• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 13:28

Salon
Najprzytulniejszy pokój w mieszkaniu. Duży fotel, miękka (chociaż zużyta) sofa i liczne bibeloty sugerują, że przestrzeń jest zarówno często użytkowana, jak i zwyczajnie lubiana. Pod ścianą, zaraz przy wejściu, umieszczony jest sprzęt wędkarski właściciela, a na ścianach umieszczono obramowane zadjęcia i kilka wykonanych węglem rysunków koni, które zakupił na targu staroci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
02-03-2026, 16:56
A monolog Ambrose’a zabiera go w naprawdę przedziwne miejsca i okoliczności – od dzieciństwa, do młodości, do Szkocji, do Doliny Godryka, potem Londynu, a potem do własnego mieszkania, w którym właśnie wymieniali się stertami serdeczności.
Nie miał się domyślić. No dobrze. Miał nigdy nie wiedzieć. Szczególnie on. Psia krew, szczególnie on. To strasznie bolesne, no nie? Nie umie zrozumieć czemu tak właśnie było. Co sprawiło, że właściwie tak zdecydował? Myślał, że to wszystko przekreśli? Że będzie wtedy jak inni chłopcy, tak? Albo powie wszystkim. Harrison był wygadanym dzieciakiem – momentami nie zamykały mu się usta, ale przecież każdą złożoną Day’owi obietnicę brał poważnie. Jego tajemnica mogła być ich tajemnicą. Przecież teraz mieli ich tyle, by te zlepiły ich skuteczniej od jakichkolwiek przysiąg.
Ale Day biegnie dalej – wspomina ostatnie tchnienie szkockiego żywota. Wspomina moment, w którym chyba walczył o jego honor, wspomina jego narzeczoną, jej brata... Daje Harrisonowi do myślenia, sugeruje, że Ambrose mógł być szczery tamtego wieczoru i tamtego ranka, kiedy byli jeszcze nastolatkami i kiedy obiecywali sobie wszystko to, co nie pozwoliło mu nigdy wyleczyć się z niespełnionej, młodzieńczej miłości. Kiedy po samowolnej interwencji – wtedy Gwiazdy Quidditcha – odczytano im wyjca, krzyczał, że o pomoc nie prosił, że jej nie chciał, że było mu gorzej. I wtedy tak było. Nie mógł wiedzieć jednak, że środki których użył Ambrose… Wypełnione były urokiem.
– Przestań, o czym ty mówisz? Ja nigdy go… – peszy się kiedy zarzuca mu zainteresowanie jej bratem. Traktował go zawsze tak, jak traktowało się starszego brata – przystojnego i zabawnego – ale jednak starszego brata. Z biegiem lat wydawało mu się faktycznie, że Cole Young mógł podzielać część jego… Skłonności, ale to nie musiało znaczyć nic. Nic. – Rosie do licha…. – zaczyna, próbuje się wtrącić, ale potem Ambrose trafia go prosto w miękkie tkanki. We wrażliwą stronę, która nakazuje mu bronić się od razu. Wciąż ściska jego tułów łydkami i udami, ale dłonie nerwowo ocierają strumienie spływające z policzków coraz gęściej. Bo właśnie, co sprawiało, że w ogóle chciał z nim być? W ogóle byli ze sobą? Kiedy mówi się już o tym, że się ze sobą jest? – NIE WIEM CO NA CIEBIE DZIAŁA – krzyczy, bo kiedy partner podnosi głos i kiedy widzi żyłki wspinające się po jego szyi – nie umie nie odpowiedzieć tym samym. A o swoich wadach mówi rzadko, ale mówić chce teraz. – To że jestem żałosnym pedałem, z żałosnymi zainteresowaniami? Chorym psychicznie gościem, który widzi śmieszne zwierzątka – bo tym kiedyś były te sny, prawda? Tylko tym. – a w nich przyszłość albo mu się tak wydaje? – dławi się, chyba płaczem, który chce powstrzymać. – Albo może… – to chyba mniej istotne, dla Harrisona to mniej istotne, ale tutaj też ma sobie do zarzucenia wszystko. – A może wygląd? Taki… – chyba wstydzi się o tym mówić. O tym, że miał chyba oczy jak wystraszone zwierzę, patrzące wprost w reflektory rozpędzonego samochodu. Albo rzęsy jak motyle skrzydła – bardziej damskie, niż męskie. I wiecznie nieuporządkowane włosy, szczupłą szyję, mniej wyrobione ciało, niski wzrost. Paskudne blizny czarnomagiczne. Że kiedy był młodszy, starszy brat Browna nazwał go brzydką dziewczynką. A on pamiętał o tym do dziś, nawet kiedy zmężniał, część dziewczęcych cech zniknęła, a on był jedynie mężczyzną mniej przystojnym, co ślicznym – o urodzie starzejącej się wolniej, chociaż starzejącej się wciąż. A przecież zmarszczki bywały mniej śliczne. I chociaż nigdy nie zwracał wiele uwagi na swój wygląd, wiedział, że był chyba trzy ligi niżej od kogoś, kto nawet teraz – powalony na ziemię, z policzkiem czerwonym od uderzenia i oczami czerwonymi od wrażeń – wyglądał dobrze. – Nie mam tego w dupie! Ale co, co, co mam zrobić, czuć się źle z tym, że to mi się podoba? Podobasz? – skoro to mogło być prawdziwe? Bo chociaż ranił go aktywnie, nie robił tego z czystą premedytacją. Nie do końca nawet wiedział co obecnie robi. Obserwował łzy Day’a i czuł się źle, ale nie potrafił zignorować tych, które skapywały z oczu na jego własny mundur. Musiał wyglądać cholernie żałośnie. Nie wie czy w ogóle potrafi irytować się dalej – nawet jeżeli kolejna wizja przedstawia się przed nim równie boleśnie. Próbuje wybadać jak bardzo szczery jest w deklaracji tej Ambrose, ale umysł nie działa dobrze.
– Rzuciłbyś na nią urok, tak? Kurwa brawo, ułóż mi życie, super. Świetnie. Zajebiście, jak wtedy kiedy chciałeś odzyskać dla mnie narzeczoną, no fenomenalnie – chyba serio ma już dość. – Teraz chcesz zrobić wszystko żeby tylko nie przyznać, że nie chciałeś mi zaufać. Wszystko, odwracasz kota ogonem, bo cię to boli, rozumiem, boli cię, ale mnie też boli. Że przez tyle lat… Ile razy mam powtarzać? – ociera twarz w łokieć, a głoski drżą zdradliwie. Wtrąca dygresję. – Nie zejdę z ciebie, będziesz musiał mnie zrzucić – a wiedział, że miał do tego siłę. – Nie boli mnie kim, do licha, jesteś. Tylko czemu mi nie powiedziałeś.
A przecież twierdził, że nigdy by nie powiedział.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 02:17
Youngowie schodzą nagle na dalszy plan. Zaskakująco szybko, biorąc pod uwagę zawziętość Ambrose'a odnośnie tej dwójki: gorycz związaną z zaręczynami, wściekłość, że Jeneva nie kochała Titusa tak jak powinna (cokolwiek to znaczyło, ale zdaniem Ambrose'a powinno oznaczać odporność na jego urok i trwanie przy Harrisonie nawet po tym gdy został bez ziemi i bez pieniędzy) i zazdrość o zażyłość przyjaciela z jej bratem. Zawsze był zazdrosny o kolegów Titusa, ale w Malcolmie Young też chyba dostrzegł możliwość... czegoś. Mężczyzna był odporny na jego urok, ale czasem patrzył na Ambros'e trochę za długo. Czuje chyba krótką ulgę, że Titus próbuje zaprzeczyć zamiast się wkurwić.
Powoli rejestruje strumienie łez na twarzy nad sobą. Ma nadzieję, że to nie przez wspomnienie Jenevy i tego, jak podle Titusa potraktowała—ale w głębi duszy przecież wie, że przez nią przyjaciel tak nie płakał. Że to jego wina.
I wtedy słowa Titusa, rozpaczliwe i niespodziewane i tnące jak sztylet. Pytania są chyba retoryczne (?), ale to nie one bolą Ambrose'a, tylko te straszne słowa. Żałosny, chory psychicznie, pedał, Day aż czerwienieje z oburzenia.
- PRZESTAŃ! - próbuje przerwać, z podobną mieszanką złości i paniki jak wtedy, gdy był dzieckiem i Bones rozwalił jego z czułością poukładane kredki. Jak wtedy, gdy w Hogwarcie Titus gasł na dźwięk słowa na "sz" i innych wyzwisk, a on rzucał się z pięściami na winowajców—w ślepej wściekłości trafiając do skrzydła szpitalnego po tym, jak próbował pobić starszego i wyższego (wtedy) od siebie Dana Browna. Ale nie jest już dzieckiem ani nastolatkiem i jak ma pobić Titusa w obronie Titusa? Harrison zdaje się teraz równocześnie kredkami i łobuzem, ofiarą i katem, a Ambrose ma ochotę zasłonić uszy dłońmi, choć wie, że nie może, że to dopiero byłoby dziecinne.
Więc słucha. Titus ma jego uwagę, kurwa, brawo. Wystarczyło tylko go spoliczkować i okrzyczeć, matka robiła to ciągle, bo najwyraźniej wiedziała, że tak może uzyskać posłuch. Dodać do tego obalenie na ziemię i stos wyzwisk (i to wymierzonych w Titusa, nie Ambrose'a), których echo dudni mu teraz w uszach i oto uwaga jest bezwarunkowa.
- Chcę ci się podobać! - prycha ze zniecierpliwieniem, bo nie o to chodzi. - Ja! Ja! Mówiłeś, że to jest prawdziwe, a teraz sam w to wątpisz! - zaciska pięści, choć jego dłonie leżą bezradnie na podłodze. - Nigdy tego na tobie nie sprawdzałem, Tite, a wierz mi, sprawdzałem to na innych—z kaprysu i z ciekawości, a od Younga chciałem, żeby przemówił swojej siostrze do rozumu. - przyznaje wreszcie, ale głos drży mu ze złości. Chyba nie tylko ze złości. - Za kogo ty mnie, kurwa, masz? Najpierw za kogoś kto uwodziłby dziewczynę w twoim domu żeby zrobić ci na złość, teraz za kogoś, kto... - drży mu podbródek i nawet nie przechodzi mu to przez gardło. Kogoś, kto bawiłby się nim? Narażał na konsekwencje prawne? Nie był święty, ale od eksperymentów nad urokiem miał całą resztę świata. Zresztą chyba nawet wrogowi, nawet Youngowi, nie zrobiłby niczego takiego. - Myślisz, że nie zostawiłbym cię w spokoju gdybym widział, że to mąci ci w głowie? Dlaczego tak o mnie myślisz, dlaczego?! - bywa niedomyślny, ale nie jest aż tak ślepy, żeby nie zauważyć, że ostatnio w myślach Titusa jest chyba jakimś pierdolonym psychopatą, żeby nie pamiętać, z jakim lękiem tamten wyznawał mu swoje uczucia. Przyjął przeprosiny za sytuację z Maelle, wmawiając sobie, że to wina wilego uroku. Wmówił sobie, że tamten strach był tylko przed brakiem wzajemności, nie przed nim. Ale teraz ostatnie tygodnie splatały się z dzisiejszym dowodem braku zaufania. - Nie rozumiem, co ja ci zrobiłem? - bezradnie zakrywa twarz dłońmi i przez chwilę nie jest w stanie powiedzieć już nic. Żałuje, że leży na podłodze i że nie może natychmiast wsiąść na miotłę, bo tylko w przestworzach można szlochać bez konsekwencji.
I chociaż nie może przewietrzyć głowy, a ironia Harrisona boli (zajebiście, ale może faktycznie zwilowanie dziedziczki fortuny byłoby fenomenalne—Ambrose wie, że nie, że z Allie poszło bardzo źle, ale zrobiłby to znowu gdyby Tite go poprosił...), ale moment klarowności wreszcie przychodzi. Nie w pędzie wiatru na wysokości, a w pretensjach wyłożonych wreszcie dość łopatologicznie.
Bierze głęboki wdech i powoli cofa dłonie z twarzy. Ociera gniewnie oczy, bo wie, że wygląda żałośnie. No trudno, może wygląda chociaż trochę mniej jak wila.
- To sobie siedź. - burczy, bo nie ma zamiaru go zrzucać. Chyba nie ma siły. A może nie ma ochoty.
- Ale to cię boli, Tite. Sam mówiłeś, że boli. - wzdycha w końcu. - Mówiłem ci, że to nie jest prawdziwe, uwaga kobiet. Że nie masz o co być zazdrosny... Ale teraz wiesz, że to się nigdy nie skończy. Myślałem, że może minie, jak się trochę zestarzeję, ale nie mija. - mówi ostrożnie, próbując opanować drżenie głosu. - Nie potrafiłem ci powiedzieć. - przyznaje, ale nieco innymi słowami niż nie chciałem ci zaufać, bo to trochę... co innego. - Chciałem... mogłem przy tobie być sobą, po prostu sobą... - dodaje ciszej, w czasie przeszłym, bo... - Bo wszystko by się zmieniło. - już się zmieniło. Nigdy nie płakali TAK przez siebie, a obecność i dotyk Titusa nigdy nie raniły go w taki sam sposób, w jaki robiła to mama. - Przepraszam. - mówi w końcu, zniżając głos do szeptu. Na moment odwraaca wzrok, zastanawiając się, czy to—czy to jakiegoś rodzaju koniec? Zaufania, ale nie tylko?
Powoli wraca spojrzeniem do czerwonych oczu Titusa, bo nawet jeśli coś ma się skończyć, to nie znosi nierozwiązanych kwestii. I ma tendencje do... wracania do tematów, które Titus wolałby pogrzebać.
- Mówiłeś to, żeby mnie wkurwić? To... o sobie? - pyta, mając nadzieję, że tak; ale mając wrażenie, że nie. To wrażenie go boli, coraz bardziej i bardziej. - Mamy te same zainteresowania. - przypomina. - No i ryby i konie, ale to męskie. Możesz upolować kolację - Ambrose jest człowiekiem, który zapomina, że ryby się łowi, a nie "poluje" - i uratowałeś Mandata. - w liczbie pojedynczej, on... tylko się wtedy zgodził na ten szalony plan. - I nie jesteś chory. - kwestię wyglądu na razie zostawia, ale nieśmiało podnosi dłoń. Próbuje musnąć nadgarstek Harrisona samymi opuszkami palców, z wyraźnym wahaniem. Nie chce znowu dostać w twarz. - Obydwoje wiemy, że ci się nie wydaje. Z tymi snami. - bierze głęboki wdech. - Śniło ci się coś...? To dlatego wątpisz w nas, we mnie? - chyba zrozumiałby to od razu, w odróżnieniu od hipotez o wilim uroku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
04-03-2026, 01:07
Może nie porozmawiali o kwestii oskarżeń o uwodzenie kobiet w tym domu zbyt poważnie – załatwili to wtedy tak, jak Harrison załatwiał kwestie wielu różnic zdań z innymi facetami z komendy albo spoza niej – przeprosiny, przeprosiny przyjęte, zapominamy o sprawie.
Ale widocznie wile były jak słonie – nigdy nie zapomniały. Albo to tylko cecha osobnicza Ambrose’a?
Teraz rozkładali za to na czynniki pierwsze drugie padające oskarżenie i Merlin mu świadkiem – chyba wcale nie wyszło to lepiej. Ale przecież unikanie tematu, to jak niechodzenie do lekarza, byle przypadkiem nie dowiedzieć się o pozostałych, jedynych trzech miesiącach życia. Wyszedł na dupka, wątpiąc w relację wyszarpaną przeszłości z gardła – wyszedł na frajera, a uczucie te zna już z tych czterech ścian. Czuł się tak samo postawiony pod ścianą w obecności Maelle – czuł się tak też teraz, kiedy dociera do niego wydźwięk własnych oskarżeń - dobitny, bo powtórzony przez oskarżonego. Czy faktycznie miał go za kogoś takiego? Pewnie tak, pewnie przez pewien moment w czasie tak – ten moment, któremu nie pozwolił po prostu przeminąć. Uporczywe myśli boleśnie wgryzały się w mózgowie. Byłyby tam i karmiły paranoję nawet gdyby ich nie wypowiedział.
Ale może nie powinien ich wypowiadać. Dlatego pytany dlaczego, po prostu milczy, przyjmując naganę, zwrócenie uwagi, pretensję – czymkolwiek to było. Nie wiedział co zrobił mu Ambrose – ale chyba wiedział już czego mu nie zrobił. I chyba właśnie tego oczekiwał po dzisiaj. Tego i odpowiedzi, która padła chwilę później, pozwalając żalowi ostatecznie wyprzedzić irytację. Szczególnie, że kiedy Day próbuje otrzeć łzy – Harrison czuje w sobie żałosną bezradność i niezdolność do podjęcia podobnej próby. Dopiero w trakcie jego monologu drżącymi dłońmi próbuje otrzeć twarz – oczy, nos, brodę pokrytą słonymi kropelkami. Powinien był zdjąć górę munduru, nim splamił ją i zabrudził, ale teraz było już za późno.
– Ale przecież prędzej czy później… – próbuje się wtrącić, ale potem jedynie mlaszcze ustami bezgłośnie, bo nie powinien przerywać. Skoro Ambrose mówił wreszcie spokojnie, skoro sam przed chwilą wreszcie wydobył z siebie bezpośrednie pytanie i nazwał dosłownie źródło swojego niezadowolenia… Może powinni rozmawiać właśnie tak, jakkolwiek trudnym by to nie było? Jak trudną nie byłaby droga do konkluzji. – Dobrze… Spokojnie… – ale po jego cichym przepraszam uspokaja już chyba tylko siebie. Kiedy ciśnienie opadło – a opadało zawsze dość szybko po tym, jak tylko się wzniosło – odganiał z czerwonych policzków już tylko niedobitki cholernych łez. W głowie wciąż słyszy uderzenie własnego serca i gwar nieuporządkowanych myśli – ale przynajmniej nie słyszy już echa odbijających się krzyków ich obojga. – Wciąż jesteś przy mnie sobą… Tak? Wciąż jesteś tą samą osobą, tak? – szuka potwierdzeń, chyba nie wiedząc co powinien powiedzieć. Może to tylko kopanie leżącego? Może powiedzieli już za dużo. – Wiem więcej, ale ty wciąż jesteś tą samą osobą. Wciąż jesteś tą samą osobą, moja wiedza nie zmienia ciebie. Chyba… Dobrze, że wiem, bo- – a wtedy koncert nieskładnych, wypowiadanych po burzy emocji zdań rozpoczyna się. Nie zdąży się skończyć, bo Day wraca do tematu Harrison kontra Harrison, a żaden Harrison nie czuł się z tym obecnie… Zbyt komfortowo. Nie wiedział czy chciał obecnie wyprowadzić się ze swojego ciała, czy po prostu objąć partnera – nawet na tej zimnej podłodze. Pochyla się więc do przodu, byle wyjść wreszcie z przyjętej pozycji i położyć się tuż obok, po lewej stronie Day’a. Przez moment chciał wcisnąć się pod jego ramię, ale chyba nie miał prawa o to prosić.
– Nie śniło mi się nic – odpowiada. – Albo nie wiem, że śniło mi się to – zgina nogi, bo wcale nie czuje się komfortowo. Obracając głowę widzi policzek partnera – ten nie jest już czerwony od uderzenia, a od płaczu. – Przepraszam – mówi ciszej. – I za policzek i za… Wystraszyłem się, że to wszystko się… – rozpieprzy. W sumie wciąż nie był pewien czy tak się nie stało, dlatego urywa. Powinien przeprosić jeszcze za łzy, za pastwienie się nad nim, bo poczuł się zdradzony… Ale myśleć o tym ciężko. Mówić jeszcze ciężej. – I nie mówiłem tego żeby cię zdenerwować. Naprawdę czasami… Tak się czuję – mówi, nie kontemplując już sufitu, a ponownie patrząc w kierunku profilu twarzy drugiego magipolicjanta. – Śpij w łóżku. Przepraszam.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
05-03-2026, 22:54
Zamiast odpowiedzi i nazwania swoich własnych przewin—jakkolwiek bolesnych i niezwiązanych z genetyką, bo Titus zaczął zachowywać się dziwnie już wcześniej (zawsze? Co jeśli myślał tak o nim od zawsze?)—otrzymuje tylko ciszę. Z frustracją mocniej przyciska dłonie do mokrej twarzy, bo jeśli Harrison chciał oszczędzić jego uczucia to osiągnął przeciwny skutek. Prawda byłaby lepsza od poczucia, że znowu coś przegapił—głupi, niedomyślny Ambrose, tak o nim przecież mówili. W Dolinie Godryka wprost, w Hogwarcie za plecami, ale miał dobry słuch nawet jeśli umykały mu pewne zawiłości. Chwilowo nie dociera do niego, że Titus złości się bardziej chaotycznie niż on sam i że może samemu nie zna odpowiedzi. Bierze urywany wdech, zastanawiając się czy powinien unieść się honorem i orzec, że wraca do Doliny Godryka. Czy w domu matki poczułby się swobodniej? A może problem leżał w nim, skoro nie wytrzymywała z nim ani Dolores ani Titus?
Wreszcie udaje mu się wziąć głębszy oddech i próbuje wyjaśnić. Spokojniej. Gdy otwiera oczy i widzi przed sobą twarz Titusa zamiast ciemności... myśli o ucieczce też powoli zaczynają cichnąć, choć pewnie długo nie znikną zupełnie i policzek co jakiś czas będzie palić wspomnieniem własnego wstydu.
Wciąż jesteś przy mnie sobą. Kiwa głową, najpierw powoli, a potem gorliwie.
- Wciąż mogę być dla ciebie... po prostu Rosiem? - chyba chce o tym zapewnić, ale słowa brzmią słabo, a ton głosu jakoś sam unosi się na pytającej nucie. - Przesadzałem z tym "nigdy", byłem zły. - dodaje prędko, nieświadomie wcinając się Titusowi w słowo. - Moja rodzina nie wie, chyba poza mamą. - chyba, bo ostatecznie stchórzył i z nią o tym nie porozmawiał. Nazywała go wyjątkowym na tyle często, że musiała wiedzieć... ale nigdy nie nazwałą go wilą wprost. - I chyba nie ćwierćwila, bo dzieci tego po mnie nie odziedziczyły. Może to bardziej rozwodnione czy coś... w każdym razie, wiedziałem, że ty kiedyś się domyślisz, bo jesteś domyślny. - w odróżnieniu od jego żony, ale na jej usprawiedliwienie: na nią to przecież działało, ciągle. Może zresztą dlatego Ambrose nie potrafił obarczyć jej całą winą za początek ich małżeństwa i całą nieudaną resztę. Może gdyby nie był jaki był i gdyby na samym początku nie rzucił na nią uroku... nic z tego by się nie wydarzyło? Dopiero z biegiem lat zrozumiał, że nienawidzi jej niezależnie od tego—aura wili mogła rozgrzeszyć jej zaborczość, ale nie zbyt beztroskie i chłodne podejście do macierzyństwa, nie sposób w jaki mówiła o mugolakach i o Titusie i o kimkolwiek z gorszym statusem majątkowym (a więc i o tesćiowej), nie jej oszustwa podatkowe.
- Po prostu było mi na rękę, że... jeszcze nie. - po prostu się bał, odwlekając to w nieskończoność. Nie bał się tamtego popołudnia w szatni Gryfonów, ale kłótnia o Allie—Allie znów była wszystkiemu winna—zachwiała wtedy jego pewnością, że Titus zrozumie i nie zaaprobuje jego... eksperymentów. A był wtedy zbyt próżny, zbyt zachłyśnięty własnymi możliwościami i w pewien sposób zbyt samotny, by tak po prostu przestać używać czaru, nawet dla przyjaciela. Sytuacja z Allie była dobrą lekcją pokory, ale teraz wiedział już, że wili urok pozostanie z nim na zawsze, nawet jeśli nie będzie kierował nim celowo.
Titus zwraca mu wolność, ale Ambrose nawet nie próbuje wstać. Coś w krzyżu nadal go boli, a w dodatku czuje się tak wyczerpany jak po treningu—chyba stresem i adrenaliną, bo przecież cały czas leżał. I... już nie chce uciekać. I chyba nie musi.
Powoli obraca głowę w stronę partnera i wstrzymuje oddech, zastanawiając się czy hipoteza ze snami jest słuszna. Co zrobi, jeśli tak? Uśmiecha się z ulgą, słysząc, że nie.
- To dobrze. - szepcze. Nie odrywa od niego wzroku, ale marszczy brwi, gdy Titus mówi, że naprawdę tak źle o sobie myśli. Przez chwilę świdruje go wzrokiem tak skupionym i posępnym, jakby zastanawiał się komu powinien teraz przywalić—nie dochodzi jednak do satysfakcjonującej odpowiedzi, a rysy jego twarzy stopniowo łagodnieją.
- To nieprawda. - protestuje, bo jeśli Titus oczekiwał, że tak po prostu zostawi zawstydzający go temat, to... cóż, na pewno znał go na tyle długo, by tego nie oczekiwać. - Ja tak o tobie nie myślę, i to nie tylko dlatego, że cię... - znów nie potrafi tego powiedzieć, jakby ja ciebie też było jakieś prostsze. -... że czuję, co czuję. - wybrnie tak, bo Tite przecież wie co czuje, prawda? - Ale możesz mi powiedzieć, jeśli... będziesz się tak czuł. - ryzykuje. Czasami ma wrażenie, że Tite nic mu nie mówi. Czasami się temu nie dziwi. Powoli dociera do niego, że może samemu powinien mówić Titusowi więcej... miłych rzeczy. I może więcej niż raz, bo partner jakoś zapomina czasem o oczywistych prawdach. - Zrozumiem. - próbuje zapewnić. - Postaram się zrozumieć. - poprawia się, powoli obracając się na bok (krótki grymas bólu, ale dał radę) i wyciągając dłoń w stronę Harrisona. Teraz, leżąc naprzeciwko siebie, wreszcie mają głowy na jednej wysokości. - Ja też... czułem się jakbym wariował, gdy próbowałem zrozumieć dlaczego potrafię skłonić dziewczyny do tylu przysług. - próbuje wyjaśnić. - Wiem, że to nie to samo, że żyć z jasnowidzeniem - spogląda kontrolnie prosto w oczy Titusa. Nigdy nie nazwali tego na głos, ale chyba Harrison wiedział, że Ambrose... wie? Prawda? - musi być cholernie trudno i wiem, że... miałeś wtedy rację, gdy próbowałeś mnie ostrzec przed... - nie chce wymawiać teraz jej imienia. - Zanim wszystko się spierdoliło. Ale też nie miałeś racji, co nie? Z tym, że zostaniesz sam - powiedział mu to dwa razy. W szatni i na ślubie i Ambrose do dzisiaj nosił ten wyrzut w sercu. Zakłada, że Tite też to pamięta. - może myślałeś, że chodzi o mnie, a chodziło o Jenevę albo o Harrisonów albo jakoś inaczej, nie? Przecież... nie zostałeś sam. Nie zostaniesz sam. - nie odrywa spojrzenia od jego oczu, więc jego dłoni szuka trochę na oślep. - Nie zostawię cię. - zapomina, że kwadrans temu chciał wrócić do mamy - Przecież obiecałem. Obiecuję. - mówi, splatając ich palce. - Chodźmy do łóżka razem. - proponuje na jednym wydechu i dopiero po sekundzie orientuje się, jak to brzmi. - Jak w Szkocji. - prostuje prędko, choć czy jest sens udawać, że pragnie utrzymać ten platoniczny status quo? - Naprawdę chcesz wiedzieć, co na mnie działa? - pyta z błyskiem w oku. Uśmiecha się i znowu wygląda młodziej i wygląda, jakby miał zamiar opowiedzieć nie czekając na odpowiedź. Czyżby właśnie zadał... pytanie retoryczne?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
08-03-2026, 00:44
Kiedy wreszcie uzyskuje odpowiedź i chociaż element szczerości – nie oddycha jeszcze w pełni spokojnie, wciąż jest roztrzęsiony, wciąż czuje się gościem we własnej głowie – nieprzyjaznej, pełnej wątpliwości w coś, w co właściwie nie chciał wątpić. Chciał by wspólne coś stało się prawdą – wyśnił je po szkole. Wyśnił i przypieczętował obietnicą, która prześladowała go bardziej, niż prześladowałaby każdego innego, niepodatnego na ponadprzeciętne sugestie czarodzieja. Wizje zawsze przedstawiały prawdę – nie zawsze jednak dało się ją w nich odczytać. Niekiedy interpretował wszystko źle – niekiedy nie umiał umieścić ich w czasie. Niekiedy umykała mu skala – spodziewał się zbyt wiele po przeczuciach zbyt błahych. Ale nie ucieknie nigdy od metaforycznych głosów w głowie. Zawsze pozostanie więźniem analiz i często również więźniem rodzącej się z nich paranoi. I chociaż za kilka chwil Ambrose wyrazi współczucie – nie może wiedzieć jak miłym było… Nie przeczuwanie niczego. Pozwalało na kilka chwil zapomnieć o przeznaczeniu niezrażonym ludzkimi, nędznymi działaniami.
Przełknie gorzką pigułkę, nawet jeżeli położy się dziś spać ze świadomością, że Day’owi jego długa niedomyślność… Była na rękę. To, że pominął wiedzę tą tak długo, było zarazem dobrym powodem do wytoczenia oskarżeń w kierunku Ambrose’a, ale i do wyżycia się na sobie samym – czy nazwanie go domyślnym było żartem? Kpiną? Może trafną. A może nie, skoro nie wiedziała o tym ani Allie, ani jego dzieci…
To musiało na niego nie działać, prawda? To musiało na niego nie działać. Żeńska wila działała na niego zupełnie inaczej, nawet jeżeli oboje budzili w nim emocje, o których posiadanie właściwie się nie podejrzewał.
Od lat wiedział przecież, że kochał Ambrose’a, ale kochał też swoich rodziców, swoją narzeczoną, swoich przyjaciół – nigdy tak bliskich jak on. Nie poznał miłości romantycznej, bo przez całe życie najbliżej niej był tylko z nim. Nie poznał jej, ale poczuł ją – nawet jeżeli nie nazwał jej. To coś więcej, docierało do niego, kiedy stoczył się już z jego ciała i kiedy zamknął oczy w momencie, kiedy Day stchórzył i nie powiedział tego. Za dziecka kochanie go było słodkie i niewinne – w tamtym czasie definicja miłości walczyła ze wspomnieniem odchodzącego ojca – kogoś, kto nigdy nie zdołał go pokochać. W późnych latach nastoletnich stało się słodko-gorzkie – nacechowane niezrozumieniem własnego ciała i własnego umysłu. Po szkole było po prostu gorzkie jak wymioty po alkoholowej libacji – po chwili radosnego uniesienia, kończące się bólem. W pracy uczucie było dziwnie uskrzydlające, chociaż zmuszające do myślenia – czy potrafiłby postawić dobro sprawy ponad bezpieczeństwem przyjaciela.
Niezależnie jednak na jakim etapie pozostawał – co kilka miesięcy było po prostu cholernie ciężkie. Bo o ile próbował odcinać się od uczucia chyba nawet dla własnego komfortu psychicznego – próbując pozbyć się fałszywych nadziei i nie myśleć z zazdrością o każdej kobiecie odwzajemniającej uśmiech Day’a (teraz mógł zrozumieć dlaczego) – po prostu tego nie potrafił. To trwało chyba zbyt długo.
Na podłodze salonu było niewygodnie. Tematy były niewygodne. Kiedy lata temu prawie zetknęli się w pocałunku – również spali w niewygodnych warunkach. Ale wszystko wydawało się jakieś prostsze i bardziej błogie.
– Nie wiem, Rosie, chyba mógłbym? – odpowiada na jego propozycję, ale odpowiedź może nie gwarantować odpowiedniej satysfakcji. Nauczył się znosić wszystko samemu. Nigdy nie nauczył się, jak przeżywać życie wspólnie. Gdy leżą już twarzą w twarz – pisk w uszach powoli cichnie, serce zwalnia tempa, a ciało zaczyna… Odpoczywać. Umysł nie odpocznie jeszcze długo. Wałkować będzie wspomnienie z uporem maniaka, nim to nie przeje się i nie spowszednieje.
– Nie wiem czy to jasnowidzenie. Nie wiem kto miałby udzielić mi odpowiedzi na to, ale wiem, że... Wiem, że zostałem sam. Chodziło o mnie. O nas. Nie o gospodarstwo, nie o Youngów, zostaw ich, do cholery, w przeszłości – poprawia go od razu, kiedy partner próbuje doszukiwać się w wizji sprzed lat drugiego dna. Poświęcił jej chyba zbyt wiele czasu, zbyt wiele myśli, by w ogóle wątpić w jej znaczenie. Szczególnie teraz. Szczególnie bogatszy o wiedzę na temat elementów życia rodzinnego Day’a. Ożywia się, chociaż ciało trzęsie się pod wpływem kolejnej fali emocji. – Byłem sam, ty byłeś sam. Byłeś sam, bo skoro nie wiedziała o wilim genie, skoro spaliście oddzielnie, skoro to wszystko nie było prawdziwe, skoro rozwiedliście się, skoro… – urywa, byle zmienić narrację. – Słucham cię, tak, słuchałem cię. Pamiętam wszystko co mi mówiłeś – mówi, podnosząc się na łokciu, byle dosunąć się bliżej, przyjmując splatające się palce bez wstydu – chyba po raz pierwszy w życiu. – Byłeś sam, tak samo jak ja, może bardziej, nie wiem – bo o ile może nie rozumieć życia z kimś, doskonale rozumie życie samemu. Jest gotów obiecać mu to samo – że teraz go nie zostawi. Nie chciał go zostawiać. Nie zaczął tematu przemilczanych faktów po to, by z nim skończyć; by go zostawić. Gdyby chciał się go pozbyć – po prostu wyrzuciłby go za drzwi. I nawet jeżeli myśl ta przebiegła mu dziś przez mózgowie – nigdy nie trzymałby się jej dłużej.
Ale gdy jest już gotów na wtórną obietnicę tak gorączkową, jak gorączkowe były ich wyrzucane w kłótniach słowa, Ambrose ponownie proponuje mu wspólne… Cokolwiek. Jak w Szkocji. W Szkocji nawet przez myśl nie przeszłoby mu interpretowanie wspólnego snu w sposób inny od dosłownego. Teraz był bardziej niż dorosły, ale mniej niż niedoświadczony.
– Wiesz, że nie zasnę? – pyta, ale nie docenia wyczerpującej mocy niezmąconego szlochu. Dłonie mu się pocą. Nie spał z nikim w tym łóżku. Nie było dostosowane do dwóch osób. – Mam nadzieję, że nie działa na ciebie zapłakana twarz i zasmarkany mundur – mówi martwym tonem. – Bo chciałbym go właśnie zdjąć. I wyprać. I umyć twarz. I umyć się cały.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 23:51
Kiwa powoli głową, bez skutku próbując zmusić usta do bladego uśmiechu. Te wszystkie okropne słowa, jakie powiedział o sobie Titus wciąż brzęczą mu w myślach i prędko nie ucichną. Czasami trudno było mu zapominać o natrętnych myślach, nawet jeśli chciał—o tym, jak Anglia skompromitowała się na Mistrzostwach w pięćdziesiątym szóstym i o tym, że bliźnięta mogą wypić bahanocyd i teraz o tym, jak, okropnie myśli o sobie partner.  Ambrose martwi się, ale równocześnie nie rozumie dlaczego Titus powiedział—pomyślał—to wszystko. Chyba... podchodzi do tego inaczej, chyba jest wychowany inaczej. Nigdy nie zaprzyjaźnił się z żadnym Chrisem, który nagadał mu jak bardzo żałosne jest oglądanie się za najlepszym przyjacielem. Matka wpoiła mu za to, że straszne i okropne jest wszystko co związane z pożądaniem, więc chyba jego strach i wstyd sięgnęły dna już bardzo dawno temu. Od marca martwi się bardziej o pragmatyczne sprawy i dyskrecję, ale nie czuje się jakoś gorzej niż wtedy, gdy oblepiają go spojrzenia kobiet. Właściwie to czuje się nawet trochę lepiej, bo Titusowi ufa.
Koncept chorób psychicznych też jest  mu o wiele bardziej obcy niż mugolom i mugolakom. Jest świadomy oddziału u św. Munga i niektórych policyjnych interwencji, gdy ratowali kogoś w traumie lub szoku, ale to było przecież inne, zupełnie inne niż fascynujące opowieści o snach przyjaciela. Wychował się w świadomości, że jasnowidzenie istnieje i przy czarownicy, która podobno znała tarota i w pewnym poszanowaniu dla wróżb. Bywał nawet dobrym policjantem gdy musieli z Titusem przesłuchiwać pewnego wróżbitę (właściwie to był wtedy po prostu sobą, ale Harrisona coś jakby ugryzło).
- Jasne. Jeśli chcesz. Ja... nie chcę, żebyś... - tak się czuł? Nie może mu zabronić się tak czuć, choć chciałby. -...był z tym sam. - oferuje, nie wiedząc jeszcze, że zaraz zaczną roztrząsać samotność w sposób, który wcale mu się nie spodoba. - Kto miałby ci udzielić odpowiedzi poza tobą? - dziwi się, marszcząc lekko brwi. - Wiesz, że te sny nie są zwykłe, a ja wiem, że nie jesteś szalony. - czy to nie wystarczy? - Zresztą, to, że to nazywa się jasnowidzenie nie oznacza, że nie może być niejasne. - wspina się na wyżyny gry słownej, bo próbuje, naprawdę próbuje poprawić mu humor. Ale Harrison mówi dalej, wyjaśnia wizję tak jakby pomimo jego wątpliwości była jednak całkowicie jasna, a mina Ambrose rzednie, bo nie podoba mu się to, co słyszy. Nie chce... nie chce wracać do tamtych czasów i nazywać tego, co wtedy czuł. Nie chce, by Titus wiedział, jak źle się wtedy czuł ani by trywializował to do oddzielnych sypialni. Tak bardzo się przecież starał, by w listach nic z tego nie wybrzmiało: poczucie uwięzienia we własnym domu i bezsilności w kłótniach z żoną, wrażenie, że status profesjonalnego gracza czyni z niego potomka wili jeszcze bardziej i że to, co w szkole wydawało się wolnością zdawało się lepką pułapką. Narastającego stresu przed każdym meczem, choć nie stresowało go latanie, a to, co na boisku—błysk reflektorów i fani i dociekliwe pytania i teść chwalący się jego wynikami kolegom jakby był trofeum zamiast zdobywać trofea, i płacz dzieci i coraz bardziej natrętne myśli o każdym przedmiocie w domu, który może im zagrozić... 
- Nie. Nie. - protestuje, najpierw słabo, a potem bardziej zdecydowanie. - Może byłem samotny - przyznaje, chcąc uszanować wizję Titusa i zaciskając na sekundę powieki. Nic to nie daje, po policzku spływa pojedyncza łza. - Bardzo samotny. - dodaje zduszonym głosem, bo dociera do niego, że faktycznie tak było. Nie chce się z tym konfrontować, ale dopiero z perspektywy czasu widzi teraz, jak ciemne były to lata— jak bolało doświadczenie tego, jak dawne marzenie zmienia się w koszmar. - Ale nie byłem sam. - upiera się, podnosząc się na łokciu w tym samym momencie, co Titus. Bardzo chce w to wierzyć, w coś mocniejszego niż sny. Nie będą mu dyktować, jak ma się czuć. - Odpisałeś na każdy list, mimo, że nie lubisz ich pisać. - a on odcyfrowywał blędy ortograficzne, bo bardziej od nich kłułaby go w oczy świadomość, że ktoś (Jeneva?) czytał i sprawdzał ich korespndencję. - Byłeś w szpitalu gdy dowiedziałeś się o moim wypadku. - mocniej ściska jego dłoń. - I znalazłeś mojego syna. Nigdy nie byłem sam, gdy to się liczyło. - patrzy na niego szklistymi oczyma. Nigdy, gdy poprosił o pomoc. Może faktycznie czasem nie miał odwagi prosić, może łatwiej było prosić o pomoc gdy raz zleci się z miotły, a nie gdy każdy dzień jest monotonny i posępny i smutny i właściwie nie można zrozumieć dlaczego. - Byłem sam zanim cię poznałem. - wspomina odizolowane dzieciństwo w Dolinie Godryka i spuszcza wzrok, bo nie ma śmiałości zapytać, czy zawiódł jako przyjaciel—jeśli Tite czuł się bardziej opuszczony, jeśli w krytycznych momentach go nie było. - I chyba nie pamiętasz wszystkiego. - dodaje zmęczonym głosem. - Nie pamiętasz rozmowy na moim ślubie. Zachowujesz się, jakbyś jej nie pamiętał i tyle wtedy wypiłeś, że się tego spodziewam. - wytyka pragmatycznie, od razu usprawiedliwiając swój wniosek empirycznymi dowodami. - Powiedziałem ci przecież wtedy, że nic do niej nie czuję. I obiecałem, że cię nie zostawię i że znajdę kiedyś sposób, by to wszystko odkręcić. - streszcza rzeczowo. Kiedyś o tym nie przypominał, bo wstydził się zarówno tamtych emocji jak i tego, że nie wiedział jak to odkręcić i dopełnić obietnicy. A potem... - Aż przyśniła ci się krowa w ruchomych piaskach i to był dobry sposób i dobry moment. - rozpogadza się nagle, spoglądając na Titusa z satysfakcją. Widzisz, wyśniłeś coś dobrego. W sumie, może trzeba mu o tym powiedzieć wprost. - Widzisz, wyśniłeś coś dobrego. Akurat wtedy jej finanse się nie zgadzały i akurat wtedy mogłem bezpiecznie donieść... i skończyło się dobrze. Wiem, że marudzę na tamto mieszkanie - lubił je, bo samemu odmalował ściany, ale czy naprawdę je lubił czy tęsknił tylko za pokojem, w którym czasem zamykał się sam albo budował kolejkę z dziećmi? Czy teraz, po jej zniknięciu, nie słyszałby tam wciąż echa dawnych krzyków? - ale mogło skończyć się gorzej. - nadal byłby z nią uwięziony albo ktoś inny odkryłby przestępstwa teścia, a skaza na reputacji i wina spadłyby również na niego. Albo zakochałaby się w tym swoim metamorfomagu i zrobiła ze mną to, co mama z Haroldem Day — ale o tym nie był jeszcze gotowy rozmawiać, nie dzisiaj. Choć dzisiejsza rozmowa uświadamia mu, że niedługo może powinien. Byle tylko Titus nie chciał z tym iść na magipolicję... Ambrose był magipolicją i rozgrzebał już wszystkie akta sprzed prawie czterdziestu lat; nikt nigdy nie zgłosił śmierci ani zaginięcia Harolda.
- Wypiorę ci ten mundur. I nie idziemy spać, jest przed dziewiętnastą. - marszczy lekko brwi, biorąc wątpliwości Harrisona dosłownie. - Chyba też wezmę znowu prysznic - myśli o kurzu na tej podłodze. Może też odkurzy, jak skończy prasować... - i zjemy kolację i wybierz, co będziemy czytać. - przedstawił już trzy propozycje zanim Titus na niego nawrzeszczał, chyba nie musi się powtarzać?
Zmianę tematu bierze za przytaknięcie, więc—lekceważąc zakłopotanie Titusa—do niego wraca:
- Trudno mi to rozebrać na czynniki pierwsze, bo znamy się od zawsze - zaczyna metodycznie, mając chyba na myśli to, co Harrison czuł o wiele klarowniej. Też kochał go od zawsze, choć co kilka lat inaczej, choć długo tego nie rozumiał. Jedynym wzorcem miłości była matka, a ona była specyficzna. - Ale wiem, że... nie wiem, czy mi uwierzysz, ale nikt na mnie nie... - plącze się, nagle zakłopotany. Allie miała o to wiele pretensji, jakby to był powód do wstydu. - Spróbuję metaforą, ale nie wiem czy się uda. Trochę tak, jakbyś oglądał czarno-biały western, a inni widzowie chwaliliby kolory, ale nie rozumiałbyś ani gdzie je widzą ani o co tyle entuzjazmu. - wyrzuca z siebie niepewnie. Jak na to, jak blisko byli—ile razem przeszli, ile głupot zrobili, ile rzeczy omówili—to nigdy nie rozmawiali o seksie, choć inni chłopcy i młodzieńcy pewnie się tym przechwalają. Ambrose nie wiedział, jak rozmawiać o czymś, co go nie interesowało. Mężczyźni nie zdawali się wtedy opcją, a nawet jeśli dostrzegał czasem, że ktoś jest przystojny; to za tymi myślami też nie szło nic więcej. - Ale ciebie na ekranie zawsze widziałbym w kolorze. - i to jaskrawym, w odróżnieniu od wyblakłych wrażeń przy kimkolwiek innym. - Lubię twoje dłonie. - zaczyna. Są ciepłe i silne i spracowane, ale to ostatnie nigdy mu nie przeszkadzało; samemu ma sporo odcisków od miotły. Opiera głowę na własnym przedramieniu, a łokieć wyciąga na podłodze, by uwolnić drugą dłoń. - Lubię twoje włosy, nie ścinaj ich zanadto... - zaplata je właśnie na palcu. - Lubię jak się śmiejesz, nawet jeśli nie rozumiem z czego. - a zawsze wkurzało go, gdy inni śmiali się i nie rozumiał z czego; Titus doskonale o tym wie. - Lubię patrzeć, jak jeździsz konno. - urywa, bo nie przewidział, że wyliczanka wpłynie też na niego i na jego ciało; że gorąco powróci na policzki i oddech stanie się płytszy. Jest jeszcze wiele rzeczy, których nie ma odwagi powiedzieć; lubię jak na mnie patrzysz; jest kalejdoskop momentów, które na przestrzeni lat sprawiały, że serce biło szybciej a umysł nieśmiało wątpił w naturę tej przyjaźni. Titus na stogu siana, Titus stanowczo i uprzejmie wyjaśniający mugolskim policjantom czyjego syna odstawiono na komendę, Titus galopujący na Mandacie; ale i te ciche momenty jak papieros wypalany pod Big Benem czy Harrison tłumaczący z zapałem pogmatwane rozkazy i small talk komendanta na ludzki język. - Lubię, że każdy ciebie lubi, a i tak trzymasz się ze mną... - dodaje ciszej. Nigdy nie próbowałem - z mężczyznami, Titus mu to powiedział, ale Ambrose nie wątpi, że mógł z łatwością znaleźć i przyjaciół i... nielubitegosłowa. - Wiem, że mówiliśmy o czymś innym, że pewnie ze względu na mnie zaproponowałeś... - zbiera się na odwagę. Jasne, że ze względu na niego, Titus wie przecież, jak Ambrose nie lubi cudzego dotyku. - ale próbuję powiedzieć, że teraz, gdy już pozwoliłem sobie o tobie... myśleć, to myślę o tobie często. - nieśmiałość zabrania mu wyznać kiedy. - I zaczynam rozumieć ten cały entuzjazm i kiedyś... moglibyśmy... - dywaguje, chyba za mało wprost i chyba głuchy na to, że mówi zbyt wprost. - Zresztą, pewnie wiesz lepiej jak to jest z kimś, kogo się - nie, teraz rozumie już, że jej Titus jej nie kochał. Uśmiecha się blado, chyba pierwszy raz myśląc bez złości o Jenevie Young, choć niestety nie jest w stanie pogrzebać jej w przeszłości. - Jak to było, z kimś kogo się lubi? - pyta bezpośrednio, bo przecież mówią sobie o wszystkim, a jego własna ciekawość pierwszy raz ma w sobie więcej z ekscytacji niż z duszonej latami zazdrości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
14-03-2026, 03:06
Dalsza rozmowa przypomina chyba dziwny zlepek – pulsujących w głowie wyrzutów sumienia za to, jak zachował się kilka chwil temu i emocji, które pchał mu do głowy Ambrose – umyślnie bądź nie.
Rozmowa, która odbywali na podłodze – w niewygodnej pozycji, z palcami splecionymi w obustronnej zgodzie i chęci – była przedziwnie szczera, w dalszej perspektywie szczerze oczyszczająca, nawet jeżeli dotarcie do niej wymagało przedarcia się przez chaszcze nieprzyjemności – raniące do krwi i pozostawiające na skórze marnie gojące się pręgi. Bo przecież nie zapomną o zadanych sobie krzywdach, prawda? Każda kłótnia którą przeżywali była intensywna, pełna emocji o negatywnym wydźwięku, często bogata w rękoczyny i zadawany wręcz impulsywnie fizyczny ból. Zwykle zakładałby, że rany te zagoją się dopiero po dniach, tygodniach, może po miesiącach… Ale może tym razem będzie inaczej? Nigdy wcześniej nie pokłócili się tak intensywnie mieszkając razem – może z pominięciem szczenięcych utarczków w Hogwarcie. Nigdy wcześniej nie ściągali też tak ciasno więzów wieloletniej znajomości.
Czuje się tak okropnie – z każdą chwilą coraz gorzej – nawet wbrew temu, że Ambrose wydaje się nie godzić na samobiczowanie Harrisona. W zamian za paranoiczne oskarżenia, cios w brzuch, przyciśnięcie do ziemi własnym ciężarem i wywołanie łez, otrzymuje wsparcie, zrozumienie, szczere zmierzenie się ze wspomnieniem samotności, która – o wielkie zaskoczenie – faktycznie pojawiła się w tamtym czasie w życiu każdego z nich. To niesprawiedliwe, prawda? A może sprawiedliwe, w obliczu tajemnicy, którą krył przed nim Day przez… Dwadzieścia sześć lat. Z małym minusem.
Większą konsternację budzi w nim jednak wspomnienie sprzed lat kilkunastu. Pamiętał wesele Day’a zupełnie inaczej – pamiętał pierwszą jego część, tą niedoprawioną jeszcze odpowiednią dawką alkoholu – nieszczęśliwą, pełną napięcia, spędzoną w obecności narzeczonej, do której przytulał się wtedy chyba nieco zbyt mocno. Nie miało znaczenia kim była – potrzebował wtedy po prostu wsparcia, po które sięgnął w instynktowny, fizyczny sposób. Większe znaczenie od tego kim była miało chyba to, kim właściwie nie była.
– Wiesz, że nie pamiętam nawet słowa, które mi wtedy powiedziałeś? – mówi z cichym przerażeniem, bo chyba chce, by słowa te wybrzmiały. Szczególnie w momencie, w którym chwilę temu zapierał się… Że słuchał go zawsze. I pamiętał wszystko.
Widocznie prawie wszystko.
Wizja o krowie zapadającej się w ruchomych piaskach bawiła Day’a, jednak nie została w pamięci Harrisona na długo. W tamtym czasie nie dopisał do niej odpowiedniego znaczenia, te mógłby przypisać do schematów sennych dopiero teraz. Porusza palcami w uścisku partnera – czując nagłą niewygodę. Czy możliwym było, by przegapił wcześniejsze szanse na odkręcenie tego wszystkiego?
Nie myśl o tym – pomyślał sobie, ale po tych słowach – pomyślał o tym jeszcze jeden, ostatni raz.
– Nie chciałem iść spać już teraz – odpowiada nieco zmieszany, dopiero połapawszy się w tym, jak Day odebrać mógł jego słowa. – Dopiero co się myłeś, Rosie… Zrób lepiej coś do jedzenia – wzdycha, próbując podnieść się do pozycji siedzącej, ale dłoń Day’a nie odpuszcza uścisku, a Harrison odpychał go już w dniu dzisiejszym zbyt mocno i zbyt impulsywnie, by obecnie walczyć o jeszcze więcej wolności i niezależności. Gdyby Titus wiedział tylko z jakiego powodu Ambrose próbuje utrzymać go w tej pozycji i do jakich wniosków dojdzie, skupiając na sobie całość uwagi Harrisona… Chyba schowałby się do łazienki szybciej. I chyba nie zacząłby rozpinać góry munduru wolną dłonią.
Ale palce zastygają na trzecim guziku, bo Ambrose podszedł do pytania bardzo poważnie.
Bardzo poważnie, bo ofiarując partnerowi tak wiele szczerego zainteresowania. Uwagi, która tasowała mu wnętrzności – zmuszała do opanowania swojego zakłopotania i obycia się z naturalnymi odruchami ciała, które pojawiały się za każdym razem, gdy spotykali się spojrzeniem na nieco zbyt długi moment – mieli ich w tym życiu wiele, prawda? Każdy kończył się niczym, ale teraz… Teraz nikt go nie przerwał. Teraz wypuszcza z siebie tylko długi i ciężki oddech – pochylając się bliżej w kierunku Ambrose’a, myśląc o tym, że powinien pocałować go, zmniejszyć dzielącą ich odlegość do minimum - chyba po to, by upewnić się, że nikt poza ich dwójką nie usłyszy tych słów. Chce zapamiętać je dokładnie. Zapamięta na pewno słowa o czarno-białym filmie – zapamięta je, bo rozumiał je jak nikt inny, od lat poszukując czegoś, co wreszcie okaże się trafionym – tym otoczonym sławą gromem z jasnego nieba.
I chociaż czuje w ciele coś przypominającego nieco zbyt silny elektryczny impuls, to dopiero kolejne słowa – te wymienione zaraz po potwierdzeniu jego lojalności wobec wieloletniej przyjaźni – działają na niego jak prawdziwy kontakt z elektronami. Ciało robi się wiotkie, serce staje na sekundę, a wargi rozchylają się na chwilę – jakby chciał coś powiedzieć.
Nie był na to gotowy. Nie był gotowy na tę rozmowę wtedy, kiedy w ciele wciąż nosił nieistniejący ciężar oskarżeń, które wytoczył dziś Ambrose’owi, a które później – w wyznaczonej sobie pokucie – wytoczył sobie. Zaciska palce na dłoni Day’a mocniej, dużo mocniej, nie panując nad tym w najmniejszym stopniu. Wypuszczony z płuc oddech wzbogaca dźwiękiem cichego pomruku. Nie pomruku niezadowolenia, bo raczej absolutnego wstydu – paskudnej nieśmiałości, która wypala się na policzkach rumieńcem, kontrastującym z bladą od płaczu twarzą.
– Moglibyśmy – potwierdza jedynie, cofając się na kilka centymetrów i opuszczając wzrok. To błąd, w końcu opuszcza go na półnagie ciało Ambrose’a. Tego samego Ambrose’a, który zaproponował mu dziś spanie w jednym łóżku. – ale nie… Czuję się jeszcze… – łapie głęboki oddech, byle się uspokoić. Masz prawie czterdzieści lat – próbuje przemówić sobie do rozsądku, ale oddech drży zdradliwie. – Nie wiem, Rosie. Nie wolisz porozmawiać o tym… Kiedyś indziej? W lepszym nastroju, nie świeżo po…  A ja… Lubię dopiero ciebie, tak? Nigdy wcześniej… I muszę się umyć – w koncu ta podłoga była tak okrutnie brudna. Mota się, bo w złożonej tygodnie temu propozycji nie chodziło przecież tylko o Day’a. – Przepraszam – mówi, bo chyba właśnie dołożył sobie do katalogu kolejną pretensję do samego siebie. Nawet niechętny do dotyku Day był… Gotowy. Kiedyś. Pewnie już teraz – chociaż wstydził się to powiedzieć. – Chodź, wstańmy.
Pomagając sobie, wbrew wirującemu światu.
Wolał chyba czytać na kanapie. Wolał chyba zamknąć się w łazience na trochę zbyt długi czas, zastygając na krawędzi wanny, na której usiądzie, wpatrując się w przestrzenie między płytkami. W idealnie wyczyszczone fugi - które nawet szorowane przez Ambrose'a - nigdy nie będą jasne, czyste, białe. Były zbyt stare, zbyt zużyte.
A gdy myślą zmierza ku możliwej wymianie spoiwa pomiedzy kaflami... Na podłogę opada nieco tynku sufitowego. A zaraz potem... Zaraz potem wzrok Harrisona ucieka w kierunku sufitu. Ciemna plama rozlewa się po nim na tyle szeroko, by nie pozstać niezauważoną.
Klnie pod nosem.  Dzisiejszego wieczora chyba  nie przewidziano dla nich łatwych tematów.

2xzt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
22-03-2026, 01:28
14 maja 1962

Ostatnio więcej się śmiali – chyba dochodząc do powolnego porozumienia po całym zamieszaniu. Śmiali się po treningu – kiedy oboje dostali łupnia od młodej Weasley, śmiali się po tym jak poświęcił dużą część pensji na randkę z dwudziestoletnią przyjaciółką Sandy i śmiali się jeszcze i wczoraj – kiedy Harrison przyniósł do domu zostawioną na przystanku książkę (nie była podpisana, a szkoda, by zamokła…) o chwytliwym tytule “Trzech panów w łódce – nie licząc psa”. Czytali to jako nastolatkowie – czy mogą przeczytać to znowu i patrzeć na to inaczej, po takim czasie mieszkania w Londynie, widząc Tamizę z dachu, na który wychodzić musiał czasami, byle wyczyścić komin na własną rękę?
Gdy Sklep Miotlarski Broomstix wysłał do Harrisona bezpośredni list, śmiechy się skończyły – zamknął go w szufladzie biurka tak szybko, by swoją tajemniczością zirytować Ambrose’a kręcącego się nad wyłożonymi do prasowania koszulami. Bo tak sekrety były niedobre – ale zepsute niespodzianki były jeszcze gorsze. Dlatego pilnował szuflady przez ten dzień, budując negatywne napięcie pomiędzy ich dwójką – myśląc, że robi to dla większego dobra i że jeszcze tylko kilka godzin, a list zabierze ze sobą do sklepu – jako potwierdzenie do odbioru zamówienia. Wtedy wciśnie Spadającą Gwiazdę pod łóżko, by czekała tam pół dnia, który spędzą na Komisariacie.
Ale napięcie nie mija – robienie sobie niespodzianek wydawało się łatwiejsze, kiedy ich odbiorca nie sypiał za ścianą (i gdy ich odbiorca chociaż trochę je lubił...). Harrison stwierdza wreszcie, że umawiają się o godzinie szesnastej – wtedy spotkają się w domu, a on pokaże mu coś lepszego niż list. Day lubił konkretne daty, konkretne godziny, konkretne informacje – niezależnie od swojego zadowolenia bądź jego braku – musiał zaakceptować to, że pierwsze urodziny spędzane w… Inny sposób muszą wiązać się z innymi emocjami. I niecierpliwość jest jedną z nich.
Nie mógł dać mu w prezencie wysprzątanego domu – o to Ambrose dbał bezkonkurencyjnie, pozostając pewnie jedną z najlepszych pań domu na terenie całego estate’u. Nie mógł mu dać w prezencie remontu łazienki – bo jeszcze na niego nie odłożył.
– Chciałbym dać ci gwiazdkę z nieba – mówi niemal poetycko, kiedy opiera się plecami o zamknięte drzwi do sypialni. Uśmiecha się szeroko, bo genialnie to sobie wymyślił – ciesząc się nawet teraz, kiedy ma przed sobą dopiero wracającego do domu Day’a, którego cierpliwość znajduje się chyba na wykończeniu.
Harrison zdążył się przebrać – w niepomiętą koszulę w kwiecisty wzór – odmładzający go chyba o dziesięć ładnych lat. W ładne spodnie w kant – nie w codzienne jeansy, które wyczaił w charity shopie za kwotę niską, ale o szlachetnym celu. Chciał ubrać też pewność siebie, ale zgubił ją gdzieś po drodze – bo kiedy Ambrose zbliża się do drzwi – żartuje już z mniejszym przekonaniem, ale wciąż szczerząc zęby.
– Musisz zapłacić myto. Jestem celnikiem – nastrój mu dopisywał, bo doskonale wiedział co ukrywał za drzwiami i doskonale wiedział, że nawet jeżeli teraz potestuje granice wytrzymałości partnera – za chwilę ten zapomni o jego przewinach i skupi się na przedmiocie, który ofiaruje mu ryzykując wspólny wieczór. Dlatego nim Day zdecyduje się odlecieć w siną dal – musi obiecać Harrisonowi, że mimo wszystko… Spędzą końcówkę dnia razem. Nawet jeżeli oznaczać to będzie przelot nad deszczowym dziś Londynem. – Cokolwiek znajdziesz za kontrolą celną – musisz podpisać kwity. Niedosłownie – od razu tłumaczy z ludzkiego, na Ambrose’a. – Możemy iść do kina, do baru, zostać tutaj… Nieważne – mówi, zaciskając nerwowo dłoń na klamce zablokowanych drzwi. – Ale nie możesz po prostu sobie z tym wyjść. Jasne?
Jak słońce. Albo jak spadające gwiazdy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
26-03-2026, 18:06
Wszystko było dobrze. Po raz pierwszy od lat wracał po pracy do mieszkania, w którym—nie licząc sąsiada—było spokojnie i w którym nie musiał obawiać się ciągłej krytyki. Bo od czasów szkoły nie miał przecież domu, nie tak naprawdę. Mieszkanie, które dzielił z Allie było nieustannym polem bitwy. A powrót do domu mamy okazał się problematyczny gdy miało się prawie czterdzieści lat i okazjonalnie wyrażało się własne zdanie. Samodzielnie mieszkał tylko w ciasnej kawalerce w Cardiff, ale tam z kolei było dość samotnie.
Śmiali się coraz częściej, a on przestał przejmować się tym, czy rozumie każdy dowcip Titusa. Lubił wtedy na niego patrzeć i powiedział mu to wprost, więc czasami po prostu patrzył; z uśmiechem zbyt łagodnym by przypisać mu rozbawienie. A czasami śmiał się z nim. Do łez, gdy poznał historię autografu dla zmarłej żony o imieniu Dolores. Powiedz jej, że śniła ci się Dolores rozprawiająca o walorach czerwonego mięsa, a nawet nie skłamiesz - doradził przyjacielowi (Dolores Day zawsze narzekała, że Titus był za chudy i pewnie jadł za mało mięsa), ku własnemu zaskoczeniu nie czując palącej zazdrosci na myśl o tym, że jeszcze mógłby zobaczyć Zadie (udawał, że nie jest w stanie zapamiętać jej imienia). Coś go ukłuło, ale nie tak, jak na myśl o Jenevie i nie tak, jak na myśl o starych pannach, które podsuwały Titusowi koleżanki jego mamy.  Może to było ukłucie na myśl o wydanych na tą randkę pieniądzach, ale przecież musiał przyznać, że to pragmatyczna inwestycja w odsuwanie od siebie perspektywy podejrzeń. Samemu mógł umawiać się z kobietami za darmo, ale Titus nie miał takich genów, no trudno.
Ukłucie powróciło, gdy Titus zaczął coś ukrywać i Ambrose włożył ogromnie dużo energii w odsunięcie od siebie myśli, że może Harrison zamknął w szufladzie list od Sadie albo Sandy albo Jenevy Young. Uważał, że wychodziło mu to bardzo dobrze, ale i tak spytał Titusa jakieś trzy (no, może pięć...) razy czy nie potrzebuje pomocy z korektą żadnej korespondencji.
Było też coś jeszcze, co powracało od czasu wymianyn zdań i ciosów piątego maja, ale to przecież nic takiego. Nie chodził już w mieszkaniu bez podkoszulka, a bliskość inicjował z większym zawahaniem i trzy razy upewniając się po minie Titusa, że nie robi nic nie tak, bo wtedy zrobił przecież coś nie tak. A na oznaki irytacji (albo niewyspania, w przypadku Titusa to było czasem to samo) reagował czasem wielkimi oczyma i czujnym spojrzeniem, jak gdy złościła się mama; zamiast ripostą jak zwykle, ale to przecież nic takiego.

Wraca do domu nieco później niż zwykle, bo samemu też musiał gdzieś wstąpić. Staje w progu, a z ramą drzwi ukrywa przez moment... coś, co podtrzymuje wolną ręką. W drugiej obraca klucze. Jest w mundurze, ale Titus zdążył się przebrać w coś, w czym wygląda... dobrze. Powinien mu to powiedzieć?
- Fajna koszula. - zaczyna ostrożnie. Nie potrafi dawać szczerych komplementów, potrafi za to dawać te nieszczere, opatrzone spojrzeniem spod rzęs i odpowiednią dawką uroku. Źle się czuje, gdy próbuje to zrobić w celach innych niż manipulacja; nie umie znaleźć wtedy słów, które wydają się inne. Granica jest zbyt cienka, a on nie lubi niejasności.
Nie lubi też... metafor.
- Co? - mruga, spoglądając na Titusa szeroko otwartymi oczyma. - Nie jesteś celnikiem, oni pracują w innym dziale. - przypomina. Ma nadzieję, że nikt nie próbował wcisnąć jego partnerowi roboty, którą nie powinni się zajmować. Kiedyś Chris poprosił Titusa o pomoc we wnoszeniu pudeł do piwnicy i Ambrose myślał, że eksploduje, bo nie powinni się tym zajmować w godzinach pracy, a Titus nie rozumiał czemu Day gniewa się za jego dobre uczynki.
Ach, niedosłownie. Rumieni się lekko, bo teraz naprawdę nic nie rozumie.
- Nie rozumiem. - przyznaje, bo tylko przed Titusem jest w stanie to przyznać. - Dlaczego miałbym wyjść? Są nasze urodziny. - marszczy lekko brwi, coraz bardziej zagubiony. Jeszcze w Hogwarcie przestał obchodzić urodziny piętnastego maja, choć mama na to nalegała. A Titus przestał trzynastego maja. Zdecydowali, że zawsze będą to robić czternastego, razem. - Chcesz iść do baru... w urodziny? - upewnia się cicho, przecież samemu się tam nie napije i nie lubi barów. Ale jeśli Titus chce... dawno nie spędzili urodzin tak, jak Titus chciał. A przez parę lat—zanim Ambrose zorientował się, że dziwny dym w mieszkaniu (Allie wiedziała, że uduszenie się mugolskim gazem to jeden z jego lęków o dzieci) i grypa żołądkowa dzieci są kłamstwami, które żona wymyślała żeby przerywać ich coroczne celebracje—nie świętowali ich nawet należycie. To było w latach czterdziestych, ale może faktycznie nie zadośćuczynił i mogliby iść do tego baru.
Nie potwierdza, czy jasne, bo nadal nie rozumie o co chodzi; a nie obieca czegoś, czego nie rozumie.
- Mam coś dla ciebie. - wychyla się na moment na korytarz i wnosi to wreszcie, nową, zaczarowaną wędkę, obwiązaną kokardą. Kokarda jest śliczna i precyzyjna i opatrzona starannie wykaligrafowanym napisem "WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO" i możliwe, że rzucił urok na ekspedientkę by zajęła się tym opakowaniem z należytym entuzjazmem. - Wiem, że już ją masz, ale... - starą, nawet on to zauważył, ale przecież mu tego nie powie. - teraz ja muszę iść z tobą na ryby, więc może pokażesz mi jak obsługiwać tamtą, a ty będziesz korzystał... z tej?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 14:33
Nie chce winić Ambrose’a za niezrozumienie żartu – może ten nie był w tym tak biegły, bo w przeciwieństwie do Harrisona – jego życie nie było zupełnym żartem? Życie Day’a przypominało w końcu bardziej dramat, a chociaż jako anglicy mieli chyba naturalną zdolność do drwiny nawet z sytuacji tragicznych… Ale to miły dzień, prawda? Urodziny, tylna cyferka powiększająca się o jeden, mijający rok, nieubłaganie zbliżająca się starość w trakcie której nie pomoże mu nikt – może dobrotliwie zrobią to dzieci przyjaciół, może zrobią to dzieci Ambrose’a o ile te w ogóle kiedykolwiek… Ale to miły dzień, prawda?
Tak, miły, bo Harrison nie może opanować uśmiechu kwitnącego mu na twarzy, kiedy widzi przed sobą umundurowanego partnera, który widocznie nie pozostawał chętny na słowne gierki. Podoba mu się? Ale powiedział fajna, a nie zajebista. Może była zbyt nowoczesna?
– Dzięki – przyjmuje komplement tonem może nazbyt entuzjastycznym, ale przecież we wszystkim nie chodziło o wiosenną koszulę (mógł założyć się o kilkadziesiąt sykli, że Ambrose pochwaliłby każdą koszulę, która była wyprasowana i nie wyjęta została z szafy przedstawicieli generacji Beat). – Nie chcę iść do baru, ale gdybyś ty tego chciał, mógłbym iść i na strych przerzucać kartony ze starociami – dobra, chodzi o gest? Po prostu zaraz pokażę ci coś, co najlepiej prezentuje się… Poza domem. Ale mogę na początku chociaż… – opłatę celną w postaci buziaka albo chociaż czułego uśmiechu, albo może prośbę o odpuszczenie opłaty ten raz jeden, ale nim Harrison zadeklaruje wysokość cła… Day pokazuje mu coś, co nakazuje mu oddalić się od chronionych drzwi w kierunku kolorowej kokardy. Kokarda mogłaby odwrócić jego uwagę, gdyby był dzieckiem – a jeśli pozostawał dzieckiem w jakimkolwiek sensie – był chyba synem wód. A syn wód ignoruje widok czegoś tak prozaicznego, gdy w rękach ściska coś tak wartościowego. Bo nawet nie zauwazył, kiedy palcami zacisnął się na teleskopowej konstrukcji. Kiedyś stwierdził, że przecież póki stara spełniała swoją funkcję – nie opłacało się jej wymieniać. Kupowanie drogiego prezentu dla Ambrose’a wydawało się przyjemnością, zaś sprawianie ich samemu sobie – wyrzutem sumienia. – Merlinie, musiałeś się wykosztować. Dziękuję… Wszystkiego najlepszego – opiera wędkę o podłogę i pochyla się lekko, byle oprzeć bokiem głowy o pierś Day’a, gdzieś w okolicy kieszonki munduru. Krótki gest – to półobjęcie – musi na ten moment wystarczyć, bo Harrison pozostaje wciąż zbyt podekscytowany, by po prostu stać w miejscu. – Zwariowałeś? Wykluczone, i tak zwabiłem cię tam podstępem i jeszcze mam ci dawać do nauki coś, z czym czasami ja sam się męczę? Będziesz uczył się na tej! O rany, myślałeś, że na tamtej, pff… Wykluczone – ale zrobiłeś mi radochę, jejku, naprawdę – lekko trąca go pięścią w brzuch. Chyba z niezręczności – zdenerwowanie schował za rzęsami, a uśmiech opanował na krótką chwilę, jakby zawstydził się jego szerokością. – Dobra, idź do sypialni, zajrzyj pod łóżko i do szuflady biurka, do której zabraniałem ci zaglądać. Ja w międzyczasie zrobię ci kawę, ale ty sprzątasz cokolwiek rozsypię bo… – łapie dłuższy drżący oddech, podnosząc wzrok na blondyna. – Bo trzęsą mi się ręce. Ale już się ogarniam. Odłożę ją w bezpiecznym miejscu.
Wkładając do jednego z kaloszy, by móc obserwować reakcję Ambrose’a z wysokości wejścia do korytarza, nie z kuchni, jak początkowo mu przekazał. Chyba nie mógł darować sobie tego widoku. Chyba powinien też zdjąć buty… Bo chyba nie chciał iść ani do baru, ani do kina, ani nawet na strych. Chyba chciał zostać w mieszkaniu.
W końcu trzy dni temu włożył do szuflady kopię mandatu wystawionego sąsiadowi z góry. Ten będzie dziś przyjemnie milczący.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 22:56 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.