• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Zachodni Londyn > Pub "Złoty Dzban" > Przy barze
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-08-2025, 09:51

Przy barze
Po przekroczeniu progu głównych drzwi człowiek wkracza do świata dobrej whisky i piwa, niespokojnej muzyki i chaosu, za którym zwykle stoją goście spragnieni niepoprawnej zabawy, swawoli i odrobiny ryzyka. "Złoty Dzban" to pub wiekowy, otworzony na nowo przed kilkoma laty, mieszczący się w starym budynku na końcu jednej z ulic, blisko niewielkiego parku słynącego z tego, że lepiej nie zapuszczać się tam po zmroku. Wnętrze jest odnowione i wyremontowane. Część ścian pozostawiono w surowej formie, z czerwonych cegieł, a niektóre oraz sufit wyłożono dębowym drewnem pomalowanym na ciemną zieleń. Na ścianach wiszą plakaty drużyn quidditcha oraz portrety najlepszych graczy w historii, a także kilka grafik nawiązujących do poglądów właściciela - wyższości czarodziejów.
Centralnym, najmocniej przyciągającym oko punktem we wnętrzu "Złotego Dzbana" jest bar pod zachodnim oknem, mający dwa skrzydła. Wysoka lada z ciemnego drewna, misternie zdobiona i zawsze wypolerowana zachęca, aby zająć miejsce na wysokim stołku i przyjrzeć się bogatej ofercie trunków (i nie tylko) w zabytkowym kredensie wysokim aż po sufit. Gdy zapadnie wieczór gdzieniegdzie unoszą się świece, jednak jest ich niewiele. Za barem niekiedy stoi właściciel, lecz teraz częściej można spotkać dwoje jego pracowników.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
26-09-2025, 12:15
― 05.04 ―

Zachodni Londyn pulsował jak żywy organizm, oddychając rytmem nocy i dnia, w którym światło latarni mieszało się z blaskiem świec w klubach, a śmiech artystów brzmiał niemal jak zaklęcie. W powietrzu unosiła się woń niedopowiedzianych intryg — perfumy rozcieńczone z winem, tytoniowy dym splatający się z aksamitnym zapachem deszczu, który jeszcze spływał po dachach kamienic. Nie było tu miejsca na czystą monotonię ministerialnych korytarzy, gdzie echo kroków niosło tylko nudę i obowiązek; tutaj każda ulica niosła obietnicę, że za rogiem spotka się kogoś, kto odmieni los, choćby na jedną noc.
To właśnie ten fragment miasta stawał się dla niej azylem, pieśnią nowoczesności i rozkoszną zdradą rutyny. Mogła przysiąc, że mury zapomnianych teatrów i zatęchłe piwnice klubów znały więcej sekretów niż cała ministerialna wieża. Tańce wciągały ciała w wir ekstazy, a rozmowy przy kielichu przesiąkały obietnicą złota, zdrady lub wiecznego milczenia, znajdowała cząstkę siebie, której nie wolno było jej pokazać światu w biały dzień. Magia tej dzielnicy nie tkwiła w zaklęciach — rodziła się w ludziach, w ich spojrzeniach, w ukradkowych dotknięciach dłoni na schodach prowadzących do ukrytych lokali, w śmiechu, który brzmiał jak deklaracja wolności. Zachodni Londyn przywdziewał dla niej twarz kochanka — kapryśnego, nieprzewidywalnego, lecz zawsze gotowego rozkołysać serce i umysł nową przygodą. I w tym pięknie — brudnym, szemranym, lecz prawdziwym — znajdowała oddech, którego brakło jej w sztywnym rytmie ministerialnych obowiązków.
Pub pachniał mieszaniną przypalonego chmielu i dusznej atmosfery niedopitego wieczoru, nawet jeśli Augustus zarzekał się, że jego przybytek jest miejscem godnym najznamienitszych dusz. Wiedziała swoje — bywała tu na tyle często, by dostrzec każdy pyłek niechlujstwa, każdą smugę szkła nie do końca wypolerowanego. Rodzinna spuścizna zgryźliwości nie pozwalała jej jednak zamilknąć: ileż to razy zostawiała drobną litanię skarg, niby przypadkiem wypisaną na serwetce, jakby były zaklęciem zmuszającym właściciela do poprawy. Kuzyn, choć wciąż mienił się dumnym gospodarzem, znał dobrze te małe gry — a jednak nie zawsze miał ochotę podjąć rękawicę. Dziś jednak przyszła nie po to, by czynić wyrzuty. Ciekawość, zroszona w pracy zdobytymi informacjami, pulsowała w niej jak krew przyspieszona w ciepły, kwietniowy wieczór. Krokiem stanowczym, a przecież pełnym lekkości kobiecej postawy, zatrzasnęła za sobą drzwi; stukot obcasa o podłogę wybrzmiał groźnie, jak zapowiedź nadciągającej gry. Uśmiech, delikatnie zaklęty w karminie warg, rozlał się na twarzy powoli, z wyrafinowaną cierpliwością. Spojrzeniem, ostrym i badawczym, objęła cały przybytek, jakby pragnęła w jednej chwili rozłożyć go na czynniki pierwsze — zgłębić sekrety, które kryły się w półcieniach lamp, w ciężkich zasłonach, w drżących szklankach na barze.
— Bonsoir — Posłała wesołe skinienie głowy, niby w geście znajomości, a przecież z subtelną nutą wyższości, ku twarzom tutejszych bywalców — jedni skryci w półcieniu zaściankowej anonimowości, inni zaś wystrojeni w zbyt eleganckie garnitury, które krzyczały o chęci imponowania, jakby sala „Złotego Dzban” była paryskim salonem. Och, przystojni, trzeba przyznać, niektórzy aż boleśnie, jakby stworzeni do krótkiej, lecz zapadającej w pamięć anegdoty. — Bonsoir, Monsieur Rookwood — Z wolna, niby dama wchodząca na scenę własnego spektaklu, zajęła miejsce przy barze. Torebka, odłożona z ostentacyjną lekkością, wylądowała na idealnie czystym blacie — doprawdy, Augustus musiał wysilić swoje leniwe ręce bądź dobrze opłaconych pracowników. Uśmiech zakwitł na jej twarzy miękko, z cichym och, idealnie. — Jak miewa się biznes? — wbiła spojrzenie w znajome oczy, z ciekawością i drżeniem wesołego usposobienia. — Nie mieliśmy okazji rozmowy w ostatnim czasie, acz... Jestem ciekawa Twojej opinii; jak się podobało zaprzysiężenie ministra, hm?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
29-10-2025, 21:13
Nic dziś nie układało się po jego myśli.
Wstał lewą nogą, a do tego zaspał, bo znów przesadził z whisky. Kasztan zapomniał, że potrzeby fizjologiczne załatwia się na zewnątrz i pozostawił mu pamiątkę na korytarzu. Z trzech czarodziejów, którzy mieli pojawić się przy szczególnie delikatnym transporcie pojawił się jeden. Wciąż nietrzeźwy. Cały misterny plan, jaki Augustus ułożył, mógł wypieprzyć do kosza. Sam nie miał szans się tym zająć, w duecie podobnie - prawdopodobieństwo było na tyle niskie, aby nie zdecydował się podjąć ryzyka.
Teleportował się więc do Londynu z zamiarem zajęcia się papierkową robotą, która czekała na jego biurku w Złotym Dzbanie, miał nadzieję, że może Maggie poprawi mu humor. Z pewnością szklaneczka ognistej whisky Ogdena to załatwi. Do lokalu wkroczył ciężkim krokiem; z zadowoleniem odnotował, że wiele stolików jest zajętych, mimo wczesnej pory w środku tygodnia, po czym zadowolenie to prysnęło jak bańka mydlana, gdy dostrzegł nie tak dawno zatrudnioną barmankę, która zamiast zająć się czymś pożytecznym, pochylona nad blatem wertowała 2137 dni z wypiekami na policzkach..
- Maggie? - rzucił do niej, a kędzierzawa czarownica aż podskoczyła na miejscu. - Dobrze, że mnie słuchasz. Zostaw to ckliwe romansidło, bo ci to w kominku spalę. Kto tu odpowiada za czystość?! Ja czy ty?! - warczał Augustus cicho, przechodząc za bar; gestem wskazał na blat, na którym widniały plamy po rozlanym piwie. Powinna była się tym zająć. Złoty Dzban miał lśnić czystością, nie płacił jej za czytanie bzdur w czasie pracy.
- Przed chwilą tego nie było! - żachnęła się dziewczyna, uśmiechając się przy tym szeroko, jakby nie widziała w tym żadnego problemu, a urokiem osobistym mogła udobruchać szefa.
- Nie wkurwiaj mnie, dobrze? - burknął, pochylając się ku dziewczynie i łapiąc ją za nadgarstek. - Od dwóch dni ten stół jest tak upierdolony, dobrze, że mamy środek tygodnia i ludzie tego nie widzą, bo w piątek i sobotę na pewno ktoś by to zauważył! Może rusz tyłek i to wyczyść?
Maggie przewróciła oczami.
- A jak tu smocze łajno będzie leżało na stole, to też nie zwrócisz uwagi?
- Ależ ta.... To znaczy nie. Zwrócę uwagę, panie Rookwood. Już się biorę za pracę! Zaraz wszystko będzie na tip-top, będzie pan zadowolony! - zaświergotała młódka; odłożyła wreszcie tę durną książkę, wzięła do ręki różdżkę zamiast niej i tak zamaszyście zaczęła nią wymachiwać, że Chłoszczyść trafiło nieszczególnie trzeźwego dżentelmena trzy stoliki dalej - właściwie na dobre wyszło, bo cuchnął jakby codziennie wypalał co najmniej 3 paczki Magowych mocnych.
Augustus przytknął palce do skroni. Zaczynała go boleć głowa. Z jakimi idiotami muszę pracować?, przemknęło mu przez myśl, ale nie ruszył się na zaplecze - Maggie wciąż czuła na sobie jego rozjuszone spojrzenie, uwijała się więc jak mróweczka i nuciła pod nosem durne piosenki. Teraz on machnął różdżką i sprawił, że melodie z szafy grającej rozbrzmiały głośniej.
Dopiero znajomy, kobiecy głos, wypowiadający jednak tak niemiłe dla ucha słowa, odwrócił uwagę Rookwooda od krnąbrnej pracownicy. Zbliżała się do niego powoli, niczym tancerka na scenie, elegancka i pełna wdzięku. Z pewnością miała to po rodzinie ojca, jakże by inaczej.
- Jesteś w Anglii, to mów po angielsku - burknął szorstko; nie miał humoru, a Melusine powinna być świadoma jego ksenofobicznej natury. Żarty z Francuzów były jednym z brytyjskich sportów narodowych, do którego miał słabość. Cenił Francuzki, jeśli mógł się z nimi odpowiednio zabawić. - Po francusku mogę jedynie całować. Ale nie kuzynki - zaznaczył, na wszelki wypadek, gdyby ktoś ich podsłuchiwał. Na przykład Maggie. Jeszcze tego brakowało, żeby rozpowiadała plotki o tym, ze ma ochotę całować swoje kuzynki po francusku, bądź co gorsza - po australijsku.
- Ludzie zawsze znajdą powód, żeby się napić. Piją, gdy są smutni, piją gdy są weseli, piją kiedy nic nie czują. Złoty Dzban to złoty biznes, moja droga - wyrecytował swoją stałą śpiewkę, podkreślając zawsze i wszędzie, że to żmija znosząca złote jaja - na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości skąd czerpie zyski, skoro w Złotym Dzbanie brakuje gości.
Do tego wszystkiego - Melusine zdecydowała się poruszyć jeden z najbardziej drażliwych tematów.
- A weźże, kurwa... - westchnął ciężko, bo był tym wszystkim głęboko poirytowany. Niewielu wiedziało, że tak naprawdę większość tego przedstawienia go ominęła; widok parszywej mordy tej brudnej szlamy Leacha tak go rozsierdził, że opuścił ogród przy Middle Temple krótko po rozpoczęciu. Wolał nie ryzykować, że dokona destrukcji mienia publicznego w takim tłumie, aby wyładować swoją frustrację. Cyrk z Grindelwaldem go ominął. - Wcale mi się nie podobało. Nic a nic mi się w tym wszystkim nie podoba. Za co płacimy tym pałom z Biura Aurorów, skoro cała ich wataha nie potrafi sobie poradzić z jakimś starcem, który tyle lat gnił w pierdlu? - mówił dość cicho, lecz tonem naznaczonym złością i irytacją, które wykrzywiały nieprzyjemnie jego twarz. - A tobie, kuzyneczko? Byłaś tam obecna? - odbił pałeczkę.
Odwrócił się na chwilę i przywołał do siebie butelkę czerwonego wina. Melusine zawsze kojarzyła mu się z takim trunkiem.
- Masz ochotę na lampkę dobrego merlota?
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
02-11-2025, 18:23
Czy wielbiła denerwować ludzi? Ach, bez wątpienia ― w tym akcie była pewna forma sztuki, subtelnej jak koronka, splecionej z ironicznym uśmiechem i nienaganną manierą. Nie czyniła tego złośliwie, o nie ― to był jej teatr, jej prywatne widowisko, w którym publiczność nie wiedziała, że właśnie staje się aktorem. Wypolerowane frazy, grzecznościowe gesty, odrobina przesadnej skromności ― wszystko to spowite aurą kobiety, która doskonale wie, jak wygląda, jak mówi i jaki wpływ wywołuje jej obecność.
Było coś urzekającego w tym momencie, gdy usta rozmówcy drżały w niemym sprzeciwie, gdy z pozornie spokojnych źrenic sączyło się napięcie. Lubiła ten moment, w którym rozum ustępował emocji, a elegancja rozmowy przeradzała się w subtelną grę nerwów. Uśmiechała się wtedy miękko, jakby właśnie wypowiedziała komplement, a nie precyzyjnie wymierzony cios w próżność. Największą jednak uciechę znajdowała w drażnieniu kuzyna ― drogiego, nadętego Augustusa. Był niczym lustro przeszłości, dziwaczny substytut zmarłego brata, lecz obleczony w cięższą materię szowinistycznej dumy. Uwielbiała patrzeć, jak jego spojrzenie mętnieje między irytacją a zakłopotaniem, jak próbuje zachować fason, gdy ona jednym zdaniem podcinała mu skrzydła męskiego autorytetu.
― Râleur ― Przewróciła spojrzeniem w manierze tak wyrafinowanej, że nawet irytacja wydawała się na niej leżeć jak najpiękniejszy z klejnotów. Machnęła dłonią lekko, ledwie muśnięciem powietrza, jakby tym gestem mogła odpędzić natrętną obecność obserwującej ich kelnerki ― biednej dziewczyny o zbyt pospolitych ambicjach i zbyt wyraźnej zazdrości w oczach. Ach, jakże szybko takie ślicznotki, dopiero co wyciągnięte z wiejskiej gospody, potrafiły mylić uprzejmość z zachwytem, a obowiązek z namiętnością. Widziałaby już niejedną, co to śniła o właścicielu przybytku, marząc, że spojrzenie czy uśmiech mogą być walutą. ― Starzejesz się okropnie, drogi Augustusie. Niedługo przegonisz w marudzeniu dziadziunia ― Drewno pod jej dłońmi było chłodne, zroszone od dotyków wielu, a jednak pod jej palcami zdawało się nabierać nowego życia, jakby uznało jej obecność za błogosławieństwo. Uśmiechnęła się jakże uroczo na poczet uszczypliwości, zjednując sobie uwagę naburmuszonego kociaka w wersji przesadnie dużej. ― Nie nawiązuje aż tak bliskich korelacji rodzinnych, ale Twe słowa iście mi... schlebiają.
Och, a więc zaczęło się to, czego należało się spodziewać ― cały teatr uniesień, moralnych rozterek i rozgrzanego do czerwoności entuzjazmu wobec nowego ministra, tego całego mugolskiego objawienia, które miało ponoć odrodzić świat z popiołów hipokryzji. Piękny spektakl, jakże wdzięczny dla oka kogoś, kto uwielbiał podziwiać mechanizmy tych wszystkich ludzkich fars. Z ironicznym półuśmiechem rozchyliła usta, jakby chciała westchnąć, lecz powstrzymała się ― dźwięk byłby zbyt szczery, zbyt ludzkim odruchem.
― Przynajmniej nie widujesz go na co dzień i nie słuchasz ćwierkania dewotek o jego wspaniałości ― Palce sięgnęły do wnętrza torebki. Papierośnica błysnęła pod światłem jak drobna obietnica grzechu. Wysunęła ją, a zaraz za nią ― złożony pergamin, wciąż noszący zapach atramentu i niedawnych intryg. Informacje, świeże jak mięso w rzeźnickiej witrynie, gotowe, by nakarmić głód władzy kogoś znacznie wyżej postawionego. ― Byłam. To moja praca i niestety, wróżę beznadzieję na kolejne miesiące. Wszystko spada na psy, tym samym pojawienie się starego dziada, który potrafi dobitnie przemawiać do serc prostaczków. Czy to stare objawienie, może przetasować sprawy na tutejszej ziemi? ― Co mogło wynikać? Sama nie była pewna, czy oceniała to z należytym dystansem, czy też z podszytą wątpliwością przekorą ― wszakże polityka nigdy nie była domeną czystych ideałów, lecz błotnistym targowiskiem ludzkich interesów. Ojciec jak zwykle nieomylny w swoich przepowiedniach, już dawno przeczuwał nadchodzący rozkład ― ów powolny, acz nieuchronny upadek konstrukcji zbudowanej na słowach bez kręgosłupa, wypowiadanych przez tych, którzy dawno zatracili zmysł odpowiedzialności. Obłudnicy, mówił, karmią się własnymi obietnicami, aż w końcu dławią nimi z przesytu. ― Daj wszystko, co masz najlepsze w asortymencie.
Wierzyła ― może naiwnie, a może z premedytacją ― że wciąż istnieją ci, którzy nie dadzą się omamić. Czystokrwiste rody, dawne jak same tradycje, skryte za murami swoich posiadłości, obserwujące tę farsę z chłodną wyniosłością i przemyślaną cierpliwością. Nie zamilkną, nie zginą ― tylko poczekają, aż mechanizm nowego świata sam się rozpadnie pod ciężarem własnych kłamstw.
― Przynoszę ciekawe wieści, zechcesz dobrze zarobić? ― obracała gustownie fajką między palcami prawej ręki, zakrawając wzrokiem o innych gości tutejszego zaścianka. Może kogoś przystojnego na później? Ech, raczej nie tutaj... Gdy sokole oko bywało nachalne i kablował uwzięcie.
― Pały z biura aurorów dostały rozkaz lepsze pilnowania portu, ostatnio złapali tam dwóch beznadziejnych typów... Jednak ładunek został, rzadkie ingrediencje ― Capiesz? Wskazała na pergamin z informacjami, zabierając się za umilenie oczekiwania na trunek smugą prężących się zawijasów dymnych. Jednak przytrzymywała go papierek blisko siebie, cóż za handel bez zysku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
17-02-2026, 19:07
Gdy odpowiedziała mu, wciąż po francusku, pomimo prośby, aby na angielskiej ziemi mówiła w ojczystym języku, zrobił kwaśną minę. Jeśli uczyniłaby jednak inaczej, zdziwiłby się ogromnie. Kąśliwość i przekora leżały w naturze Rookwoodów, w przeciwieństwie do spolegliwości. Niektórzy powiadali wręcz, że złośliwość wysylali z mlekiem matki. Melusine nie stanowiła na tym polu żadnego wyjątku. Augustus także więc z irytacją przewrócił oczyma, niemal odwzorowując to samo spojrzenie, pokręcił też głową i odpuścił. Nie miał siły, by jej przypominać jak wiele szkody naród żabojadów narobił Anglikom.
- Wcale się nie starzeję - żachnął się, niemal urażony, jakby jej słowa były obelgą. To oczywiście nieprawda, Augustus miał świadomość upływającego czasu, dostrzegał pierwsze, maleńkie zmarszczki w kącikach oczu i to, że słowa wypowiadane przez hogwarcką młodzież, mijaną na uliczkach Hogsmeade, wydają mu się jakieś obce i dziwne (a przede wszystkim oni zaczynali zdawać się Rookwoodowi irytujący), lecz twierdził, że ma tyle lat na ile się czuje - a czuł się mniej więcej na dwadzieścia trzy. Jak młody bóg, powtarzał dumnie. Czasami jego zachowanie wskazywało na wiek około lat piętnastu, lecz temu również zaprzeczał. Marudny zaś bywał od zawsze, co najmniej jakby matka rozpieszczała go od najmłodszych lat - chociaż sprawa jego dzieciństwa przedstawiała się zupełnie inaczej. - Za w przypadku kobiet, Melusine... Aj, aj, aj. Ty już też masz swoje lata. Kiedy wreszcie zobaczę na twoim palcu pierścionek zaręczynowy, hmmm? Czarownicy nie wypada tyle czasu włóczyć się po świecie samej - zawyrokował tonem znawcy, wspierając przedramiona o blat lady, żeby pochylić się ku kuzynce. Była śliczna, sprytna i inteligentna. Nie rozumiał dlaczego jej ojciec jeszcze nie wydał Melusine za mąż. Chyba, że wciąż szukał odpowiednio godnego kandydata. Albo to ona sprytnie wymykała się z narzeczeńskich sideł. - Zanim odbijesz pałeczkę i spytasz mnie o to samo, to pragnę ci przypomnieć, ze mężczyźni starzeją się jak wino... - a kobiety jak ser, to jednak dopowiedział już tylko w myślach, nie chcąc urazić miłej sercu kuzynki.
W jednym się nie myliła. Nie musiał oglądać tej parszywej, szlamowatej mordy na co dzień (inaczej prędko starłby mu z ust ten pełen samozadowolenia uśmieszek), ani nie otaczał się ludźmi, którzy ćwierkaliby z zachwytu nad wyborem szlamy na Ministra Magii. Czasami i do jego pubu zachodzili goście z przeciwnej strony barykady, wychwytywał wówczas strzępki rozmów, pochlebne opinie pod jego adresem, lecz wtedy mógł po prostu wyjść. Dopóki nie miał dowodu na to, że ów gość był szlamą, nie miał powodu, by go wypraszać - pieniądz to pieniądz. Czasami zaczynał mówić wyjątkowo donośnie do Maggie lub przypadkowo zaczepionego klienta o tym, co sam myślał o Leachu, dając do zrozumienia, że to bar dla gości na poziomie. Na miejscu Melusine, zmuszonej do przebywania z fankami szlamy, zobowiązanej wręcz do milczenia, najpewniej prędko poczułby chęć rzucenia na samego siebie śmiercionośnego zaklęcia.
- Nawet pozbawiona trzeciego oka możesz mieć rację, kuzynko - westchnął z żalem Rookwood, nalewając w międzyczasie kolejne piwo dla starszego czarodzieja, który pojawił się obok i od dwóch minut próbował zwrócić na siebie ich uwagę. - To obelga dla psów. Mugole są jak... - przez chwilę szukał w myśli właściwego słowa. - Jak karaluchy. A szlamoluby jak żuki co toczą kulki z gówna - dokończył zadowolony z siebie. Miał nadzieję, że jego porównanie wystarczająco dobrze oddawało to, co sądził o szlamach i ich fanach. - Ja ci powiem, Melusine o co im chodzi... - obiecał z namaszczeniem. Zgodnie z życzeniem nalał jej tego, co miał najlepsze, a przynajmniej najlepsze dla niej, jak mniemał - czerwone wino miało swoje lata, nie było angielskie, a włoskie, lecz mogło zachwycić kubki smakowe najbardziej wymagającego someliera. Czyli na pewno nie jego.
- Chodzi im o to, aby wyeliminować czarodziejów czystej krwi. Chcą, abyśmy wszyscy zmieszali się ze szlamem. Chcą, aby zniknął Skorowidz czystości krwi i wielkie rody straciły swój status i majątek, aby mogli ich skarby rozkraść dla siebie i oddać mugolom - mówił Augustus, znów wsparty łokciami o blat i pochylony ku kuzynce, do której mówił szybko i cicho, jakby zdradzał jej największe tajemnice tego świata. - A potem odbiorą nam różdżki i zakażą używać magii. Będą chcieli, byśmy zmieszali się z mugolami. Taki jest ich plan, ot co. Zniszczenie magii od środka!
Na koniec trzasnął otwartą dłonią o blat dla podkreślenia powagi swoich słów.
- Zarobić?
Dobrze zarobić. Te dwa słowa wystarczyły, żeby odciągnąć jego myśli od teorii spiskowych. Powrócił na ziemię, do swojej szarej rzeczywistości.
- Pewnie - potwierdził z szelmowskim uśmiechem. Chwycił pergamin i rozwinął go, odczytując informacje, a kąciki ust unosiły się wyżej i wyżej. - Rozumiem, że przekazanie mi tego nie wynika z dobroci twojego serca, prawda?
Był pewien, że Melusine liczy na jakiś procent - chciał więc usłyszeć ile żąda.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
17-03-2026, 11:26
― Starzejesz. Trzydzieści wiosenek przeminęło, a Ty nadal wolisz siedzieć w barze. A masz wspaniałą kobietę, synek żywcem ściągnięty z ojca… ― Nie winna była wbijać szpileczki słowem ― a jednak uczyniła to z tą samą lekkością, z jaką oddycha się w chwilach nieuwagi. Wymknęło się spomiędzy warg, jak igła, cienka i celna, znajdująca tkankę bezbłędnie. Demoralizująco działały te drobne pyskówki, jakby miały w sobie coś z narkotyku ― niewinne na pierwszy rzut oka, a jednak uzależniające w tej mikroskopijnej władzy nad cudzym grymasem. Wspomnienie o pięknej pannie z rosyjskiego piedestału i rozbrykanym synku nie było przypadkiem; rodzinę powinno traktować się poważnie. Albo własne błędy młodości. ― Słucham? ― Mężczyźni… Prychnęła cicho, pozwalając, by smak wina rozlał się po podniebieniu ― wysublimowany, głęboki, niemal zbyt szlachetny dla tej chwili. Ona i małżeństwo? Myśl uwierała, krępowała, śmieszyła swoją pretensjonalnością. Chyba po jej trupie. Brakowało tylko dziecinnego stuknięcia nóżką o parkiet, niegdyś używanego gestu sprzeciwu, który kiedyś pomagał rozładować napięcie. Teraz jednak była ponad tym ― albo raczej głębiej w tym, miewała inne metody pozbycia się rozterek.― Bawisz się w nestora? Kochany, dopóki miewam znakomitą opinię w pracy i pośród ludzi, po co się spieszyć? Marnotrawstwo młodości na byle bibelocik na palcu i zabawę w taktowność mężowi ― Bo wiedziała już, jak działa ten świat. Jak obiecuje złotem, a płaci popiołem. Jak każe wierzyć w konstrukty, które rozpadają się przy pierwszym poważniejszym nacisku. Widziała jak zmieniają się jej koleżanki z roku, gdy tylko podpisały papier i prawiły cnotliwe tak. Kończyły z rozstępami, zmęczeniem pod oczyskami i wieczystą litanią braku czasu. ― Oczywiście ― jak wino. Tylko że nie każde dojrzewa w piwnicy, niektóre po prostu kwaśnieją w kuchni. ― Ça a fait mal?
Ciałem zatelepał ledwie uchwytny impuls ― coś na pograniczu zaciekawienia i instynktownego rozpoznania drapieżnika w słowach drugiego. Dawno nie słyszała równie bezceremonialnej, a przy tym niemal elegancko ujętej analogii, w której mugole sprowadzeni zostali do poziomu robactwa; bez zbędnej wulgarności, acz zastąpiona chłodną precyzją porównania. To ją bawiło. To ją intrygowało.
― Wyeliminować nas? Czyż sami nie wszczynają wojen z błahych pobudek? Trochę poczytałam, trochę zasłyszałam od niemieckiego dyplomaty, o co chodziło… Sami poddają się destrukcji, nie musicie palcem kiwać ― mruknęła jakoś z przejęcia, zaniżając dźwięk zgłosek. Dłoń, posłuszna nawykowi, uniosła się ku wargom; krańcem różdżki zapaliła papierosa, uśmiechając się do zapomnianego przez nich klienta. Przeprosiła subtelnością maniery uśmieszku, farsa; niezbyt przystojny był, nie wart dłuższej uwagi. Dreszcz przesunął się wzdłuż odkrytego karku, gdy słowa zaczęły nabierać ciężaru. Mugole. Mugolak. Minister. Każde z tych pojęć uderzało o siebie jak źle spasowane elementy konstrukcji, która nigdy nie powinna była powstać.
Świat… nie tyle się kończył, co rozszczelniał.
W ministerialnych murach słyszała zachwyt ― wiarę w przemianę, w rzekomy postęp, w nową jakość. Sama jednak dostrzegała coś innego. Pęknięcie biegnące wzdłuż fundamentów, zbyt ciche, by wzbudzić panikę, lecz wystarczająco realne, by nie pozwolić o sobie zapomnieć.
Chaos był chorobą.
Pasożytem każdej stateczności bytowania polityki.
I jak każda choroba ― rozprzestrzeniał się przez nieuwagę, przez pychę, przez złudne przekonanie o własnej kontroli. A gdzieś na jego obrzeżach, jak drapieżniki wyczuwające osłabienie stada, poruszały się frakcje, które dawno powinny zostać starte na proch. Zbyt długo czekały. Zbyt cierpliwie milczały. ― Oh dieux, cóż trzeba mieć w głowie… Szanujący się czarodziej, czy czarownica nie weźmie sobie mugola. Czemu niektórzy chcą ich zniewolić… ― Wiesz, Akolici, mrugnęła w domyśle, by lichy słuchacz nie mógł zrozumieć. ― Zamiast zająć się należycie?
Przechodzili do meritum ― wreszcie. Biznes. Przyciszyła głos, pozwalając, by spłynął niżej, bardziej miękko, niemal poufale. Papieros spoczął na krawędzi popielnicy, jakby oddany w chwilową niełaskę, podczas gdy dłoń ― lekka, pozornie niedbała ― wsparła policzek.
Bo znała ten błysk.
Znała go aż nazbyt dobrze ― moment, w którym w jego spojrzeniu zapalało się coś żywszego, ostrzejszego, niemal głodnego. Potencjał. Możliwość. Obietnica targu, który nie był jeszcze zawarty, lecz już zaczynał się materializować w myśli. Uwielbiała to. Ten ułamek sekundy, w którym mogła niemal zobaczyć, jak kalkuluje, jak waży, jak zaczyna pragnąć.
― Zarobić. Przy okazji utrzeć komuś nosa, stary Slughorn rzuci się na taką jakość ― Gdzieś na obrzeżach tej rozmowy majaczył jeszcze inny cel ― bardziej osobisty, mniej elegancki. Pewien typ, zbyt pewny siebie, zbyt przekonany o własnej nietykalności, który zjawiał się w departamencie po papiery, jakby były należnym mu przywilejem. Granice państwa, przepustki, zgody ― wszystko to, co dla innych było barierą, dla niego zdawało się jedynie formalnością. ― Wiesz, kobiece zachcianki wymagają szerszego przypływu zarobku. Myślę, że się dogadamy… Takie trzydzieści procent, dorzucając późniejsze rozpoznanie patroli policji, jeśli uda mi się przegadać takiego jednego typa. Rodzina musi sobie pomagać. ― Chociaż z tym poradzi sobie sam.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
17-03-2026, 19:57
Prychnął pod nosem. Czy wolał siedzieć w barze? Oczywiście, że wolał. Musiałby być głupcem, aby zamienić to miejsce, gdzie wszystko tętniło życiem, zabawa trwała od południa do świtu, a na stołkach przy barze mógł zasiąść zarówno wpływowy pracownik Ministerstwa Magii, jak i łasa na jego galeony śliczna czarownica z wydekoltowaną sukienką, na dom, gdzie czas spędzałby jedynie z jedną kobietą i w akompaniamencie dziecięcych wrzasków. Ta wizja jawiła się Augustusowi jako prawdziwy koszmar, dlatego tak mocno skrzywił się, gdy Melusine zdecydowała się wbić mu szpileczkę, nawiązując do Anastasiyi. Znów spochmurniał wyraźnie; nie znosił myśli, że ta rosyjska harpia go osacza, z premedytacją nawiązuje kontakty z jego kuzynkami, aby dowieść swego. Co musiała paplać, że zdołała przekabacić na swoją stronę zarówno Antonię, jak i Melusine? Czy chodziło o tę niesławną solidarność jajników?
- Nie wiem o kim mówisz, nie mam żadnych dzieci - wycedził przez zaciśnięte zęby, wspierając się dłońmi o blat i pochalając ku Melusine; wwiercił się w jej oczy spojrzeniem tak intensywnie, pragnąc dać jej do zrozumienia, że igra z ogniem. Kątem oka dostrzegł, że Maggie nadstawiła ucha, więc zaraz po tym machnął na nią ręką. - A TY WEŹMIESZ SIĘ W KOŃCU DO ROBOTY?!
- Ależ tak! - zawołała rudowłosa śpiewnie, przykładając do czoła wyprostowaną dłoń w teatralnym geście przyjęcia polecenia, po czym z entuzjazmem zajęła się szorowaniem szklanek. Ale i tak pewnie podsłuchiwała. Kobiety nie wyprą się wścibskiej natury. I tak by im w to nie uwierzył.
Zwrócił spojrzenie ku Melusine.
- Nie musze się bawić. Pewnego dnia i tak stanę na czele tej rodziny, któż by inny - zaśmiał się Augustus, prostując się przy tym dumnie; był niezwykle dumny ze swojego pochodzenia, z noszonego nazwiska, choć nie mogli poszczycić się miejscem w skorowidzu czystości krwi (a to błąd...) i ogromnym majątkiem. W Melusine dostrzegał wiele cech, które Rookwoodowie przekazywali sobie wraz z krwią, dlatego nie dziwiły go jej słowa o małżeństwie. Parsknął wręcz śmiechem, kręcąc przy tym głowa. Była niemożliwa. - Powinnaś urodzić się z jajami, Mel, naprawdę - stwierdził. Nie miał wątpliwości, że gdy już wyjdzie za mąż - to ona w tym małżeństwie nosić będzie spodnie. Miała zbyt silny charakter, aby pozwolić się zdominować mężczyźnie. - Ale uważaj. Nie wybierzesz kogoś odpowiedniego sama, zrobi to za ciebie ojciec - przypomniał jedynie. Tak to już było w ich kręgach. On sam miał z tym głowy myśl o tym, że pewnego dnia mógłby zostać postawiony przed faktem zaaranżowanych zaręczyn i niewiele miałby możliwości, by odmówić, nie chcąc tym samym zostać właściwie wydziedziczonym. Szanował starszyznę i ich tradycje, ale... Migał się od tego jak tylko mógł. Zupełnie jak Melusine. Jemu uchodziło to wciąż na sucho, bo ponad trzydziestoletni kawaler to nie to samo co niemal trzydziestoletnia panna - kobieta, jeśli nie wyszła za mąż przed ukończeniem dwudziestego piątego roku życia, była właściwie starą panną. Musiała mieć tego świadomość. Takie po prostu były fakty. Rozumiał, że konfrontacja z tym była dla niej trudna, dlatego na żart o kwaśniejącym winie, który niewątpliwie miał być kolejnym przytykiem do jego stanu cywilnego, skomentował inaczej niż dotychczas. Wpierw przewrócił oczyma, po czym pochylił się ku kuzynce i wsparł brodę o dłoń, a łokieć o blat. Patrzył na nią z udawaną troską.
- Zbiera ci się na złośliwości, kuzyneczko, co to za humorki? Czy to ten trudny czas w miesiącu dla ciebie? Mam ci polać czegoś mocniejszego? Ale to chyba rozrzedza krew, nie? - spytał z fałszywym zatroskaniem, a przy tym nie ukrywając kąśliwości.
Droczenie się ze sobą najwyraźniej leżało w ich naturze. Było po prostu rodzinne.
Polityka odjęła jednak jego myśli od dalszych potyczek słownych, bo wszystko co powiedział - to nie były żarty.
- Niby poddają się destrukcji, a jednak tu są. Jednak zabierają nam przestrzeń do życia. Jednak to MY, CZA-RO-DZIE-JE-, musimy ukrywać się w cieniu przed nimi. Niby nie musimy palcem kiwnąć, a jednak to oni mają większe przywileje? - kontynuował tyradę, uderzając przy tym znów otwarta dłonią w stół, bo nie zamierzał odpuścić. A myśl o tym, że istniała - całkiem spora - grupa czarodziejów i czarownic, którzy planowali koegzystencję z mugolami, tylko w innej formie, wciąż budziła w nim obrzydzenie. Poglądy Grindelwalda o wyższości czarodziejów nad niemagicznymi mogłyby wydawać się mu bliskie, lecz nic bardziej mylnego - nie zamierzał tolerować bliskości robactwa. - Nie wiem, Mel, co oni sobie wyobrażają. Ten stary pryk to pewnie ma problemy, żeby podrapać się po plecach, a co dopiero podbijać świat - stwierdził złośliwie. Naprawdę ten głupiec sądził, że miał jeszcze szansę, aby coś zmienić?
Nie miał szans z tym, którego symbol Augustus nosił na lewym przedramieniu.
- Doskonale o tym wiem, Mel. Kobiece zachcianki wymagają sakiewki pozbawionej dna - zaśmiał się. Kobiety nie miały żadnych skrupułów w wyciąganiu pieniędzy z mężczyzn. Materialistki. Taka Nastya przylepiła się do niego jak rzep do psiego ogona i od lat zamęczała go żądaniami, aby żyć sobie wygodnie na jego koszt z cudzym bękartem. Co to, to nie. Nie był taki głupi, żeby na to pozwolić. - Trzydzieści procent? Całkiem sporo. Myślę, że to zależy od tego jak wiele informacji masz i jak bardzo będę musiał się wystarać - westchnął, kręcąc przy tym głową; pierwsza zasada biznesu brzmiała - nigdy nie gódź się na pierwszą ofertę. - Dwadzieścia procent za bezpieczne siedzenie w domu brzmi uczciwiej, co? - zasugerował. Na wspomnienie o takim jednym typie zmarszczył brwi. - Masz na myśli Earnesta Borgina? Lepiej trzymaj się od niego z daleka, jeśli nie zamierzasz skończyć z brzuchem.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
18-03-2026, 19:14
Przebrzydły maszkaron ― zaniechała dobitnego podsumowania, choć to niemal namacalnie wypełzło w eter, zwisając gdzieś pomiędzy nimi jak nieproszony świadek, który zbyt wiele widział, by dało się go uprzejmie zignorować. Atmosfera zgęstniała nagle; gdyby zawiesić między nimi topór, pięknie pozostałby na miejscu, namaszczając groźbą karczycho jednego i drugiego. Niechybnie zapominała ― albo może świadomie wypierała ― jak często mężczyźni nie potrafili przyznać się do błędu; jak z dziecięcą wręcz zawziętością trwali przy własnych potknięciach, przekształcając je w cnoty, w manifesty własnej nieomylności. Bądź co gorsza, nie potrafili upilnować kilku srok, choć z lubością udawali, że to właśnie oni wyznaczają rytm światu; panowie świata, dominanta współczesności i tych zamierzchłych epok, w których historia zapisywała się głównie ich nazwiskami, a nie ich rzeczywistymi zasługami.
― Najpiękniejsza kobieta, jaką widziałam na oczy… Drapieżna, chodzące niebezpieczeństwo dla mężczyzn i całkiem miła ― przypomniała mu dobitnie, lustrując wejrzenie krewniaka, iście ogniste. Putain ― przemknęło jej przez myśl z cierpką ironią ― przecież to ich łby od wieków podtrzymywały kobiety, nie odwrotnie; jako karki, jako fundamenty społeczeństw i domów, wznoszonych mozolnie, cierpliwie, bez fanfar i bez pomników. To one dźwigały ciężar, podczas gdy oni ochoczo przypisywali sobie kierunek marszu cywilizacji. Uderzyła nieznacznie w blat z nawarstwienia irytacji i kpiny, basta. ― Nie kpij ze mnie, wyśledziła mnie lata temu jak szpieg. Nawet nie miałam meldunku w Londynie, faen ta! Mądrze dobieraj sobie kobiety, albo traktuj z należytą powagą… ― Zmarszczyła brwi, nie tyle w gniewie, co w tym specyficznym odruchu, który poprzedzał decyzję o wycofaniu się o pół kroku ― mentalnie; rzuciła przelotne, niemal pretensjonalne spojrzenie w kierunku ciekawskiej kapituły barmanki, jakby dopiero teraz dostrzegła w niej nie tyle uczestnika tej sceny, co jej biernego, niepotrzebnego kronikarza. W tej jednej chwili sprowadziła ją do rangi byle padalca z lasu. ― Żałuję. ― Wtedy najpewniej by całował własny zad. ― Jednakże kobiety z naszej rodziny potrafią dostatecznie napsuć krwi na własne sposoby. Miałam dobre nauczycielki, preferujecie podtrucie, czy zatracenie?
Przywołała stateczność, upijając dwa łyki, nie jeden, z zapomnianego dotychczas trunku, pozwalając odnaleźć chwilowe ramy ukojenia. Upaść tak nisko, okazywać niezadowolenie w dość uniesionych zgłoskach ― mogli na rodzinnej ziemi, w ukochanych lasach Cheshire, lecz nie tutaj, pośród mieszkańców stolicy, którzy stanowili mieszkanki nieoczywiste. Ciężko było przewidzieć, kto mógł być wrogiem, kto mógł słuchać na swe korzyści.  Sama się prosiła o tę próbę równowagi, lecz nie zamierzała dać mu zawiesić na sobie upierdliwości jego kaprysów; nie tak łatwo, nie tu i nie teraz. Skoro dotychczas mogła sobie frywolnie pozwalać na cieszenie się życiem, brać z niego więcej niż przyzwoitość i ponad miarę ambicji zawodowej pozwalały, nie odda tego. Najmniejszy uśmiech, malutkie triumfy, nieprzemyślana radość bywały jej własnością; ojczulek mógł utożsamiać sobie dyrdymały małżeńskie, układać w głowie schematy przyszłości i oczekiwania, które nikomu nie służyły. Sama odnajdzie szczęście.
― Spokojnie, Auggie ― wolę swoje humorki raz w miesiącu niż permanentną awarię sprzętu przez cały rok ― upsik. Nagrodziła go perwersją rozbawienia, przyszły nestor przecież nie był w wieku przechodzonym, by mieć huśtawki nastroju. Chyba, że w rodzinie przychodziło im to dostatecznie naturalnie i szybko. Współczuła biednej Nastyi. ― Ale rozumiem, każdy radzi sobie z brakiem formy po swojemu. Podobno stworzono odpowiednie wspomaganie witalności, zaopatrzyć Cię? ― wizja możności przywalenia w gębę Auggiemu, gdyby była mężczyzną… Ach, była prowokująca; śmiała i ironiczna myśl, rozgrzewająca bardziej niż wymyślny partner do tańca.
Spokój, ukojność wyprostowania powstałego zgrzytu ― należny spokój, donośniejszy spokój i powaga w tematyce delikatnej. Rozmowy o sytuacji politycznej ich nacji wymagały należytego skupienia; wymagały twarzy pozbawionych grymasów, głosów stonowanych, spojrzeń nieco bardziej odległych, jakby każde z nich próbowało sięgnąć dalej niż własne, ciasne interesy. Na powrót uraczyła się papierosem, zaciągając się wolno, dywagując o strofach ostrożnych do mówienia o nich głośno. Może schemat konserwatywnych poglądów miał się skończyć? Może rzeczywiście coś drgnęło, coś pękło u podstaw, choć na powierzchni wciąż wszystko zdawało się trwać w tej samej, dobrze znanej formie.
― Pasożyt bez karmiciela jest nikim, pies bez tresury odgryzie dłoń pana; wejdą nam na głowę. Szerząc pseudo uwarunkowany pacyfizm, nakładając na nas więcej zakazów i biurokracyjnych powinności do wypełnienia. Doprowadzą do zacofania, szerząc propagandę braterstwa ― Od początku lat sześćdziesiątych mówiono przecież, że będzie to dziesięciolecie nowych zmian; szczęścia bez goryczy, przyszłości nieskażonej śmiercią, jednoczącej nację pod chorągwią pokoju, naturalny stan rzeczy bez brutalności. Zabliźnienie ran na ciele i duszy. Mówiono o tym z przekonaniem, niebezpieczną pewnością, która najczęściej poprzedza rozczarowanie. Bo jakoś nie sposób było tego dostrzec ― nie tutaj, nie teraz; zamiast tego powracały zatarte frakcje, stare problemy odziewały się w nowe słowa, a ambicje młodych, zamiast łagodzić spory, zdawały się jedynie nadawać im świeżej ostrości. ― Kto nas wybawi? Jeśli faktycznie stary dziadyga żyje, namiesza bardziej niż pokraczne doktryny Dumbledore’a, jego ministra ― Pieprzonych rządów niewdzięczników.
Może nadzieją byli ludzie podobni do Augustusa?
Takową nadzieję widywała w nim; w spojrzeniu, pewności postawy, w tonie głosu, nieustępliwej dumie, z jaką propagowano wyższość rodzin zasłużonych; jakby historia była kartą przetargową, a nie ciężarem, który należało dźwigać z rozwagą. Własnych wartości nie propagowała otwarcie, podziwiając z daleka zwycięstwa jemu podobnych. Pod płaszczem deklarowanego ładu wciąż buzowało to samo, stare pragnienie dominacji, tylko lepiej ubrane, bardziej wyrafinowane w swojej bezczelności. ― Dwadzieścia pięć procent, dokładając świadomość bezpieczeństwa dla Twoich ludków od brudnej roboty. Warto nadmienić, że skrzynia ma lewe papiery. Odnotowana została niezgodność, by zapłacić niższą stawkę cła ― odparła, dostatecznie kładąc nacisk na brak zgody: kto zgadza się za szybko, traci niewidzialną wartość.  ― Potrzebujesz speca od ściągnięcia zabezpieczeń. Borgin? ― szanowane nazwisko, nieposzlakowana opinia, a ostrzegał ją przed jakimś typem? Może przystojniak? ― Polecasz mi znajomość z nim? Spokojnie Auggie, zapobieganie kryzysowi demograficznemu to Twoja działka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:43 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.