• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Pub "Fontanna Szczęśliwego Losu" > Beczka przy barze
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-05-2025, 23:21

Beczka przy barze
Na samym środku dębowego kontuaru, nieco odchylona w stronę lewego krańca baru, stoi beczka — niepozorna, stara, z wypalonym znakiem przypominającym stylizowaną koniczynę. To miejsce, przy którym zatrzymują się ci, którzy nie mają czasu na długie wieczory, ale i ci, którzy szukają rozmowy bez zbędnych ceregieli. Z beczki sączy się nieustannie najstarsze piwo w lokalu — warzone według receptury właścicielki z poprzedniego stulecia. Nie ma tu krzeseł — bywalcy opierają się o kontuar łokciem, kufel trzymając w jednej ręce, a drugą często gestykulując z rozmówcą, barmanem, albo... do własnego odbicia w lśniącej powierzchni lady. Atmosfera przy beczce jest głośniejsza, bardziej bezpośrednia — zewsząd spływają ważniejsze plotki i ryzykowne propozycje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 21:55

Wolf in sheep's clothing
21 maja 1962

Spóźniony ― nie, raczej po prostu rozsądnie opóźniony. Frontalne taranowanie problemów w pracy przynosi mniej pożytku niż ich ciche obchodzenie bokiem. Zdecydował się w końcu na wariant najmniej nikczemny, a zarazem najbardziej opłacalny: podtrzymać iluzję użyteczności, zachować możliwość działania na własnych zasadach i nie słuchać tego pieprzonego marudy, starego szefa, który wciąż wierzył, że świat da się liczyć według rubryk sprzed dwóch dekad, a nie wedle płynnych, nowożytnych spekulacji. Dokumenty sklecił więc nienagannie, niemal z przyjemnością, podpisując się szeroko i bez wahania ― Borgin wyglądało dumnie, nawet jeśli nic za tym nie szło ― a potem, zupełnie niewinnie, zagadał się z sekretarką. Młodziutka, świeżo po stażu, jeszcze nieskażona rutyną i drobną nienawiścią do świata, siedziała samotnie w swojej segmentacji spraw doraźnych jak porcelanowa figurka wystawiona na przeciąg; była miła, była słodka, była wdzięcznie nieświadoma. Trudno nie być dobrym kolegą w takich okolicznościach ― grzech byłby nie spróbować.
Dopiero po dwóch, może trzech godzinach uderzyła go ta myśl, zapisana gdzieś niedbale w dzienniczku dobrego urzędasa: posyłki, drobne zobowiązania, pseudo-umówione bycie „dobrym znajomym”, cokolwiek to właściwie miało znaczyć w dniu, który i tak rozlewał się poza ramy planu. Wzruszyłby ramionami, gdyby ktoś patrzył. Pokątna była niedaleko; ulubiona speluna jeszcze bliżej w wyobraźni, a obowiązki ― jak zawsze ― potulnie poczekały, aż ktoś inny nazwie je pilnymi.
Nic w otoczeniu nie zdradzało zagwozdki świata ani tej nikczemnej, ciągle nawracającej debaty losu, czy rodzone aniołki faktycznie bywają źródłem kłopotów, czy tylko wygodnym alibi dla cudzych porażek. Fasady przybytku trwały w swojej obojętnej godności, zanim jeszcze przydeptał je buciorem, a w futrynie minął go człek, który z osobliwą dumą przywdziewał kawał szmaty na nos, jakby order po przegranej wojnie. Ktoś ledwo dychał, jak dziewica po pierwszym razie, perfidny śmiech wybrzmiał spomiędzy warg; gdzie indziej sączyły się półgłosem strofy nienawiści, leniwe, wyuczone, nakreślone gniewem. Gach zza baru zbierał porozrzucany stolik i krzesła, z rutyną kogoś, kto już nie pyta, tylko sprząta skutki. Bitka? ― przebyta bez niego? Peszek.
Westchnął z niezadowoleniem, mlaskając cicho, i odruchowo ― przezornością zielonego wejrzenia ― zaczął szukać prowodyra, nikczemnika godnego uwagi, kogoś, komu warto byłoby poświęcić resztki zainteresowania. Lecz świat, jak zwykle, nie wysilił się na dramat. Zamiast twarzy winnego zobaczył jedynie znajomy zarys pleców, czarne loczki sterczące nad karkiem w tym charakterystycznym, niechlujnym geście istnienia. Siedział odwrócony ku drzwiom, mając pewnie wszystko i każdego gdzieś.
Aha. Jest.
Chociaż… Od kiedy anioły przykładają coś do ryjca?
―  Powinienem pytać? ― Liche przywitanie spadło na jeszcze podlejszą modłę, taką, co nie zadaje pytań wprost, tylko kwestionuje per domyśl się, i nim zdążył je zlekceważyć, już rąbnął go kuksańcem pod żebra ― bez emocji, technicznie, jakby sprawdzał, czy konstrukcja wciąż trzyma. Usiadł zaraz potem na najmniej sfatygowanym krześle, jakie bar był w stanie zaoferować, skrzypiącym tylko z przyzwyczajenia, nie z bólu. ― Dokumentacja pochwycenia zwierza zatrzymała mnie na dłużej... ― No i śliczniutka dziewuszka, kapisz? Przyjrzał się z umiarkowaną ciekawością okładowi przykładanym do twarzy, resztkom smarków i zakrzepłych, ciemniejących emblematów zdobytego ciosu. Gwizdnął z uznaniem, palcami dłoni pokazując najpierw dwa kieliszki, potem butelkę czegoś mocniejszego, stojącą pod ladą jak obietnica krótkiej amnezji. Dobry początek ― chyba.  ― Ktoś Cię wkurwił, czy zabijałeś tęsknotę, aniele?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
12-02-2026, 05:26
Cieszył się na spotkanie z Artem - tak go nazywał, nawet jeśli Arthyenowi w jakiś sposób to miano nie pasowało. Tak, jak czasem uśmiech przylepiony do twarzy kolegi (znajomego, przyjaciela, towarzysza wędrówek?) zdawał się nie pasować. Jakby nie do końca sięgał oczu. Nie Calowi jednak roztrząsać, jak się ktoś uśmiecha, szczególnie inny facet - to byłoby dziwne.
Dziwne było też odnawianie kontaktu ze starymi znajomymi po powrocie z Afryki. Unikał tego zresztą dość długo, wmawiając i sobie i innym, że jest zajęty sprawami hodowli i żałobą po dziadku i bracie i w ogóle. Nie mógł jednak uciekać w nieskończoność—nie tyle przed ludźmi, co przed własnym tchórzostwem i świadomością, że przecież potrzebował wyjść do ludzi. W czterech ścianach domu dławiła go samotność i pustka, której nie mogły zapełnić ropuchy. Do szwagierki lepiej było się nie odzywać bez potrzeby, a każdy kąt zdawał się przesiąknięty wspomnieniami o bracie. Długo uciekał w środowiska zupełnie nieznajome. Nowe twarze go nie oceniały, nowe twarze mógł obić pod byle pretekstem, nowi kompani do piwa nie znali jego tolerancji alkoholu. Zachłysnął się anonimowością chyba w podróży, ale w Afryce nawiązywał znajomości z radością. Po powrocie do Anglii—a właściwie po odczytaniu listu o śmierci Felixa—wyparował gdzieś prostolinijny entuzjazm, a tendencje Cala stały się destrukcyjne. Nawet on widział jednak, że nie powinien tak dalej i że powinien jakoś sensowniej odbudować swoje dawne życie, nawet na gruzach wyrzutów sumienia i kolejnych rozczarowań.
Zaczął od odbudowania dawnych znajomości. Przecież aż tak się nie zmienił, prawda? A nawet jeśli, to zwali to na karb doświadczeń wyniesionych z kilkumiesięcznej podróży—nawet jeśli będzie w ten sposób okłamywał innych i sam siebie.
Zmienił się w tamtym lesie, gdy prawie umarł. Nie zmienił się co prawda w wilkołaka, choć mało brakowało, ale i tak coś w nim pękło i nie wiedział jak sobie z tym poradzić.

Na szczęście, dziś nie musiał sobie z niczym radzić, a przynajmniej tak myślał. Miał po prostu wypić piwo z Borginem i umówić się na górską wędrówkę, najlepiej jak najszybciej. W końcu pogoda sprzyjała, a Cal potrzebował rozchodzić te wszystkie emocje. Od kilku dni rozpierała go jakaś dziwna energia—miał dużo planów, dużo entuzjazmu, ale zarazem szybko się zapalał i złościł. Dziś zdążył już zwrócić uwagę komuś, kto zbyt szarpał swoim psidwakiem na ulicy; skląć wiadomości w gazecie; a przed chwilą...
...cóż, przed chwilą nie było w planie. Po prostu spokojnie czekał sobie na Borgina, myśląc, że w sumie chętniej od razu umówiłby się w plenerze. Znajomość z Artem kojarzyła mu się z lasami i szczytami, z bezkresnym niebem i testowaniem granicy własnych możliwości. Spotkanie w barze zdawało się prawie klaustrofobiczne, ale już trudno.
Art nie przychodził, więc Cal zamówił piwo, a potem kolejne. Na pewno mu coś wypadło. Albo może zapomniał. Albo może nieważne. Wśród pasma ludzi, którzy na przestrzeni ostatnich lat go rozczarowali, spóźnienie się lub przegapienie wizyty było naprawdę najmniejszą przewiną.
A potem z nudów nawiązał rozmowę z jakimś gościem, który—o dziwo—kojarzył jego hodowlę ropuch. Ba, podobno kupował tam ropuchę. Dwa lata temu (Cal był wtedy w Afryce). U takiej dziewczyny—i wtedy typ w bardzo niewybredny sposób wyraził się o figurze Darcy, a Cal przywalił mu w nos zanim w ogóle zdążył się zastanowić nad tym, czemu to robi. W obronie honoru szwagierki było coś poetyckiego, ale kilka dni temu prosiła go, by nie wracał do domu poobijany...
...Wygrał tą bójkę, ale kosztem opuchniętego policzka i rozciętej wargi. Tamten typ wyszedł, a jego barman nie wyprosił chyba tylko cudem. W emocjach zapomniał już prawie o Borginie i tkwił tutaj tylko po to, by jakoś pomóc sobie zimnym okładem i rozważyć czy i jak wrócić do domu. Może znalazłby jakiegoś uzdrowiciela w Londynie? Albo po co mu uzdrowiciel, to przecież nic takiego.

Podniósł powoli głowę i spojrzał na Arta z lekkim zaskoczeniem, jakby już się go tutaj nie spodziewał. Potem skrzywił się lekko, bo kuksaniec trafił akurat w obite miejsce. Potem szeroko się uśmiechnął.
- Dobrze cię widzieć. - obwieścił szczerze i prostolinijnie. Nawet spóźnionego. Nawet wtedy, gdy warga zabolała go przy próbie uśmiechu. Pokiwał ze zrozumieniem głową, od razu kupując wymówkę Arta. Nie musiał się nawet starać, by kłamać. Z wdzięcznością pokiwał głową, gdy Art zamówił więcej alkoholu, a potem wzruszył ramionami. - Wyglądam jakbym za czymś tęsknił? - tęsknił, za przeszłością, za Felixem, za dziadkiem, za Afryką, ale mniejsza o to. - Wkurwił mnie. Wkurwiający... skurwysyn. - wyjaśnił jakże elokwentnie, demonstrując pewien brak w kreatywności przekleństw. Kiedyś przeklinał... mniej i wciąż nie nadrobił braków. - Ale już go stąd wykurzyłem, więc mniejsza o to. Opowiadaj lepiej, co u ciebie? Jak Syberia? Obiecałeś, że opowiesz osobiście. - Art nic takiego nie obiecał, ale Cal tak założył, bo wymienione niedawno między nimi listy były dość lakoniczne. - Tęsknię za Afryką. Chciałbym rzucić wszystko i znowu tam pojechać. Albo na Syberię. Albo do Moskwy. - zwierzył się (choć przed chwilą upierał się, że za niczym nie tęsknił), ewidentnie już trochę wstawiony.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 09:31
Do tego aniołka ― jak zwykł go w myślach nazywać z przekąsem ― nie pasowały przywry manta ani wpierdolki, nerwowy świst pięści przecinających powietrze jak ostrze źle wyważonego noża. W jego wyobrażeniu człowiek o moralności lepszej niż jego własna winien być spokojny, stateczny, niemal papierowy w swej poprawności. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej przewrotna. Jakby sam Merlin splunął mu w twarz, nie z pogardy, lecz z rozbawienia. Zdarzało im się bić ― dawniej, prostacko po wiejsku, najszybsze załatwienie problemów chybnej codzienności. Oficjalnie, dla sportu. Tak przynajmniej tłumaczył tamten drugi, gdy po wszystkim ocierali krew z warg i śmiali się jak idioci, którym wydaje się, że kontrolują własne instynkty. Borgin nie wierzył w takie wyjaśnienia. Sport był wymówką dla sprawdzenia granic.
Kto szybciej uderzy.
Kto dłużej wytrzyma.
Kto pierwszy odwróci wzrok.
Pamiętał, jak skreślał pod nosem norweskie zgłoski, cedząc w jego stronę, żeś chuj, nie przyjaciel ― bez patosu, bez przesady, bardziej jak diagnozę niż obelgę. A jednak wracali do siebie jak pokraczne bliźniaki, których usposobienia przeczyły wspólnemu rdzeniowi. Jeden rzekomo czystszy moralnie, drugi bez złudzeń. Jeden wierzący w zasady, drugi w ich użyteczność. Teraz jednak coś się przesunęło. Niewidocznie, jak kamień pod cienką warstwą śniegu. Nie pasowało mu to nowe napięcie ― niekontrolowane, nieoswojone. Był przyzwyczajony do konfliktu jako formy komunikacji, do bólu jako metody kalibracji relacji. Lecz to, co wisiało między nimi obecnie, nie miało w sobie ani jasnych reguł, ani czystej agresji. Było jak źle wyważony cios ― zawieszony w powietrzu, bez decyzji, czy spaść.
― Ropucha―wpierdolka spuściła Ci manto, hm? ― zadrwił tak jakoś bez pomyślunku, nie ogarniając faktu, że właśnie nakreślał nieprzychylne słowa wobec Calebowych stworzeń numer jeden. Nie znosił niewiadomych. Nie znosił sytuacji, w których nie potrafił rozrysować zależności na trzy proste wektory: przyczyna, reakcja, konsekwencja. A tutaj coś wymykało się logice łowcy. Jakby zwierzyna zaczęła patrzeć mu prosto w oczy, bez strachu. ― Za mną. Czuję ten swąd nosem, pochwalam i szanuję ― Chciał gmerać mu w nerwach dalej; Caleb poniekąd to musiał lubić. Albo znosić z czystego manieryzmu, którą posiadał zatrważająco w sporej ilości. Rozdrażnić, sprowokować, zmusić do odsłonięcia kart. Bo jeśli ich relacja miała się rozpaść, wolał sam pociągnąć za spust. A jeśli miała przetrwać ― potrzebował wiedzieć, na jakich warunkach. Nie wierzył w przyjaźń bez testu. Nie wierzył w lojalność bez próby. ― Syberia? ― prychnął krótko, jakby ktoś zapytał go o wakacje nad morzem. ― Dała mi odmrożone palce, dwa nowe blizny i przekonanie, że człowiek bez ognia jest tylko mięsem.
Jeden i drugi kufel piwska sunął po zniszczonym blacie z lekkim zgrzytem. Zanim jednak pianą przykryli gardła, oddali należny hołd tradycji ― powitalnym kielichem gorzały, mocnej jak zaciśnięta pięść. Mentorowała otwarciu, jak to mieli w zwyczaju: najpierw ogień, potem dopiero przyjemność. Stuknięcie szkła zabrzmiało krótko; pozdrowienie bez zbędnych słów. Wychylenie. Palący płyn spłynął przez przełyk z tą samą bezwzględnością, jaką pamiętał z Moskwy. Tamtejszy syf nie udawał elegancji ― był szczery w swej brutalności. Palił, rozdzierał, zostawiał ślad w żołądku jak wypalone znamię, a jednak dawał jedno, niezaprzeczalne potwierdzenie: jeszcze żyjesz. Jeszcze czujesz. Jeszcze możesz wstać i komuś przypierdolić, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Moskwa nie pachniała luksusem. Pachniała potem, starym betonem i gorzałą rozlewaną w brudnych lokalach, gdzie rozmowy były krótsze niż noce, a długi dłuższe niż sumienie. Pożoga w płynie oswajała gości z pierdolniętą codziennością dalszych zakamarków miasta ― tych, do których nie docierały światła przytulnego centrum. Tam, gdzie przy pierwszym potknięciu nie było reprymendy, lecz ręka na gardle.
― Mróz wchodzi pod skórę i sprawdza, czy masz coś w środku. Jak nie masz ― pękasz. Jak masz ― hartujesz się. Proste… Nauczyłem się spać przy minus czterdziestu, jeść to, czego wolałbyś nie znać z nazwy, i nie ufać ciszy ― Uniósł kufel i napił się wolniej. Piwo było miękkie, prawie łagodne w porównaniu z ogniem sprzed chwili. Lubił ten kontrast ― przypominał mu, że potrafi funkcjonować w obu rejestrach. W salonie i w rynsztoku. W świetle i w ciemności. Spojrzał na towarzysza znad szkła, oceniając, jak alkohol układa się w jego spojrzeniu. Nie pił dla zapomnienia. Pił, aby obserwować. By sprawdzić, kiedy język stanie się luźniejszy, kiedy gardło przestanie filtrować myśli. No i lubił ten stan lekkości. ― Pogrebiny próbowały mnie wpierdolić… ― ciche stuknięcie, zaraz pofatygował się o wyciągnięcie na szybko skręconych z rana fajek w ledwie dychającej papierośnicy, którą podsunął pod nochal towarzysza. ― Musimy Cię rozruszać, z tym garbem przypominasz starszego niż jesteś… Co się gniecie, hm? ― Jakby go to interesowało; gryzło w tył łba łakomie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 03:42
Byli od siebie... różni. Tak stwierdził, dyplomatycznie, gdy się poznali. Caleb mówił więcej, Art częściej wymownie milczał. Z czasem nauczył się milczeć z nim wspólnie i w tej ciszy, wśród skał i strumieni i lasów, było mniej ciężaru niż w milczeniu, jakie dzielił czasem z bratem czy ojczymem. Resztę różnic... ignorował. Przynajmniej te kilka lat temu. Z puchońskim optymizmem zakładał, że to normalne, że ludzie są różni. I że trochę złośliwości nie świadczy o niczyim charakterze, Art po prostu miał takie poczucie humoru. I że nieco inne poglądy na rzeczywistość to kwestia innych wzorców, które wpajano absolwentom Durmstrangu.
Wtedy widział we wszystkich jedynie dobro.
Iluzja prysła dopiero, gdy dorósł. Albo się postarzał, bo przez wydarzenia ostatnich lat i miesięcy czuł się staro.
Brat kłamca. Wuj leń. Matka dziwka. Ojciec - nieznany.
Arthyen... jego wolał nie konfrontować z rzeczywistością. I może nie musiał, prawda? Zawodził się tylko na bliskich i tylko oni potrafili go zranić, prawda?
Ramy przyjaźni (tak ją nazywał, bez zawahania) z Artem były jasno określone granicami lasu i wspólnych wypraw i godzinami odmierzanymi w barze, po których rozchodzili się w swoje strony. Ta znajomość była jasna, była bezpieczna, była... po prostu była i nie musiała się zmieniać. Tak sobie wmawiał, mimo, że zmienił się on sam. Wmawiał sobie, że wcale nie stresuje go perspektywa spotkania po latach i że stalowe spojrzenie Borgina nie dostrzeże w nim żadnych rys. Zresztą czemu Arta miałoby obchodzić, że Caleb czuje się bardziej zlepkiem nieudolnie sklejonych, popękanych skorup niż sobą? Mężczyźni nie rozmawiają o takich sprawach. Mężczyźni wlewają w siebie kolejne kieliszki i czasem tłuką się przyjacielsko po mordach i chodzą na długie wyprawy i rywalizują ze sobą o to, kto szybciej wejdzie na górski szczyt.
Mężczyźni tłumią własne emocje, ale są gotowi rzucić się za drugim i podać mu rękę gdyby tamten poślizgnął się zdradziecko i zawisł nad przepaścią.
A przynajmniej zrobiłby to Cal (dawny Cal?) i najwyżej spadliby obydwoje, ale wolał nie myśleć o tym, co zrobiłby Art ani w ogóle za dużo nie myśleć.
I może to nie przypadek, że zaczął pić zanim wybiła jeszcze godzina umówionego spotkania i że nerwy potrzebowały ujścia jeszcze zanim usłyszał nad sobą głos Borgina. Może po bójce z tamtym idiotą poczuł się lepiej, może właśnie tego potrzebował zanim zadarł głowę by zmierzyć spojrzeniem Arta. Rysy jego twarzy trochę się wyostrzyły, barki wydawały się szersze, spojrzenie... spojrzenie wydawało się chłodniejsze, ale tym pijany Cal próbował się nie przejmować... ale to wciąż był Borgin i wciąż mogli wrócić do tego, co było. Tak, Cal właśnie to zrobi. Zostawi rodzinne traumy gdzieś daleko i głęboko i z uśmiechem opowie mu o Afryce i zaplanują razem wędrówkę po Peak District i będzie zajebiście, a rozcięta warga i kilka nowych siniaków i szum w głowie w niczym mu nie przeszkodzą.
- Hmmm... - odmruknął, nieświadomie zdradzając Borginowi, że coś w istocie jest nie tak. Caleb, którego Art znał, nie skwitowałby żartu o ropuchach lakonicznym "hmmm". Może by się obruszył i może broniłby ich honoru. Może samemu by zażartował. A może pochwaliłby się jakimś przełomem w hodowli: ropucha Weasley nauczyła się dziś skakać na zawołane!—i udawał, że nie widzi, że zainteresowanie Arthyena jest w najlepszym razie umiarkowane.
Bez słowa sięgnął po kieliszek wódki i wychylił go od razu. Skrzywił się, ale tylko lekko i postanowił zapić to piwem. W odróżnieniu od kompana, nie poświęcł nawet sekundy refleksji nad smakami trunków. Wypił dziś już zbyt wiele, by zwracać na to uwagę. Spojrzenie miał zamglone, ale ufne. Jak poczciwy borsuk, godło jego hogwarckiego domu. Choć borsuki pewnie nie wlewają w siebie alkoholu i są w ogóle czujniejsze.
Podparł brodę na dłoniach i wbił w Arthyena chciwe spojrzenie. Teraz tylko to mu pozostawało—podróże palcem po mapie albo słuchanie cudzych opowieści.
- Za - je - biś - cie. - skwitował z rozmarzeniem historie o syberyjskich horrorach. - To jaki miałeś trik na to minus czterdzieści? I nie krępuj się, chcę usłyszeć co jadłeś, z nazwy. Czym grozi syberyjska cisza? Na Saharze zwiastuje burze piaskowe, choc to bardziej pomruk... - dopytywał o wszystko jeszcze bardziej łapczywie niż pijak sięga po alkohol. Na moment zapomniał zresztą o swoim kuflu.
Nie spytał tylko o nowe blizny, bo wtedy musiałby pomyśleć o własnych. A przyszedł tutaj, żeby nie myśleć. Patrząc na to, że nabuzowany wdał się w bezsensowną bójkę—niemyślenie wyszło mu całkiem nieźle.
- Jak poradziłeś sobie z emocjami wzbudzanymi przez pogrebiny? - ups, mieli nie rozmawiać o emocjach, ale to co innego. Teraz chodziło o czyny heroiczne. - Walnąłeś je zaklęciami czy skopałeś? - pogrebiny, nie emocje. Choć chętnie odkopałby swoje emocje gdzieś daleko.
I jak na zawołanie Art spytał właśnie o nie.
Zawsze wiedział, jak znaleźć czuły punkt—człowieka lub zwierzyny—ale Cal uparcie tego w nim nie dostrzegał.
- Gniecie? Nic. Wszystko w porzoooo… - spróbował sie wyprostować. - ondku. I nie garbię się, ale… Art, czy myślisz… - Art, mój brat mnie oszukał i umarł przeze mnie, a wujek wyruchał całą rodzinę, a mój ojciec żyje i jest łysy, chciał powiedzieć i zarazem nigdy, przenigdy nie chciał tego nikomu mówić. -... że kiedyś wyłysieję? - spytał, spoglądając na Borgina wielkimi oczami i bezradnie przeczesując kędziory palcami. Westchnął, ciężko. - Zazdroszczę ci tej Syberii. - wyznał, ale w tych słowach nie było zawiści, lecz podziw. - Gdybym mógł, sprzedałbym hodowlę i rzucił to wszystko i wyjechał znowu do Afryki. Albo do Indii. Albo na Syberię... - wyrzucił z siebie nagle. Caleb, którego Art znał—nie przez dzień, nie przez kilka miesięcy, a znał przez wiele lat—nigdy by tego nie powiedział. Caleb kochał hodowlę i nade wszystko kochał hodowane tam ropuchy.
Spojrzenie Caleba nie było jednak jeszcze na tyle mgliste, by wziąć jego słowa za pijackie majaki. Nie, on umknął wzrokiem z zadziwiająco trzeźwym zawstydzeniem. Jakby myślał o tym od dawna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
25-02-2026, 11:23
Zawsze denerwowały go te zgłoski pouczeń, miękkie jak wata, wpychane między żebra rzeczywistości. Dobroduszne postrzeganie innych, jakby każdy wilk nosił w sobie potencjał psa pasterskiego, jakby wystarczyło przemówić do rozsądku, a kły same się stępią. Świat nie działał w ten sposób. Świat reagował na bodziec, na siłę, na dominację jasno zakomunikowaną. Byli jak zły i dobry magipolicjant ― dychotomia tak banalna, że aż funkcjonalna. Może by się zgrali. Może nawet ich odmienność tworzyłaby efektywną hybrydę strategii: Diggory z monologiem o etyce i rehabilitacji, on z metodyką pięści, uwielbianym impulsem bólu, który przywracał pamięć o konsekwencjach. A może spaliliby się nawzajem, bo nadmiar światła bywa równie oślepiający jak ciemność.
― Podstawa to warstwy wełniane, tulup na podszyciu z włosia północnego kuguchara… Odpowiadając, tak; musiałem zarżnąć osobiście kilka podstarzałych kotów. Ograniczałem przesadne spalanie energii, korzystałem z nart, nie wspominając, że za pazuchą grzałem szczeniaka ― Skrzywił się, unosząc kufel i wychylając sowity chlust piwa drugi raz. Alkohol spłynął przełykiem jak ogień laboratoryjny, dezynfekując myśli z nadmiaru analizy. Promile uderzyły w żołądek, rozlały się po krwiobiegu z obietnicą chwilowego stępiania ostrych krawędzi charakteru. ― Najgorsze było lepienie i rozkopywanie śniegu, by urządzić sobie trzymającą temperaturę jamę. Nie wspomnę, ile razy nie wyszło mi pieprzone zaklęcie na podwyższenie temperatury ciała. Ach, ugotuję Ci kiedyś byryakh mün, najlepsze wykorzystanie jelit, podrobów i tłuszczy, których byś nie tknął ― mruknął, nakreślając sobie wizję pierwszego wdechu pośród zapachów zalegających w garze resztek zwierzęcych. Zdorovyy, zhirnyy, vkusnyy, pouczała go wesoła babuszka tamtejszego padołu, kreśląc zadowolenie dłonią w pobliżu brzucha. Wtedy był jeszcze okropnym idiotą z rosyjskiego, a gdy na scenę wchodziły jakuckie dialekty, pierwotność mowy dłoni pomaga skutecznie przywrócić konkluzję znaczenia tego i owego słowa. ― Cisza… Dostajesz psychozy, śnieg tłumi echo i kroki. Powietrze jest ciężkie i suche, potrafi narobić rabanu zniekształceniami ponoszenia dźwięków i czucia. Gdy zamiera wiatr… Słyszysz tylko swoje kroki, uderzenie serca i krew biegnącą w żyłach. Nawet trzask zamarzającego drewna brzmi tak, że wolisz zachować wieczystą czujność.
Na bogów nordyckiego podołu; zaczynali brzmieć jak gadające baby przy herbatce. Rozbieranie emocji na części pierwsze, analizowanie tonu, intencji, mikrourazów. Dzisiejszy repertuar nie przewidywał takiej partytury. Nie był nastrojony na konfesjonał ani terapeutyczny seans przy porcelanie. Był zestrojony na działanie.
No… trudno.
― Pieprzone wyciągnęły wszelkie rozterki, które trapiły niegdyś małego dzieciaka, które szkolił ojciec… Idziesz przez pustkowie, słyszysz skowyt jakiś zwierząt i napastliwe myśli, powodujące niemoc i chęć upodlonego poddaństwa… Czujesz się gorszy, poniżany… ― Krytykę przyjmował ciężko. Jak cios w przeponę; najpierw brak powietrza, potem wściekłość. Gdy buciorem roztrzaskiwał im łby, próbował wyłuskać z tego jakiś definicjał morału, jakby brutalność mogła naprawić rozoraną bańkę własnej tożsamości. Przecież prawda była prostsza i bardziej upokarzająca. Człowiek, nie wiadomo jak silny, jak zahartowany, jak obudowany narracją o własnej dominacji ― zawsze będzie mięsem. Tkanką podatną na rozdarcie, naczyniem pełnym krwi, która pod ciśnieniem znajduje ujście. Ewolucja nie tworzy pomników. Tworzy organizmy. A organizmy umierają. ― Ech, jak radzić sobie z gorącem na pustyni? Nie wiem co gorsze, zimno, czy gorąc… Chociaż śmierć w słońcu wydaje się gorsza, niż powolne zapadanie w sen przez hipotermię ― Zakroy rot! Dłoń pokracznie zesztywniała, jak to miewała w zwyczaju, gdy nerwy brały górę. Bądź pochłaniało go dziwactwo paranoi. Ukrócił gadanie i lament o sobie, orając spojrzeniem czaszkę i spojrzenie towarzystwa. Co go wzięło? ― Hm… Faktycznie nabawiłeś się siwizny, oraz zakola zwiększyły powierzchnię wielkiego czoła.
Niedługo drużyna quidditcha będzie mogła rozgrywać mecze na jego czole ― naleciałość śliny na język, już prawie jebnął zgłoski upodlenia. Zamilkł. Powstrzymał śmiech, cmokając jak robił to w kierunku wierzchowców ojca. Wyobraził sobie miotły sunące wzdłuż linii jego zmarszczek, znicza uciekającego wzdłuż żyły skroniowej. Absurdalne.
― Jeśli będziesz aniele tam motać się w emocjach, prędzej pikawa Ci zastanie i kogo będę dręczy?? Znalazłeś sobie babę, czy jak? ― Jeszcze jedna kolejka. Jeszcze jedna porcja etanolu, która oblepi receptory i przytępi nadaktywne synapsy. Ambicja uciszenia myśli, nie ich rozwiązania. Alkohol jako prowizoryczny regulator emocji, chemiczny knebel zakładany na wściekłe stado wspomnień. Szkło stuknęło o blat, płyn błysnął rozpustą. ― Prostyś chłop, aniołku… Nie bierz wszystkiego do siebie, to niezbyt zdrowe. Pierdol wszystko i wyjdź w dzicz, najlepsze remedium na błędy i bóle dupy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
10-03-2026, 20:45
Kiedyś wierzył, że każde stworzenie da się zrozumieć i że każdego człowieka da się oswoić. Wiedział o prawach natury zbyt wiele, by liczyć na dobroduszność magicznych stworzeń. One były tym, czym były, można było jedynie odkryć ich potencjał. Jedne miały potencjał do przynoszenia ci listów, inne do mruczenia na twoich kolanach, a jeszcze inne do odgryzienia ci ręki. Żadne nie były jednak złe, wystarczyło po prostu wiedzieć, pod jaką paszczę nie pchać dłoni. Czarodzieje dzielili w końcu z nimi świat, a współegzystencja musiała opierać się na zrozumieniu.
Jego zdaniem, tak jak mantykory były krwiożercze—tak ludzie byli dobrzy. Czemu mieliby nie być? Okej, mieli różne charaktery i z jednymi łatwiej było się dogadać, a inni mieli cięty język, ale przecież to nie zmieniało fundamentalnie ich natury. Tak, jak nie dało się oswoić mantykory, tak nie dało się—chyba—zmienić człowieczeństwa.
Chyba, bo wierzył w to wszystko święcie gdy poznał Arthyena, gdy ignorował jego kpiny i spóźnienia i gdy obelgi na górskich wycieczkach brał za wyraz walki z naturą oraz wyrażanej po męsku sympatii. Wtedy był jeszcze zapatrzony w swojego wuja-podróżnika, poznanego jedynie w listach. Wtedy był jeszcze ślepo lojalny bratu, którego znał najlepiej na świecie i którego nie znał jednak wcale.
Ostatnie wydarzenia, z których nie zwierzył się nigdy Artowi—bo z czego tu się zwierzać, z bycia frajerem?—zachwiały trochę tą jego wiarą w dobro. Nie chciał jednak o tym myśleć, bo prościej było utopić te myśli w butelce i w bójce. Jakoś nie pomyślał czy gościu, którego dzisiaj pobił miał w domu żonę, siostrę, dzieci. Lepiej w to nie wnikać.
Tak samo niezręcznie było mu myśleć o mugolach i o ich roli w tym harmonijnym ekosystemie.
A z Arthyenem poznali się właśnie dzięki mugolom i Kodeksowi Tajności, gdy kilka ropuch wyślizgnęło się przez ogrodzenie i gdy ujrzał je w lesie—większe, bardziej kolorowe i inteligentniejsze niż być powinny—przypadkowy mugol. Stresujący moment: powinni byli z dziadkiem lepiej kontrolować te stworzenia, ale wysłany z Ministerstwa Borgin podszedł do nich i do sprawy zaskakująco ludzko. Caleb ani razu nie pomyślał, że polubowność z jaką udało się rozwiązać sprawę może wynikać z niechęci Arthyena do mugoli, a nie z jego przychylności do drobnych przedsiębiorców. Założył to drugie i zaprosił rówieśnika na górską wędrówkę (gdy od słowa do słowa odkryli tą wspólną pasję) i tak jakoś poszło.
Czasem zastanawiało go—martwiło go—dlaczego magiczne, nieszkodliwe stworzenia miały ukrywać się przed niemagicznymi. Przecież wszyscy mieli dzielić jeden świat. Czasem wątpił w to podporządkowanie natury Kodeksowi Tajności.
Chyba coraz częściej wątpił w to odkąd nawiązał znajomość z Arthyenem, ale nie zauważył w[ływu niby mimochodem (umiejętnie) rzucanych komentarzy przyjaciela na ten temat... Art potrafił go skołować, tak jak teraz. Zarzynane kuguchary i przytulony szczeniak, w jednym zdaniu. Cal zamrugał, mając nadzieję, że zabite stworzenia były nieuleczalnie chore i że Art dokonał aktu miłosierdzia, nie mordu. Wolał nie pytać.
- Jakiego szczeniaka? Przywiozłeś go do Anglii? - ożywił się za to, ten temat zdawał się bezpieczniejszy. Podparł brodę na dłoniach, wyobrażając sobie jak Art kopie prowizoryczne igloo, a na jego ustach zagościł rozbawiony uśmiech. - Umiesz gotować? - no tak, w podróży trzeba było coś jeść, ale czy powinni nazywać to gotowaniem czy przetrwaniem? - Nie bałbym się zjeść jelit ani podrobów. - uparł się. - Ale bałbym się zjeść takie, które ty byś ugotował. - parsknął śmiechem.  Spoważniał od razu, gdy opowieść tknęła czułych strun. Psychozy, kompleksów, poniżenia. Samemu czuł te dwa ostatnie (psychozy nie, chyba nie) często, ale nie przypominał sobie by kiedykolwiek dotykali tych tematów z Artem.
- Współczuję. Ale nie byłoby cię tu, gdyby cokolwiek z tego było prawdziwą - bo musiało być trochę prawdziwe żeby bolało, ale nie całkiem, nie? - prawdą. - pokrzepił Borgina, po pijaku nie wyczuwając, że ostatnim czego potrzebowała teraz jego duma było pocieszenie.
- Na pustyni? Ubrać się, od stóp do głowy. Przewiewne tuniki, jak najwięcej bieli. Najpierw wydawało mi się, że w jakimkolwiek ubraniu się ugotuję, ale nasze ciała chronią nas lepiej niż myślimy, a słońce zabija. Nie ruszać się, czyli odwrotnie niż w śniegu, hm? Wędrowaliśmy o świcie i o zmroku, gdy zapadł błogi chłód. Upał trzeba było przeczekać. Nie zabijał, o ile miało się wodę. Gdy się jej nie miało, widziało się oazy, dżinów, cuda. - uśmiechnął się krzywo. Raz... raz było niebezpiecznie. - Tam... Kodeks Tajności nie jest tak tajny, wiesz? Nawet mugole wierzą w magię, w jakimś stopniu. Może przez słońce, może przez to, że mogą wziąć ją za majak. Mugolacy żyją między dwoma światami, a dzieci wyrastają w poczuciu, że mogą znaleźć lampę, która obudzi w nich moc i spełni ich życzenia. - nie wiedział, co o tym myśleć, ale wiedział, że urzekało go to równie mocno jak dzieci urzekały opowieści o dżinach. - Zabawne, nie? Gorąco i zimno, dwa przeciwstawne bieguny, a jednak taka śmierć... chyba nie boli. Przynajmniej pod koniec. - zacisnął nagle wargi, zbyt gwałtownie sięgnął po kufel. Pamiętał, jak bolało na początku, jak obsesyjnie myślał o wodzie zanim jego spiechrznięte wargi znalazły jej źródło—burza piaskowa zatrzymała ich wtedy na pustyni, zbyt późno dotarli do miasta. Pamiętał, jak to bolało.
Pamiętał, że jego brat skonał z pragnienia w samym sercu Anglii, szaleniec, niezaradny idiota, nieznający się na roślinach, nieumiejący szukać rosy i miał nadzieję, rozpaczliwą nadzieję, że jego nie bolało.
Przez moment był boleśnie wręcz trzeźwy, ale szybko utopił te smutki. Ponaglił barmana gestem dłoni, więcej, tego mocniejszego—wskazał na kieliszek.
- Słyszałem, że jest szampon, który to hamuje. - westchnął boleśnie, gdy Art potwierdził jego lęki odnośnie łysienia. - Reklamowali go w Czarownicy, zaraz obok anonsów matrymonialnych. Myślisz, że tego pragną kobiety? Bujnej fryzury, miłego charakteru i czystej krwi? - przyznał się swobodnie do niedzielnej lektury, zawsze kupował Czarownicę dla babci i chcąc nie chcąc przyswoił trochę informacji. Śniadania jadał w milczeniu, unikając w kuchni szwagierki; miło było czasem sobie poczytać.
- Babę? Co ty, nie mam czasu na baby. Tylko ropuchy, kredyt, ropuchy, burdel zostawiony przez Felixa... - prychnął, gdy wychylił kolejną kolejkę. Jeszcze, ale o to zadbał Art, cudownie. Tępo obserwował bar, czekając na więcej życiodajnego płynu. Art wiedział z listów o śmierci jego brata, ale pierwszy raz przyznał na głos, że coś jest nie tak. - Nie mogę wyjechać póki babcia żyje. Rodzina, nie? - uśmiechnął się gorzko. - Może być błogosławieństwem i więzieniem. Felix powiedziałby, że jej już wszystko jedno, bo nie kontaktuje i niedługo umrze, ale umarł pierwszy. Zabawne, nie? - roześmiał się bez śladu wesołości. - Umarł przeze mnie. - pomyślał, powiedział. Aniołek stracił skrzydła i gruchnął na ziemię.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
13-03-2026, 16:14
― Łajka wschodnosyberyjska, wzmocniona genami innego wilkowatego, trochę większa od przedstawicieli rasy. Zlata, musimy kiedyś sprawdzić, co ucieka szybciej… Ropucha, czy pies ― Znowu nabijał się z jego możliwości kulinarnych? Już niegdyś to zrobił; obecnie mogło należeć do tematu ogólnego.  Brew uskoczyła ku górze, samoistnie stając się wymownym ostrzeżeniem niemości. Zamilkł. Przez krótką chwilę prześwietlał go ― chłodnym spojrzeniem, szarym, podszytym wyrachowaną taktownością, która w jego wydaniu była czymś w rodzaju uprzejmego ostrzeżenia.
Wybaczał mu. Tym razem.
Zawsze.
Więcej łyknął alkoholu niż on, to fakt niezaprzeczalny, a promile miały tę paskudną właściwość rozluźniania rzeczy, które normalnie trzymało się w ryzach. Choćby urażonej dumy. Choćby drobnej, prywatnej granicy, której przekroczenie zazwyczaj kończyło się szybciej niż rozmowa. Niezobowiązująco palnął go łokciem w żebra ― tak, dla zasady. ― Nie denerwuj mnie ― pod powierzchnią myśli, dopisywał kolejną linijkę do swojej mentalnej listy drobnych zemst. Nie spieszył się z nimi nigdy. Zemsta, jak dobre mięso, wymagała czasu, by skruszeć. Oj, zaboli go to kiedyś. Albo oberwie po kieszeni. W gruncie rzeczy efekt bywał podobnie satysfakcjonujący. Nigdy nie gadał wiele. Wierzył w doktrynę ciszy z niemal religijną powagą. Słowa były tanie; każdy mógł nimi szastać. Co innego łoskot dłoni tonącej w czyimś cielsku ― tam dopiero zaczynał się prawdziwy dialog. Najprostszy, najbardziej uczciwy. Bez metafor, bez niedopowiedzeń. ― Stan głowy w pewnych momentach może być sprzymierzeńcem, ale też gwoździem do trumny. Znasz swoje możliwości, a mózg szepcze, żeś dno totalne. Najgorszy koszmar, jaki można odczuć po sobie ― Przez chwilę pozwolił, by spojrzenie odpłynęło w bok, gdzie między stołami sunęła kelnerka o kształtach zbyt dobrze zarysowanych, by uznać je za przypadek natury. ― Niewiele różnią się te dwa sprzeczne ekosystemy, tutaj i tam człowiek zwyczajnie staje się mały, nieważny, uzależniony od czynników i sposobności życiodajnych darów. Tylko gdy Ci gorąco, nie możesz ściągnąć sobie skóry, by poczuć chłód.
Łypnął z zadowoleniem.
Uhu.
Wieczór najwyraźniej postanowił jeszcze nie być całkiem stracony.
Wewnętrzna lampka wkurwienia zapaliła się z cichym trzaskiem, gdy tamten ― z tą swoją rozbrajającą nieostrożnością ― wspomniał o mugolach. No proszę. Tego właśnie brakowało do kompletu wieczornych atrakcji: rozmowy o gatunku, który w jego prywatnej hierarchii świata zajmował miejsce gdzieś pomiędzy pasożytem a nieporozumieniem biologicznym. Skrzywił się nieznacznie, jakby ktoś przesunął paznokciem po szkle jego cierpliwości. Mugolaki zawsze były dziwnym stykiem drgań na najmniejszych synapsach jego jestestwa ― takim drobnym zgrzytem w mechanizmie, który normalnie pracował gładko i bez zająknięcia. Raz, dawno temu, jedna piękna kobieta oszukała go z uśmiechem godnym anioła i ciałem zdolnym przekonać nawet rozsądek do chwilowej emigracji. A potem okazało się, że była szlamą
Największy jego upadek.
Nie dlatego, że ją chciał ― to akurat było zupełnie naturalne ― przez moment pozwolił się nabrać na iluzję wspólnego świata.
― Głupota ― mruknął, dosyć wzgardliwie na całą farsę. Toć się zdenerwował; Dotąd mąconą palcami fajkę wcisnął w końcu między wargi. Zaciągnął się powoli, dym wypełnił płuca, rozchodząc się po nim przyjemnym ciężarem, jakby ktoś wreszcie przyłożył mokrą szmatę do rozgrzanego czoła. Powietrze zgęstniało od tytoniu i odrobiny jego własnej, niechętnej refleksji. ― Mugolaki łykają wszystko, co im czarodzieje przez wieki pod nochal podsunęli. Ich jedynym plusem jest to, że doprowadzają się do samodestrukcji; nie musimy przesadnie brudzić dłoni. Wysilać się ― wyrokował, wywijając dłonią w gestii wbicia mu konsensu całości. No słuchaj mnie, typie ― już on mu zbuduje adekwatny wizerunek świata idealnego.  ― Szampon? Czarownica?
Gazety dla baby? Coś podobnego majaczyło mu kiedyś w pamięci ― jakiś papierowy twór leżący na ławie u kuzynki, tej samej, która z niepokojącym oddaniem potrafiła ślęczeć nad podobnymi drukowanymi cudami. Kartki pełne porad, plotek i innych subtelności egzystencji, które najwyraźniej miały tłumaczyć kobietom rzeczy, o których i tak wiedziały aż za dobrze. Chyba. Nie był specjalistą od kobiecej literatury. W jego świecie gazeta służyła głównie do podpałki albo do owinięcia śledzia.
― Kobiety mają różne upodobania, Angielki lubią dwie rzeczy ― słodkich chłopców z sąsiedztwa, albo imigrantów. Wiesz, trochę ciemniejszy, czy bielszy; pokraczny akcent i już mokre gacie z wrażenia ― Chlupnął kolejny kieliszek, nie celebrując nawet tego aktu. Zaraz potem zaprawił to piwem, co w jego prywatnej alchemii uchodziło za metodę sprawdzoną, choć uzdrowiciel zapewne nazwałby ją powolnym sabotażem własnych organów.
W takim tempie toć wątroba mu siądzie.
Albo serce.
Albo jedno i drugie, jeśli dalej będzie zmuszony słuchać Calebowych dyrdymałów z świata babci.
― Brzmisz jak stary dziad… Kredyt, babcia, żadna blokada. Mniej gazet, więcej czasu dla siebie i męskiej sposobności! ― Parsknął pod nosem, chociaż zaraz znaczenie słów przybrało całkiem inną manierę. Świat, jego zdaniem, był znacznie prostszy. Miał zęby, miał pazury, a kto nie potrafił ich pokazać, prędzej czy później kończył jako mięso w cudzym garnku. Skrzywdził brata? ― He? Przez Ciebie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
18-03-2026, 03:58
- Jasne, że ropucha będzie szybsza. - zapalił się. Psy były silne i szybkie i w ogóle, ale czarodzieje naprawdę nie doceniali ropuch. - Ale jasne, że musimy sprawdzić na własne oczy... wpadnij kiedyś do hodowli... znaczy, wpadnij, kiedy Darcy nie będzie, okej? Tak będzie... - nie przyzna się, że boi się własnej szwagierki, więc przez chwilę szukał dobrego słowa: -... spokojniej.
Był pijany, ale wciąż na tyle trzeźwy by kojarzyć, że współwłaścicielka hodowli nie będzie raczej zachwycona pomysłem urządzenia wyścigu psa i ropuchy—nawet jeśli nieszkodliwym.
Był za mało trzeźwy, by zapytać Arta jak właściwie zamierzał to sprawdzić i czy ten sposób narazi ropuchy i pieska na jakiś stres. Brakowało mu albo wyobraźni albo okrucieństwa na to, by wpaść na wszystkie opcje zmuszenia tych zwierząt do biegu.
I nigdy nie patrzył na przyjaciela na tyle trzeźwo by wychwycić, że właśnie wręczył mu oręż do ręki i że Borgin prawdopodobnie przypadkiem pomyli daty tak, by zderzyć się z Darcy już w furtce. Jeśli to zrobi, Cal poczciwie pokiwa głową i go wytłumaczy i będzie bardzo zmieszany, ale odpędzi myśl, że Arthyena mogło bawić obserwowanie jego zakłopotania.
Nie był zupełnie ślepy i czasami nachodziło go podejrzenie, że Borgin chyba bywa trochę złośliwy, ale przecież nie dla niego, prawda? Byli przyjaciółmi. Byli braćmi. Obiecali to sboie po pijaku, ale to się liczyło. Może nawet bardziej niż braterstwo, które brał za pewnik od dzieciństwa, bo Felix nigdy go nie wybrał i to rodzice wtłoczyli ich w sztywne, rodzinne ramy.
Zawsze przypisywał Arthyenowi najlepsze intencje, z puchońską lojalnością wierząc w białe kłamstwa. Chyba teraz robił to tym bardziej uparcie, trochę na przekór pamięci Felixa. Starszy Diggory jakoś nigdy nie złapał z Arthyenem wspólnego języka, co po latach niewątpliwie dowodziło zepsucia tego pierwszego i nieskalania tego drugiego, prawda? Felix oszukał ich wszystkich, był nieodpowiedzialny, był krętaczem i może dlatego był zazdrosny o przyjaźń Caleba z kimś tak świetnym jak Borgin. Na pewno nie chodziło o to Felix po prostu nie lubił jak Cal miał kogoś lub coś swojego, że i obydwaj mieli dominujące osobowości i tak czy siak nie mogliby nigdy się tolerować
- Wabi się Zlata? - upewnił się, odpędzając na chwilę myśli o zmarłym bracie. - Pięknie! - przypisał mu, na przykład, bezwarunkową miłość do szczeniaczka.

A potem... faktycznie trochę bredził. O podróżach, o szamponie, o Czarownicy—chwilowo nie pociągnął tematu, kiwając jedynie sennie głową i zastanawiając się czy samemu byłby dla czytelniczek chłopakiem z sąsiedztwa czy może opalenizna po powrocie z Egiptu pchnęłaby go do tej drugiej kategorii...
- Art, musimy udawać imigrantów. - wypowiedział na głos błyskotliwy wniosek, ośmielony alkoholem. Nie, żeby szukał dziewczyny, ale szukał zapomnienia. Czy dziewczyny były zapomnieniem? - Ty jesteś ten bielszy i udawałbyś rosyjski akcent. A ja... musiałbym się opalić... i nie wiem, jaki akcent wybrać? Nie podłapałem dostatecznie arabskiego. Francuski? - też go nie podłapał, ale próbował nauczyć się choćby koślawego bonżur i zwiedzić Paryż na własną rękę w trakcie przesiadki na trasie Londyn-Paryż-Marsylia-Algier (poszło źle).

Dalsza część rozmowy też poszła źle, bo choć poczciwy Arthyen bardzo starał się Caleba zmotywować do męskiego przeżywania trudności to Diggory'emu jakoś tak... wypsło się z tym bratem. Najchętniej udawałby, że nic nie powiedział, ale niestety Borgin zdradził, że to usłyszał—i zrozumiał—i żadna ilość wódki tego nie zmaże, musieliby sięgnąć po coś mocniejszego—więc Calowi pozostało się skrzywić i wziąć głęboki oddech i wziąć wielki łyk wódki (może nie w tej kolejności). Zrobił to wszystko i zamrugał, udając, że oczy łzawią mu jedynie od palącego alkoholu. Zapił piwem, wzorem przyjaciela i tama puściła.
- Pokłóciliśmy się i wyjechałem i... - o ich kłótni i o wyjeździe Arthyen wiedział. Ale nawet pijany i ufny,  nie był pewien czy chciał przyznawać się do prawdziwego powodu kłótni i własnego współudziału najpier w ukrywaniu likantropii Felixa, a potem donosu. Wmawiał sobie, że sekret brata zasługuje na to, by umrzeć razem z nim—ale tak naprawdę po prostu się wstydził. Własnej naiwnośći i nieodpowiedzialności i blizn po pazurach. Jak mógł samotnie próbować tropić wilkołaka?! Art, profesjonalista, wyzwałby go od ostatnich frajerów. Był ostatnim frajerem. Choć... może powinien był to wszystko najpierw skonsultować z Borginem zamiast impulsywnie złożyć donos do Ministerstwa? - Nie pisałem ci, jak zmarł. - od tamtej pory wymienili z Artem tylko listy, suche fakty, zero szczegółów. - Zgubił się w lesie, zgubił różdżkę i nie wrócił. Ty przetrwałeś na Syberii, ja na Saharze, a on nie umiał znaleźć ani domu ani pieprzonych jagód. Albo może znalazł złe jagody, chuj wie, babcia nie mówiła mi szczegółów. - wyrzucał z siebie, utrzymując kontakt wzrokowy z żałośnie pustą szklaneczką po wódce. - A gdybym tu był to bym go znalazł, rozumiesz? - historia wyłaniająca się z fragmentów wydawała się  na raz anielska (a poczucie winy Cala nieproporcjonalne) i niedorzeczna (bo taka była śmierć Felixa). Przynajmniej póki utrzymywał nad nią kontrolę... - Ale musiałem... - nie sprecyzował, co musiał zrobić. - bo skrzywdziłby Darcy, rozumiesz? - teraz trudno było zrozumieć cokolwiek, poza tym, że spojrzenie Cala było trochę pijane i trochę maślane, a zostawienie szwagierki nie miało w tej narracji żadnego sensu. - Co za frajer, nie? - spróbował się roześmiać, wyszło trochę histerycznie, ale prawdziwi mężczyźni nie płaczą, więc szybko się opanował póki oczy miał suche; a prawdziwi bracia nie nazywają swoich braci frajerami. Nerwowo sięgnął po kufel, o zgrozo PUSTY. - Ostatnim, co mi powiedział to to, że nie byłem jego prawdziwym bratem, wiesz... - ten wątek Art mógł kojarzyć; zdążyli się wtedy razem upić. Cal nie planował zwierzać się z tego wtedy Borginowi, ale wódka robiła swoje (i przed paroma laty i dzisiaj), więc Borgin zdążył dowiedzieć się, że Diggory miał innego ojca. - A wiesz kto jest jeszcze większym frajerem? - kontynuował, nagle zapalony. Ja, mogłaby zabrzmieć odpowiedź, ale alkohol podsycał gorączkową złość, rozwiązywał język i myśli, skłaniając do słów, które do tej pory smutny Cal wypierał. - Mój... - nerwowo sięgnął po piwo. - Spotkałem go, tego typa, który był z mamą zanim... - słowo ojciec nie mogło mu przejść przez gardło. - Nazywa się Dodge i jest łysy i jeździ mugolskim smokiem. Łysy, rozumiesz?! To dlatego ten szampon... i on też powiedział... to znaczy chyba zasugerował... on chyba ma gdzieś, że zostawił mamie mnie. I ja też mam go gdzieś. Ale nie chcę wyłysieć. - zadecydował gniewnie. - No i... zepsułem mu tego mugolskiego smoka i chyba muszę honorowo napisać list, że zapłacę za naprawę, nie wiem. - zakończył swoją pijacką opowieść, z której Arthyen mógł wywnioskować tyle... na ile pozwoli mu nabyta w Rosji wytrzymałość alkoholowa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
19-03-2026, 15:48
Wyścig magicznej ropuchy i psa myśliwskiego ― pomysł tak niedorzeczny, aż godny zapamiętania. Przysłuchiwał się z papierosem przyklejonym do wargi, jakby był integralną częścią jego fizjonomii, czymś, co nie tyle palił, co pozwalał się powoli wypalać razem z resztkami cierpliwości. Diggory oczywiście bywał dumny jak paw na wystawie, zachwycony swoją menażerią, którą najwyraźniej traktował jak cud natury zamiast dowodu na to, że świat nie zna granic absurdu. Rozumiał wiele ― naprawdę wiele ― ale ropuchy pozostawały poza katalogiem rzeczy, które dało się obronić choćby cieniem logiki. Ot, śliskie, nadęte kreatury, których jedyną ambicją zdawało się być przeżycie kolejnego dnia bez większego sensu. Może dlatego tak dobrze wpisywały się w klimat pomysłu z przedsięwzięciem. Wypuścił dym powoli, z namysłem, oplatając nim przestrzeń, przykrywając farsę cienką warstwą iluzji, że jednak wszystko ma jakiś ukryty sens.
Nie miało.
― Darcy to, Darcy tamto… Niedługo będę musiał wpisać się na listę gości miesiąc przed spotkaniem, stary ― Zamówił coś mocniejszego ― dla nich, dla siebie, dla kogokolwiek, kto jeszcze miał odwagę twierdzić, że to wieczór warty zapamiętania. Najpewniej znowu odlecą, z niewyjaśnioną manierą porannego budzenia, jak dotarli do mieszkania na Nokturnie. Westchnął, regulując należność jeszcze na trzeźwości pełnej; znowuż połowa lichej wypłaty ministerialnej rozpłynie się w szkle i dymie, ale przynajmniej zostawały historie. A historie, nawet te najgłupsze, miały tę przewagę nad rzeczywistością, że można je było później opowiedzieć tak, by brzmiały lepiej, niż były w istocie. ― Nuuuda, może powinieneś jakoś pocieszyć dziewczę złaknione bliskości, hm? One to lubią, Ty zdobędziesz spokój ducha i wolną rękę w działalności gospodarczej ― dywagował, poszukując możliwość pogromu problemu, Darcy. Szwagierka z piekła rodem, a przynajmniej tak się mu rysowała jej kreacja, gdy Cal przestrzegał o zachowanie rozsądku. Myśl o tym, że ktoś dobrowolnie wikła się w interesy z kobietą, która z założenia ma być współtowarzyszką w biznesie, była dla niego równie egzotyczna, co wyścigi ropuch. Kto tak robił? ― Ты сегодня не в ударе, да? ― parsknął pod nosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek w pobliżu; dorosły facet, a potrafił poruszyć to czarne wnętrze. Udawać imigrantów? Takie kwestie miał już na koncie, ale jak przerobić w majowy wieczór białasa na araba? Wymagało to kunsztu kreatywności, najpewniej znajomości wgłębienia się w tajniki transmutacji. Bądź co gorsza, jakieś medykamenty, które z aniołka uczynią czarnego diabła. ― Przeciągaj samogłoski jak zdziwione dziewice, pomalujemy Cię czymś i będziesz arab jak z obrazka. Nie martw się, jak nie podryw na słodkie loczki, to na patologię imigracyjną.
Rozlał kolejkę, a całość przypieczętował żałosnym zapitkiem z dna kufla. No to teraz z grubej rury, pomyślał bez większego entuzjazmu, jakby właśnie podpisywał wyrok na własną trzeźwość, a nie wznosił toast. Miał oko ― zawsze miał ― i słuchał uważniej, niż ktokolwiek by mu przypisał, kiedy Caleb zaczynał się rozplątywać z własnych myśli. W bandzie półgłówków, kombinatorów i oportunistów, z którymi przyszło mu dzielić wieczory i resztki godności, Caleb był jednym z nielicznych, którym potrafił współczuć bez ironii, bez wewnętrznego komentarza, który zwykle podgryzał każdą odrobinę szczerości. Owszem, podrzucał mu pod nochal głupie pomysły, prowokował, rzucał wyzwania, które częściej kończyły się siniakami niż zwycięstwem ― taka już była ich wersja znajomości, pozbawiona finezji. Kłody pod nogi? Naturalnie. Ale krzywdy? Nigdy. Była między nimi ta niewypowiedziana granica, cienka jak cierpliwość urzędnika pod koniec zmiany, której nie przekraczał nawet wtedy, gdy wszystko inne zdawało się dozwolone.
― Facet obeznany w wiedzę o stworzeniach, zgubił się w lesie? Brzmi żałośnie… Może coś go zaatakowało, chociaż… Kurwa, nie miałeś takiej mocy sprawczej, taki był jego los. Tak przynajmniej prawią jakuckie babuszki, mające zwidy przez ziółka. Gdyby inaczej Cię traktował, nawet byś z kraju nie wyjechał ― mruknął, grzebiąc istnienie fajki w sfatygowanej popielnicy. Dlatego tym bardziej nie wiedział, co zrobić z ciszą, jaka osiadła na Calebie po stracie brata. Nie rozumiał jej do końca ― i może dobrze, bo zrozumienie wymagało wyobraźni, a wyobraźnia w takich sprawach była luksusem, na który rozsądni ludzie nie powinni sobie pozwalać. Sam nie wyobrażał sobie życia bez Varyi. ― Ktoś wam grozi? ― Jej, jemu? Wystarczyło by słówko, ech... Naprawdę przy aniołku łeb mu spadał na mierne struktury dna, by myśleć w tak kompleksowy sposób. Jednako zaraz kwestie powagi spadły poniżej ważności, gdy zwyczajnie parsknął śmiechem. No t już wiadomo, skąd tematyka łysienia. Znowu przed oczami miał kreację wyobrażenia tłuczka lecącego wzdłuż żył na skroni i zniczka, który nie miał, gdzie się ukryć. ― Ehem… Zapytałeś go... czy świecił glacą przed trzydziestką, czy zaraz po? Wiesz, aniołki to raczej nagością świeciły na dupie, niż na głowie…
Ogarnij się, powaga… skarcił się, jakby liczył, że rozsądek, przywołany półgębkiem, raczy łaskawie wrócić na swoje miejsce. Nie wrócił. Ominął wzrok kolegi, prychnął pod nosem ― tym razem nie tyle z rozbawienia, co z desperackiej próby zdławienia czegoś, co nie miało prawa wypłynąć na powierzchnię. Bo to już nie była zwykła wesołość. Pierdolona paranoja losu. Nieśmieszna komedia, która wywinęła fikołka.
― Aha. Mugolski smok? ― Diggory i jego spektakle byli wygodnym celem. Łatwym. Bezpiecznym. Można się było śmiać, można było kpić, można było udawać, że cały ten cyrk to najgorsze, co może człowieka spotkać. A przecież nie było. Wzdrygnął się nienaturalnie, widząc przed oczami kreację starego Borgina i jego manierę oceny zakutej w ciszę. Ojciec nie musiał być obecny, by być odczuwalny. Respekt zwieńczony między tkanki tak solidnie, że strachem było powiedzieć coś na głos. ― Kawał dziada i skurwysyna, wywaliłeś mu chociaż w pysk? Wiesz, forma zapłaty za brak zainteresowania i porzucenie Ciebie… Diggory, nie bądź ciapa! ― walnął go mobilizująco po plecach z zamachu, lejąc kolejną kolejkę na podsycenie w młodszym chęci do kreatywności. Mógł tak wiele: obronić swą godność i wyrównać rachunki. ― Powinieneś starego wykręcić jak szmatę do podłogi, a chcesz zapłacić za zepsucie zwierzaka! Włącz myślenie, według prawa powinien Ci jeszcze zapłacić z nawiązką. Twoja matka to też nie myślała… Piękna Pani, możemy poprosić o papier i coś do pisania? ― zwrócił się do ładniutkiej panienki, która walczyła zaciekle z szorowaniem do ideału umytych kufli. Piękna swoją drogą, ale to innym razem. Chociaż... Kreatywność to on sam miał dzisiaj dobrze ustawioną. ― Musisz przelać negatywne epitety, powiedzieć, co leży Ci na wątrobie. Jeśli odpowie niegrzecznie… Dorwiemy tego smoka, polowanie i zabijemy to ustrojstwo! ― pięknie podziękował za kawał pergaminu i pióro, całując szarmancko spracowane, acz nadal delikatne dłoni panienki. Gustownie podsunął tamtemu pod nochal, przybierając niemalże pieprzoną manierę profesorka od rozwiązywania problemów. ― Pisz… Drogi Tatusiu…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:31 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.