• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Sklep miotlarski Broomstix
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 17:41

Sklep miotlarski Broomstix
Sklep miotlarski Broomstix to długi, wąski lokal z wypolerowaną witryną, przez którą widać zawieszone pod sufitem różne modele mioteł – od sportowych po ciężke, podróżne miotły rodzinne z zaczarowanymi sakwami na bagaż. Sklep mieści się w środkowej części ulicy Pokątnej i przyciąga wzrok nie tylko przez swoją ekspozycję, ale i charakterystyczny dźwięk świstu powietrza, który rozbrzmiewa za każdym razem, gdy ktoś otwiera drzwi. Wewnątrz unosi się zapach lakierowanego drewna, oleju do rączek z cisowego drewna i kurzu spod stadionu do Quidditcha. Całe wnętrze utrzymane jest w odcieniach brązu i ciemnej zieleni, a ściany wyłożone są półkami z miotłami uporządkowanymi według przeznaczenia – wyścigowe, rekreacyjne, rodzinne i kolekcjonerskie. Każda z nich opisana jest pływającym tuż nad trzonkiem pergaminem, na którym pojawiają się parametry, podając osiągi, maksymalną prędkość i stopień zaklęć stabilizujących. W rogu pomieszczenia znajduje się zamknięta, przeszklona gablota z najnowszym modelem miotły sportowej, obrotowo podświetlana jak cenny eksponat.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 22:01
10.03

Po pracy—wciąż w mundurze—oddał się niewielkiej przyjemności w prozie dnia codziennego i (jak zawsze co drugi wtorek) przeszedł się pod Broomstix żeby zobaczyć najnowsze modele mioteł. Były dokładnie takie same, jak we wtorek dwa tygodnie temu, ale za cztery tygodnie powinni zmienić ekspozycję. Lubił przewidywalność producentów mioteł, choć nie zawsze odnajdował podobny porządek wśród właścicieli sklepu. Przed pięcioma laty jakaś nowa ekspedientka poustawiała miotły na wystawie w jakimś porządku artystycznym (tak mówiła, do dziś nie rozumiał co miała na myśli) czyli okropnym chaosie i do góry nogami (!); do dziś nie mógł też im wybaczyć tego irytującego świszczącego dźwięku przy otwieraniu drzwi.
Chwilowo jednak bardziej niż otwierane drzwi rozproszyło go coś innego.
Papierek po cukierku na chodniku.
I drugi.
I trzeci.
Nie musiał nawet odrobiny się wysilać by znaleźć winowajcę, bo winowajca był tak głośno, że znalazł się sam. Ciemnowłosy brzdąc był bardzo głośno (co nie było karalne) i śmiecił beztrosko na całej ulicy (co było karalne), a jasnowłosa opiekunka nie zwracała dziecku uwagi. Co gorsza (i to było bardzo karalne i przeważyło o decyzji Day'a by interweniować), zdawała się nie dostrzegać, że dziecko wyciąga rączki w stronę jej różdżki; umocowanej przy pasie na tyle beztrosko, że była zupełnie niezabezpieczona przed dziecięcą chciwością.
Jeśli Ambrose miał na jakimś punkcie paranoję, to na temat wszystkich okoliczności i przedmiotów, które mogą narazić dzieci na niebezpieczeństwo (niezabezpieczone różdżki były dość wysoko na szczycie tej listy, ex aequo z bahanocydem w dolnej-nie górnej-szafce w kuchni i faktem, że jego była żona zostawiała swoje perfumy i eliksiry w zasięgu rąk dzieci).
Jeśli kogokolwiek należało za to winić, to Allie Day, jego byłą żonę. Zanim zgubiła ich dziecko gdy oglądała wystawy na mieście (odruchowo spróbował ocenić, czym zajęta była właśnie uwaga blondynki, bo chyba nie miotłami), był nieco mniej skrupulantny w dostrzeganiu zagrożeń czyhających na małoletnich przez nieodpowiedzialnych opiekunów.
Był po pracy, ale to nie znaczyło, że pozostanie obojętny na potencjalne łamanie prawa.
- Przepraszam. - zwrócił się do pleców blondynki. Gdy się odwróciła, wydała mu się jakoś znajoma, ale nie starczyłoby mu życia gdyby roztrząsał skąd zna każdą napotkaną kobietę, nawet te konwencjonalnie ładne. Szczególnie te konwencjonalnie ładne. Z jakiegoś powodu konwencjonalnie ładne blondynki wydawały się czasem mieć nadzieję, że mają szanse u konwencjonalnie przystojnych blondynów. Ambrose czasem (przeważnie) niweczył te nadzieje. - Czy to pani jest - wydawała się młoda, ale był jeszcze młodszy gdy samemu został ojcem - opiekunką - pomimo założenia, że to matka brzdąca, z dumą użył neutralnego języka; taki bardziej przydawał się w przesłuchaniach. - tego dziecka? - uśmiechnął się od niechcenia, mandat wypisze im za chwilę. Po uzyskaniu odpowiedzi. Możliwe, że to ostatnie czego ludzie spodziewali się po uśmiechniętym przedstawicielu służb prawa gdy znajdowali się w towarzystwie dzieci (bo dzieci jakoś lubiły patrzeć na mundury i podobno inni magipolicjanci zagadywali je właśnie dlatego, nieodpowiednie i niezrozumiałe), ale to nie jego problem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
18-01-2026, 16:21
W marcowe popołudnia splendor chowa się do kieszeni, a wnętrze samochodu w okowach bezpiecznego, malutkiego garażu ― magiczny Londyn raczej nie słynie z silników spalinowych, dużo bardziej miłując sobie miotły i ich łatwopalne witki. Rezygnuje się z jedwabnej chustki i dużych, przyciemnianych okularów, bo słońce uciążliwie próbuje przedrzeć się przez smugi chmur i od kilku godzin przegrywa każdą potyczkę. W marcowe popołudnia czwartkowe przygotować należy się do natarcia tłumów kończących rutynowe obowiązki zwane pracą, przewidzieć zatłoczone miejsca parkingowe dla wspominanych mioteł, zatory w sieci Fiuu i zwartą rzeczkę ludzi przelewających się przez Pokątną do swoich domów i mieszkań. Po magicznej części Londynu co szczęśliwsi oglądają wyścigowe miotły i cynowe kociołki, po mugolskiej prym wiodą pudełka telewizyjne i pastelowe radyjka z długą anteną.
Papieros w kąciku ust pełni rolę czysto dekoracyjną, a mnie na chwilę udaje się zabawa w modną Paryżankę; Elliot miętosi w rękach kolejną ― siódmą? ― landrynkę w kolorowym papierku, dowód mojej kapitulacji i jedną z oznak, że być może nie dorosłam jeszcze dostatecznie do bycia surową matką.
― Jak będziesz je tak połykał jedna za drugą, to wypadną ci zęby. A bez zębów nie będziesz gwiazdą Quidditcha ― ciąg przyczynowo―skutkowy w najczystszej postaci, akcja―reakcja wobec dziecięcych potrzeb i niezrozumiałych pokus; Elliot Plymburough, który ostatnie dwa kwadranse spędził z nosem przyklejonym do witryny Broomstix, bardzo, bardzo marzył o karierze pałkarza narodowej drużyny angielskiej, wianuszku wiernych fanek na trybunach i wielkim tatuażu w kształcie smoka na plecach ― obecnie pławił się w luksusach cukrowych cukierków.
― Żeby być na plakatach, trzeba mieć zęby. Bo fotoreporterzy każą się uśmiechać z zębami ― bujdy na resorach, których miałam w zanadrzu wiele, niekoniecznie jednak poruszona tą dziecięcą niesubordynacją ― palę więc dalej, krztuszę się tylko odrobinę i gram w dorosłe zagwozdki, a różowy pantofelek na obcasie wiruje w kółko, kiedy zasiadając noga na nogę, macham nóżką do sobie tylko znanych rytmów.
Ławki takie jak ta, niosą w sobie dzieje tego miasta ― tłuste zadki nielubianych przez własnych mężów kobiet, kościste pupy prostytutek, które nigdy nie chciały skończyć jak ich matki, jedwabne cztery―litery biznesmenów, którzy jadają lunch na ruchliwej Pokątnej, małe tyłeczki wychudzonych dzieci, dla których skład desek, gwoździ i stalowych prętów może w jednej chwili stać się statkiem kosmicznym, okrętem, mugolską bryką albo najdzikszym z rumaków.
Elliot ma to gdzieś; ławka jest rekwizytem tylko dla mnie, paryskiej dziewczyny z przedmieść, która wymawia bajeczne R i spod przymrużonych powiek zerka na rozwiedzionych mężczyzn.
Eureka; snuję swoje fantazje, dzieciak wędruje po krawędzi krawężnika, do scenerii wkracza kolejny bohater ― życie bywa najciekawszym z teatrów.
― Tak i nie. Może. Trochę ― opowiadam, uśmiechając się szczerze do nieznajomego, gestem dłoni w międzyczasie przywołując do siebie tylko odrobinę krnąbrnego chłopca ― Chce pan się dosiąść? Już się przesuwam ― machinalnie ofiarowuję mu kawałek miejsca na ławce, zacna obywatelka ― Papieroska?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 19:13
W czwartkowe popołudnie nie spełniają się może marzenia, ale spełniają się drobne zachcianki. Tego dnia los podarował Sandy rozwiedzionego mężczyznę, w dodatku w mundurze. Elliotowi—niestety prawdopodobnie nieznającemu składu Srok z Montrose sprzed piętnastu lat—los podarował kogoś, kto doskonale wiedział jak to jest być gwiazdą Quidditcha, w dodatku na pozycji pałkarza.
Ambrose'owi los podarował zaś okazję do wlepienia mandatu i zadbania o bezpieczeństwo małoletnich czarodziejów. Obydwie te sprawy traktował bardzo poważnie. 
Quidditcha też traktował bardzo poważnie, zwłaszcza stojąc pod sklepem z miotłami. Omiótł uważniejszym spojrzeniem dziecko, bez powodzenia doszukując się podobieństwa do blondynki. Szybko przeliczył w głowie, że aby być jego matką musiałaby być jeszcze młodsza niż on gdy dorobił się dzieci. Z drugiej strony, mogła wyglądać młodziej niż mówiła metryka. Właściwie, zaraz poprosi ją o dokumenty i samemu się przekona.
Zanim jednak przejdą do części oficjalnej, musiał rozwiać pewną pomyłkę...
- Usłyszałem - nie podsłuchałem, bo przecież mówiła do dzieciaka głośno. Wiedział, że tak z dziećmi trzeba: wyraźnie artykułować sylaby, i tak dalej. Skutkiem ubocznym było to, że słyszał ich doskonale. - że zęby na zdjęciach są ważne w karierze gracza w Quidditcha. Chciałbym to sprostować, fotoreporterzy wcale nie każą się uśmiechać. Niektórzy uznają posępne miny wręcz za fotogeniczne. - podzielił się z całą ekspertyzą kogoś, kto musiał paradować przed błyskami fleszy oraz całą ignorancją kogoś, kto zawsze wyglądał fotogenicznie. Sądząc po ciemnych włosach dzieciaka i jego ogólnej aparycji... możliwe, że we własny uśmiech do fotoreporterów będzie musiał włożyć nieco wysiłku. O ile lekcja przekazana przez autorytarnego mundurowego nie pozostanie z nim na zawsze; ziarno arogancji dla przyszłego sportowca.
- Ale nie dlatego panią zaczepiłem - uśmiechnął się uprzejmie (co dzięki roztaczanej przez niego aurze wyglądało prawdopodobnie milej niż w rzeczywistości), bo uśmiechała się i blondynka. Gdyby Ambrose nie posiadał w sobie wilich genów i gdyby jego stosunek do flirtów był nieco normalniejszy, schlebiałby mu ten uśmiech i mile zaskoczyłoby go to, że młoda nieznajoma robi mu miejsce obok siebie. Za kilka dni Titus zarzuci Day'owi uwodzenie małoletnich blondynek i Ambrose wspomni wtedy dzisiejsze popołudnie (gdyby miał więcej jaj, wytknąłby wtedy Harrisonowi, że skupia się na pracy nawet poza pracą i pilnuje prawa zamiast kogokolwiek uwodzić). Niestety, takie sytuacje były dla niego zbyt częste by robić na nim wrażenie. Zawiesił jedynie pożądliwie wzrok na...
...oferowanym mu papierosie, ale nie, nie mógł go przyjąć. Nie, gdy będzie egzekwował prawo.
- Tak, może, trochę. - powtórzył z zadumą. - Jako, że w okolicy nie ma innych opiekunów i że to pani różdżka znajduje się w zasięgu rąk chłopca, nieodpowiednio zabezpieczona... - wyjął notes i pióro. - To pani jest odpowiedzialna za złamanie przepisu 34b, podpunkt 13a Kodeksu Tajności: dzieci nie mogą mieć dostępu do różdżek opiekunów, zwłaszcza w miejscach publicznych. Z uwagi na znaczną odległość od mugolskiej dzielnicy, przysługuje pani najniższy wymiar mandatu w wysokości trzydziestu siedmiu sykli i szesnastu knutów. Śmiecenie w miejscu publiczym - wymownie spojrzał na papierki po landrynkach - objęte jest zaś osobnymi przepisami, ale z uwagi na wiek delikwenta możemy skończyć na pouczeniu. - zawyrokował łaskawie, chyba jednak miał miękkie serce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
21-01-2026, 11:11
Ciepły obłoczek gęstej szarugi rozmył się w dystansie pomiędzy mną a krnąbrnym dzieckiem; za kilka dekad dowiemy się o szkodliwości dymu tytoniowego i kiedy będę już starsza (bo nigdy nie stara), owinięta kocem, sięgająca po czarną herbatę w szklance zawieszonej na metalowym koszyczku, zacznę żałować.
Póki co cicha komitywa pomiędzy mną — swobodną opiekunką dziecięcych kaprysów — a Elliotem — samozwańczym pretendentem do wielkiej kariery jako gwiazda Quidditcha — trwa w najlepsze, sklep z miotłami robi nam za tło, papieros to scenografia naszej urokliwej scenki, do kompletu z gęstą burzą świeżo zrobionych loków.
Sportowe zmagania z miotłą między nogami przez wielu ludzi traktowane są śmiertelnie poważnie —kiedy Elliot przykleja nos do szyby wystawnego sklepu, a gwiazdy (na pewno) ustawiają się w odpowiedniej konfiguracji, na uliczce dzieje się prawie magia. Rozwiedziony funkcjonariusz poza godzinami swojej służby to widok, paradoksalnie, całkiem codzienny. Stawkę podbija fakt, że przypadkowo jest też eks zawodnikiem Quidditcha. I jego hobby to babranie w dziecięcych marzeniach, widocznie.
— Posępne miny może i są fotogeniczne, ale wszystkie dziewczęta, a na tym się akurat znam, wolą zawodników, którzy błyszczą perłowym uzębieniem. Na ruchomych zdjęciach jest to naprawdę atrakcyjne — nie wiem na ile chłopiec już teraz przejmuje się swoją punktacją w rankingu mówiącym o wdzięcznej aparycji, ale jegomość pojawiający się nieopodal nas, zdecydowanie bruździ w moim planie około—wychowawczym.
— A nawet jeśli nie o zęby chodzi, to warto zatroszczyć się o dietę — mylę się, proszę pana? — jasnowłosy nieznajomy kwitnie przede mną w obrazku czystego paradoksu; wygląda miło i uśmiech ma niemalże bardzo miły — słowa nie pasują jednak koniecznie do tej układanki.
Dlaczego więc szczerzę się w jego stronę?
Przesuwam się nieco, a ławka na moment staje się pomostem — pech chce, że pomiędzy porządną obywatelką, a okrucieństwem biurokratycznego systemu. Wysunięty papieros z małej, nieco wysłużonej paczki drga w niemej propozycji, ale mężczyzna nie decyduje się na ten dar pojednania.
Wtedy zauważam, że jest ubrany w mundur.
— Moja różdżka? — czar pryska, tęcza na niebie znika, małe pieski zaczynają wyć ze smutku; ja patrzę nieco skonfundowana, mrugam zdecydowanie częściej, niż przewiduje potrzeba ludzkiego organizmu, kiedy mężczyzna recytuje jakieś numery i artykuły. To chyba jakieś prawo, cywilne czy inne — Przepraszam, tak w zasadzie to kim pan w ogóle jest? — machinalnie cofam dłoń z oferowaną paczką papierosów, zerkam też na Elliota, dopiero później na różdżkę wsuniętą za pasek spódnicy — Ja nie mam dzieci, to nie jest moje dziecko, więc nie mój problem. Poza tym, on jest za mały żeby znać prawo. A ja za młoda na bycie matką i przestrzeganie praw dla matek — tłumaczę się, prycham, obruszam; taki miły i ładny, a tak dziwnie się zachowujący.
Może to jakiś żart?
Intuicyjnie się odsuwam; ale nie na tyle daleko, żeby nie dosięgnął go wydychany gniewnie dym papierosowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
23-01-2026, 18:51
- Niepełne uzębienie za to całkiem skutecznie zastrasza rywali na boisku, a to na dłuższą metę jest ważniejsze. Ilość zwycięstw, przekładająca się na pensję i na powodzenie. - sprostował blondynkę odruchowo, bo nie mógł przejść obojętnie obok nieprawdziwych informacji o Quidditchu. - Ale właściwie dlaczego w swoim wieku masz się przejmować dziewczynami, a nie wygrywaniem? - zwrócił się do chłopca, ale tak naprawdę do jasnowłosej, mrużąc oczy nieco oskarżycielsko. Szczerze nie znosił takiego dyskursu, tak jakby w Quidditchu liczyła się uroda, a nie umiejętności czy ciężka praca. Zawahał się zanim dodał coś jeszcze bardziej dobitnego, bo mimo wszystko dziewczyna była bardzo młoda. Pewnie niewiele starsza od jego córki, choć nieco postarzał ją sposób, w jaki się ubrała i jej szeroki uśmiech (ale to akurat nie jej wina). Pewnie ktoś nafaszerował ją bajkami o tym, że znajdzie dobrego męża dzięki urodzie, a nie posagowi. Choć z drugiej strony, jego żona miała i urodę i pokaźny posag, a ich małżeństwo było beznadziejne. Allie Day powinna była cierpliwie poczekać na czystokrwistego przedsiębiorcę zamiast uwodzić sportowców, no ale już kiedyś jej to wypomniał i tamta kłótnia skończyła się niezrozumieniem (jak każda). Czasami—bez pomocy uroku—kobiety naprawdę trudno było zrozumieć.
Rozumieli się przynajmniej w kwestii diety, tym bardziej, że po expose Daniela w Muzeum Quidditcha Ambrose nadal był na fali. Dodge uświadomił mu wtedy, że niektórzy mogą jeść na śniadanie (najważniejszy posiłek dnia!) posiłek złożony jedynie z cukru i pozbawiony wartości odżywczych, a w dodatku nie widzą w tym nic złego. Społeczna świadomość naprawdę kulała.
- Nie myli się pani. - tym razem uśmiechnął się prawie szczerze, co musiało wyglądać zupełnie sympatycznie, a w dobrym świetle nawet olśniewająco. Przynajmniej dla połowy rozmówców, bo mały Elliot był, rzecz jasna, na to wszystko odporny. - Młody człowieku, nigdy nie osiągniesz profesjonalnego poziomu bez umiaru w jedzeniu słodyczy. - o śmieceniu nie wspominając, ale o tym za chwilę.
Może i pojednaliby się na chwilę nad papierosem, wspólnie pouczając chłopca o krokach potrzebnych do zdobycia miejsca w drużynie Hogwartu (na to nie możesz wpłynąć, ale w Hulfflepuff i Ravenclaw masz większe szanse nas szybszy angaż do głównego składu; niestety w oczach łowców talentów nie są kompetytywne, więc najlepiej byłoby znaleźć się w  Gryffindorze lub Slytherinie, których statystyki są niemalże wyrównane...) i angażu w lidze profesjonalnej (kontrakt w mniejszej drużynie na początek jest okej, ale musisz zrobić dobre wrażenie tuż przed sezonem letnim...). To znaczy, on by pouczał i palił ofiarowanego mu papierosa; a jasnowłosa zachęcająco kiwałaby głową i przy okazji sama nauczyłaby się sporo o Quidditchu. Właściwie, to byłoby całkiem miłe. Dziewczyna zwróciła na niego uwagę, ale nie rozbierała go wzrokiem; wydawała się dobrze wychowana i to nie jej wina, że otrzymała niewłaściwe wzorce względem zdjęć w "Czarownicy." A on nie miał czasu pouczać tak swojego syna, gdy ten był w wieku Elliota, więc może poczułby, że zrobił dobry uczynek.
Niestety! To wszystko personalne sentymenty, a przede wszystkim musiał pilnować prawa. To zdecydowanie wina młodej kobiety, że naraziła dziecko na niebezpieczeństwo. Przepisy były w tej kwestii jasne.
- Ambrose Day, londyński komisariat magipolicji. - przedstawił się uprzejmie, wskazując na odznakę. Dziwne, przyjaciółka ćwierćwila mówiła mu kiedyś, że kobiety zawsze zwracają uwagę na mundur, ale może ta faktycznie nie zauważyła? Trudno nie zauważyć munduru, ale kim był, by oceniać. - To moja jurysdykcja. - wyjaśnił cierpliwie, ale z każdym jej wyjaśnieniem zaczynał tą cierpliwość tracić. Opór rozumiał, próbę negocjacji też, próbę wybronienia dziecka też... - Z racji wieku za śmiecenie jest tylko pouczenie, ale dzieciom należy tłumaczyć adekwatne zasady zachowania się w miejscach publicznych. - przypomniał, no przecież był miłosierny w kwestii tych śmieci.
...ale zmrużył czujnie oczy, gdy nieznajoma przyznała, że to nie jest jej dziecko i odmówiła podania innych konkretów.
- Po pierwsze, jest pani dorosłą czarownicą, która nie zabezpieczyła należycie dostępu małoletnich do różdżki mimo—jak widziałem, bo przecież rozmawialiście—pełnej świadomości, że małoletni znajduje się tuż obok. Przepisowo jest to karane mandatem, niezależnie od stopnia pokrewieństwa z małoletnim. - pouczył. - Ale po drugie... w takim razie kim jest pani dla tego dziecka, gdzie są jego rodzice i kto jest za nie prawnie odpowiedzialny? - jeśli będzie wypierała się dłużej, będzie musiał zaprowadzić malca na komendę i poinformować jego rodziców i dowiedzieć się kim oni w ogóle są...
...bardzo to żmudne. Wziął głębszy wdech, wyprostował barki i znów rozciągnął usta w uśmiechu. - Ale przecież nie trzeba się denerwować. - postarał się, by jego głos zabrzmiał łagodniej. Jeśli nie naprawdę, to za sprawą magii. - Proszę mi po prostu wyjaśnić czy to pani opiekuje się teraz tym chłopcem, a jeśli nie, to kto; i podać personalia. Ze wszystkim przecież pomogę - na przykład z wyjaśnieniem, jak zapłacić mandat! Nie przejmując się wydychanym w jego stronę dymem (palił zbyt wiele, by w ogóle to odczuć), spróbował podchwycić kontakt wzrokowy z delikwentką. Wystarczy przecież odpowiednio nakierować magię, by wydawało się, że patrzy na nią jakby była najbardziej wyjątkową dziewczyną w Londynie—i jakby samemu był najbardziej pomocnym magipolicjantem w Wielkiej Brytanii (we własnym mniemaniu zresztą był. Może trochę niecierpliwym, gdy urok mógł mu zaoszczędzić kwadransu przesłuchania, to wszystko).

pierwszy rzut:. k100= urok potomka wili
drugi rzut:. Jak reaguje na naszą rozmowę Elliot?
1 - Elliot gniewa się za limity w jedzeniu słodyczy, więc bawi go, że Sandy ma k ł o p o t y; może niedługo złośliwie zaprzeczy jej zeznaniom
2 - Elliot jest oczarowany rozmową o sporcie i nie rozumie kwestii mandatów, spróbuje powrócić do pierwotnego tematu (kierując negatywne emocje w stronę tego z nas, które pierwsze mu to uniemożliwi)
3 - Elliot ma złamane serce i od trzech minut przeżywa, że nie może jeść landrynek jeśli chce być gwiazdą. Zepsułem jego marzenia i zaraz wybuchnie płaczem.
1x k100 (urok wili):
78
1x k3 (zdarzenie losowe):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
27-01-2026, 11:00
Na szali moje metody wychowawcze i potrzeba dopasowania do społeczeństwa — nierówna walka pomiędzy samozwańczym gwiazdorem jazdy na miotle w powietrzu, któremu ochoczo kibicuje urocza, zdecydowanie wyględna blondynka — a przypadkowym funkcjonariuszem w mundurze, który mądrzy się i drąży; w innej sytuacji byłabym już zirytowana, wywracała oczami i ciągnęła Elliota za rękę — aktualnie po prostu śledzę spojrzeniem nieznajomego z ugruntowanymi zasadami i, co za farsa, nie przestaję się uśmiechać.
Pogromca kobiecych metod i dziecięcych marzeń rozpoczyna swój reczital — ja patrzę z niedowierzaniem, a chłopcu przyklejonemu do szyby rzednie mina. Przestaje mamrotać, przestaje w zasadzie w ogóle poruszać buzią, język nie kłapie, a landrynka na pewno właśnie przestała mu smakować; dylemat pomiędzy zdrowym paliwem dla wątłych mięśni a aprobatą dziewcząt pojawia się zwykle nieco później; ale w tym przypadku Elliot ma mnie.
— Choć do mnie, opowiem ci coś ważnego — przywrócę wiarę w przyszłość i ugruntuję cnoty dżentelmeńskie, które prawią o perłowych, białych zębach i umiejętnością zawadiackiego puszczania oczka. Chłopiec się waha; przeskakuje spojrzeniem pomiędzy mną a funkcjonariuszem, grymasik kwitnie na jego buźce — dobrze wychowany, wystarczająco długo wysłuchiwał ode mnie argumentów na temat wadliwego systemu i skorumpowanej magipolicji. Do tej pory sama nie miałam z nią problemu — dobra obywatelka — grzecznie dostosowując się do zasad, nakazów i zakazów; dostatecznie jednak wsiąknęłam w narrację Daniela, by i do własnych wartości dorzucić treściwe chwdp.
— Poza tym, przestaną ci smakować. I się zasłodzisz, zapadniesz w cukrową śpiączkę, a miałam zabrać cię do Miodowego Królestwa… — snuję wizje co najmniej przerażające dla dziecięcego umysłu; Elliot wreszcie mamrocze coś pod nosem i podchodzi bliżej, siadając na ławce obok mnie; na swój sposób zabawne jest tkwić pomiędzy nimi, dwójką mężczyzn, którzy są od siebie tak różni, że bardziej już nie można, a mimo to, łączy ich ten głupiutki Quidditch.
Dopalam papierosa, bibułka skwierczy, brwi się ściągają; przyglądam się mężczyźnie o przystojnej buzi, wyjątkowo pięknych oczach i idealnie wykrojonych ustach, a ten tłumaczy dalej. Nachodzi mnie myśl, że idealnie odgrywałby rolę Romea, który z pasją w sercu recytuje swój monolog do Julii stojącej na balkonie.
— Kto powiedział, że jestem dorosła? — słodkie minki to ostatni bastion mojej strategii obronnej; prze myśli przemykają mi wszystkie te chwile, w których u boku Danny’ego udawałam jego córkę, wciskając się do każdych miejsc okołokulturalnych na bilecie ulgowym. To część mojego kunsztu aktorskiego.
Skupiam się na tych wizjach — i na pozowaniu w taki sposób, jakbym rzeczywiście skończyła dopiero szósty rok w Hogwarcie — i wyrzucam niedopałek — o proszę, jak ładnie — do kosza. Skupiam i chyba zapominam o tym co mówił trzy i pół sekundy temu, bo jego jasnoniebieskie spojrzenie wygląda nagle jak błękitna laguna, w której chcę się wykąpać.
— Ojej, no ma pan rację, panie Day — to takie ładne, dźwięczne nazwisko — Ambrose — imię brzmi jeszcze przyjemniej, kiedy wypowiadam je mrukliwym szeptem i rozchylam wargi — Ten uroczy młodzieniec to Elliot, jestem jego nianią. Prawda, że rezolutny zuch? — zerkam na naszego małoletniego towarzysza i w czułym geście cmokam jego policzek; on się krzywi, ale tylko odrobinę — doskonale wiem, że ślad szminki na policzku mu schlebia. Taki młody, a taki mądry.
I taki smutny; widzę wygięte wargi i dostrzegam wielkie, szklane oczka — wyglądają tak, jakby pochłonęły kałużę.
— Hej, skarbie, co jest? — wciąż otumaniona, wciąż zachwycona tym, jak wybitnie przystojnych kadetów przyjmują w szeregi magipolicji; do rzeczywistości próbuje wciągnąć mnie głośna, alarmowa syrena.
Bynajmniej nie policyjna; Elliot zaczyna, po prostu, histerycznie płakać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
28-01-2026, 17:49
Dziecko wydawało się trochę onieśmielone, ale Ambrose nie poświęcił temu dłuższej myśli. Skupiony na przepytywaniu blondynki, wolał przypisać zakłopotanie Elliota albo Autorytetowi Prawa albo trosce o własną dietę. Dobrze wychowane dzieci nie miały wszak powodu, by nie ufać magipolicji. Day, co prawda, wciąż nie wiedział kim jest chłopiec ani kto go wychowuje, ale już uruchomił cykl zdarzeń, które miały przynieść odpowiedź na to pytanie.
Pytanie nieznajomej nieco zbiło go z tropu, ale utrzymał na twarzy sympatyczny uśmiech. Przecież zaraz zobaczy jej papiery i dowie się, ile miała lat. Jeśli mniej niż siedemnaście, wlepi mandat jej opiekunom prawnym. Ale wyglądała na więcej... prawda? Oby naprawdę, a nie przez ten makijaż. Na szczęście podejmował się obowiązków w pracy, tocząc samotną i dzielną walkę o przestrzeganie prawa i zasad bezpieczeństwa. I o zdrowe odżywianie i rozwianie mitów o Quidditchu też.
- Opowiada pani o Quidditchu tak... dorośle. - odpowiedział nonsensownie. Czuł już tą znajomą magię, która nakazywała Sandy nie odrywać od niego wzroku. Widział, że zamiast zmarszczyć brwi (co się czasem zdarzało, niestety, jego urok nie był niezawodny)—wciąż się uśmiechała. Wiedział, że czegokolwiek teraz nie powie, zabrzmi w jej uszach przyjemnie i może nawet logicznie. Szczególnie, jeśli nada temu pozory komplementu.
- Prawda. - przytaknął, by dziewczyna poczuła się jeszcze lepiej. A zatem niania, co zaraz zapisze w raporcie; osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo tego młodego zucha. Opieka nad dziećmi nie była prosta, wiedział to z doświadczenia, ale obydwoje musieli nieść swój ciężar. Nie był jednak bez serca, zawrze na mandacie dokładne i szczegółowe wskazówki względem tego, jak w przyszłości zabezpieczyć różdżkę przed malcem. Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania, ale przecież nie zostawi jej z tym samej.
- Dziękuję za wyjaśnienie... - zawiesił wymownie głos i usiadł obok blondynki, wyciągając długie nogi do przodu. Oparł się na łokciu i zwrócił w jej stronę. Lubił górować nad ludźmi wzrostem, ale doskonale wiedział, że z bliska będzie wyglądał korzystniej.
Zachował jedynie odległość ponad trzydziestu centymetrów między ich twarzami, ot, na wszelki wypadek. Działał na kobiety w różny sposób, lepiej nie być za blisko.
-...ale jak ty właściwie masz na imię? I nazwisko? Podałabyś mi je? To dla mnie ważne. - poprosił, dając jej cień nadziei na to, że właśnie zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i pragnie powtarzać jej imię i nazwisko dniem i nocą. Może odczułby ukłucie sumienia gdyby kłamał, ale przecież nie kłamał. To wszystko naprawdę było ważne, musiał wypisać mandat na konkretne personalia. Już otwierał usta by zażądać również jej papierów, gdy przerwał mu histeryczny wybuch dziecięcego płaczu.
Wziął głęboki wdech. Nie lubił, gdy dzieci płakały. Jakoś się wtedy niepokoił.
- Już, już. Nie będę przecież przedłużał, młody człowieku. A może chcesz autograf? - zapytał chłopca konkretnie, po wojskowemu. Emocje należało w końcu zdusić, najlepiej konkretnym czynem. Tak samemu był wychowany.

jak idzie nam uspokajanie Elliota?
1. Elliot wychlipuje Sandy co jest: brzmi to jak "nigdy nie zjem landrynki i nigdy nie spełnią się moje marzenia", ale bardzo przerywane, trudno skupić się na tych argumentach gdy obok siedzi Ambrose, bardzo przystojny
2. Elliot zostaje wytrącony z równowagi tym, że to wszystko jest dziwne i jeszcze zwracam się do niego wprost (i jaki autograf?): zdziwiony i trochę przestraszony, aż przestaje na moment płakać i spogląda na nas w oskarżycielskim milczeniu
3. Elliot płacze dalej, zaraz zacznie tupać małymi nóżkami, ale hej, przynajmniej siedzi w jednym miejscu! Może mógłby wypłakać te emocje po prostu? Szkoda tylko, że trochę zagłusza przystojnego magipolicjanta...
1x k3 (zdarzenie losowe):
1
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
30-01-2026, 13:30
Kocia kreska I idealnie obrysowane konturówką usta potrafią zdziałać cuda — buźka staje się dowodem na kilka cyferek więcej, ciężki podkład mówi z pewnością o szerokim doświadczeniu, różowe policzki kuszą, długie rzęsy uwodzą; kobiecych sposobów na wiek, szyk, styl, omamianie policji bądź agenta ubezpieczeniowego jest wiele — wszystkie opisywane na stronie siódmej magazynu Czarownica.
Komentarz na temat wieku to blef, choć moje domniemane opowiadanie o Quidditchu w sposób dorosły sprawia, że unoszę brwi. Skala jest mi obca, nie znam położenia innych potencjalnych znawców spotykanych przypadkiem na ulicy; wiem o różnych piłkach i pałkach, miotle pod tyłkiem i wrzaskiem na trybunach, oraz tym, że Elliot ślini się do tego prostego splotu patyka i witek, który ktoś z większym talentem zaczarował tak, żeby opór powietrza był niestraszny, a panienki piszczały prosto z przepony, kiedy akurat śmignie im wysoki i umięśniony sportowiec ekstraklasy.
Słucham więc dalej — na przemian tego miłego i przykładnie wyglądającego człowieka i dziecięcy jazgot złamanego serca, które nie zna umiaru, wybiera jedynie skrajności, a szkliwo zębów psuje tanim cukrem zakrapianym chemicznym barwnikiem. Elliot marudzi i zaczyna płakać, a mnie bardzo trudno nagle rozróżniać elementy tego świata. Najchętniej przestałabym to w ogóle robić — na liście moich priorytetów znajduje się nagle Ambrose Day i jego bardzo aksamitny głos, którym mówi, mówi, recytuje i maluje moją codzienność, na różowo, żółto i niebiesko; nieistotne, każdy kolor, który zaproponuje, na pewno mi się spodoba.
— Sandy — odpowiadam, otumaniona prośbą, otulona jego zapachem, który nagle staje się mieszanką ciepła i męskości, zrozumienia i inspiracji, pewności i—
Elliot wyje coraz głośniej; chlipie i wierci się na ławce; moją nieoczekiwaną znieczulicę przerywa dopiero moment, w którym ciągnie mój rękaw i — najprawdopodobniej — ma zamiar zrobić sobie z niego chusteczkę.
— Oczywiście, że się spełnią — odpowiadam mu, choć ton głosu bardziej wskazuje na to, że chciałabym powiedzieć idź sprawdź czy nie ma cię w tym sklepie z miotłami, może zaczęli właśnie jakąś wyprzedaż — Och, wybacz, Ambrose… na czym my? — skończyliśmy, a kończyć przecież nie chcę. Uśmiecham się więc, odrobinę przepraszająco, nieco odrealniona, z wzrokiem ślizgającym się po jego twarzy w rozmarzonym wyrazie, ignorując fakt, że Elliot próbuje zwrócić moją uwagę drobnym podszczypywaniem skóry na moim ramieniu.
— Ach, tak. Sandy Wilkes. Powinnam podać też adres? Zapiszesz to? — nieznajomym nie udostępnia się takich informacji, choć ja żywo marzę, by obok mojego imienia w jego kajeciku, pojawiło się drobne serduszko.
I chyba robi mi się gorąco, słabo, albo zupełnie trzeźwo jednocześnie — kiedy Ambrose Piękny Day wspomina o autografie, świecą mi się oczka.
— Autograf? Och, Ambrose, tak mi teraz głupio… — że go nie rozpoznałam, a może, że moje spotkanie z gwiazdą przebiega w taki sposób, zakłócone przez dziecięce humorki — Zaproponowałabym, że możemy się wymienić — zaczynam chichotać, nieco nerwowo — Ale gdzie ja tam, dopiero zaczynam swoją karierę…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
02-02-2026, 19:59
- Miło cię poznać, Sandy... - odpowiedział, zniżając głos, spoglądając jej głęboko w oczy i nachylając się nieco bliżej. I faktycznie było całkiem miło, bo mógł nachylić się bliżej bez obawy, że blondynka zaraz urządzi scenę na całą ulicę. Pierwsze sekundy po rzuceniu uroku zawsze przypominały pracę detektywistyczną (może dlatego został tak dobrym policjantem?)—niektóre kobiety robiły się nadmiernie dotykalskie (za czym nie przepadał), inne jedynie olśnione, a on musiał przewidzieć, co może się stać. Sandy wydawała się jednak olśniona, może trochę rozkojarzona i sympatycznie uśmiechnięta. Od razu lepiej niż gdyby miała wdać się w kłótnię o mandat. Nie lubił prowadzić kłótni, w których od początku miał rację, to jakieś mało produktywne.
Elliot płakał dalej, usiłując zwrócić na siebie uwagę Sandy, ale kilka rozlanych łez chyba jeszcze nie zaszkodziło żadnemu dziecku. Może ten młodhy człowiek też przyswoi sobie lekcję w sprawie śmiecenia i sięgania po cudze różdżki.
Ambrose spokojnie wyjął policyjny notes.
- Tak, zapiszę to wszystko. Poproszę jeszcze adres? - obiecał z łagodnym uśmiechem i wypisywać mandat staranną kursywą, Sandy Wilkes. - Twój, nie rodziców Elliota. - uściślił i puścił Sandy perskie oko, bo był w dobrym humorze. Miotły, ładna pogoda (w której jego włosy lśniły srebrzyście) i spełnione poczucie obowiązku wobec bezpieczeństwa publicznego. Brakowało mu tylko papierosa, ale nie poprosi o niego Sandy—to byłoby nieetyczne.
- Jaką karierę? - zapytał z uprzejmym uśmiechem, choć jej zawodu nie potrzebował do wypisania mandatu. Dokończył, zamaszyście wpisując "nieodpowiednie zabezpieczenie różdżki przed małoletnim" jako powód wykroczenia. Wyrwał jeszcze kartkę ze swojego personalnego notesu i zgodnie z obietnicą napisał prezent dla Elliota: "Śmiecenie na ulicy jest karalne, a słodycze niezdrowe. Powodzenia w Quidditchu! Ambrose Day, pałkarz Srok z Montrose, 1944-1946."
Miał nadzieję, że młody kibicował przynajmniej tej drużynie. Inaczej będzie musiał z nim poważnie porozmawiać o tym, która drużyna jest najlepsza, ale chyba lepiej nie robić tego gdy dziecko akurat płacze.
- Elliot, to dla ciebie. - obwieścił poważnie, ale że dziecko płakało, to wręczył kartkę z autografem Sandy. Z rozbawieniem pomyślał o tym, co Daniel Dodge mówił w kwestii jego zdjęć—ciekawe czy ten podpis naprawdę mógłby być coś warty. No nic, Elliot dostanie tą pamiątkę zupełnie za darmo!
- Sandy, posłuchasz mnie w pewnej kwestii? To bardzo ważne. - nachylił się jeszcze bliżej żeby spojrzała mu w oczy, bo wydawała się trochę rozkojarzona. - W przyszłości pilnuj, żeby Elliot ani żadne dziecko nie miało tak łatwego dostępu do twojej różdżki, dobrze? To niebezpieczne. - pouczał cierpliwie. Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania, ale to przecież nie czyniło z niej ani złej ani nieodpowiedzialnej osoby, miała miły uśmiech i prawo do błędów. To będzie moment edukacyjny. - Samemu jestem ojcem - zwierzył się, kruszą część marzeń Sandy o wspólnej przyszłości (ale gdy wypisywal mandat mogła wyraźnie zobaczyć, że nie nosił obrączki, więc nie wszystko stracone!). - I wiem jak szybkie i nieostrożne potrafią być dzieci, wystarczy chwila nieuwagi... - a syn zgubi się w mugolskiej dzielnicy i jego ojciec będzie przez siedem godzin rozważał, na ile sposobów może tam zginąć; by po piętnastu latach nadal nie potrafić uporać się z tym wsopmnieniem i przelewać te emocje na dbałość o bezpieczeństwo innych młodych czarodziejów. -... a mógłby zabrać ci różdżkę i urwać sobie rączkę nieprzewidzianym wybuchem magii dziecięcej. - oznajmił czarująco. Elliot nagle wybuchnął głośniejszym szlochem - dziwne, ale lepiej niech poczuje się przestaszony niż zachęcony! - A bez rączek ciężko latać na miotle. - zwrócił się do dziecka, wychodząc z założenia, że czasem dobrze z nimi rozmawiać równie dojrzale jak z dorosłymi (wychodził z tego założenia również, gdy trenował drużynę dziecięcą i prawie został zwolniony zanim zwolnił się sam żeby dołączyć do magipolicji). - Nie wspominając o tym, jaki bałagan stałby się gdyby zobaczyli to mugole... dlatego prawo zakłada, że to potencjalne przekroczenie Kodeksu Tajności, nawet na Pokątnej... - wyjaśniał dalej, bo obywatele zawsze powinni wiedzieć, za co dokładnie dostali mandat i dlaczego przepisy działają w ten sposób. Dzięki temu będą ich przestrzegać!
O ile Sandy słuchała jego słów, a nie tylko tembru jego głosu.
- Ale nie martw się, już wszystko dobrze. Wystarczy, że kupisz większą torebkę, najlepiej zapinaną na zamek. - pokrzepił Sandy z czarującym (dosłownie) uśmiechem, a potem ujął jej dłoń i wcisnął w tą dłoń kolejny druczek. - I że dopełnisz tej formalności. Na płatność masz trzydzieści dni, można to zrobić osobiście, ale najszybciej sową z adresem komisariatu w Londynie. Zawsze możesz też zwrócić się do magipolicji z pytaniami o odpowiednie zabezpieczenie różdżek. Zawsze chętnie pomożemy. - obiecał z promiennym uśmiechem i sprężystym ruchem wstał z ławki. - Do widzenia Sandy, Elliocie. - skinął im głową i oddalił się z poczuciem starannie wypełnionego obowiązku.
Musiał kupić paczkę papierosów. Tanich, bo—choć pewnie mógł ułożyć się z Sandy—bezpieczeństwo małoletnich traktował na tyle poważnie, że nic z dzisiejszego mandatu nie trafi do jego kieszeni.

/zt Ambrose
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:02 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.