• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kent, Margate, Tir Eilean > Weranda
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
18-03-2026, 22:33

Weranda
Weranda znajduje się na tyłach Tir Eilean i stanowi integralną część budynku, przylegając do niego bezpośrednio. Zadaszona konstrukcja zapewnia schronienie przed deszczem i słońcem, dzięki czemu można tam spędzać czas niezależnie od pogody. Jej wyjątkową ozdobą są misternie zdobione ażurowe balustrady oraz łuki wykonane z kutego żelaza, które nadają całości rustykalny charakter. Jedynym umeblowaniem werandy jest niewielki stolik otoczony kilkoma krzesłami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
19-03-2026, 22:47
1 ― maja ― 1962


Nie tak odległy szum morza dosięgał werandy ― a przynajmniej Travers zwykle potrafił sobie to wyobrazić, kiedy wygodnie wspierał plecy o oparcie krzesła, wyciągał nogi przed siebie i nieśpiesznym ruchem nadgarstka wprawiał w ruch szklankę z ognistą.
Dziś nawet nie próbował.
Bo ilekroć fale zaczynały łapać właściwy rytm, coś uparcie wchodziło im w drogę.
Mokry, mlaszczący dźwięk spod stołu wracał z irytującą regularnością i nie dawał o sobie zapomnieć. Billy opuścił wzrok tylko na moment. Siwiejący na pysku pies, całkowicie pochłonięty własną łapą, wylizywał ją z godną podziwu konsekwencją.
― Przynajmniej tym razem nie liże sobie jaj ― skrzywił się lekko, unosząc spojrzenie na Leopolda siedzącego naprzeciwko, i sięgnął po srebrną papierośnicę ― rzadki dla niego rekwizyt, zastępujący zwykle wymiętą paczkę Dunhavenów, która nijak nie pasowała do Tir Eilean. ― Eddie ostatnio nie przestaje suszyć mi głowy o szczeniaka.
Poważnie rozważał tę opcję.
Pies uczył odpowiedzialności i cierpliwości, a dziewięć lat to wiek odpowiedni, żeby wzmacniać w chłopcu te cechy. Przynajmniej tak mu się wydawało. Odpalił papierosa za pomocą różdżki i zaciągnął się mocno gryzącym w gardło i płuca dymem, starając się zignorować dźwięki dochodzące spod stołu. Jego własna cierpliwość w tym momencie na pewno była wystawiona na próbę ― pies mocno nad nią pracował, testując, ile jeszcze mlaśnięć Billy wytrzyma, zanim szturchnie go butem―
―i tylko ta siwiejąca morda go przed tym powstrzymywała.
― Czytałeś o tej nowej ustawie? ― przeskoczył nagle z tematu na temat ― zupełnie jakby bał się, że ta myśl mu ucieknie, a przecież bawiła go mocno w kontekście właśnie Leopolda, choć nie powinna. Zwiększona kontrola ze strony Ministerstwa nikomu ― a zwłaszcza im ― nie była na rękę. Pociągnął lekko nosem, wpatrując się we Flinta z nietypową dla siebie uwagą. Po rządach szlamy można było spodziewać się wiele gówna, ale to przekraczało pojemność szamba. Władza ― i idąca za nią inwigilacja ― wyciągająca swoje łapy w stronę najznamienitszych rodów aż się prosiła, żeby te ręce upierdolić przy samej dupie.
Dokładnie to by powiedział.
Gdyby nie żarzący się popiół z papierosa, który oprószył mu się na spodnie.
Bardzo blisko krocza.
― Kurwa.
Strzepnął go gwałtownym gestem, aż pies przestał lizać opuszkę łapy i spojrzał na Billa z wyrzutem.
― Wybacz, stary ― uniósł obie dłonie w przepraszającym geście. Tak kończyło się zaczynanie politycznych tematów, zanim nie pękła pierwsza (albo druga) butelka. Pies chyba uznał to za zaproszenie, bo podniósł się z miejsca i położył smukły pysk na udzie Traversa, a ten podrapał go za miękkim uchem.
Mlaskanie ustało.
Szum fal rozbijających się o brzeg mimo to nie miał szans do nich dotrzeć, bo wpierw musiałby przedrzeć się przez głos Billa, który daleki był od kompletnej ciszy.
Nie dla niej teleportował się aż z Wyspy Wight.
― Ten pizdokleszcz Leach coraz śmielej sobie poczyna ― dodał z wyraźnie wyczuwalnym niesmakiem, kręcąc potarganą przez wiatr głową. Zerknięciem z ukosa upewnił się, że weranda wciąż znajduje się w zasięgu trzech par uszu ― w rodowych rezydencjach nigdy do końca nie było wiadomo, kto słucha.
Pozory czasami były ważne.
Oderwał dłoń od psiego karku, pozwalając, by ciężki łeb zsunął się z jego uda, i sięgnął po talię kart leżącą na stole. Papieros zawisł mu w prawym kąciku ust. Przecięty blizną kciuk oparł o tekturową krawędź, drugą ręką podparł spód, po czym wprawił karty w ruch ― pewny, mechaniczny i wyuczony do tego stopnia, że nie wymagał od niego uwagi. Papier zaszeleścił cicho, gdy karty zaczęły przesuwać się jedna po drugiej, układając się w nowy porządek pachnący sugestią.
Straty galeonów.
Lub wygranej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
22-03-2026, 16:33
Lubi okupywać werandę o tej porze - gdy jest zupełnie sam, wydaje mu się, że słyszy szum morza generowane przez fale uderzające wściekle o brzeg i krzykliwy pisk mew. Wyobraża sobie, że jest wówczas gdzie indziej - na otwartym morze, na łajbie Billy'ego, z dala od stałego lądu, domu i ojcowskich oczekiwań.
Dzisiaj nie ma ku temu odpowiednich warunków, swoje wyobraźnie musi zostawić na obrzeżach świadomości.
Zerka najpierw na charta, który z niejasnego powodu upodobał sobie towarzystwo Traversa, bo ilekroć Billy składał mu wizytę, tylekroć stary, emerytowany pies - jeden z ulubieńców stryja i weteran polowań - decydował się im towarzyszyć, chociaż zwykle, kiedy wuj przebywał poza terenem posiadłości, ukrywał się w suterenie, poza zasięgiem spojrzeń reszty domowników.
Ten pies kiedyś zdechnie i zauważymy to dopiero wtedy, gdy jego truchło zacznie śmierdzieć rozkładem, wyrzekła kiedyś jedna z ciotek, marszcząc z niezadowoleniem nosem. Ignatius nie przejął się dramatycznym wydźwiękiem jej słów; Leopold miał wrażenie, że kochał tego charta mocniej niż własne dzieci. Posunął się nawet o krok dalej; powiedział, że, jeśli zdechnie w przeciągu kolejnego tygodnia, to w niej ujrzy winowajcę tej tragedii.
- Zwykle jest nieufny wobec obcych, więc czuj się wyróżniony - parska Leopold, obracając szklankę ognistej w dłoni. – Zdaje, że niedługo jedna ze suk się oszczeni, więc to może odpowiedni moment, aby spełnić dziecięcą zachciankę?
Eddie to chyba najstarszy szczeniak Traversa, ale nie jest tego pewny; nie ma pamięci do imion jego potomków, chociaż widywał je wielokrotnie, podobnie jak jego małżonkę. O Teddy o wiele trudniej zapomnieć, chociaz spojrzenie ma równie chłodne, co norweskie noce. Nadal pamięta ten zimny dreszcz, jaki oblał jego ciało, gdy rozmawiał z nią po raz pierwszy - chłodny, ale też jednocześnie przyjemny.
Okoliczności - zarówno towarzystwo Billy'ego, jak i chart mlaskający pod stolikiem - nie sprzyjają tym myślom, a więc porzuca je na rzecz palącego podniebienie haustu Ognistej, która - ma nadzieje - podreperować swój podły nastrój, jaki zrodził się, gdy wpadł mu dzisiaj w ręce nowy egzemplarz proroka. Nieprzypadkowo, Leopoldine wcisnęła mu ten szmatławiec do rąk i wydała głosem nieznoszącym sprzeciwu krótki rozkaz - czytać.
Przeczytał i krew go zalała, gorączka złość wybuchła w trzewiach, oczy zwęziły się w szpary. Zacisnął palce na gazecie, mnąc ją pod palcami.
Wygląda na to, że to z tego powodu zawdzięczał wizytę Traversa - chciał go podręczyć, włożyć dłoń w otwartą ranę.
- Czytałem - mówi na pozór głosem spokojnym, jakby wypartym ze wszelkich emocji. – I stwierdzam, że kogoś permanentnie pojebało - werdykt jest krótki, treściowy i oczywisty, a dawno postawiona diagnoza właśnie została potwierdzona dolegliwościami klinicznymi; jedynym ratunkiem dlatego tego tak zwanego ministra jest oddział zamknięty Munga.
Opróżnia szklankę na hejnał. Alkohol zawsze wydaje się być niezbędnym dodatkiem do ich rozmów, ale dzisiaj potrzebuje go jeszcze bardziej niż zazwyczaj, przynajmniej póki troski, które chce zapić, nie nauczą się pływać.
Po rządach szlamy i dupoliza Dumbledore'a mogli spodziewać się wszystkiego, co najgorsze, ale Flint nawet w najgorszym scenariuszu nie zakładał, że ktoś tak jak on będzie kwestionował jego pochodzenie, za którym ukrywały się wieki historii, tradycji i obyczajów.
Echo dziecięcej satysfakcji wykrzywia jego usta w okropnym, pozbawionym zadowolenia uśmiechu, gdy popiół z papierosa spada na spodnie Billy'ego.
Zamiast odpowiedzieć na jego przeprosiny, rozlewa do szklanek whisky.
- Gdybym wiedział, gdzie mieszka, spaliłbym tą jego ruderę do gołej ziemi – rzuca nienawistnie, zaciskając mocniej palce na butelce; to samo napisał w liście do Manon. – Nie mam najmniejszego zamiaru dochodzić swoich praw na jego zasadach.
Odstawia butelkę, przypatrując się przez chwile, jak Billy z wprawą godną rasowego pokerzysty tasuje talię.
- Stawka taka sama co zawsze? - pyta dla porządku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 05-04-2026, 18:28 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.