmieć jak oskarżenie. Nie tylko wobec ojca, lecz także wobec samego siebie.
Przez większość życia Augustin Teyssier istniał w jego pamięci jako postać niemal krystaliczna — ktoś, kto zniknął w niejasnych okolicznościach, ktoś, komu należało współczuć, kogo należało wspominać z dumą. Rodzina zawsze mówiła o nim z szacunkiem, jakby sam fakt jego zaginięcia był dowodem poświęcenia. Henry nigdy nie miał powodu wątpić. Nigdy też nie odczuwał potrzeby, by zadawać pytania.
Dopiero tamten dzień w Aubenas wszystko zmienił.
Gabinet pachniał kurzem i starym pergaminem. Światło wpadające przez wysokie okno odsłaniało drobne cząsteczki unoszące się w powietrzu, jakby czas zatrzymał się w tym pomieszczeniu dokładnie w chwili, gdy jego ojciec po raz ostatni je opuścił. Henry pamiętał, jak długo stał wtedy nieruchomo przy biurku, zanim odważył się dotknąć czegokolwiek. Jakby bał się, że naruszy coś, co przez lata pozostawało nietknięte.
Najpierw były pojedyncze wycinki z gazet. Potem notatki. Fragmenty przemówień Grindelwalda zapisane drobnym, starannym pismem. Obok komentarze, podkreślenia, pytania zapisane na marginesach. Z początku próbował przekonać samego siebie, że to tylko ciekawość. Badanie przeciwnika. Próba zrozumienia, jak działa ktoś tak niebezpieczny.
Ale im dłużej tam stał, tym mniej przekonywająco brzmiało to wyjaśnienie.
Od tamtej chwili pytanie, którego wcześniej nie chciał formułować, zaczęło powracać z uporczywością koszmaru, a nasiliło się w ostatnich godzinach. Nie dawało mu spokoju ani w dzień, ani w nocy. Wdzierało się do myśli w najmniej odpowiednich momentach — podczas treningów, w pracy, nawet wtedy, gdy próbował zająć głowę czymś zupełnie banalnym.
A dziś, zanim przyszedł do Conrada, niemal pozwolił temu pytaniu popchnąć się o krok za daleko. Wciąż pamiętał strach w oczach tamtego człowieka przyciśniętego do ściany. Pamiętał też własne dłonie zaciśnięte zbyt mocno, własne myśli, które na moment przestały należeć do rozsądnego aurora, a zaczęły przypominać obsesję.
Dlatego właśnie tu przyszedł.
Conrad siedział naprzeciwko, spokojny, zakorzeniony w rzeczywistości w sposób, którego Henry w tej chwili wyraźnie potrzebował. Sam czuł się, jakby stał na cienkim lodzie — każdy kolejny wysnuwany wniosek groził pęknięciem czegoś znacznie większego niż tylko rodzinnej legendy.
Najgorsze było to, że nie wiedział, czego tak naprawdę się boi.
Tego, że znajdzie odpowiedź… czy że jej nie znajdzie.
Odstawił książkę na miejsce i przesunął dłonią po karku, jakby chciał rozluźnić spięte mięśnie. W końcu zrobił ponownie kilka kroków w stronę kanapy, ale nie usiadł od razu. Stał przez moment przy stoliku, patrząc na parę unoszącą się znad herbaty.
— W Aubenas… — zaczął, wolniej niż zamierzał. — W gabinecie ojca.
Na krótką chwilę zawahał się, jakby samo wypowiedzenie tych słów miało nadać jego podejrzeniom realny kształt.
— Wiesz, prawie nikt tam nie zaglądał od lat. — Uśmiechnął się blado. — Jakby wszyscy uznali, że lepiej zostawić to miejsce w spokoju. Mauzoleum pamięci, czy coś w tym stylu.
W końcu usiadł, opierając łokcie o kolana. Nachylił się do przodu i utkwił wzrok w twarzy kuzyna.
— Znalazłem tam rzeczy… których się nie spodziewałem. Artykuły, notatki. Wycinanki z gazet. Wszystko o Grindelwaldzie.
Podniósł wzrok na Conrada, w jego spojrzeniu pojawiło się nuta niepokoju — nie tyle strach, co potrzeba, żeby ktoś inny też poznał… prawdę?
— Nie takie jak w aktach aurorów. Nie raporty. — Pokręcił lekko głową. — Raczej… analizy. Fragmenty przemówień. Zapisy zaklęć, których używali jego ludzie. Jakby ojciec próbował zrozumieć jak on działał, kim był.
Na moment zapadła cisza.
— Nie wiem, co myśleć — odezwał się w końcu ciszej. — Mam mętlik w głowie, nagle zaczynam myśleć, że mój ojciec… interesował się Grindelwaldem bardziej niż powinien… Myślisz, że to możliwe? Po tym, do czego jego zwolennicy doprowadzili moją matkę? Nawet zadaję sobie pytanie, czy on… — Nie dokończył zdania, ale wiedział, że ono i tak wybrzmiało. Nie brał w tym udziału?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.