• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 11.11.1961 | Będąc w Rzymie, czyń jak Rzymianie
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
13-03-2026, 13:06

Będąc w Rzymie, czyń jak Rzymianie
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
13-03-2026, 13:10
Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach. Palatyn, Awentyn, Kapitol, Kwirynał, Wiminał, Eskwilin i Celius. We wszystkich znanych podaniach historia ta rozpoczyna się i kończy tak samo. Może w tej legendzie odnaleźć mogła i swój ślad. Może bez trudności odnalazłaby się w myślach jednego ze sławnych braci - Romulusa czy Remusa. Historia, z którą utożsamić się mógł przecież każdy, kto w swoim życiu doświadczył odrzucenia, kto z zawiści lub zazdrości gotowy był zabić. Symbole były tym, co w jej pragmatycznym umyśle często urastało do rangi wskazówek. Matka i bogini jako symbol władzy, wilczyca - opieki i przekorności losu, braterska więź jako równowaga dobra i zła, a na końcu śmierć jako symbol tego, co nieuniknione. Końca wszystkiego.
W tej legendzie przekazywanej z ust do ust brakowało jednak jednego - świadomości, że te piękne wzgórza, na których powstało to bez wątpienia wspaniałe miasto, usypane były z kości. Z życia i śmierci. Z zepsucia i szeroko toczącej się zgnilizny, która wcale nie opuściła tego miejsca i miała z nim pozostać już na zawsze. Bo życie, choć tak inne od tego, które znała, choć mogło wydawać się jasne i palące słońcem, niosło ze sobą również smród - taki, który nie tylko marszczył nos, ale wywoływał mdłości. Bo ludzie w legendę uwierzyli zbyt mocno. Bo symbole stały się dla nich wyznacznikiem życia. Władza, przekorność, dobro i zło - a na końcu śmierć.
Uśmiechnięte twarze mijających ją turystów kontrastowały z pilnym wzrokiem lokalnych. Tych, którzy żyli tu na co dzień, i tych, którzy w swobodzie dosypywali do wzgórz kolejne kości. Słodki zapach owoców i aromat kawy mieszał się tu z przykrym zapachem gromadzących się śmieci. Walka, w której wszyscy brali udział, a jednocześnie wszyscy odwracali wzrok, jakby w obawie przed konsekwencjami. A te bywały przykre. Tak jak i ta, przez którą przyszło im się właśnie tu znaleźć.
Artefakt ukryty głęboko pod piękną bazyliką. W katakumbach, do których nikt nie zaglądał, bo wszyscy pragnęli być tu bliżej boga niż śmierci. Piękny obrazek, pod którym wrzała zła intencja. Nieważne, jak głośno by prosili, jak wielkie modły by składali - przekleństwo pozostawało przekleństwem. Dla niej był to jednak pewien komfort, móc na własnej skórze zobaczyć to, o czym przyszło jej przeczytać, gdy z Lorcanem spotkali się w tej sprawie po raz pierwszy. Zżerała ją ciekawość, czy faktycznie miejsce to było tak niedostępne, jak mogło się wszystkim zdawać. To, że traktowała ludzi z góry, nie było niczym nowym ani obcym. Nie zdziwiłaby się, gdyby ci wszyscy, którzy próbowali dotrzeć do artefaktu, skracali sobie drogę, nie doceniając zagrożenia. Gdyby obudziła się w nich ta lekkomyślność, którą wielu traktowało jak dodatkowego lokatora. Nie zakładała jednak tego z góry, bo wbrew pozorom zawsze kierowała nią ostrożność. Nauczona dyscypliny, w której najważniejsza była siła, nie przyjmowała porażek z lekkością. A lekkość przynosiła porażki.
Buongiorno, signora. Przywitanie rozbrzmiało, gdy przekroczyli próg bazyliki. Wysokie sklepienia, rzeźby, popiersia, malowidła ścienne - wszystko to, co konesera mogło przyprawić o ból głowy. Nie była jednak ignorantką. Potrafiła docenić piękno. Prowadzeni przez znajomego Lestrange’a dotarli do ukrytego daleko za ołtarzem zejścia do katakumb. To był pierwszy etap i zapewne najłatwiejszy.
Korytarze wiły się nieprzerwanie, światło pochodni tylko momentami oświetlało im drogę, ale ona bardziej ufała własnej magii. Lumos błyszczało przed jej twarzą, odsłaniając kolejne fragmenty kamiennej ścieżki. Dało się wyczuć wilgoć. Kurz, brud i pajęczyny wisiały nad ich głowami jako przypomnienie, jak łatwo byłoby ich tu pogrzebać. – Zaczynam doceniać ironię ulokowania przeklętego artefaktu właśnie w takim miejscu – odparła, gdy skręcili w kolejny korytarz, zgodnie z mapą trzymaną przez mężczyznę. – Dom boga nad nami… zło pod nami. - to, że była zaklinaczem, wcale nie oznaczało, że nie rozumiała plugastwa nakładanych przez siebie klątw. Doskonale to wiedziała. Widziała to w oczach ludzi, którzy się do niej zgłaszali - świadomie przekraczali granice, a później nie było już odwrotu. Myśl ta mogła przyjąć postać samospełniającej się przepowiedni, bo w chwili, gdy uleciała jej z głowy, do jej uszu dotarł głośny huk zawalającej się ściany i toczących się kamieni. Skryła wzrok przed kłębami kurzu, a gdy ten w końcu opadł, jasne stało się, że przejścia za nimi już nie ma. – No to nie ma już odwrotu - mruknęła, wypowiadając na głos własne myśli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
16-03-2026, 00:06
Wieczne miasto – symbol potęgi o barwach złota i czerwieni, niezachwiany i nieulękły zdobywca, tak zapisywany, miał trwać pomimo burz, konfliktów i anarchii sięgającej korzeni, te jednak obumarły. Dotknięte kapryśną ironią losu, ta przemijalność chwały bywała zgubna, lecz historia uczyła, że wielu naśladowców podzieli ten sam los. A czas po raz kolejny okaże się jedynym niezwyciężonym na arenie starć. Echo dawnego splendoru trwało jednak w starożytnych murach, niosło się dźwięcznie, acz cicho w głuchej nocy pośród alejek najstarszych dzielnic, jakby rozpamiętywało, czasy świetności.
Rzym cuchnął, dosłownie i w przenośni, a słodycz cytrusów, ziół i perfum nie potrafiła przykryć tego przykrego zapachu, jakby przesiąknięte nim miasto tonęło we własnym bagnie emanując, czymś równie nieprzyjemnym, zwłaszcza wieczorami, gdy znad rzeki, niósł się mglisty opar wąskimi gardłami brukowanych ulic – znał ten zapach, ta słodkomdląca kompozycja śmierci, która zawsze wiernie kroczyła u boku. W tym mieście nie była, niczym nowym stanowiła normę, wręcz jeden z fundamentów potęgi, na jakich opierało się niegdyś to, co przed swoimi oczami widzieli. Spoiwo murów, ciche westchnięcie przeszłości, wreszcie pył, bo tym wszyscy się stawali, kości rozrzucone w nieładzie bielały w najstarszych częściach starożytnych cmentarzy, do jakich nawet najśmielsi bywalcy nie lubili zaglądać – ze zgrozy, co osiadała na karku chłodnym, nieprzyjemnym dreszczykiem i szeptała do ucha o kruchości i marności życia.
Lubił to. W dziwnym poczuciu ciekawości odkrywcy, gdzie adrenalina łączyła się z nutami historii, a jej echo, niemal słyszalnie wybrzmiewało na każdym kroku, nawet tutaj w jednej z najstarszych bazylik; świątyni, którą umiłowali wierni za ponadczasowe piękno, rzeźby i freski. Te miejsca, zawsze skrywały swoje tajemnice, nieraz mroczne, tak jak zlecenie, które przyjęli.
Francesco mówił wiele, mówił zdecydowanie za dużo i to powoli zaczynało drażnić Lorcana, który po wysłuchaniu rewelacji Włocha zrozumiał, iż ten konkretny potrafił, być wyłącznie w liście i nigdzie poza nim, gdyby nie szczypta sympatii kierowana, wobec mężczyzny pozostawałby równie obojętny na jego słowa, co marmurowe rzeźby. W drodze do zejścia w głąb mrocznej otchłani odświeżał w pamięci wszystkie informacje, które zdołał zebrać, jak zwykle podczas wypraw dysponował dziennikiem, w którym odnotował najważniejsze kwestie oraz mapami, jakie przerysował, lecz wielokrotnie doświadczył na własnej skórze niedokładności prezentowanej przez źródła, na jakich starał się opierać, aby mieć jakiekolwiek mgliste, choć pojęcie.
Ze zleceniodawcą rozstali się na symbolicznej granicy życia i śmierci. Powietrze w podziemiach miało swój charakterystyczny wilgotny zapach, a magiczne pochodnie płonęły dziwnym światłem, które oświetlało tylko, tyle ile uważało za konieczne, dlatego wzorem towarzyszki sięgnął po różdżkę i zaklęcie lumos.
Spojrzał na kobietę z ukosa, przez ramię i uśmiechnął się kwaśno: — Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że przywiązujesz uwagę do symboliki — przyznał, choć podzielał jej zdanie, była to niezła ironia losu, która jednak, była o tyle niebezpieczna, że czarnomagiczny artefakt silnie oddziaływał na odległość, byli na to przygotowani, tak jednak samo zlikwidowanie zagrożenia, czy jego uśpienie nie stanowiło, takiego problemu, co dostanie się do niego. Przed kolejnym rozwidleniem zatrzymał się uważniej, śledząc mapę, a delikatne drżenie ścian i migotanie pochodni sprawiło, że zareagował instynktownie; cofając się, tym samym zrównując z czarnowłosą w pełnym napięcia skupieniu, obserwował sklepienie nad ich głowami. Huk walącego się korytarza dotarł wraz z falą pyłu i kurzu wywołując grymas niesmaku na twarzy Lestrange’a. Wzrokiem prześlizgnął się po postaci kobiety, jakby oceniając, czy komitet powitalny spisał się, czy też potrzeba było znacznie więcej, aby strach z niej wypłynął. Nie wątpił w jej odwagę oraz umiejętności; bo gdyby, miał, choć cień wątpliwości, to nie zaproponowałby jej tej wyprawy, lecz też nie wiedział, gdzie leżały granice pewności siebie, a gdzie zaczynało się zwątpienie.
— Jakby nie patrzeć grób już mamy — w czekoladowych oczach błysnęły iskierki rozbawienia: — ale postarajmy się w nim nie zostawać — wyszedł przed szereg, tak jakby celowo prowokował los do tego, aby to w niego skierowane było zagrożenie. Robił to mimowolnie, jednocześnie trzymając się wytyczonej ścieżki na mapie, przekradali się labiryntem korytarzy, co jakiś czas mijając szkielety wmurowane w ściany, które uśmiechały się do nich szeroko rozdziawionymi paszczami. — To twój pierwszy raz? — rzucił przez ramię, gdy unikał spotkania czołem z wystającym skalnym sklepieniem i momentalnie przystanął, wyczuwając, że coś jest nie tak. Zatrzymał Antonię gestem, gdy zgrzytanie skał stało się nadto słyszalne. — Coś tu nie gra. Na mapie w tym miejscu nie ma tej pustej przestrzeni — wiedział, że nie popełnił błędu, był tego pewien, ale czy aby na pewno? Przygryzł wargę i dla bezpieczeństwa rzucił towarzyszce dziennik ich drogę do wyjścia. Postąpił krok na gładkich kamiennych płytach, rozjaśniając mrok pewniej, a jego oczom ukazała się podłużna średniej wielkości jama skalna z wiszącymi nad głowami stalaktytami. — Nie podchodź — głos mężczyzny, był spokojny i pewny.



Rzut kostką k100:

1. Cyfry parzyste owocują zapadnięciem się posadzki pod Lorcanem.
2. Cyfry nieparzyste oferują inwazję pająków.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
21-03-2026, 14:20
Mieszkając na Wyspach, łatwo było zapomnieć, że świat wciąż pozostaje nieodkryty. Że mogłoby zabraknąć życia, by poznać wszystkie jego tajemnice. Bo ich rodzima ziemia obfitowała w sekrety. W skarby. W rzeczy, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Półki w rodzinnym sklepie uginały się od przeklętych przedmiotów, jakby Brytyjczykom szczególnie smakowało komplikowanie życia innym - sąsiadom, bliskim, żonom, mężom, kochankom. Jakby w tej jednej nacji mieściła się cała zawiść, cały żal i cała mściwość świata. Ręce piekły od nadmiaru pracy - i w tym akurat nie było żadnej przesady. Bo niczym wiedzeni przez Lokiego, boga podstępu, zawiści i zazdrości, z łatwością decydowali się obdarowywać innych cierpieniem. Jak on, gdy zakradł się do komnaty Sif, by obciąć jej złote włosy - nie z konieczności, nie z potrzeby, lecz dlatego, że mógł. I dlatego, że chciał. Szlachetność nie była w ludziach cechą trwałą. Ulatywała szybko, zastępowana tym, co pierwotne. Złością. Zawiścią. Zazdrością. Tym wszystkim, co ostatecznie czyniło człowieka… człowiekiem.
Ale ta natura człowieka nie zatrzymywała się na granicach ich świata. Przenikała dalej - do innych miejsc, innych kultur, do umysłów obcych ludzi. I może właśnie tego potrzebowała, by na nowo poczuć się w tym świecie stała. By rozbudzić w sobie potrzebę poznawania nie tylko tego, co bliskie, lecz także tego, co obce i odległe. Inny język otulający jej przestrzeń. Twarze bardziej nieznajome niż te, które widywała na co dzień. Inny świat - a jednak problemy zdawały się dziwnie znajome.
Tutaj, w katakumbach, czuła się jednak podobnie. Jak u siebie. Wilgotne, ciężkie powietrze uderzało w płuca z siłą, która odbierała głos. Dźwięk kroków odbijających się od kamienia. Kapanie wody spływającej po ścianach. I cisza. Cisza będąca jej największym sprzymierzeńcem, a jednocześnie zwiastunem tego, z czym dopiero przyjdzie im się zmierzyć. W końcu ludzie nie bez powodu mówili, że cisza zapowiada burzę. Zmianę.
Kącik ust drgnął jej w subtelnym uśmiechu, gdy wspomniał o symbolice, ale nie odezwała się ani słowem. Komfort odnajdowała w momentach, gdy wszystko zaczynało układać się w jedną całość. Gdy pojedyncze elementy splatały się w misternie utkaną historię, w której zawsze pobrzmiewało drugie dno. Symbolika pozostawała jednak tylko narzędziem - to ludzie nadawali jej znaczenie, wykorzystując ją do podkreślenia własnych intencji. Wszystko zamykało się w pętli. Intencje. Działania. Los, którym tak chętnie tłumaczyli własne porażki. W jej umyśle nie było dla niego miejsca.
Gdy huk osuwających się kamieni zamknął ich w katakumbach, pokręciła głową, może odrobinę rozgoryczona. Oczywiste było, że znajdą inne wyjście - nie przyszli tu po to, by na pierwszej prostej dać się pogrzebać żywcem. Nie spodziewała się jednak, że początek tak szybko odsłoni swoją prawdziwą naturę. Miłe złego początki. - Och, mam zamiar po wszystkim uraczyć się kieliszkiem limoncello na Kapitolu - zaczęła, przyglądając się skalnej kolumnie przed nimi. Nic w tych podziemiach nie było przypadkowe. - Zdecydowanie nie mam zamiaru tu zostać. - w jej głosie pobrzmiewała pewność. Nie miała wątpliwości, że jeszcze przed kolacją opuszczą to miejsce - i to z poczuciem sukcesu. Znała swoje umiejętności. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Umiejętności Lorcana również były jej znane. I choć rozsądek podpowiadał, że może mu zaufać, nie była pewna na ile naprawdę tak jest. Choć czy w innym przypadku byłaby tu dziś z nim?
- Mój pierwszy raz? - powtórzyła, nie do końca rozumiejąc, do czego się odnosił. Nie zdążyła jednak rozwinąć myśli - zatrzymał ją ruchem dłoni. Chwyciła przekazany jej dziennik, lecz spojrzenie natychmiast powędrowało wyżej, ku skalnej jamie nad ich głowami. - Też to czuję - szepnęła, mocniej zaciskając palce na różdżce. Napięcie przyszło nagle. Rozlało się po jej ciele, wnikając w każdą komórkę. Dreszcz przebiegł po skórze, jakby drobne odnóża sunęły po niej bezszelestnie, znacząc ślad. Niczym pająki.
Coś było nie tak. Jakby coś czaiło się gdzieś na granicy jej świadomości. Jakby przechwytywało jej myśli i nadawało im formę. I wtedy - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - ze ścian zaczęły wyłaniać się pająki. Małe, większe… i takie, które nie zmieściłyby się pod butem. Cofnęła się o krok, unosząc różdżkę. - Arania Exumai - warknęła, z nadzieją, że magia tym razem jej nie zawiedzie. Bo skąd, do cholery, wzięło się ich aż tyle?
- Bawi się z nami - bo to nagle stało się dla niej o wiele jaśniejsze niż sam fakt pojawienia się pająków. - Mąci nam w głowach. Pomyślałam o pułapce i ściana za nami runęła. Pomyślałam o pająkach i… - urwała, bo nie musiała kończyć. Złość rozpaliła jej ciało. Klątwa mogła bawić się ich umysłami, podsyłając iluzje. A może to wcale nie była iluzja? Może naprawdę stała za tym Manea? Bogini koszmarów? - Cokolwiek tu jest, wykorzystuje nasze myśli. Przekręca je. Urealnia. - kącik ust drgnął, ale nie był to uśmiech. - Więc przestań myśleć o tym, co może nas zabić. - spojrzała na niego znacząco. - I lepiej szybko wymyśl coś, co nam pomoże.

K5:
1. Pająki ich nie atakują, ale prowadzą do wąskiej kamiennej wnęki, która prowadzi ich na jeszcze niższe partie katakumb.
2. W głowie Lorcana rozbrzmiewa obcy głos - cichy, lepki: „Pomyśl tylko o tym, czego boisz się najbardziej… zakończymy to szybciej.” Im dłużej go ignoruje, tym głośniejszy się staje.
3. Kamienna podłoga pod ich stopami zaczyna pękać. Najpierw delikatnie, potem gwałtownie - fragment gruntu osuwa się i oboje spadają poziom niżej, lądując w wąskim, niemal całkowicie ciemnym korytarzu.
4. Pochodnie i światło zaklęcia nagle gasną, a w ciemności coś się porusza. Tak jakby obok ktoś się znajdował. Czują wyraźny dotyk dłoni na karku.
5. Z ciemności wyłania się sylwetka - nieruchoma, zniekształcona, stojąca dokładnie tam, gdzie jeszcze chwilę temu nikogo nie było. Gdy próbują się jej przyjrzeć, okazuje się, że ma ich własną twarz…ale martwą.
1x k100 (Arania Exumai):
82
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
29-03-2026, 20:00
Lubił to charakterystyczne uczucie ryzyka; te balansowanie na krawędzi okraszone dawką adrenaliny w poszukiwaniu wolności; spod ram, której tak często uciekał, niczym nieskrępowany północny wiatr, chciał żyć i odkrywać. To dawało jego egzystencji sens, gdy monotonia dobijała, a dni przeciągały się niemiłosiernie w szarości poukładanych, schematycznych działań, kiedy trwał spętany na rodzinnej ziemi łańcuchami lojalności i obowiązków, wobec rodziny. Pasja, jaką w sobie odnajdywał od najmłodszych lat rozkwitała na niesprzyjającym gruncie i być może, stąd brał się jej blask, ta upartość wyzierająca z czekoladowych oczu. Czy jednak potrafiłby osiąść na dłużej pochyliwszy się nad badaniami; prowadzić gościnne wykłady, mieć styczność z ludźmi podzielającymi jego pasje? Ta myśl, niczym bumerang wracała za każdym razem, kiedy wracał do Anglii. Zastanawiając się, jakby to było, gdyby spróbował i pasję przekuł w coś namacalnego, co mogłoby rzutować na przyszłość. Zawsze jednak wiedział, że to, co robił podczas ekspedycji, było narkotycznie pociągające i nie potrafiłby uciec od tego, a może zwyczajnie nie chciał?
Lubił jej dyskretne uśmiechy, które szły w parze z drobnymi grymasami, czasem odczytywał z nich znacznie więcej, niż mogła zakładać, choć i jej spojrzenie równie sokole i ostre – potrafiło sięgać dalej, niż on zakładał. Tak mijali się na kilku płaszczyznach, przez pryzmat braku doświadczenia w rozumieniu siebie wzajem na tym gruncie, jednak dostrzegał iskierkę nadziei, bo już dawno temu Antonia udowodniła mu potencjał, jaki skrywała. Tak wciąż głuchy szept rozwagi upominał go, by nie tracił uwagi. Kobieta z jej zdolnościami i nieustępliwym, walecznym charakterem – powinna dać sobie radę w takich warunkach, tak odpowiadał za jej bezpieczeństwo.
Limoncello… nie mógł powstrzymać uśmiechu na te słowa, choć nie skomentował ich tak, jak pierwotnie zamierzał, bo sytuacja w katakumbach rozwijała się dynamicznie i uwaga mężczyzny skupiła się na tym, co przed nimi, miast na dialogu.
Wyczuwalne napięcie dosięgało ich, było namacalne i nieprzyjemne. Czaiło się w mroku i było mrokiem, przemykało wśród cieni, a on świadom tego zagrożenia wiedziony chęcią przyciągnięcia uwagi, tego zła, z jakim im się przyszło mierzyć, wykonał kolejny krok. Kamienne płyty zazgrzytały, jednak bez oczekiwanego efektu pułapki, której oczekiwał. Zamiast tego usłyszeli szelest, który z każdą chwilą narastał, aż w pewnym momencie urwał się, tak nagle, jak tylko pojawił, a z rozpadlin i szczelin w kamienistych ścianach zaczęły wyłaniać się pająki. Odruchowo cofnął się o pół kroku i wycelował w ciemną ruchomą masę różdżką, ale… Antonia ubiegła go. W jej głosie czuł irytację, a echo zaklęcia wibrowało pod skalnym sklepieniem, przez moment nawet współczuł, każdemu pajęczakowi, który zagnieździł, by się w jej mieszkaniu.
— Wiem… podejdź, tylko ostrożnie — wciąż nie był pewien, czy miejsce, w jakim stał, było najbezpieczniejsze, ale nie zamierzał ryzykować rozdzieleniem, gdyby znów strop zaczął walić im się na głowy. Mimowolnie uśmiechnął się na jej słowa: — dobrze, będę myślał, o samych miłych rzeczach — odpowiada, nieco żartobliwie, by rozładować napięcie, jednak sytuacja z każdą chwilą wygląda, coraz gorzej.
Przyzwyczajony do tego, że to on zaglądał ludziom do umysłów, czuł się zbity z tropu, jak postępować z czymś, a może kimś, kto miał nad nimi taką przewagę? Kiedy dostrzegł, że kobieta była, niemal obok niego, nagle wszystkie pochodnie zgasły, a wraz z nimi również światło płynące z różdżek. Czuło się pustkę, która ich wypełniała, co gorsza miał wrażenie, że byli obserwowani, a mrok, który ich spowił, był nienaturalnie gęsty. Drgnął, kiedy poczuł, że coś dotyka jego karku, z całą pewnością nie była, to dłoń Antonii.
— Czujesz to? Nagła pustka, jakbyśmy byli pozbawieni magii? — szepnął w przestrzeń, bo mimo bliskości ciał, tak nie potrafił odnaleźć jej twarzy. — Sprawdza nas — rodzaj testu, a może brutalniej mówiąc przesiewu? Wiedział, że oboje nosili w sercu traumy, niewypowiedziane żale, poczucie straty. Nie wiedział, jak Antonia przepracowała te emocje – pamiętał na nieszczęście, jak on z tymi demonami walczył i mimowolnie zgrzytnął zębami.
Czerń dominowała – pochłaniała dźwięki, słowa i magię, a prawdziwa potyczka, zaczynała się w umysłach.
— Pamiętaj, to co zaplanowała, ma nas złamać. Nie dajmy jej tej satysfakcji. — Jego głos brzmiał pewnie, był spokojny i łagodny, choć zapewne czekoladowe oczy płonęły ogniem czystej irytacji. Odnalazł na ślepo jej ramię i złapał je mocniej, pokrzepiająco.



K4:

1. W ich głowach rozbrzmiewa obcy głos – zimny i bezlitośnie oskarżycielski, jakby znał sekrety, które skrywają przed światem: „wyznaj swoje winy, a poczujesz ulgę” – im dłużej zwlekają, tym bardziej głos przybiera na sile, aż robi się boleśnie przeszywający.
2. Postacie dostrzegają w sobie nawzajem twarze osób, które kochały, a jakie straciły lub los ich od nich oddalił. Te noszą na sobie ślady udręczenia i powolnej agonii, a z ich ust wydobywa się błaganie o litość, by zakończyć męki.
3. Kamienna podłoga pod ich stopami zaczyna pękać. Najpierw delikatnie, potem gwałtownie - fragment gruntu osuwa się i oboje spadają poziom niżej, lądując w wąskim, niemal całkowicie ciemnym korytarzu.
4. Nieokreślona siła opętuje Antonie z jednym tylko zamiarem: chce udusić Lorcana. Kobieta pozostaje w pełni władz umysłowych, lecz jej ciało wykonuje ruchy, bez jej świadomości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
01-04-2026, 19:57
Lęk był uczuciem bardzo zwodniczym. Z jednej strony odkrywał ludzkie słabości, wskazywał, gdzie leży granica tolerancji, a gdzie zaczyna się dyskomfort, lecz z drugiej - rzeczom nierealnym nadawał bardzo realne poczucie zagrożenia. Pojawiał się, zanim jeszcze na dobre dochodziło do konfrontacji. Ludzie bali się wody, zanim ta zaczęła obmywać ich ciało. Bali się głośno przemówić, zanim echo ich słów odbiło się od ścian i murów. Przewidywali najgorsze z możliwych scenariuszy, tak naprawdę to im nadając znaczenie, a nie temu, co rzeczywiste. Nie temu, co prawdziwe.
Ona miała swoje lęki. Te były głęboko ukryte i czasem nawet zapominała, że nosi je pod skórą. Niczym idealnie skrojona szata. Dopasowana do ciała sukienka. Szpilki, których lekkość nadawała ruchom pozornej nieważkości. Mogły ją uwierać. Mogły ją drapać. Ale wystarczyło, że na chwilę znów wyrzuciła to z myśli, a poczucie zagrożenia znikało. Bo unikała. Unikała utraty kontroli. Unikała opadnięcia maski, nawet przed samą sobą. Pilnowała tego tak bardzo, że czasem zastanawiała się, czy to, co czuje, wciąż jest prawdziwe - czy może to nie jej głos i nie jej wzrok, nie jej uśmiech czy grymas, a jedynie część ładnie wykreowanego przedstawienia.
Jej lęki nie były trywialne i nie miała obawy, by mówić o tym głośno. Bała się o samą siebie - a może czasem samej siebie. Innym żołądek skręcał się na myśl o stworach kryjących się w ciemnościach, o przekleństwach obdzierających człowieka żywcem ze skóry, o chorobach mącących umysł, o krzywdzie, jaka mogłaby spaść na ich najbliższych. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że największym zagrożeniem byli dla siebie sami. To człowiek - w całym swoim pięknie i całym plugastwie - był największym zagrożeniem. To demony mieszkające pod skórą. Te marzenia zahaczające czasem o krzywdę drugiego. Te prawdziwe intencje przykryte życzliwością i empatią. To był lęk, którego każdy powinien się bać. I w którym każdy scenariusz był równie prawdopodobny.
I może zgodziła się na tę wyprawę, bo brakowało jej adrenaliny. Może cieszyła się na zmianę otoczenia, bo wilgotne chodniki Londynu zdążyły jej się znudzić. Może robiła to z jakiegoś poczucia obowiązku - w końcu on też jej pomógł, gdy z pragnienia udowodnienia czegoś sobie i swojej rodzinie postanowiła odnaleźć artefakt, który doprowadził - całkowicie pośrednio - do śmierci jej rodziców. Nie żałowała jednak, że się tu znalazła. Rzym kusił ją swoimi zagadkami. Kusił ją kulturą, która tak bardzo odbiegała od tej, którą znała. Choć katakumby kryły w sobie zło, co do którego intencji nie miała jeszcze pewności, wiedziała jedno - za próbę ingerencji przyjdzie im zapłacić. Właściwie szybciej niż mogłoby się wydawać.
Zaklęcie wyrwało się z jej różdżki z siłą - jakby w ten sposób chciała pokazać mieszkającej tu istocie, że oni również przyszli po zapłatę. Nie odrywając wzroku od czeluści, podeszła do mężczyzny. Rozbawiona nuta w jego głosie sprawiła, że od razu na niego spojrzała. - Oby i tych nie przyszło jej wykorzystać – rzuciła konspiracyjnie. Bo tylko kobieta mogła być na tyle temperamentna, by swoją zemstę budować na pułapkach, a cierpienie rozwlekać w czasie.
Nagle pochodnie wokół nich zgasły, pogrążając ich w całkowitej, lepkiej ciemności. Przez sekundę, może dwie, próbowała przyzwyczaić się do mroku. Nawet magiczne światło zgasło, a to oznaczało jedno - ta kreatura, ta istota, miała ogromną moc. A może za wszystkim stała jedynie dobrze utkana klątwa? Może to była robota zdolnego, skrupulatnego czarnoksiężnika? Wciąż nie była gotowa uwierzyć w działanie konkretnej istoty. Jasne było jednak, że to wszystko było ciągiem pułapek, w które wpadali jedna po drugiej.
Nagle coś dotknęło jej ramienia. Po chwili zimne pazury przejechały po karku. W uszach zamajaczył szept - całkowicie niezrozumiały. Skinęła głową, choć nie mógł tego zobaczyć. - Jak w domu - mruknęła, a kącik ust uniósł się w uśmiechu. Nie miała zamiaru oddać przewagi temu, co próbowało udowodnić jej słabość. Nie miała zamiaru się złamać - choć nie mogła wiedzieć, z czym jeszcze przyjdzie im się zmierzyć.
Uniosła różdżkę i spróbowała ponownie rzucić Lumos. Delikatne światło rozproszyło mrok, ale niemal natychmiast poczuła, jak zimne powietrze uderza w jej ciało. Zabierało oddech. Wnikało w nią aż do szpiku kości. Całkowicie wbrew sobie obróciła się w stronę mężczyzny. Jej dłoń zacisnęła się na jego szyi. Zaskoczenie zadziałało na korzyść istoty kierującej jej ciałem. Gdy uderzyli z impetem o ścianę, jej palce zacisnęły się mocniej. Była niczym marionetka. Pozbawiona woli, a jednocześnie boleśnie świadoma wszystkiego, co się działo. - To nie ja - wyrzuciła z siebie z warknięciem. W jej głosie irytacja mieszała się z zaskoczeniem, którego nie była w stanie kontrolować. Różdżka wypadła jej z dłoni, odbijając się od kamienia, rzucając teraz tylko krótkie błyski światła. Nie widziała jego oczu - czuła jedynie jego skórę pod palcami. - Chwyć mnie za ręce. Rzuć coś na mnie. - zażądała, choć obie te rzeczy wzajemnie się wykluczały. Nie mogła zrobić mu krzywdy. Nie swoją siłą. Ale czy na pewno to była jeszcze jej siła?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:06 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.