• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Mary senne > sen | polowanie
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Nerissa Yaxley
Czarodzieje
(lying) honestly
Wiek
23
Zawód
salonowa kłamczucha, studentka prawa
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
11
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
8
8
10
Brak karty postaci
28-02-2026, 21:02

    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Nerissa Yaxley
Czarodzieje
(lying) honestly
Wiek
23
Zawód
salonowa kłamczucha, studentka prawa
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
11
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
8
8
10
Brak karty postaci
28-02-2026, 21:03
Atak przyszedł o świcie, kiedy góry jeszcze oddychały chłodem nocy, a mgła leżała w dolinie, chroniąc uciekinierów. Wioska czarodziejów, przyczajona między skalnymi odnóżami, pozornie bezpiecznymi, nie spodziewała się niczego prócz kolejnego dnia — trzasku drewna w paleniskach, zapachu ziół, kociołków bulgoczących nad paleniskami.

Mugole przyszli bez magii, lecz z absurdalnym strachem, który napędzał motorykę wojny. Pochodnie plamiły świt, miecze wojowały, nim wypowiedziano imienną wojnę; w oczach mieli gniew karmiony niewiedzą; mieli wiarę w to, że wyniszczenie czarownic przywróci porządek. Krzyki odbijały się od zboczy i wracały echem, jakby same góry nie chciały ich przyjąć, goszcząc tylko magię, która mogła ich ocalić. Domy, budowane przez pokolenia czarodziejów, pękały, choć wytrzymywały setki lat, dlatego że nie przewidziano dla nich takiego końca. Zioła spalały się, zanim zdążyły zasłużyć się w eliksirach, księgi płonęły i wiedza traciła znaczenie.
Czarodzieje bronili się instynktem i pamięcią o wartościach, które setkami lat budowały ich struktury. Walecznością i próbą rozmowy, hierarchią, w której najcenniejsza wiedza kryła się wewnątrz, skryta w lasach i u szczytów gór, gdzie tylko magia mogła wspomóc ich istnienie.


Nie przebudzała się.
Pomruk niezadowolenia wydobył się z gardła dwoisto; współgrał z ciepłem sypialni, ale i dogaszającym się ogniskiem zakotwiczonym i na jawie, i w śnie. Dłoń przesunęła po łydce, która jako jedyna wysunęła się spod grubej kołdry i wszystko wydawałoby się na pozór takim, jakie zna — podobna sypialnia, choć zdobiona prymitywnością, której nie znała. Podniosła leniwie głowę znad poduszki pozwalając by rozwichrzone włosy opadły na rozgrzane, spocone od całonocnej wędrówki ciało. Dłoń przesunęła dalej, pod kolano, a zmysły rozbudziły się doszczętnie, wytrzeszczając kobiece tęczówki w szarawości postury będącej obok.
Musieli uciekać, kiedy mugolskie wojska wkroczyły na tereny czarodziejskich wiosek, mężczyźni nie byli pierwszym celem ataków. W swej prymitywności najbardziej bano się kobiet; a ona, jaskrawo blada w pochmurności codziennego życia, rzucała się w oczy ze zdwojoną siłą, nęcąc zmysły i prowokując wściekłość, która uderzeniem pięści o szybę była wyzwalana.
Musieli uciekać.

Postura obok wyłaniała się silniej, zdawać by się mogło, że widziała jego wściekły wzrok i rozwalone obok łóżko, w którym leżała jeszcze jedna, niedopowiedziana postać. Na stole znajdował się dzban z wodą, na zagłówku zwisało brązowe futro, ewidentnie męskie, którym momentalnie zakryła ciało ubrane jedynie w piżamę, jednolicie przylegającą do ciała. Pot zmienił się w wodę, woda skapywała z koniuszków jej włosów.
A dzień stał się porankiem, gdzieś w tle rozbrzmiewało nawoływanie koguta, lekka szemranina za oknem na tle ośnieżonych szczytów przypominała o miejscu, gdzie mieli się udać, aby wreszcie się skryć. Nawoływał ją ponownie, a ona w pomruku obaw podniosła się wreszcie, na bose stopy zakładając męskie obuwie. Pojąć się nie dało, dlaczego brakło tu jej ubrań, ale nim sama bohaterka snu zaczęłaby rozwiązywać ten problem, dłoń zacisnęła się wokół jej nadgarstka i pociągnęła ku wyjściu.
Słońce przebijało się przez korony drzew, błękit nieba przysłaniał dym palonych domostw, z kobiecych stóp buty opadały nerwowo przy każdym kroku, jak gdyby nakazywały jej pogodzenie się ze swoim losem. Może była na to gotowa? Może stawiała opór, gdy palce zaciskały się coraz mocniej na jej dłoni, a spojrzenie ponaglało?
— Dlaczego?
Zapytała, choć nie była gotowa usłyszeć odpowiedzi. Za nimi zebrały się gromne kroki, niosące śmierć wśród złocistych barw poranka. Las pachniał śmiercią, nawet sarny uciekły pod natłokiem emocji, które karmiły złowieszcze spojrzenia mugoli. Choć przed sekundą jej dłoń tkwiła bezwładnie w jego uścisku, teraz w tej samej dłoni znajdował się sztylet, jak gdyby sam umysł podsuwał jej drogę walki. Na ramieniu mężczyzny zwisała kusza, dużo bardziej przydatna.
— Dlaczego to robią?

Odpowiedziało jej milczenie, chwilowe, rozleniwione w całej dynamice sceny.
Nogi zalegały w konwaliach i porostach, ciało nagle opadło na chłód ziemi, ponownie przykryte futrem.
Znajdowali się w środku lasu, zapach krwi drażnił nozdrza.
Tu już nie było ludzi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
17-03-2026, 15:09
Ciemność pożera każdy skrawek przestrzeni. Czuje chłodne pocałunki wiatru na policzkach. I tępa ostrze bólu wbite w skronie. Syczy przez zęby, zaciskając je mocniej niż pierwotnie zamierzał na dolnej wardze. Rozrywa nimi tkankę i czuje pod językiem metaliczny posmak posoki.
Dzisiaj dojdzie do rozlewu krwi. Czuje to w każdej komórce ciała. W oddechu nocy, które mruczy ponurą kołysankę, jaka usiłuje - nieudolnie - otulić go do snu.
- Na niebie zbierają się chmury - słyszy łagodny głos za swoimi plecami, lecz nie ogląda się za siebie; wzrok ma wbity w przestrzeń przed sobą, czujny jak zwierzę, która obawia się, że zaraz wpadnie prosto w zastawioną przez myśliwego pułapkę, a on przecież nie jest stworzony do tego, aby stać się ofiarą. Jest przecież drapieżnikiem.
Prognozy, jakie ujrzał wróżbita w ogniu, odnajdują odbicie w brudnym, zamglonym zwierciadle rzeczywistości.
Nim brzask wynurza się za framugi do jego uszu nadlatuje nie tylko krew pulsująca ciśnieniem w uszach, ale też pierwsze wojenne, wbudowane na fundamencie lęku okrzyki.

Duchota, która zamiera w powietrzu, nie ma nic wspólnego z latem, jaki nadchodzi wraz z wojną, lecz ofiarami, które takowa bezlitośnie zabiera. Gleba jest przesiąknięta posoką; czuje jej zapach, pcha się do nozdrzy z każdym wciąganym do płuc haustem powietrza. Agonalny odgłos konania wydobywa się z przeszytą bełtem gardzieli. Drwiący pół uśmiech zamiera na jego ustach, gdy ociera krew z ledwie muśniętego sztyletem policzka.
Przed nim materializuje się ukryty w oparach magicznej mgły budynek. Wchodzi do środka, rozgląda się po niewielkiej izbie, która przywodzi na myśli budowle z późnego okresu średniowiecza. Bruzda na jego czole pogłębia się, gdy dostrzega okrytą piernatami sylwetkę.
Dwa kroki w głąb chaty uświadamiają Leopoldowi z kim ma do czynienia. Z leśną nimfą, którą wysłał mu na pokuszenie sam diabeł.
Zgrzyta na zębach.
- Zbudź się, śpiąca królewno - charczy, głos ma gardłowy, zachrypnięty, jakby nie nawilżał przełyku od kilku godzin, lub od dawna nie używał ludzkiej mowy.
Calineczka porusza się w pościeli, mamrocze coś w półśnie, podnosi głowę i wlepia w niego swoje sarnie, nierozumiejące jeszcze ogromu tragedii spojrzenie. Jest bezdusznie piękna. Jej uroda na moment odbiera mu władzę nad językiem.
- Rusz się - warczy po chwili przez zaciśnięte zęby. – Nie pozostawili nam żadnego wyboru.
Oboje wiedzą, co to znaczy.
Teraz będą stąpać po ścieżkach ubroczonych krwią.

Raptownie z nocy wyłaniała się poranek; mgła ustępuje, nieprzyzwoicie beztroski trel ptaków wynurza się z ciszy, łagodząc kanciaste, ostre krawędzie rzeczywistości, o które już zdążył się zeszłej nocy skaleczyć. Uzmysławia mu to ból promieniujący z barku.
Stojąc w powoli budzącym się do nowego dnia słońca, powoli, sumiennie traci cierpliwość. Nawołuje ją znowu. Odpowiada mu głucha cisza. Napięta cisza, która zwykle zwiastuje burzę.
Nie rozgląda się dookoła, nie chce wiedzieć, co zostawi zaraz za swoimi plecami, gdy odejdzie. Ze spojrzeniem wbitym w swoje dłonie, czeka aż śpiąca królewna zaszyci go swoją obecnością. Zapach, jak unosi się w powietrzu - zapach zwęglonych zwłok - wywołuje u niego młodości, lecz nawet się nie krzywi, jednak w końcu - miedzy jedną a drugą minutę, która mija - traci cierpliwość.
Woła ją ponownie i nie czeka, aż łaskawie odpowie. Wchodzi do środka, łapie ją za nadgarstek i ciągnie ją ku wyjściu, nawet na nią nie spojrzawszy.
Zabudowania ludzkich siedzib znikają za ich plecami, gdy pochłania ich las. "Dlaczego"? miesza się z szumem liści, odgłosem łamanych gałęzi. Piorunuje ją spojrzeniem, które może uchodzi za nienawistne. Mruży oczy, bo słońce przebijające się przez korony drzew, świeci mu prosto w twarz.
Przez chwile, trwając w objęciach swoich perwersyjnych fantazji, wyobraża sobie ją jako jako zwierzynę uciekającą przez gęsty las, chroniącą się w cieniu drzew, szukającą wytchnienia w ciszy nocy.
Wizja równie ulotna, co sen nocy letniej; co harce przy ognisku; przyśpiewki po kilku głębszych, bowiem nie jest zdolny wyrządzić jej żadnej realnej krzywdy, jakie zakwestionowałby istnienie jego człowieczeństwa. Czuł do niej irracjonalne, niczym nieuładnione oddanie, którego zupełnie nie pojmował. Chociaż rysy jej twarzy majaczyły jak fatamorgana w jego pamieci, nie znał jej przecież, a mimo to wywiera na nim ogromne wrażenie- jakby już wielokrotnie stała tuż obok, jakby już nie raz zaciskał palce na jej drobnym, kościstym ramieniu. Ma wrażenie, że gdy tylko zaciśnie je mocniej, usłyszy trzask pękających kości, ale przecież okrzyk bólu nie mógłby być najprzyjemniejszym odgłosem zrodzonym z jej warg.
Dlaczego to robią? pyta ponownie, a Leopolda irytuje te pytanie, bo przypomina mu o porażce, jakiej doznał.
- Bo zniewolił ich strach - mrukliwa odpowiedź to wszystko, na co go stać, bo poza tym kwitnie w nim, jak krokusy przy zbiegu dwóch ścieżek, pokusa, aby sprawić, by na jej mlecznobiałej szyi wyrósł ogród krwawych śladów, jakie mógłby pozostawić tam ustami.
Zaciska dłonie w pieść, aby wyswobodzić się z tej obłudnej wizji.
- Musimy zaopatrzyć się w jakaś strawę - nie jedzenie, nie posiłek, tylko strawę; usta same się poruszyły, zanim nadał swoim słowom właściwej intencji.
Znajdowali się w środku lasu, zapach krwi drażnił nozdrza.
Ale to nie była jej krew.
Jej krew musiała pachnąć i smakować zupełnie inaczej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.