• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 10/7 > Kuchnia łączona z salonem
Kuchnia łączona z salonem
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-09-2025, 15:57
Kuchnia łączona z salonem
To najbardziej przestronne pomieszczenie w całym mieszkaniu. Na ścianach króluje odsłonięta cegła, podłogę pokrywa betonowa wylewka, której wizerunek ociepla dywan. Wysokie, pozbawione firanek okna wpuszczają dużo światła, podkreślając przestronność wnętrza. Centralny punkt pomieszczenia zajmuje salon, wyposażony w skórzaną kanapę i dwa pasujące fotele – wygodne, harmonizujące z resztą wystroju oraz stolikiem pośrodku. Stałym elementem wystroju stały się rozliczne rośliny w donicach. Po lewej stronie, w pobliżu dużego okna, znajduje się jadalnia, umeblowana w stół z drewna i cztery krzesła. W głębi pomieszczenia zaprojektowano aneks kuchenny, którego industrialny charakter podkreślają metalowe półki, surowe fronty szafek oraz funkcjonalny układ.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
28-10-2025, 21:25
Uwielbiał patrzeć, jak pod wpływem jego słów i dotyku jej twarz mięknie, jak pękają mury, które budowała przez lata, jak z jej oczu na ułamek sekundy znika cień rozsądku, a zastępuje go błysk czystego pożądania. Lubił wszystkie te momenty, kiedy topniał lód z jej spojrzenia; kiedy zaglądały do niego iskry; kiedy porzucała chłodne kalkulacje; kiedy wypędzała za swojego życia zdrowy rozsądek. Tak było, gdy po pierwsze złączył ich usta w pocałunku - najpierw delikatnym, takim, którym badał grunt nakreślał granice i sprawa na ile mógł sobie pozwolić i na ile ona była gotowa, potem, z jej inicjatywy, bardziej zapalczywym i zaborczym, który zabrał im płuc ostatni haust tlenu.
Od tamtej pory każde spotkanie splecione ich obecnością rozgrywało się przestrzeni, gdzie myśli mieszały się z instynktem, a rozsądek, zmierzając do upadku, zmieniał się w ledwie słyszalny szept zagubiony wśród pragnień i gdzie coraz śmielej podsycał ogień, który tlił się gdzieś głęboko pod warstwą lodu. Ich uczucie dojrzewało w mroku – tam, gdzie nie sięgało światło i gdzie rozkwitały najmroczniejsze pragnienia. Najpierw kilka iskier, potem ledwie tlący się płomień, aż wreszcie pożoga, który pochłaniała wszystko wokół, zdolna spopielić cały świat.
Wiedząc, jak bardzo kochała kontrole i władzę i jak bardzo tego pragnęła, tym chętniej wytrącał jedno i drugie z jej dłoni, chociaż najpierw - zwabiając ją własnym urokiem - wodził ją za nos, manipulował tym, co pożądała. Dał jej pozornie odczuć, że w jej zasięgu znajduje sie to wszystko. On, jego zepsucie, jego zguba. Udawał ćmę, która leciała do światła nie mogła już zawrócić. Prowokował czułymi słówkami, mamił ciepłem dotyku, kusił rozkoszą ust. Zaprowadził ją na krawędź przepaść, gdzie dwa kroki dzieliły ją od obłędu.
Bawił się nią z nieuchwytną finezją, jak iluzjonista, który musi ukryć sekrety przed publicznością. Lubił wtedy myśleć, że wszystko podporządkowane było jego grze - każdy gest i myśl. Wplatał się w jej słabości, w to, czego pragnęła najbardziej i czym żywiła swoje ambicje.
Sprawiał, że nie mogła oddychać. Sprawił, że wszystkie myśli poruszające się po zawiłym korytarzu jej umysłu prowadziły do niego. Sprawił, ze uwierzyła, że to ona sprawuje władzę; że to ona jest tą, która ma go w garść. Sprawił, że uwierzyła w swoją moc sprawczą. Do czasu. Bo wtedy, gdy był skupiony na tym, by rozciągnąć nad nią swoją sieć, oboje wpadli w swoje sidła. Splotli swoje losy, wiążąc ją niewidzialną nicią, która nie dało się już rozerwać. W tej grze oboje straci kontrole, stając się zarówno myśliwymi i ofiarami, uwikłani w relację, której nie potrafili już rozsupłać.
I kiedy wreszcie zrozumieli, że nie ma już powrotu, nie musieli już udawać. Pozwolili sobie być dla siebie tym, kim nie mogli być dla świata - słabością, która zmieniła się siłę, i tajemnicą, która dała początek nowej prawdzie — prawdzie, którą znali tylko oni, skrytej w ciszy wspólnej tajemnicy.
Tonął w cieple jej dotyku, w smaku jej ust; świat wokół tracił kontury, rozmywał się w mgle uniesień, przetaczającej się przez ciała i dusze, bezwstydnie rozbijającej się o brzegi jego nieświadomość. Raz zarazem zanurzał w tej bezkresnej wodzie, nie walcząc z nurtem, zanurzał się niej, pozwalając, by obmyła go z pozorów i wstydu.
Zbyt długo tłumił z tyłu gardła westchnienia, by powstrzymywać kolejne. Zbyt długo trzymał ręce przy sobie, by teraz nie podróżować spragnionymi palcami po nagości jej skóry, która stała się mapą, na której kreślił ścieżki nowe ścieżki zachwytu. Zbyt często gubił oddech w jej ustach, by teraz po prostu odpuścić. Jego ruchami sterowała niecierpliwość, której granice wymierzały rozszalałe akordy serce. Niecierpliwość, która chciał wydzierać z jej gardła kolejne jęki.
Najpierw poczuł szept tuż przy ustach. Te miękkie, ale zdecydowane „Mon cœur”, które zadrżało na jego skórze, zanim przeszło w dotyk. Ranna kobieca dłoń poruszyła się nagle i zademonstrowała mu, jak silne mogą być jej palce, jak ostre paznokcie, gdy nagle wbiła je w jego podbródek. Jej usta najpierw zbliżył się do kącika jego ust, a potem sunęły dalej, ostatecznie wyszarpując z jego ust cichy syk, gdy sięgnął nią do rany.
Przez chwile, dławiąc w sobie ból, przez który dotknęła go frustracja, chciał odebrać jej kontrolę. Każde kolejne drżenie rodziło w napięcie pełne nieznośnego oczekiwania, którego nie potrafił już ukryć. Balansując na granicy bólu i przyjemności, mógł myśleć już tylko o tym, jak z trudem znosi jej palący skórę dotyk. Każde, nawet najdrobniejsze muśnięcie wywoływało iskrę; elektryzowało ciało, przeszywało go dreszczem. Zmysły wyostrzone do granic możliwości odbierały każdy, nawet najsubtelniejszy gest, jakby świat zwęził się do tego jednego punktu- miejsca, gdzie ich ciała spotkały się ze sobą. Nie mógł już odróżnić, czy drżał z bólu, czy z przyjemności, czy może z obu jednocześnie. Najpierw pogubili oddechy, potem ubrania i w końcu całą resztę, ofiarując sobie wszystko, co tylko mogli.

zt2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 12:41
20 maja

Nigdy nie byłem w Szwajcarii, ale w tym momencie czułem, jakbym spędził tam całe swoje życie, które właśnie się skończyło. Nie pamiętałem, czy nazwa tego kraju padła w liście, czy wypowiedział je ktoś na głos, gdy list wypadł mi z dłoni i został podniesiony przez jednego ze współpracowników. A może to ja wyszeptałem je bezgłośnie, nie mogąc uwierzyć w treść, które niósł ze sobą ten niewielki kawałek pergaminu. Aż dziwne, że tak mała karteczka potrafiła nieść w sobie tak ogromny ciężar.
Szwajcaria musiała być piękna o tej porze roku, z wysokimi górami pokrytymi śniegiem, który niechętnie ustępował miejsca wiosennemu słońcu, z dolinami pełnymi zieleni i kolorów, o jakich w Anglii mogliśmy jedynie pomarzyć. Zbyt deszczowo, zbyt wilgotno, by uprawiać większość tamtejszych roślin. Jak takie piękno mogło więc nosić w sobie śmierć? Jak mogło tak obojętnie przejść obok odchodzącego ludzkiego istnienia? Pozwolić na to, aby tak po prostu zgasło? Czy w tej oślepiającej górskiej bieli i barwności dolin nie było choćby jednej nici współczucia? Jakby świat postanowił wymazać je gumką. Wymazać życie. Wymazać moją żonę.
Była moją przyjaciółką, która wiedziała o mnie więcej, niż ktokolwiek inny w Palatium Librae, niż ktokolwiek w tej przeklętej błękitnej strukturze, która nakazywała nam udawać ludzi, jakimi nigdy nie byliśmy. Wiedziała, że nigdy nie patrzyłem na kobiety tak, jak powinienem patrzyć i mnie nie oceniała; nie próbowała zmienić mojego serca, naprostować uczyć, wykreować mnie na nowo. Za to wybrała mnie. Wybrała mnie, bo wiedziała, że życie ze mną będzie wygodne dla jej ambicji i planów.
Nie kochaliśmy się, lecz byliśmy wobec siebie lojalni. A teraz jej nie było.
Ktoś coś do mnie mówił. Może służba. Może jeden z Crouchów. Może tylko słyszałem głosy w swojej głowie i wszystko to było wyłącznie przejawem mojej wyobraźni. Cała rezydencja, zwykle uporządkowana, doskonała, ciężka od zasad, z jakimi przyszło nam żyć, przygotowana do codziennego odgrywania przedstawień savoir-vivre'u, wydawała się absurdalnie cicha i nijaka. Teatr, który nie płonął oklaskami po zakończonej sztuce, ale pogrążył się w marazmie, że nie będzie już kolejnych aktów, bisów i ukłonów. Wszystko się skończyło, kurtyna opadła. I tylko jeden aktor na scenie nadal nie rozumiał, co się właśnie stało.
Pożegnałem się, gdy wychodziłem? Ktoś próbował mnie zatrzymać, pytać, dokąd się wybieram? Czy ktoś mówił, bym nie robił głupstw? Tak, to ostatnie z pewnością, pamiętam swój śmiech będący jedyną odpowiedzią na tę irracjonalną prośbę. Nie robić głupstw. Całe może życie było głupstwem. Bezsensowną pracą, która nikomu nie przynosiła żadnych korzyści. Bezproduktywnym spędzaniem dni i tygodni. Szafowanie nazwiskiem, które poza granicami Anglii nic nie znaczyło. Bańka ułudy, że wyższa pozycja społeczna daje nam prerogatywy do rządzenia innymi. Bycia lepszymi. Uważania się za lepszych. Nie rób głupstw, Rafaelu!
Ciało zaczęło się poruszać. Moje ciało, lecz wcale tego nie czułem, obserwując swoje kroki z zewnątrz. Jeden, drugi, dwudziesty ósmy. Ruch różdżką, teleportacja. Zapięty płaszcz, bo jednak było chłodno. Chłodno, w maju! W Szwajcarii pewnie dalej leżał śnieg w górach. Pukanie do drzwi. Walenie w drewno. Głuchy odgłos, szepty zza ścian. Sąsiedzi mnie widzieli? Wyglądali przez judasze? Byłem widzem dla własnych ruchów, lunatykiem, automatem przemykającym przez ulice Londynu do kamienicy, której mur nie chłodził rozpalonego ciała. Schody, poręcz, pukanie. Raz, dwa. Nie otwierał, czemu? Spał? Nie mógł spać, był środek dnia. Może pracował? Nie było go? Trzy, cztery. Uderzenie. Walenie. Hałas.
Zszedłem na dół, na gwar Pokątnej, gwar ulicy nieświadomej mojego bólu. Skąd miałem butelkę w ręku? Błysk miodowej whisky, smak miodowej whisky. Ciepło w gardle, ogień w płucach. Oddychałem cudzym powietrzem, a ona już nie oddychała. Oparty o ścianę osunąłem się na ziemię, przyciskając do siebie butelkę. Ludzie patrzyli, mijając mnie w pośpiechu. Kolejny zmizerniały przechodzień, który nie trafił do baru. Wzrok pogardy. Wolałem, gdy udawali, że nie widzieli. Łyk, jeszcze jeden, nie, może dwa. Zapomnieć. Nie myśleć. Ulica pachniała kurzem, kurz był na moim płaszczu, a ja byłem pod kamienicą Mortiego. Jak się tu znalazłem? Dlaczego się tu znalazłem? Patrzy na mnie jakiś mężczyzna. Nie, nie potrzebuję pomocy. Spierdalaj.
Spierdolił. Obrażony, ale przynajmniej z dobrym uczynkiem na sumieniu. Rozgrzeszyłem go jednym słowem, ale kto rozgrzeszy mnie? Umarła z mojego powodu. Zginęła, bo nie potrafiłem być mężem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 20:40
Kurtyna zmierzchu zapadła nad miastem, gdy opuścił gmach Teatru. Znowu, zaraz po próbie, nie zszedł od razu ze sceny. Znowu, zagubiony w labiryncie własnych myśli, w meandrach emocji i niewypowiedzianych, kłębiących się w otworze gardła słowach, grał tak długo, aż zgasły wszystkie światła, a granice między melodią a rzeczywistością się starały. Znowu stracił kontakt z światem realnym, był tylko świat rysowany przez dźwięki, do którego nikt, poza nim nie miał dostępu. Wydawało mu się, że odkąd mała sala opustoszała minęło kilka minut, a tymczasem upłynęła godzina. Odkładając smyczek, czuł ból w palcach; nie był to jednak ból budzący dyskomfort, był to ból, który mógł napełnić go krótkotrwałym, lecz także euforycznym poczuciem satysfakcji.
Przemierzając ulice miasta, wsunął między wargi papierosa i zapalił, zaciągając się nim, jak życiodajnym tlenem, którego nagle zabrakło w płucach, bo do tej pory nie było przestrzeni na oddech. Nie zwracał uwagi na przechodniów, których mijał po drodze. Nie przejmował się tym, która była godzina. Dzisiaj nigdzie się nie śpieszył. Dzisiaj mógł przejść przez park, nieco wydłużając drogę do mieszkania, lecz wystarczył ledwie impuls przeczucia, który targnął nim na skrzyżowaniu dwóch ulic, żeby porzucić ten pomysł.
Od chwili, kiedy otworzył oczy, obudzony przez sen, jaki zajrzał pod jego powieki, towarzyszyło mu wyjątkowo nieprzyjemne, budzące lęk przeczucie, które dreszczem wspinało się po linii kręgosłupa. Teraz, gdy skręcił w kolejną ulicę, znowu przyszło, tym razem głębiej wnikając w pory skóry. Było na tyle dokuczliwe, że wypuścił spomiędzy palców tlącego się papierosa, lecz najpierw syknął, czując jego żar na swojej skórze. Zdusił go zaraz pod podeszwą buta i, opatulając się szczelnie płaszczem, teleportował się na znajomy bruk uliczki, czemu towarzyszył nieprzyjemny uścisk w żołądku.
Ul. Pokątna nadal tętniła życiem, chociaz tłum już się przerzedził, gdyż większość sklepów, jakie mijał po drodze, zamknęło się już na przyjmowanie nowych klientów. Nie zwracał uwagi na podświetlone witryny, bo tym razem przeczucie, którym się kierował, oplątało go równie skutecznie, co policzki chłód, jaki przyszedł wraz zimnym powiewem wiatru. Po pokonaniu dystansu kilkudziesięciu kroków ujrzał fasadę znajomej kamienicy. Podchodząc bliżej, jego oczy napotkały siedzącego pod ścianę mężczyznę. Zamarł na moment bez ruchu, czując przechodzący płytko pod skórą dreszcz. Zrozumienie przyszło chwile później, gdy poznał w twarzy pijanego znajome rysy. Rysy, które nawiedzały go konsekwentnie w myślach od paru tygodni, a wraz z rozumieniem serce, jakby chcąc uwolnić się z klatki żeber, zabiło mocniej w piersi. W dwóch krokach pokonał dystans, jaki dzielił go od mężczyzny. Westchnął cicho na widok butelki, którą przytulał do piersi.
Nie raz widywał Rafaela z kieliszkiem w dłoni, lecz zwykle nie cuchnął alkoholem, więc nawet nie podejrzewał, że mężczyzna mógł czuć do niego niezdrowe przywiązanie. Teraz też spychał tę myśl w zakamarki umysłu, bo obecnie wyglądał jak ktoś, kto stracił kontrolę nie tylko nad ilościom wypitych procentów, a przede wszystkim nad swoim życiem.
To pierwszy raz, gdy widział kochanka w takim stanie. Pierwszy raz, gdy zmuszał go natychmiastowej relacji, bo czuł całym sobą, że miał tylko kilka sekund, aby zareagować. Rafael ściągał na siebie niechcianą uwagę przechodniów. Nie pozwoliwszy sobie na nieprzyjazne myśli, przykucnął przy nim, a potem odgarnął zabłąkane kosmyki ze spoconego czoło.
- Rafael - wypowiedział cicho jego imię, chcąc oswoić go ze swoją obecnością i przekonać się, czy nadal kontaktował. – Słyszysz mnie? - drugą rękę zaciągnął kaptur na jego głowę, żeby chronić jego tożsamość przed świadkami tego incydentu. - Daj mi ją. Wypiłeś już wystarczająco dużo – rzucił, nie czekając aż Rafael ustosunkuje się do jego słów. Wyjął spod jego drżących palców do połowy pustą butelkę i odstawił ją poza zasięg jego rąk. - Chodź na górę, zaparzę ci herbatę.
Chodź, powiesz mi co doprowadziło cię do takiego stanu, dopowiedział w myślach, nie sądził jednak, ze w takim stanie Rafael będzie pełnił wdzięcznego kompana do prowadzenia konwersacji. Wzdychając ciężko, spróbował dźwignąć go z bruku, chociaż ciało mężczyzny stawiało większy opór niż z początku przewidywał.
Na Merlina, dlaczego doprowadził się do tego stanu? Szukał znieczulenia? Zbliżała się pełnia i znowu tęsknota porwała go w swoje objęcia? I dlaczego przywędrował pod budynek kamienicy? Nie wiedział, jakie szkody na jego reputacji może to przynieść, a może w ogóle o tym nie myślał, tkwiąc w objęciach alkoholowego upojenia?
Morty, pomimo pogłębiającej się na jego czole zmarszczki, był jednak wstanie wykrzesać z siebie odrobinę współczucia, gdyż wiedział, jak to jest nie mieć na nic siły. Pamiętał te uczucie za dobrze. Pamiętał, jak to jest, gdy ciało wciąż żyło, chociaż samemu miało się wrażenie, że jest się martwym.. Pamiętał jak to jest dusić się własnym oddechem, gdy brakuje mu tchu. Potykał się wtedy o własne nogi. Gubił myśli. Zdawało mu się, ze utknął w martwym śnie. I miał wrażenie, że na świecie nie było już nikogo poza nim. Rafael czuł się teraz podobnie? Dlatego sięgnął po tę butelkę? Nie, sentyment nie mógł być prowodyrem jego stanu. Musiało stać się coś, co sprawiło, że się rozpadł.
Znowu próbował go dźwignąć. Czego tu szukał? Pocieszenia w jego ramionach? Tym dla niego był - pocieszeniem? Zagryzł zęby na dolnej wardze. Dlaczego w tej chwil mógł myśleć wyłącznie o własnej krzywdzie, którą nie wyrządził mu Rafael, a ktoś, kto już od dawna nie żył?
Nie wiedział, jakim sposobem, ale chwile później ciemność klatki schodowej pożarła ich sylwetki, ukrywając je przed uwagą obcych spojrzeń. Przesunął dłonią po jego karku, delikatnie, z wyczuciem, aby poznał, że towarzyszką tego dotyku była troska.
- Potrzebuję odrobine twoich dobrych chęci, albo przynajmniej chęci współpracy, inaczej nie zaciągnę cię na górę - mruknął nieco ciszej, zaciskając mocniej palce na jego ramieniu. Łudził się, że ból go otrzeźwi, a przynajmniej zmusi do chwilowego działania. Łudził się też, że jego obecność sprowadzi na Rafaela odrobinę ukojenia, którego potrzebował, aby stanąć chociaż na chwile na nogi i w końcu uświadomi sobie, że rzeczywistość nie była pustym aktem, a czymś w czym nadal trwał, nawet jeśli obecnie było zbyt przytłaczające, by nazwać go prawdziwym. – Złap się poręczy – objął go asekuracyjnie w pasie, aby udaremnić mu utratę równowagi. Nie pozwoli, po prostu nie pozwoli, aby ten dramat dociągnął do trzech aktów, skróci go do jednego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 13:20
Jakieś znajome widoki, rozpoznawalne kolory i kształty, chyba kojarzyłem, gdzie byłem. Pokątna? Tak, to musiała być ona, żadna inna ulica w Londynie nie pachniała w ten sposób, zapachem ziół, wywarów, stworzeń, żadna nie hałasowała w ten subtelny akord szeptów o magii. Tylko co tu robiłem, pośrodku gwaru, kroków przechodniów, ciekawskich spojrzeń? Ktoś obok się zaśmiał, chyba ze mnie, ale nie miałem siły ani ochoty, by w jakikolwiek sposób zareagować. I dlaczego, głupcze, dotykasz mojej twarzy?
Odepchnąłem natręta niczym natrętną muchę, ale tak jak ona ze swoim bzyczeniem, tak samo powróciły nachalne dłonie. Chciałem coś warknąć, zaprotestować, powiedzieć, żeby się odczepił, ale spomiędzy moich ust wydobył się tylko mrukliwy bełkot. Och, butelka, powinienem zwilżyć gardło, może wtedy łatwiej będzie mi mówić. Znów się zastanowiłem nad tym, co robię na Pokątnej. Szukałem kogoś... Mortiego, taaaaak. Ale czy nie powinienem być w drodze do Szwajcarii, zamiast tarzać się w ulicznym kurzu? Moje spodnie z wełny merynosa nie zasługiwały na takie traktowanie. Chyba muszę je zdjąć. Tak, muszę zdjąć spodnie.
Moja żona nie żyje.
Dłonie, które już wędrowały do paska spodni, zamarły na moment. Ponowna bolesna świadomość ukłuła mnie w jednej chwili. Szwajcaria, list, transport ciała. Transport. Ciała. Co za abstrakcyjne słowa, skąd się one wzięły w mojej głowie?
- Zostaw mnie! - wywarczałem w końcu, gdy natarczywość dłoni nie ustawała. Mało tego, wyciągnęły mi z palców butelkę. - Pieprzony złodziej. - Chciałem się na niego rzucić i odebrać swoją własność, ale czułem tak wielką niemoc, że samo myślenie sprawiało mi trudności. Nie, żebym był jakimś wielkim myślicielem na co dzień, pomyślałem z przekąsem. Nie płakałem za żoną ani za whisky i może dobrze, bo w sumie za czym miałbym płakać bardziej? O, Thobias... No tak, był jeszcze on. Zaśmiałem się głucho w duchu, a może w rzeczywistości, nie wiem, ironia losu zaczynała mnie przytłaczać. Traciłem tak wiele w ostatnich latach, a teraz zostałem wdowcem.
Natrętne dłonie nie odpuszczają, biorą mnie pod ramię, próbują podnieść. Szepczą coś o herbacie. Czy dłonie mogą szeptać? Dlaczego do mnie mówią? Zamrugałem kilka razy, próbując zogniskować spojrzenie na jednym punkcie, złapać tę odrobinę ostrości, która pozwoliłaby mi ocenić, co się wokół mnie dzieje. Dlaczego ten upiorny ktoś jest taki natarczywy? Niech da mi święty spokój i wieczny odpoczynek jak mojej martwej żonie. Martwej, martwej, martwej.
- Martwej. - Powtórzyłem na głos. - Ona jest martwa. - Wymamrotane cicho słowa zawisły gdzieś między mną a nieznajomym. Nieznajomy... hm... Skupiłem wzrok niemal nadludzkim wysiłkiem. Nie był nieznajomy, znałem go, rozpoznawałem, do niego właśnie szedłem. Co on tu robił? Nie było go przecież w domu. Złapałem go mocniej i podźwignąłem się z trudem, szukając w nim oparcia. Był tu, a ja nagle nie miałem pojęcia, czemu chciałem go widzieć. Czemu chciałem być z nim w takiej chwili, zamiast przeżywać żałobę w domu i przyjmować kondolencje od osób, które poczułyby się w obowiązku je złożyć.
- Morty – szepnąłem, aby się upewnić, że nie jest zjawą. Chciałem dotknąć jego twarzy, ale w tej samej chwili ogarnął nas mrok klatki schodowej, gęsta ciemność, w której nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Poczułem za to dotyk palców na karku i zamruczałem. A to mały napaleniec, zachciało mu się amorów w miejscu publicznym. Zachichotałem głośno i złapałem go za dłoń, ściągając ją ze swojej szyi. - Później cię przelecę, obiecuję, ale na razie ręce przy sobie. - Znów zachichotałem, opierając się biodrem o coś stabilnego i próbując na niego spojrzeć w świecie, w którym wszystko falowało. Dałbym sobie rękę uciąć, że gdy wchodziłem po tych schodach pół godziny temu, nie płynęły w powietrzu i nie ruszały się w tak absurdalny sposób. Ruchome schody, ha! Prawie jak w Hogwarcie.
Momentalnie napłynęły do mnie wspomnienia z niedawnego zjazdu absolwentów, z Pokoju Życzeń, z ognia, który nas wtedy ogarnął. Ciekawe czy te schody też prowadzą do równie przyjemnej miejscówki... Och, na pewno, w końcu szliśmy do mieszkania Mortiego. Złapałem go mocniej, czując jak jego ramię samo mnie obejmuje; jaki uroczo troskliwy, cudownie odpowiedzialny. A przecież wypiłem zaledwie odrobinkę, ledwie łyka, aby ukoić ból i żal. Zająłby się mną tak samo, gdybym był naprawdę pijany? Nie byłem wybitnie ciężki, ale miałem trochę mięśni, domyślałem się, ile kosztuje go utrzymanie mnie w pionie, więc w przebłysku świadomości wykonałem polecenie, próbując złapać się poręczy schodów i wykonać kilka kroków na próbę. Nie wywaliłem się, co uznałem za sukces i krok za kroku, z pomocą Mortiego, wspinałem się do góry. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś prowadził mnie w ten sposób. Może nigdy nie byłem w takiej sytuacji.
Usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza w zamku, a potem skrzypnięcie drzwi. W środku było cieplej, odrobinę ciszej i przyjemnie pusto, tak samo jak pusto było w mojej głowie, jakby świat zewnętrzny przestał istnieć. Żadnych szeptów o Szwajcarii i martwej żonie, żadnych wspomnień, żadnego hałasu Pokątnej. Było tylko moje ciało oparte o ścianę i gwałtowne drżenie, które sprawiło, że nagle zgiąłem się wpół, jakbym miał zamiar wymiotować. Ale nie wymiotowałem; objąłem się ramionami i znów opadłem na podłogę, jakby chciał uciec od zimna w sercu i od świadomości, czym jest wywołane. Powinienem być zdruzgotany. Powinienem krzyczeć. Powinienem płakać. A chciałem tylko leżeć i udawać, że nic poza mną nie istnieje.
- Moja żona nie żyje – wypowiedziałem w końcu na głos słowa, z którymi tutaj przyszedłem. Nie do szwajcarskiej ambasady magicznej w Londynie, aby wymusić dokładniejsze wyjaśnienia niż suchy komunikat w otrzymanej korespondencji. Nie do swojej rodziny, nie do jej rodziny. Nie ślęczałem w sowiarni, pisząc list za listem. Byłem tutaj, w mieszkaniu Mortiego, zachowując się nie jak mąż, ale jak kochanek. Pobiegłem do miejsca, w którym... w którym... w którym mogłem być sobą, tak jak byłem przy niej. Najbardziej prawdziwy ja.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 22:39
Rafael, chociaż przytomny, nie kontaktował; wskutek wypitego alkoholu, czy silnego emocjonalnego wzburzenia? Co przywiodło go pod fasadę tej kamienicy?
Chwile później dla Mortiego stało się jasne, że go nie poznał go. Nie od razu. Pomylił go z intruzem, który się naprzykrza, który narusza jego przestrzeń osobistą. Próbował go odgonić, jak natręta muchę. Mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. Wymachiwał nieskładnie ręką. Zmarszczył nos, jakby poczuł coś, co wydzielało nieprzyjemną, ostrą woń.
Widząc jak męskie dłonie wędruję do paska spodni, Morty powierzył wieczorowi kolejne westchnienie.
Nie możesz ich zdjąć zmieszało się z głośnym protestem zostaw mnie, ale nie mógł go zostawić, porzucić na pastwę ośmieszenia, pozwolić, aby zasnął jak bezdomny pod murem. Nie mógł tego zrobić, bo zwyczajnie zaczęło mu na nim zależeć. Uświadomił sobie to chwili, w której Rafael zwyzywał go od pieprzonych złodziei. Wyznanie, które sprawiło, że serce załomotało mu mocniej w piersi.
- To ja, Morty - szeptał cicho, próbując przemówić do jego zdrowego rozsądku, który nie mógł zupełnie odejść w zapomnienie; musiał gdzieś tam być, w tym kurzu i pyle, w tej pustce, jaka wydzierała z jego spojrzenia.
Zaciskając zęby, złapał go pod ramię i pociągnął w górę - najpierw jeden raz, potem drugi raz, dopiero za trzecim ponosząc triumf. Rafael bełkotał w najlepsze. Ona jest martwa powiedział, a Dunham wzdrygnął się na dźwięk jego ledwie wymamrotanych słów.
Kto był martwy? Przeczucie, jakie towarzyszyło mu podczas drogi do domu, pogłębiło się, wywołując nieprzyjemny uścisk w klatce piersiowej.
- To ja, Morty - powtórzył, gdy w pierwszym przebłysku świadomości Rafael odgadł z kim ma do czynienia. Moritemu nieco ulżyło, lecz nie na tyle, by poczuć się w tej sytuacji swobodnie. Ciało mężczyzny mu ciążyło, z trudem łapał równowagę. Chyba palców na swoim karku nie odebrał jako wyrazu troski. Chyba uznał to za akt pożądania, a chichot, który uprzedził słowa jedynie to potwierdził. Zbył ten komentarz milczeniem. Obiecał sobie, że nie odda mu się, póki nie wytrzeźwieje.
Pierwszy raz od dawna był wdzięczny ciemności na klatce schodowej, bo chociaż zwykle sprowadzała szepty, dzisiaj zapewniała im odrobinę anonimowości. Dunhamowi wydawało się, że ich wędrówka na trzecie kondygnacje budynku trwała wieki. Ulżyło mu, gdy w końcu znaleźli się przed jego mieszkaniem. Otworzył drzwi, a gdy już oboje - on i Rafael - byli w środku, zamknął je na klucz, nie wyjmując go z zamka.
Wytłumaczysz mi o co to całe zamieszenia zatrzymało się w połowie drogi do jego ust. Zastąpił je jego imieniem. Czując narastający niepokój, przypatrywał się, jak Rafael , jakby w amoku, otacza się własnymi ramionami i upada na podłogę. Morty mial wrażenie, że w ciszy, która nastała, pobrzmiewały dźwięki samotności zapisane na pięciolinii ich wspólnych nut.
I wtedy nadeszły słowa. Słowa o rażeniu atomu.

Moja żona nie żyje.


Morty zadrżał, przełkną ślinę. Przez chwile miał wrażenie, że znalazł się w innej rzeczywistość. W tej, gdzie czas odmierzał jego przyśpieszony oddech.W W tej, gdzie poza Rafaelem a nim nie istniał inny świat. Tylko oni dwa zawieszeni w drżeniu słów. Przykro mi nie ułożyło się na języku. Zatliła się w nim świadomość, że powinien złożyć mu kondolencje, lecz wówczas, równolegle do niej, bezlitośnie egoistyczna myśl zlała przestrzeń jego umysłu.
Skoro jego żona umarła, pozbył się zobowiązania względem niej.
I było mu wstyd, że nie potrafił złożyć mu szczerych wyrazów współczucia; poczuł jak ten wstyd pali go rumieńcami w policzki.
Przez chwile, wiążąc usta supłem milczenia, usiadł przy nim na podłodze. Nie wiedział, jak się zachować, jakich słów użyć. Nie spodziewał się, że Rafael w godzinie żałoby zapuka do jego drzwi. Zupełnie się tego nie spodziewał.
Ostatecznie uklęknąwszy przy nim, ujął oba jego policzki w swoje dłonie. Bez słowa zajrzał mu prosto w oczy, ten hipnotyzujący błękit, który nie raz już sprawił, że zgubił dech w piersi. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek, zanurzając się w tafli jego spojrzenia, ujrzy tam walczącą o dominacje rozpacz. Widok, jaki chwytał za serce, jaki dławił słowa w przełyku. Który sprawiał, że doświadczona przez mężczyznę strata miało niemal fizyczną postać bólu.
Przez chwile - ułamki sekund zawieszonych w trzech uderzeniach serca - chciał zamknąć go w obwolucie swoich ramion, zapewnić, że odnajdzie w nich to, czego każdy w takiej sytuacji poszukiwał - namiastki ciepła, poczucie bezpieczeństwa, ale słowa wycofały się w głąb korytarza krtani.
Chciał go uchronić przed nieszczerymi wyrazami współczucia, dlatego, pośród tylu środków wyrazu, wybrał milczenie. Łudził się, że odnajdą się w ciszy, w końcu czasem cisza była głośniejsza od słów.
Proszę, opowiedz mi o bólu, który rozrywa twoje serce.
W milczeniu szukał pojednania z własnym myślami. Jak przynieść mu ulgę? Jak uśmierzyć ból?
Kochałeś swoją żonę, Rafaelu?
Myślami, które rwały do przodu, raniły, jak ostrze wbite w osierdzie serca.
Nie musisz powstrzymywać łez, Rafaelu, a może to łzy nie chcą płynąć?
Tutaj mógł pozwolić sobie na emocje. Na krzyk. Szloch. Na wszystko, co nie mieściło się w organie ukrytym w klatce żeber.
- Przykro mi - wymamrotał w końcu, głos zniżając do cichego szeptu. Nie dlatego, że umarła, lecz dlatego, że jej śmierć otworzyła w sercu Rafaela nową ranę.
Morty nie wiedział, ile znaczyła dla niego ta kobieta. Nie wiedział też dlaczego Rafael zapragnął podzielić się ze swoją stratą akurat z nim, ze swoim kochankiem. Ale chciał być jego oparciem. Kimś, w kim odnajdzie bezpieczne schronie przed sztormem, jaki niespodziewanie zapanował w jego życiu.
- Opowiedz mi-
Zawahał się, czując wagę tych słów na języku, pogładził pod opuszkami palców jego skórę
- o niej.
Chciał, chociaż częściowo, zrozumieć z czym się borykał. Wydawało mu się, że inaczej nie będzie mógł mu pomóc. Chciał, aby mówił. Cokolwiek. Wylał z siebie to, co go przepełniało i w czym tonął.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
28-02-2026, 15:46
Czy to czyniło mnie potworem? To, że byłem tutaj, w mieszkaniu Mortiego, przeżywając żałobę na wpół pijany i myśląc o tym, żeby zabrał mnie do swojego łóżka. To, że w momencie słabości i emocjonalnego rozdarcia wybrałem ramiona kochanka, aby dręczyć się śmiercią jednej z najbliższych mnie osób? W jakim stawiało mnie to świetle w jej martwych oczach, które nie mogły nawet wyrazić dezaprobaty? W jakim stawiało mnie to świetle w jego oczach, w które nie miałem odwagi spojrzeć?
Oddech zaczął mi się rwać, jakbym nie zasługiwał na żaden haust powietrza; jakbym nie miał prawa oddychać, gdy ona już nie oddychała. Dlaczego jej nie zatrzymałem? Dlaczego, gdy mówiła, że to ważny wyjazd z jej karierze, który będzie mogła połączyć z kuracją medyczną, nie zatrzymałem jej u swojego boku? Wiedziałem, dlaczego. Wiedziałem, bo ten powód klęczał obok mnie. Moje palce przesunęły się na jego barki, chwytając go mocniej, niemal desperacko szarpiąc za materiał koszuli, czując coś, czego nigdy wcześniej nie czułem i kompletnie nie rozumiałem. Nie podniecenie, ale jednocześnie chęć zaspokojenia: nie głodu pożądania, lecz spalającego uczucia żalu.
Jego dłonie były ciepłe. Pewnie obejmowały moją twarz, gdy patrzył mi w oczy, a ja nie potrafiłem szczerze odwzajemnić jego spojrzenia. Widziałem znajome tęczówki, znajomy błysk, znajome ogniki, ale nie dostrzegałem ich tak, jak powinienem dostrzegać. W tym momencie były obce, dalekie od toni, w której się zanurzałem, pragnąc po prostu zapomnieć o wszystkim choćby na kilka krótkich chwil. Potrzebowałem, pragnąłem, chciałem, aby ktoś mnie przekonał, że to wszystko jest ponurym żartem, nieśmiesznym i nie na miejscu, nietrafionym, paskudnym, obrzydliwym, ale tylko żartem, lecz nic takiego się nie stało. Nie było słów, które dałyby mi ukojenie, był tylko parzący dotyk palców na skórze mojej twarzy i mów wstyd, że byłem tutaj, zamiast rozpaczać skulony na podłodze własnej sypialni, której nigdy nie dzieliłem z żoną.
Zadrżałem gwałtownie, gdy przez moje ciało przeszły kolejne torsje; reakcja organizmu, który chciał wyrzucić z siebie wszystko, wszystko, wszystko, a może nawet jeszcze więcej, niż byłem w stanie znieść. Poświęciłem żonę dla tych oczu, które się we mnie wpatrywały, oddałem ją śmierci dla palców gładzących mnie po policzku. Rzuciłem na pastwę losu po to, abym mógł pieścić ciało klęczące obok i smakować usta, którymi szeptało niezrozumiałe dla mnie słowa.
Przykro mu. Przykro mu, że pojawił się w moim życiu, zamieszkał w moim świecie, odbił w mojej świadomości swoje wspomnienia? J e m u jest przykro? Te dwa słowa wypowiedziane cicho tuż nad moim uchem dotarły do mnie z opóźnieniem, ale sens był tysiąckroć mocniejszy, niż gdyby trafiły prosto w serce. W gardle pojawił się śmiech; suchy, chrapliwy, zupełnie nie na miejscu, więc zdusiłem go w głębi, zanim zdążył wydostać się na zewnątrz. Przykro mu, że zabiłem swoją żonę z jego powodu, miałem ochotę odpowiedzieć, ale nie chciałem brzmieć jak potwór. Nie chciałem, żeby Morty zobaczył we mnie coś obrzydliwego; wystarczyło, że sam sobą się brzydziłem.
- Rozumiała mnie. - Zamknąłem oczy, bo w ten sposób łatwiej było mi przywołać ją do swoich myśli i łatwiej było mi unikać spojrzenia Mortiego. Alkohol szumiał w głowie, ale starałem się skupić, aby zachować jak największą trzeźwość umysłu. - Była ode mnie rozsądniejsza i zawsze wiedziała, jak należy postąpić, aby uniknąć... skandalu. - Wypowiadane słowa były ciche, powolne, staranne, jakby świat miał się skończyć, gdybym któreś z nich niewłaściwie zaakcentował. - Chciała żyć na swoich zasadach, a nie tak, jak oczekiwano od kobiety o jej pozycji. Robić karierę, poznawać świat, zawierać znajomości, na które nie zawsze patrzono przychylnym okiem. - Oparłem tył głowy o ścianę, oddychając chrapliwie i czując ciężar każdego słowa, które wychodziło spomiędzy moich warg. Po omacku, wciąż z zamkniętymi oczami, sięgnąłem po jego dłoń w obawie, by on też mnie nie opuścił. - Zawsze zachowywała dyskrecje ze swoimi romansami i tego samego oczekiwała ode mnie. Nasza relacja... od samego początku była umową. Opartą na przyjaźni, szacunku i zbieżnych celach, ale tylko umową. Nie kochaliśmy się inaczej niż przyjaciele. Pod tym względem byliśmy wobec siebie uczciwi, każde z nas wiedziało, że to drugie pieprzy innych mężczyzn. Nigdy tych samych – zastrzegłem nagle, jakby to naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie. Może miało. Może w tej chwili to było ważne. Może nasza przyjaźń potrzebowała tej granicy, którą sobie postawiliśmy. Pełna dyskrecja, sekrety, tajemnice i żadnych wspólnych kochanków. Nikogo, kto obnażyłby naszą relację.
Nagle uświadomiłem sobie absurd tej sceny. Wdowiec na podłodze mieszkania swojego kochanka. Może gdybym nie wplątał się w romans, nie uległ spojrzeniu, nie zakochał w muzyce, która go otaczała, nie poddał dłoniom, które mnie dotykały, ona by żyła. Nie miało znaczenia, że nie zdradziłem swojej żony, bo układ między nami nie przewidywał żadnych zdrad, ale miało znaczenie, że wyjechała tydzień po tym, gdy powiedziałem jej, że kogoś poznałem. I że ten ktoś może być dla mnie jak Thobias.
Czy wyjechała, bo naprawdę chodziło o jej ambicje i karierę, o kolejne medyczne kuracje? A jeśli wyjechała, bo ją zawiodłem? Poczucie winy było coraz silniejsze; czułem, jak rozgrzewa moje wnętrzności, jak pali je coraz mocniejszym ogniem i choć wiedziałem, że była to ułuda, czułem niemal fizyczny ból. Miałem ochotę ponownie zgiąć się wpół, chociaż nie przyniosłoby to i tak żadnej ulgi.
- Powinienem być w drodze do niej – wyszeptałem – albo w domu odpisywać na listy z kondolencjami. A jestem... jestem, Morty, tutaj. W domu kochanka, którego... - słowa ugrzęzły mi w gardle, jakby brutalność faktu, że kochaliśmy się w jego łóżku w chwili, gdy moja żona u m i e r a ł a, była zbyt przytłaczająca. Winny. Bez prawa do obrony. W końcu otworzyłem oczy, dostrzegając w jego spojrzeniu mieszankę uczuć, których nie chciałem widzieć. Troska, lęk, współczucie. Nie zasługiwałem na żadne z nich. Morderca. Tym byłem. Powinien mną gardzić, a nie mi współczuć. - Gdzie moja whisky? - zapytałem nagle. - Muszę się napić. Teraz. Oddaj mi ją. - Szarpnąłem się gwałtownie, próbując wstać spod ściany, opierając się o nią ręką, odpychając siłą woli. Dostrzegłem butelkę stojącą obok i wyciągnąłem do niej drugą rękę, chcąc ją złapać, przyciągnąć, wypić do końca, póki ogień w sercu nie zostanie spopielony ogniem alkoholu.
Przeliczyłem swoje siły; zwiodły mnie rozsądne słowa wypowiadane bez zająknięcia, jednak nie byłem dość trzeźwy, by utrzymać się na nogach. Trzeźwy umysł, nietrzeźwe ciało. Jakże niewygodnie. Jak bezużytecznie. Zachwiałem się i runąłem z powrotem na ziemię. Kolana głucho uderzyły o podłogę, ale ręce oparły się na Mortym. Miałem ochotę krzyczeć, nie płakać.
- Co to o mnie mówi, Morty? To że jestem tutaj. - Szwajcaria wydawała się nagle bardzo daleka. Góry, śnieg, doliny... a on był obok. Blisko. Bez śniegu, bez gór, bez martwej żony. Żywy. Ciepły. Mój. Pchnąłem go na ziemię i opadłem ciężko na leżące ciało. - Ona była jedyną osobą, przy której nie musiałem udawać, że jestem kimś innym. A teraz... mam tylko ciebie. - Patrzyłem na niego przez chwilę, a potem w końcu pozwoliłem sobie na reakcję, jakiej się po mnie spodziewał. Oparłem czoło na jego klatce piersiowej i cicho zapłakałem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
01-03-2026, 21:57
Wiedział, jak to jest uginać się pod ciężarem wyrzutów sumienia. Sam się z nim borykał, kiedy na horyzoncie gasło słońce, nad miastem noc rozciągała kotarę ciemności, a on, tkwiąc w objęciach samotności, uległ szeptom, jakie rozlegały pod sklepieniem czaszki.
Chociaż miał wtedy niecałe sześć lat, pamiętał jak jego matkę, wyniszczoną przez chorobę, zabrała śmierć. Miała cerę bladą jak śnieg. Oczy nabiegłe krwią. Przesadzone, miedziany włosy opadały na wilgotną od potu poduszkę. Sine usta poruszały się, lecz z gardła nie była w stanie wydusić choćby pojedynczy dźwięk. Wierzył wtedy głęboko ,że to on, swoim istnieniem, wydarł z jej piersi ostatnie tchnienie. Rodząc się, odebrał jej to, co miał najcenniejsze - zdrowie, a potem także życie.
Na końcu drogi każdą żywą istotę spotyka śmierć, wmawiał sobie to, ilekroć wspomnienia zalewały go jak fala odpływu. Rodzimy się po to, aby w końcu rozstać się z życiem.
Sam był potworem w ludzkiej skórze. Potworem o ludzkim obliczu. Potworem, który sprowadzał na innych śmierć.
Stare blizny, ukryte głęboko pod skórą, chociaż zabliźnione nie krwawił, odezwały się fantomowym bólem. Skrzywił się, słysząc jego urwany, świszczący oddech, jakby zduszał szloch w otworze krtani. Wtedy, kiedy jego matka umierała, czuł się podobnie. Miał wrażenie, że nie miał już prawa ani oddychać, ani żyć, że powinien umrzeć razem z nią.
Czy Rafaelowi obecnie towarzyszyły podobne myśli? Jak do niego dostrzec? Co powiedzieć? Jak odnaleźć drogę do właściwych słów? Jak powiedzieć mu o klątwie, które zawisła niczym fatum nad jego ludzkim, obecnie zupełnie bezwartościowym żywotem? Czy w dniu, kiedy spotkali się na pomoście, kiedy przeznaczenie splotło ich losy, opętała także Rafaela, skazując go na większe potępienie? Czy Morty stanie się źródłem jego nieszczęścia, jakie w przyszłości odbierze mu wszystko, co drogocenne? Czy będzie powodem jego zguby?
Nie chciał tego. Pragnął, aby mężczyzna, który walczył z własną rozpaczą, nie był dotknięty nieszczęściem, jakie rządziło życiem Mortimera. Pragnął, aby spotkało go szczęście, aby żył pełnią życia, cieszył się nadejściem wiosny, a potem także lata.
Czując jak palce Rafaela zamknęły się w silnym uścisku na jego barkach i pociągnęły go niemal desperacko za poły koszuli, na moment zapomniał, że jeszcze nie utracił przywileju oddechu. Zachłysnąwszy się powietrzem, niemal się udusił.
Gdyby mógł, zabrałby ten cały ból, który Rafael czuł. Gdyby mógł, wydarłby ten cierń rozpaczy z jego serca. Gdyby tylko mógł być jego pocieszeniem i światłem, jaki poprowadzi go przed ten mrok, na wzór latarni, która sprowadza na stały ląd zagubione na morzach statki, chciałby nim być.
Przykładając swoje ciepłe palce do jego policzków, wątpił, że samym dotykiem ześle na niego ukojenie,lecz jednak, nawet pomimo torsji, jakie wstrząsnęły znajomym ciałem, nie wycofał rąk, sygnalizując samym dotykiem, że ma kogoś, z kim może podzielić się bólem, jakie rozrywało go na strzępy.
Słowa, które z siebie wyrzucił, wydały się zbyt małe w obliczu tragedii, która zakradła się do żywota człowieka, który nagle wtargnął do jego życia i próbował zagościć w nim na stałe, lecz z plątaniny myśli nie mógł wyodrębnić bardziej odpowiednich. Gładził łagodnie po palcami skrawki jego skóry, cierpliwie czekając jak na policzkach pojawi się mokra ścieżka łez, lecz obecnie twarz kochanka wykrzywiła złość, a wraz z pierwszymi słowami, jakie padły z jego ust zamknął oczy, ale Morty słuchał, czując, jak niewidzialna pięść zaciska się na jego żołądku.
Charakter ich znajomości wydał się zarówno praktyczny, jak i skomplikowany. Wypracowali porozumienia tam, gdzie inne pary, będę się w ich sytuacji, odnalazłby wyłącznie kość niezgodny.
Nie kochał jej taką miłością, o której poeci rozpisywali się w poematach przepełnionych bukietem kwiecistych metafor. Morty, słysząc jego wyznanie, poczuł ulgę, która jednocześnie napełniała go pogardą do samego siebie. Byli małżeństwem z wyboru, a nie konieczności. Układem zbudowanym na fundamencie wzajemnego zaufania i szacunku, którego spoiwem były wspólne, wstydliwe sekrety, jakie ukrywali przed całym światem, lecz nie przed sobą. Uczucie, które ich połączyło, było nietypowe, ale też piękne w swojej inności. Dwie dusze, który spotkały się na rozstaju dróg....
Mógłby powiedzieć, że na pewno otrzymała od życia tego, czego pragnęła, bo skoro zgodziła się na ten układ, nie pragnęła jego miłości. Mógłby powiedzieć, ze na pewno było szczęśliwa, bo pozwolił jej o sobie decydować. Mógłby powiedzieć wiele więcej, lecz wiedział, że to nie ugasi bólu, jaki czuł. Nie sprawi, że Rafael poczuje się lepiej, bo teraz pożerała go jak wygłodniałe zwierzę rozpacz i żadne słowa tego zmienić nie mogły.
Czy w obliczu tego wszystkiego, co między nimi wydarzyło, obwiniał się za to, że umarła? Że nie było go przy niej, gdy oddawała ostatnie tchnienie? Że nie towarzyszył w jej ostatniej podróży?
Gdybyś był przy niej i trzymał ją za rękę w ostatnich chwilach jej życia, nic by to nie zmieniło, chciał powiedzieć, lecz głos pozostał w krtani. On czuwał przy łożu matki, gdy umierała. Obserwował, jak zapadała się w sobie. Był wtedy dzieckiem i nie rozumiał, że pochłaniała ją ostateczność, dopóki nie zaobserwował, jak blask życia zgasł z krawędzi jej źrenic, bo przecież dopiero wówczas zrozumiał, że odeszła i nigdy nie wróci.
Wycofał dłonie, gdy wyrzucił z siebie kolejne słowa, ostre jak sztylet noża. Czuł się tak, jakby Rafael wziął go w swoje dłonie i wycelował jego ostrze prosto w organ, który niespokojnie bił w piersi Mortimera.
Żałował, że był tu, z nim, a nie tam, z jej nieruchomym, martwym, zimnym ciałem? Żałował każdej chwili, którą spędzili swoim towarzystwie? To chciał powiedzieć, przerywając w połowie słowa? A może- może ona umierała, gdy oni-
Rafael nie zasługiwał na jego pogardę. Nie wiedział przecież, że ona walczyła o życie w chwili, w której on oddawał się przyjemnością. Nie mógł tego wiedzieć, gdyby wiedział- nie był przecież taki bezduszny. Ktoś, o takiej głębi emocjonalnej, nie był bezduszną kreaturą, niezdolną do współczucia.
- Nie chcę byś więcej pił - wydusił tylko, wiedząc, że na dnie butelki odnajdzie tylko chwilowe znieczulenie, lecz nie próbował go powstrzymać. Obserwował tylko -jak na zwolnionym filmie, klatka po klatce, jakby gdyby zatrzymał się czas - jak Rafael podnosi się niezdarnie na chwiejnych nogach, nie łapie równowagi i znowu upada, opierają o niego swoje dłonie, by nie uderzyć głową o podłogę.
Co to o mnie mówi, Morty?, zawisło nad nim, jak katowska ręka, która zaraz wykona wyrok.
- Że szukasz wsparcia - mruknął cicho, niemal nie poruszając przy tym ustami, jakby w obawie, że zbyt głośne słowa sprawiają, że całkowicie się załamie – którego chcę ci dać jak obecnie niczego innego.
Nigdy nie był dobry materiałem na pocieszyciela, chociaż bardzo pragnął być jego wsparciem. Poddał się męskiemu silnemu dotykowi, kładąc się plecami na podłodze. Nie sprzeciwił się, czując na sobie ciężar jego cięższego o niemal dziesięć kilogramów ciała.
… teraz mam tylko ciebie zadudniło pod sklepieniem jego czaszki. Przemawiała przez niego gorycz, rozczarowania? Czy nadzieja, że, pomimo iż umarła ta, którą nazywał swoja żoną i przyjaciółką, miał kogoś, przed kim nie musiał udawać kogoś innego?
Zamknął go w swoich objęciach, gdy Rafael odnalazł schronienie w zagłębienie jego szyi i szloch targnął jego ciałem. Rozpacz kochanka udzieliła się także jemu. Poczuł, jak po policzki, zupełnie bezdźwięcznie popłynęła jedna, druga, a potem kolejne łza, jakby współdzielił się z nim rozpacz.
Przez dłużą chwile nie mówił nic. Oddał tę chwilę ciszy,przerywanej tylko przez cichy płacz mężczyzny, który, w tej jednej chwili, stał się wszystkim, co miał.
Toczył walką własnymi myślami. Kilka razy otwierał usta i zaraz je zamykał. Powinien mówić to, co niewypowiedziane wędrowała po korytarzu jego umysłu? Powinien przerwać cisze? Powinien nazywać to, co wypełniało jego trzewia?
Westchnął ciężko, głęboko, jakby właśnie dopuścił się nadludzkiego wysiłku. Rafael dygotał w jego ramionach, cierpiał, a on nie wiedział, jak ulżyć mu w tym cierpieniu. Czuł się, jak parodia człowieka.
- Myślę, że to może być moja wina - odezwał się, gdy ich sylwetki odnalazł mrok, a spojrzenie wbił w sufit. Czuł jego i swoje serce, wydawały się bić w jednym, przyśpieszonym rytmie. Zacisnął mocniej dłonie na jego skulonych ramionach, jakby w obawie, że gdy powie o kilku słów za dużo, Rafael ucieknie i zostanie sam. – Gdy byłem dzieckiem, cichy szept zagonił mnie na strych. Szeptało do mnie coś ukrytego pod płachtą. Zdjąłem ją, a moim oczom ukazała się wiolonczela – kreśląc ustami kolejne słowa, poczuł nagle spiekotę w gardle. Przełknął silne, by go nawilżyć. – Stara, od dawna nieużywana, skazana na zapomnienie, według mojej babki przeklęta. Miała sprowadzać na każdego, kto na niej grał, nieszczęście. - Zacisnął się haustem powietrza; w powietrzu unosiła się duchota, która pchała się do dróg oddechowych i kłębiła w płucach jak obłoki nikotyny. – Jeśli to prawda - westchnął cicho, bojąc się, że słowa znowu zatrzymają się w tunelu krtani – jeśli to prawda, Rafaelu, to jestem przeklęty.
Jeśli to prawda, zniszczę cię, a nie chce patrzeć, jak twoje życie popada przeze mnie w ruinę, słowa, które nie miał odwagi wypowiedzieć, zawisły w powietrzu, potęgując duchotę. Okrył go jeszcze szczelniej swoimi ramionami, nie przejmując się tym, że materiał koszuli przesiąkną wilgocią jego łez.
Łatwiej było mu uwierzyć, że to on sprowadził na niego zgubę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
04-03-2026, 13:24
Czułem, jak jego ramiona zaciskają się mocniej, jakby bał się, że zniknę, chociaż nie pozostało mi już żadne inne miejsce na ziemi, do którego mógłbym uciec i żadna inna osoba, u której mógłbym się skryć. Nie było nikogo, komu mógłbym wyszeptać swój ból, bo nawet moi najbliżsi nie byli świadomi tego, co dla mnie znaczyło to małżeństwo. Nie iledla mnie znaczyła żona. Płakałem za wolnością, którą w jednej chwili utraciłem i za osobą, która mi tę wolność ofiarowała. Bez stawiania niemożliwych warunków, bez szantażu, bez oczekiwań, których nie mógłbym spełnić. Zgodziła się na układ, który akceptowaliśmy oboje, korzystając z niego w pełni i wzajemnie się kryjąc, choć nie miałem wątpliwości, że to ja zawsze miałem więcej do stracenia. Była moją opoką i ostoją, do której zawsze mogłem się zwrócić, która doskonale rozumiała, dlaczego to ją wyciągam wieczorami z łóżka, aby opowiedzieć o ostatnim mężczyźnie, którego poznałem i pożalić się na pracę, której nienawidziłem całym sobą. Odwdzięczała się obecnością u mojego boku, uśmiechami rzucanymi w kierunku odpowiednich osób na rautach i balach, czułościami, jakie mi okazywała, upewniając się, że wszyscy na nas patrzą. Małżeństwo idealne. Niemal idealne, bo wciąż brakowało w nim dzieci.
Tylko raz rozmawialiśmy na ten temat; tylko raz padło kategoryczne n i e wypowiedziane naszymi ustami, bo co do tego zgadzaliśmy się oboje. Żadne z nas nie chciało mieć dzieci: ona ze względu na inne priorytety w życiu, ja dlatego, że nie czułem się ojcem i nigdy nie przepadałem za dzieci. Nie sposób było jednak nie słyszeć coraz częstszych szeptów i podejrzliwych spojrzeń przy rodzinnym stole. Miecz bezpłodności, wybrakowania, wady, która ciążyła nad którymś z nas, wisiał nam nad głowami niczym ponura chmura gradowa, mimo że nikt dotąd nie wypowiedział na głos żadnego oskarżenia. Wiedziałem, że ją to drażni i że było to jednym z powodów, dla których tak często wyjeżdżała w ostatnich miesiącach. Nie chciała słyszeć tych delikatnych aluzji w rozmowie i współczujących spojrzeń, gdy wszyscy z góry zakładali, że to ona jest winna. Nie pomagało, że oboje znaliśmy prawdę; nie znała jej socjeta, a to socjeta rozdawała karty i ustalała zasady, nawet jeśli żadne z nas się z nimi nie zgadzało.
A teraz to wszystko i tak nie miało już żadnego znaczenia.
Moje palce powędrowały ku jego szyi, jakbym musiał upewnić się, że jest realny, ciepły, żywy. Że pod moimi palcami pulsuje krew tłoczona z serca, że jej rytmiczny ruch wyznacza kolejne oddechy świadczące o tym, że Morty daleki jest od wędrówki w to samo miejsce, w którym znajdowała się ona. Gdzieś daleko, w kraju gór i śniegu, leżała martwa kobieta, która mnie rozumiała i której zawdzięczałem bardzo, bardzo wiele, a ja tutaj, w półmroku korytarza, obejmowałem mężczyznę, którego nie chciałem za nic stracić tak jak straciłem ją. Brzydziłem się sobą; brzydziłem się tym, że potrzebowałem w tym momencie jego ramion, żeby w ogóle móc wciągnąć powietrze do płuc, że byłem tak słaby, tak niewierny, tak pusty, że wolałem przeżywać rozpacz u kochanka, zamiast zamknąć się w wewnętrznej ciemności. Brzydziłem się tym, że wciągałem w tę ciemność jego, stając się potworem zapatrzonym na własne potrzeby, chociaż gdy mówił łagodnym tonem o tym, że chciałby być moim wsparciem, nie wydawał się widzieć we mnie potwora. A to budziło we mnie jeszcze większą odrazę do siebie, zamiast ulgi, że mnie nie potępia. Bo powinien to zrobić; powinien wycelować we mnie oskarżycielski palec i wypowiedzieć słowa oskarżenia, których potrzebowałem chyba bardziej niż współczucia.
Potrzebowałem nowego rodzaju bólu, który wyparłby ten, jaki odczuwałem teraz, ale Morty nie chciał mnie zranić, tylko rozgrzeszyć. Dać mi zapomnienie i pustkę, w której nie musiałem niczego czuć. Jakby moje kroki zaprowadziły mnie do jego domu, abym nie tyle zagłuszył ból jego dotykiem, ale przypomniał sobie, że nie zostałem sam i nadal mam na świecie kogoś, kto też potrafił mnie zrozumieć. To było... przerażające. Nie pochowałem jeszcze żony, a już szukałem jej zamiennika?
- Nie waż się – powiedziałem cicho i bez gniewu, tonem bardziej zmęczonym niż złym jego nagłym wyznaniem – brać odpowiedzialności za coś, z czym nie miałeś nic wspólnego. Nie rób z siebie źródła mojego nieszczęścia, Morty. - Uniosłem się nad nim, opierając dłonie po obu stronach jego twarzy. Spoglądając w dół widziałem mężczyznę, który za wszelką cenę potrzebował ponadnaturalnego wyjaśnienia rzeczy, jakie po prostu się zdarzały. Tak normalnie, tak zwyczajnie z dnia na dzień. Nie umniejszało to bólowi i nie zmieniało emocjonalnego wymiaru śmierci, ale śmierć... po prostu była. Kiedyś się z tym pogodzę. - Nie odbieraj mi... nie zabieraj mi tej odrobiny sprawczości w moim życiu, nawet w tym co złe. - Potrzebowałem czuć się winnym a nie ofiarą, wierzyć, że to ja mogłem zrobić coś, aby powstrzymać koleje losu, a nie zrzucać winę na klątwę, w którą on wierzył.
Część mnie, ta mniej rozsądna, podlana alkoholem, chwiejnie przerażona tym, co się działo, chciałaby też w to uwierzyć i pozbyć się wyrzutów sumienia. Ale ta część wkrótce zniknie; wyparuje wraz z resztkami kaca, pozostawiając jeszcze silniejszy ból po zderzeniu z rzeczywistością. Łatwo było wierzyć, że to wina klątwy, a nasz los został przypieczętowany na pomoście, a prawda bolałaby potem o wiele bardziej.
- Jeśli coś nas przeklęło, to tylko to, że spotkaliśmy się w złych czasach, zbyt późno albo zbyt wcześnie, by ludzie nas zrozumieli – wyszeptałem, znów przytulając głowę do jego klatki piersiowej. Czułem pod policzkiem jego serce, słyszałem równomierne uderzenia. Klątwa i przekleństwo. Zrodził się we mnie głuchy śmiech. Chciał mi wmówić, że kawałek drewna i struny zabiły moją żonę a nie ja sam wepchnąłem ją w ramiona śmierci? Nie mogłem pozwolić mu uwierzyć, że to jego wina, bo odebrałbym sobie ostatni powód, dla którego mogę nienawidzić samego siebie. - Nie odbieraj mi tego. Nie odbieraj mi winy. - Bo co wtedy by mi pozostało? Co zostanie ze mnie, z mojej tożsamości, z mojego ja, jeśli nie będę mordercą? Jeśli Morty mnie rozgrzeszy z zamordowania żony, za co innego będę mógł pokutować?
Leżałem na podłodze w ramionach mężczyzny. Może to była odpowiedź. Może to miało być moim wiecznym poczuciem winy. Na oślep wyszukałem palcami jednej dłoni guziki u jego koszuli i po chwili nerwowego szarpania, rozpiąłem dwa na samym dole. Wpatrywałem się tępo w ścianę, gdy wsunąłem dłoń pod poluzowany materiał. Ciepło i przyjemność dotyku. Chciałem go. Jeśli był przeklęty, to właśnie świadomie zapraszałem do siebie jego przekleństwo i poprosiłem, żeby mnie nie puszczało.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
07-03-2026, 22:30
Wiedział jak to jest zastępować jeden ból, innym bólem, ratować się nim, jak ostatnią deską ratunku, traktować go jak remedium na każdą bolączkę trawiącą zmysły. Jak to jest tonąć w wyrzutach sumienia, czuć się tak, jakby głowa od wielu godzin znajdowała się pod powierzchnia wody. Jak to jest płonąć w gorączce poczucie winy, rozniecać ją w sobie, pozwolić, aby spopieliła wszystko - każdy wolny fragment myśli.
Zaakceptował milczenie, które nastało. Czując drżące ciało w swoich objęciach, wsłuchiwał się w szloch kochanka i jego przyspieszony oddech. Nie znał żadnych słów, którym mógłby ukoić jego ból. Nie znał żadnej melodii, która mogłaby uleczyć jego dusze. Nie znał żadnego sposoby, by ulżyć mu w przeżywanym cierpieniem. Wobec tego jego milczenie stanowiło wyraz cichej akceptacji, obecność zrozumienia, a obejmującego go ramiona wsparcia.
To jedyne, co mógł mu teraz podarować. To jedyne, czego mógł od niego oczekiwać.
Jeśli oczekiwał pogardy, potępienia, jeśli oczekiwał, że Morty zatrzaśnie mu drzwi przed nosem, musiał zmierzyć się z rozczarowaniem. Jeśli myślał, że zatopi swoje smutki na dnie butelki, pomylił adresy. Jeśli sądził, że Morty zostawi go z tym sam, uprzednio wytykając palcami, nie poznał zbyt dobrze człowieka, u którego szukał schronienia.
Chciał mu dać dokładnie to, czego sam potrzebował, a czego nie otrzymał, gdy po powrocie z Francji pogrążył się w marazmie własnej bezsilności, swoje życie spisując na straty. Siebie. Swoją obecność. Szept, który mógł zagłuszyć ból. Dotyk, który wypełni pustkę. Obecność, w której odnajdzie ulgę.
Chciałby być źródłem jego szczęście, jego światłem. Tym, który da mu nowe życie. Tym, który rozproszy ciemność. Tym, który będzie nie przyczyną, a powodem. Lecz nie mógł tym dla niego być, bo sam nosił w sobie ciemność. Ciemność, która pożerała go od środka - kawałek po kawałku. Tkwił w nim mrok. Ten sam, jaki zawładnął kolorem jego oczu. Zapadł się coraz bardziej, jak w najczulszych ramionach kochanka, jak mężczyzna w jego objęciach.
Słowa Rafaela cięły przestrzeń, jak grom rozdzierający panującą cisze na pustyni - gwałtownie, donośnie, wtopiły się w przestrzeni, zrodziły na ciele Mortimera gęsią skórę. Ich echo jeszcze przez chwile wiło się w kątach pomieszczenia, odbijając się od ścian pustego, pogrążonego w mroku mieszkania.
Skrył się przez chwile za kotarą milczenia, przypatrując się zapłakanemu obliczu mężczyzny okrutnie skrzywdzonego przez los. Dłonie sięgnął do jednego z jego policzka. Nakreślił palcem ścieżkę, po której ni dawno spływały łzy. Pod opuszkami poczuł chłód wilgoci.
Nie chciał być świadkiem jego upadku. Nie chciał patrzeć, jak coraz bardziej zanurza się w źródle swojego cierpienia, jak traci zmysły, jak balansuje na krawędzi obłędu, jak z jego spojrzenia znika blask życia.
- Niczego nie chcę ci odebrać - odezwał się w końcu szeptem tylko nieco głośniejszym od ciszy. Tyle myśli kotłowały się w jego głowie, ale żadne nie chciała przybrać konkretnego kształtu. Tyle słów kłębiło się w otworze gardła, ale rzadko nie chciało odnaleźć drogi do języka. Objął go za kark i przyciągnął bliżej siebie, na tyle blisko, aby pomiędzy ich ustami pozostało kilka centymetrów zbędnej przestrzeni. Nic mówił. Słowo nie mogły nic zmienić. Nie cofnął tego co się stało. Nie zatrzymają ich tu i teraz. Nie sprawią, że rzeczywistości, która pozostała za drzwiami tego mieszkania, przestanie istnieć, a nowe jutro przyniesie nie tylko nadzieje, ale też rozwiązanie. Spojrzał w błękit jego oczu, pogładził pod opuszkiem kciuka jego policzek.
Chociaż wiedział, że z tym bólem, jaki rozdzierał go od środka, musiał poradzić sobie sam, wiedział, też, ze każdy, prędzej czy później potrzebował rozgrzeszania; słodkiej, kłamliwej obietnicy, że potem będzie lepiej że jakoś się ułoży, że czas wszystko naprawi, ale mimo iż wskazówki nadal niestrudzenie poruszały się po tarczy zegarka, a poczucie straty, jakiego doświadczył, wtopiło się w codzienność, wypaliło trwały ślad na płótnie jego świadomości. Były nimi wszystkie blizny ukryte głęboko pod fałdami skóry, które od czasu do czasu przypominały o swojej obecności fantomowym bólem. Właśnie tak się czuł Rafael - jak kaleka, który stracił rękę, potem ją odzyskał, a teraz musi namówić wszystkie komórki w ciele, a nawet własnym mózg, że istnieje?
- Obawiam się, że czasy, w których będziemy mogli liczyć na zrozumienie szybko nie nadają, ale mogą ten stan rzeczy bagatelizować tak długo, jak będę odnajdować go na powierzchni twojego spojrzenia- słowa same ukształtowały się na ustach, zanim zdołały zmaterializować się w jego umyśle. – Więc może oboje jesteśmy przeklęci. I przeklęty był dzień, w którym się poznaliśmy - na jego ustach pojawił się gorzki grymas uśmiechu, bo niczego nie żałował. Po tym, jak wrócił do żywych, gdy wydawało mu się, że już jest martwy, obiecał sobie, że niczego nie mógł żałować, a jak mógł żałować, że spotkał kogoś, kto zaprosił do jego życia wiosnę? – Niczego nie chcę ci odebrać - powtórzył, a jego serce zabiło mocniej, gdy poczuł na skórze zimne od wieczorowego chłodu palce Rafaela. Westchnął cicho w wyrazie nietłumionej przyjemności, a jego policzki zapłonęły rumieńcem wstydu; nie powinien reagować na jego dotyk w taki sposób, w obliczu cierpienia, które go spotkało. Palce prawej dłoni zanurzył w jego włosach. Czując pod opuszkami ich miękką, znajomą fakturę, zaciągnął się zapachem, które otaczało męskie ciało. – Łączyła was piękna relacja - odezwał się chwile później, brzydząc się własnych słów, wypowiedzianych w chwili, w której miał ochotę go pocałować, zatracić się w jego bliskości. Uczucie przywiązanie, które zaczęło ich oplatać, było jak trucizna. – Powiesz mi czemu obwiniasz się za jej śmierć? Chorowała wcześniej na coś? - Popełniła samobójstwa, bo nie mogła znieść tego, że nie wracałeś na noc?, tańczyło na końcu języka, lecz zostało niewypowiedziane.
Jak umarła?, ciężar tego pytania pełnił balast porównywalny z tym, jaki czuł podczas tych wszystkich świąt, jakie spędził we własnym towarzystwie, bo wydawało mu się, ze właśnie wtedy - końcem grudnia, gdy zimno wydzierało się do pomieszczenia przez uchylone okno - powinien być zziębnięty i sam. Samotność przypominała mu o wszystkim, co stracił. O każdej małej krzywdzie, jakiej doświadczył. Była rodzajem kary, jak i formą pokuty.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
08-03-2026, 11:06
Starałem się zapanować nad oddechem, odnaleźć na nowo rytm, w jakim pracowały moje płuca, pompując życiodajny tlen i zapewniając kilka dodatkowych sekund życia. Raz za razem, oddech za oddechem, kolejne sekundy i kolejne chwile przedłużonego istnienia. Tylko czy ja jeszcze chciałem istnieć? Powoli docierało do mnie to wszystko, co do tej pory tłumiłem, poddając się żalowi i żałobie, uciekając w świat nierozsądku, który pokierował moimi krokami do domu kochanka. Bo to było nierozsądne, nieprzemyślane, głupie; a gdyby ktoś mnie zobaczył, zatroskany kuzyn śledzący mnie po tym, jak bez słowa wyszedłem z domu? Któryś z przechodniów na Pokątnej rozpoznał we wraku człowieka z butelką w ręku znamienite nazwisko? Nie powinienem tu być, nawet jeśli bardzo tego chciałem. Błąd, który mógł mnie kosztować... wszystko.
Nagle przemknęła mi przez głowę myśl tak niebezpieczna, że niemal fizycznie mnie zabolała; mocne ukłucie w sercu, które nie miało nic wspólnego z doznaną stratą. A jeśli teraz, gdy nie chroni mnie małżeństwo i związane z tym wymówki, prawda w końcu wyjdzie na jaw? Jeśli nie stała już za mną żona, która jednym słowem i zapewnieniem potrafiła uciąć wszystkie plotki, czy z biegiem czasu one powrócą? Znów zaczną się szepty i spojrzenia? Podejrzliwość? Ciekawość? Spojrzałem na Mortiego. Na jego włosy, na jego oczy, na sposób, w jaki mnie obejmował, jakby było to najnaturalniejsze na świecie. Czy będę musiał to wszystko oddać, bo nie miałem już muru rozdzielającego mnie od brutalnego świata, który nie akceptował takich jak ja? Co będzie dalej ze mną? Z nim? Z nami?
Przekleństwo, o którym mówił Morty, wyklarowało się w jednej chwili. Jego też stracę. On też odejdzie, bo nie było dla nas miejsca wśród ludzi. To takie niesprawiedliwe. Takie bolesne. Poczułem kolejną falę bólu, choć tym razem strata, jaką ze sobą niósł, była zupełnie inna; nie z powodu żony, ale mnie samego. Nie będzie marzeń o wspólnej przyszłości, spacerach, wizytach w teatrach i galeriach, nie pójdziemy do restauracji ani kawiarni, nie pokażemy się publicznie. Nie będzie wymówek i usprawiedliwień dla sytuacji, w których tak często pojawiam się publicznie z jednym mężczyzną. Zostaną nam potajemne schadzki, cisza jego mieszkania, kilka godzin wyrwanych w tygodniu, gdy już się upewnię, że nikt nas nie widzi.
Nie tego chciałem i nie taką przyszłość malowałem nam kilka dni temu, gdy jeszcze wszystko wydawało się proste. Nasza relacja była nowa, nieokreślona, trochę niebezpieczna, ale wciąż miała w sobie tę lekkość pozbawioną wszelkich deklaracji, a teraz musieliśmy podjąć decyzję, co dalej. Teraz to, co nas łączyło, nabrało innego ciężaru. Zniknął spokój, w którym mogliśmy rozwijać tę relację, a pojawił się pośpiech, wymagający natychmiastowej odpowiedzi. Chcesz się ze mną ukrywać, Morty? Chcesz być kochankiem, którego nie będę mógł pokazać światu? Moim milczącym sekretem, wstydem, za który wszyscy by cię uważali?
- Nie mam pojęcia, co teraz się stanie – wyjawiłem mu swoje obawy. Moja wyobraźnia podpowiadała mi scenariusze aż za dobrze znane; socjeta kochała tragedie i dramaty, syciła się emocjami ludzi, bo sama nie mogła okazywać swoich uczuć. Wiedziałem, że będę pod obserwacją przez kolejne dni i tygodnie, że każdy mój krok będzie oceniany i analizowany, że wszyscy będą patrzeć. A kiedy minie współczucie, odejdą kondolencje i znikną pocieszające uściski dłoni, zacznie się ciekawość, która oznaczała niebezpieczeństwo. - Do tej pory... mieliśmy taryfę ulgową – zaśmiałem się gorzko. - Chroniła mnie... chroniła nas zwykła obrączka na moim palcu. Znak, że jestem, jak to się mówi, normalny – ochrypły śmiech zabrzmiał ponownie, chociaż starałem się go stłumić, wciskając twarz w ramię Mortiego. Ludzie szeptali o nas, o braku dzieci, ale nie były to szepty, które mogły mi zaszkodzić. Zdarzały się w końcu takie małżeństwa. Ale wdowiec bez dzieci? Błękitna krew, która nie zostanie przekazana dalej? Pokazujący się nazbyt często w męskim towarzystwie, niezainteresowany damskim? Poczułem, jak w żołądku rośnie ciężki, lodowaty lęk przed przyszłością.
Powinienem być ostrożniejszy, odsunąć się od niego, zakończyć coś, co nie miało bezpiecznej przyszłości, a jedyna przyszłość, jaką nam spisał los, lawirowała między podejrzeniami i tajemnicami. Przez długą chwilę leżałem nieruchomo, wsłuchując się w bicie jego serca. Wczoraj biło dla mnie, nieskalane żadnym problemem, jaki na nie sprowadziłem. Wczoraj wszystko było łatwe, pełne kolorów i szczęścia, a dzisiaj zamieniło się w ponury krajobraz. Nie znałem świata, w którym nie było mojej żony, mojej tarczy przed wszystkim, co niebezpieczne i podejrzliwe. Jak miałbym się w nim odnaleźć, skoro już pierwszy krok sprowadziłby mnie na manowce?
Powinienem stąd odejść jak najszybciej, zanim zranię go bardziej, niż mogłem sobie wyobrazić, jednak moje ciało zrobiło coś zupełnie odwrotnego. Przysunąłem się do Mortiego, mimo że wydawało się niemożliwe, by być jeszcze bliżej niego. Miałem wrażenie, jakby nasze ciała już się ze sobą stapiały. Zacisnąłem powieki, czując jak zmęczenie zaczyna osiadać już nie tylko na moich ramionach, ale opanowuje mnie całego, przenika myśli, kołacze niecierpliwie, aby mu się poddać. Alkohol, płacz, napięcie, wszystko to mieszało się ze sobą i nawet nie próbowałem już na nimi zapanować.
- Morty. - Westchnąłem ciężko i przesunąłem palcami po pozostałych guzikach jego koszuli, wysupłując je z zapięć. W końcu coś znajomego; w końcu mogłem zrobić coś, co umiałem i nie burzyło mojego świata. Odpinałem guziki na męskich ciałach wielokrotnie, ale jeszcze nigdy nie straciłem żony. Skóra i mięśnie wyczuwalne pod palcami były tak przyjemnie znajome. Nagle poczułem przenikające mnie na wskroś uczucie paniki, kiedy zrozumiałem, co jeszcze się może zmienić. Wszyscy będą oczekiwać, że za jakiś czas ułożę sobie życie na nowo. Z nową żoną, z dziećmi, w nowej roli nowego męża, ale bez maski, która nie będzie mnie otulała bezpieczeństwem i komfortem, ani nie zapewni wygody posiadania kochanka. Nie wiedziałem, czy umiałbym żyć w kłamstwie wobec kobiety, której ślubowałbym przecież wierność. Och, głupi ja, wiedziałem. Wiedziałem, że nigdy bym się na to nie zdobył. Jeśli stąd wyjdę i wrócę do mojego świata, już nigdy nie będę mógł tu przyjść tak jak dzisiaj. Nasze spotkania znikną. Morty zniknie. - Nie umieraj. - Ostatnie słowa ścisnęły mnie w gardle.
Przykryłem dwoma palcami jego usta, które wypowiadały słowa, a słowa były mi teraz niepotrzebne. Zsunąłem się z niego, pozostawiając jedynie głowę opartą na jego klatce piersiowej i dłoń kreślącą ślady na brzuchu. Dotknąłem paska u jego spodni i się zawahałem. Czy potrzebowałem takiego ciepła?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:52 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.