• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Mokradła Szeptów (Suffolk)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 00:40

Mokradła Szeptów (Suffolk)
Położone z dala od głównych dróg, Mokradła Szeptów rozciągają się na południowych obrzeżach Suffolk. Gęste trawy, ciemne sadzawki i kołyszące się trzciny tworzą tu krajobraz, który zmienia się z każdą porą dnia. Grunt jest miękki i zdradliwy. Gdzieniegdzie wyłaniają się omszałe kępy, małe wyspy, na których rosną karłowate drzewa o powykręcanych gałęziach, leżą podłużne i zakrzywione kamulce. Mgła często spowija to miejsce o poranku i zmierzchu, snując się nisko nad wodą i wypełniając przestrzeń dziwnym niepokojem. Słychać w niej szmery, chrzęst zielska, pluski niewidocznych stworzeń. Mieszkańcy pobliskich wsi mówią, że miejsce „mówi” do tych, którzy wejdą zbyt głęboko. Słyszane głosy są czasem ciepłe i znajome, innym razem niosą ostrzeżenie lub próbują zwieść nieostrożnych. Miejsce to jest niebezpieczne i nieokrzesane. Mało kto zapuszcza się już w te tereny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
11-11-2025, 22:29
27 kwietnia 1962r.

Te nieodgadnione tropy wyraźnie prowadził na mokradła. Nigdy wcześniej nie widziałam takich śladów, nie należały do żadnego pospolitego w tych stronach stworzenia. Przemierzałam kolejne połacie terenu, ostrożnie stąpając po coraz miększym podłożu. Mocno zadrzewiony widok zaczynał się przerzedzać, tu było coraz mniej gałęzi i coraz więcej mgły, oddychałam wilgotniejszym powietrzem. Nie zbaczałam z obranego kursu coraz bardziej zaintrygowana naprawdę sporymi wgnieceniami w ziemi. Mój cel musiał być duży, wyraźnie samotny i silny. Na szlaku napotkałam pokruszone płaty kory i zupełnie złamane kije, więc śledziłam istotę bez wątpienia ciężką i zapewne niebezpieczną. Rzadko czułam podekscytowanie, ale zazwyczaj takie emocje wdzierały się do mojej duszy w trakcie polowania. Wszystkie inne obowiązkowo gasiłam, zanim zdołały się na dobre rozpalić: tak zostałam nauczona, miałam być stonowana, skupiona, nierozproszona i taka właśnie byłam. Lecz teraz z każdym krokiem serce schowane w piersi zdawało się łomotać donośniej, niemal w zgodzie z melodią upiornych szeptów, które to coraz namolniej zaglądały do moich uszu. Nie odwiedzałam często tych krain. Ostatnią wyprawę do Suffolk odbyłam w zeszłym roku wspólnie z bratem, złapaliśmy wtedy zdziczałego dwurożca. Nim wreszcie padł, użyliśmy aż czterech strzał. Przeraźliwe wycie stworzenia towarzyszyło mi później przez kilka dni, okazał się wyjątkowo agresywny. Trofeum z rogatym łbem zostało powieszone na ścianie w naszym domu. To był jeden z nielicznych razów, kiedy ojciec objawił zadowolenie i uhonorował nas. Wtedy jednak od początku wiedzieliśmy, czego szukamy, a teraz podążałam bez tej pewności, choć jakieś przypuszczenia cały czas majaczyły w moich myślach. Nauczono mnie jednak, by polegać na konkretach, dlatego żadnej niepewnej teorii nie dopuszczałam zbyt blisko. Przemierzałam lasy wciąż czujnie i starałam się nie przeoczyć żadnego szczegółu. Narastające mleczne opary nie ułatwiały rozeznania się w okolicy, coraz mocniej musiałam więc polegać na pozostałych zmysłach. Każdy dźwięk mógł być cenną wskazówką. Wreszcie wynurzyłam się z labiryntu wiosennych drzew i wkroczyłam na ponure bagna.
Choć zastałam z pozoru zwyczajny krajobraz, wiedziałam, że gdzieś tu czaił się zagadkowy stwór. Powoli przesunęłam spojrzeniem po wodnych wstęgach i oddzielających je kępach roślinności, widziałam skręcone nienormalnie gałęzie pojedynczych drzew, widziałam ostre i niezachęcające skupiska krzaków. Już przy pierwszym kroku uderzyła we mnie fala narastających szeptów. Po takim miejscu musiałam poruszać się mądrze, każdy błędny krok oznaczać mógł zgubę i zniweczenie całego przedsięwzięcia. Mnie zaś nigdy nie wolno było wracać z pustymi rękami. Od łatwych rozwiązań: jak na przykład unoszenie się na miotle ponad taflą wody, wolałam prawdziwe przedzieranie przez te mokradła, niezależnie od wysiłku i niewygody. Przy tej mgle z miotły mogłam przeoczyć kluczowe ślady.
Ruszyłam więc, zanurzając się w mule po kolana. Trzęsawisko przemierzałam cicho, unikając niepotrzebnego plusku czy szamotaniny z własnym ciałem. Rozdrabniałam wszystkie przyłapane dźwięki. Wciąż natrafiałam na tropy, które wyznaczały drogę niewiadomej bestii. Lecz w tym wszystkim było też coś jeszcze, coś zupełnie przyziemnego. Obecność człowieka. Ujrzałam go, słaby zarys, ale ruchomy. Znajdował się dwa tuziny kroków ode mnie, na jednej z niewielkich wysp. Co tutaj robił? Góra jego ciała się poruszała, ale nie zmieniał swojego położenia. Zastygłam, obserwując go przez chwilę. Dopiero potem zmusiłam ciało do kolejnych kroków, bo już wiedziałam, jaki jest powód tego dziwnego przywiązania. Nie zastanawiałam się, kim był i co tutaj robił, ale mogłam ocenić prędko, że stał się czyjąś ofiarą. Wpadł prosto we wnyki i najwyraźniej nie potrafił się uwolnić. W zupełniej ciszy podeszłam bardzo blisko, szacując, że jego stan świadczył o bezbronności - nie zagrażał mi. Podniosłam głowę, by przyjrzeć mu się lepiej, a wtedy moje oczy wyłowiły obraz, który przecież nie mógł się powtórzyć na angielskiej ziemi. Przypominał norweskiego trenera z naszej szkoły, choć nie był tak dobrze zbudowany jak on. Podobieństwo wydało mi się wręcz niespotykane, zupełnie jakby upiorne bagna postanowiły wpędzić mój umysł w pułapkę i już nigdy mnie stąd nie wypuszczać. Dlatego wcisnęłam palec w jego pierś - potrzebowałam upewnić się, że nie był magiczną iluzją, figlem moich zmysłów. Ciało jednak wydawało się zupełnie prawdziwe. Przykucnęłam tuż przed nim i popatrzyłam na wciśniętą w zatrzask stopę. Miał pecha. A jego krew wkrótce zachęci żyjące tu stworzenia. Przytknęłam różdżkę do mechanizmu. Żelazne blokady przestały wbijać się w jego nogę. Wstałam i znów spojrzałam mu w oczy.
– Odejdź. Nie jesteś tu bezpieczny – powiedziałam cicho, choć nie do końca wierzyłam, że będzie potrafił się stąd wydostać samodzielnie, skoro nie poradził sobie z pozostawionymi przez myśliwych wnykami. Chciałam go jednak ostrzec. Gdzieś tutaj znajdowało się coś, czego jeszcze nie potrafiłam nazwać, ale zanotowałam już wystarczająco wiele informacji, by spodziewać się trudnej walki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
13-11-2025, 19:14
Długie cienie nocy spowijały miasto, gdy do Departamentu dotarło zgłoszenie i wylądowało na jego biurku - zwiastun grozy i jednocześnie obietnicy, który podsycił w nim płomień ciekawości, leniwie żarzący się pod skorupą obowiązku. Ledwo świt odgonił resztki snu, a Wulfric wyruszył na mokradła i nie był w stanie zdiagnozować czy to obowiązek pchał go naprzód, czy nadal te ochłapy młodzieńczej brawery, które tak często szeptały mu cichym głosem podświadomości do ucha, że każde miejsce, w którym człowiek boi się postawić stopę, kryje prawdę wartą poznania.
Wypatrzone przez niego tropy nie były podobne do niczego, co wcześniej spotkał na swojej drodze, mógł je porównać do niezrozumiałego, kaligraficznego pisma wyrytego na bladej skórze ziemi. Grzęzawisko, po którym stąpał, poddawało się pod ciężarem jego kroków i miał niejasne przeczucie, że to tylko kwestia czasu, kiedy pogrzebie go żywcem, pochłaniając wgłęb ziemi. A atmosferę grozy podtrzymywała mgła, wijąca się wokół, tak gęsta jak pajęczyna tkana przez niewidzialne, ukryte w iluzji akromantule, a drzewa, wyłaniacie się za jej mlecznobladej kurtyny, upodobniły się do stężałych sylwetek żałobników podążających za orszakiem śmierci lub wprost w jej zimne objęcia, bowiem wszystko, na czym zatrzymywało się jego spojrzenie, wydawało się być w tej ciszy martwe, nawet ona sama, potęgująca wzbierające się nim napięcie. Gdzieś na granicy słyszalności kłębiły się szepty, słyszał je wyraźnie w szumie wiatru; jedna z legend, która oblepiła te miejsce, mówiła, że należały do niespokojnych duchów. Nie miał przecież żadnych wątpliwości ,że te bagna wchłonęły wiele ludzkich, zbyt upartych, by zawrócić istnień, które teraz kuliły się pod powierzchnią grzęzawiska; zajdzie się wśród nich, zbyt bunty, przesiąknięty trucizną ambicje, by zawrócić?
Podskórnie przeczuwał, że ta ekspedycja może okazać się jego klęską, lecz odsuwał te myśli od siebie, a one odnajdowały schronie z tyłu głowy. A mimo tej świadomość, ignorując próbujący dojść do głosu instynkt samozachowawczy, szedł dalej, krok, za krokiem.
Drzewa, które kiedyś tworzyły gęsty las, teraz ustępowały miejsca martwym konarom, przypominającym porozciągane kikuty ludzkich dłoni wyciągnięte ku niebu w geście kapitulacji. Zatrzymywał się raz zarazem, przenikając wzrokiem przez pajęczyny mgły, a jego oddech raz zwalniał, raz przyspieszał, jakby powietrze próbowało nawiązać kontakt z tężejącym gdzieś pod sercem lękiem. Instynktownie zacisnął dłoń na różdżce, dostrzegając, że w ziemi widniały głębokie, nieregularne wgniecenia. Pochylił się, aby je dokładniej przeanalizować i wybrać właściwy kierunek. Kawałek dalej znalazł pokruszone płaty kory i połamane drzewa — ślady, która zostawić mogła istota pokaźnych rozmiarów. Choć nauczony tłumić emocje, zabijać je w sobie, zanim go sięgnęły i kroczyć tylko za konkretem, sugerując się zimnym żelazem logiki, tym razem nie potrafił zignorować tego, że serce biło mu głośno, niemal w rytmie ponurych szeptów, które niczym widma krążyły wokół niego, splatając świt z ciemnością i jawę ze snem.
Broczył w mule, czując jak osiada w nim wstręt, przybierający niemal fizyczną formę; ślizga się po karku i wślizguje pod ubranie, sprawiając, że mimowolnie się wzdryga, ale nie zrodziła się w nim przez to myśl, by się wycofać. Nie, gdy czuł, że znajduje się tak blisko celu.
Było w tym więcej niecierpliwego oczekiwania, niż strachu, który chociaż próbował, nie zmusił jego ciała do drżenia, nie zamknął też w paraliżu jego mięśni. Czuł jednak ,że mokradło nie wybaczą mu pomyłki. Nie było tu miejsca na potknięcia — każdy krok mógł sprawić, że upadnie i już się nie podniesie. Powrót z pustymi rękami oznaczało porażkę, a on nie mógł sobie na nią pozwolić. Instynkt tropiciela, ten niewrodzony, a nabyty podczas licznych wypraw, kazał mu polegać jedynie na faktach, więc wszelkie domysły trzymał na dystans, choć ich cień sunął za nim i nie chciał go zostawić.
Zaoferowany widokiem nowego tropu, pozostawił nieostrożnie kilka korków i wtedy, czując jak stalowe zęby zaciskają się na jego noce, skonfrontował się z boleścią rzeczywistości, tracą równowagę. W chwili, w której ostry ból przeszyło jego nogę zdławił krzyk w otworze krtani, dopiero dziesięć gwałtownych uderzeń serca później orientując się, że dotychczas palce zaciskające się na różdżce, teraz ściskały powietrze. Powiódł spojrzeniem po mokrej glebie, próbując ją namierzyć, lecz jego wzrok mimowolnie zatrzymał się na źródle jego problemów i dopiero teraz dotarło do niego, że wpadł we wnyki. W ramach odpowiedzi na to odkrycie, nadal znajdując się w sidłach adrenaliny, szarpnął nieco bezmyślnie nogą, co tylko podwoiło ból. Syknął, pozwalając, by w głowie ukształtowała się paniczna myśl, że, aby wydostać się z pułapki, musi podważyć wnyki, lecz zaraz po tym, jak się materializuje, wyczuł ruch nieopodal i podniósł głowę. Jego oczy napotkały po drodze kobiecą, zasnutą mirażem spokoju twarz. Chciał zapytać kim jesteś, lecz głos utknął mu w gardle. Chwile później, która wydała mu się wiecznością zamkniętą w minucie, wnyki przestały trzymać w imadle jego stopę, ale ból, jaki poczuł, w momencie kiedy ich zęby się rozerwały, sprawił, że z głębin jego gardła wydarł się spazmatyczny jęk. Krew, która wypływała z rany, była jak zaproszenie dla ukrywających się w półmroku istot. Nie myślał jednak o tym, skupiając się na swojej wybawicielce.
- Dlatego nie mogę stąd odejść, lecz ty powinnaś - wyrzęził, a jego słowa częściowo zakłócał przyśpieszony oddech. - Dziękuję.
Objął ją spojrzeniem; kim była? Zwabiło ją tu to samo co jego - niecodzienne tropy wymagające natychmiastowej uwagi?
- Mokradła Szeptów nie znajdują się na mapie żadnego turystycznego szlaku - w zasadzie powinni być objęte zakazem wstępu, dodał w myślach. – Co cię tu sprowadza? - jak na kogoś, kto jeszcze przed chwila kulił się z bólu - nadal go czuł, promieniował z lewej stopy, ale póki trwał bezruchu, był w stanie zdzierżyć go bez stęknięcia - głos miał twardy, pewny. Nie silił się na grzeczności i zbędne kurtuazje; nie były zarezerwowane dla takich miejsc jak te, gdzie gdzieś tam, w głębi mokradeł, czyhało cos, czego nie powinno tu być.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
16-11-2025, 12:21
Nigdy nie powinien się tu znaleźć – co dobitnie zdawała się manifestować kapiąca z rany krew. Ziemia, choć już mocno nasączona, chętnie połykała dowody jego udręki. A jednak on bez zawahania zignorował moje ostrzeżenie, informując absurdalnie o moich powinnościach. Nie był kimś, kto miał prawo decydować o obieranych przeze mnie drogach, nie był głosem, któremu mogłam się podporządkować. Gdy przełykał ból, gdy oddech zdradzał jego cierpienie, przyglądała się temu bez śladów poruszenia, bez ruchu wyrażającego zgodę na to, co właśnie zasugerował. Twarz zupełnie pusta, nieodgadniona. Nauczono mnie patrzeć i nie zdradzać własnych myśli. Choć gdzieś niedaleko czaiła się bestia, my mierzyliśmy się z wzajemną akceptacją niebezpieczeństwa tej sytuacji. Tylko że ja pojmowałam powagę sprawy i ja nie miałam łydki podłubanej przez metalowe kolce. Jego bolało, wyrażał to aż nazbyt wymownie. Znałam wagę podobnych uszkodzeń. Zdarzyło mi się znaleźć w dokładnie takiej sytuacji jak on, odczuć torturę metalu dziurawiącego skórę. Ale to było dawno temu. Gdybym ponownie wpadła we wnyki, uczucie dobitnej porażki stałoby się znacznie podlejsze od fizycznych niedogodności.
- Wiem, co robię – odpowiedziałam dość spokojnie. Choć obejmowałam go okiem, wciąż czujnie wychwytywałam znaki z otoczenia. Pojedynczy szelest mógł być cenną informacją, zapowiedzią nadejścia wielkiego zwierza. Tylko że ja umiałam z nimi walczyć. A on? Co potrafił? Mógł być zupełnie przypadkowym wędrowcem, to tłumaczyłoby utkwienie w pułapce na środku trzęsawiska. Mógł być też kimś, kto uparcie szukał czegoś, z czym nie będzie w stanie się zmierzyć. Nie wyglądał mi na łowcę. Leśnikiem też nie mogłabym go nazwać. Więc kim był?
- Nie interesują mnie turystyczne szlaki. – Moje wyprawy nigdy nie były dyktowane potrzebą podziwiania nęcących krajobrazów. A mój łowiecki uniform i obecność kuszy zdawały się dobitnie opowiadać światu, kim mogłam być. Lecz mimo to padło kolejne pytanie. Długo nie odpowiadałam, wciąż stojąc naprzeciw, ledwie metr od niego, z tym zastygłym, posztywniałym ciałem i wzniesioną nieco ku górze brodą. Czy to oznaczało, że on znał mapę tych ziem? Nieobce mu były te tereny? Dyskusja była stratą czasu. Zapach krwi prędko rozpłynie się po tym bagnie, zapraszając do nas nie tylko potwora, którego tropiłam. Tu żyło znacznie więcej stworzeń. – Ciebie sprowadziła tu śmierć – odpowiedziałam dość ponuro. W duchu zaczynałam czuć rozdrażnienie. Przez niego mój pochód za obiecującym tropem zakończy się niepowodzeniem. Bestia zawsze wybierze jego, zaś jeśli pójdę razem z nim, zastaniemy ją za swoimi plecami. Szybciej, niż mógłby sądzić.
Ponownie zgięłam kolana. Pozwoliłam im wbić się w porośniętą obficie glebę, opadłam tuż przed nim. Wyjęłam nóż z zakamarków okrycia. Był niewielki, ale odpowiednio ostry. W czasie walki nie zawsze różdżka tkwiła w mojej dłoni, nie zawsze mogłam liczyć na magię. Rozcięłam kawałek materiału jego spodni. Bez słowa. Popatrzyłam na soczystą czerwień wydobywającą się chętnie z ciepłego ciała. Ta rana w tych okolicznościach oznaczała zgubę nie tylko dla niego. Z torby wyjęłam zaczarowany bandaż. Długie i pełne również nieprzyjemnych przygód wyprawy nauczyły mnie, że warto nosić ze sobą coś więcej niż tylko zapas bełtów. Nie miałam w tym zakresie większej wiedzy, ale skoro obwiązywałam swoje kończyny, to samo mogłam zrobić i jemu. Inaczej kropla po kropli będzie głośno opowiadał lasom o dokładnej ścieżce swej wędrówki. Zrobiłam to, po prostu obwinęłam tkaninę wokół rozciętego miejsca na skórze, dość mocno. Nie odbyłam żadnych właściwych nauk w tym względzie, uczyłam się sama. Natenczas musiało wystarczyć. Krew nieznajomego poplamiła moje rękawice, ale tego nie mogłam uniknąć.
– Nie chcesz dziś umierać – zakomunikowałam, wstając powoli z kolan. – A ja muszę znaleźć bestię, nim ona znajdzie ciebie – dodałam, niejako z opóźnieniem karmiąc go informacją, po którą przecież spróbował sięgnąć już wcześniej. Właśnie po to tutaj byłam, właśnie dlatego weszłam aż na środek bagna. By znaleźć istotę, która nieodszyfrowanym kształtem odciskała w ziemi swoją drogę. Strasznie chciałam wiedzieć, z czym mam do czynienia. I wiedziałam, że nie zatrzymam swoich bełtów, gdy wreszcie spojrzę jej w oczy.
Póki co patrzyłam wyłącznie na niego. Ponad naszymi głowami pohukiwały ptaszyska, w oddali coś cicho plusnęło, ale senne mokradła wydawały się wciąż jeszcze dość niewzburzone. Poszukiwane stworzenie musiało być w znacznej odległości od nas. Albo znajdowało się pod wodą. Odeszłam kawałek od niego i postanowiłam się rozejrzeć po terenie. Gęsta mgła znacznie utrudniała możliwość złapania dobrego tropu, dlatego ponownie przykucnęłam tuż przy brzegu wodnego pasma. Przyjrzałam się mętnej toni, przyjrzałam się odciskom widocznym w mokrej ziemi. Bagna wydawały się niemożliwie wręcz senne. Wszystko stało w miejscu. Utknęliśmy w ciszy własnych oddechów, ślepi i jednocześnie osłonięci mglistym parawanem. Miałam pewne podejrzenia i wcale mi się one nie podobały. – Ty wiesz, co to jest? – spytałam wciąż skoncentrowana na analizowaniu podłoża. Nie łudziłam się, że posiadał taką wiedzę, ale może jakimś cudem wcale nie był zagubionym podróżnikiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
26-11-2025, 20:08
Wiem, co robię, powiedziała, a on na moment zogniskował na niej swoje spojrzenie.
Jej głos, choć cichy, miał w sobie stanowczość, której nie spodziewał się po kimś tak młodym. Chciał polemizować. Przecież życie nie nauczyło jej jeszcze tylu rzeczy, a świat, który znała, był zapewne zbyt wąski, by pozwolił jej wypowiadać takie słowa z pełnią przekonania. Była przecież jeszcze taka młoda. Co mogła wiedzieć? Lecz mimo to wydawała się niezwykle pewna swoich słów, jakby nosiła na swoich barkach przeszłość cięższą niż jej wiek. I równie zdeterminowana, by nadal tu być, bez względu na wszystko, co ich tutaj sprowadziło. W jej spojrzeniu tliło się coś, co znał aż za dobrze – upór.
Chciał coś powiedzieć. Wyrazić swój sprzeciw, rzucić w nią kilkoma argumentami, które miałyby ją przekonać, by wracała, skąd przyszła. Wskazać, że to nie jej miejsce, nie jej czas, ale ból, nagle pulsujący, skutecznie zagłuszył jego umiejętności werbalizowania myśli. Zacisnął zęby, sekunda po sekundzie uświadamiając sobie, w jak bardzo beznadziejnym położeniu się znalazł. Każde tchnienie, każda próba wykonania ruchu bolała, przypominając mu, jaką nieostrożnością się wykazał – jakby chciał podłożyć dłoń po wrzątek, w nadziei, że na skórze nie pozostaną ślady po oparzeniu. Uświadomiła mu to boleśnie.
Ciebie sprowadziła tu śmierć, sprawiło to, że serce zabiło mu w piersi gwałtownie, boleśnie obijając się o żebra. W pakiecie pojawił się nieprzyjemny dreszcz, który zbiegł wzdłuż kręgosłupa, wdarł się pod skórę, aż do samych kości, rozlewając falę lodowatego chłodu po całym ciele, sprawiająca też, że nawet oddech wydawał się cięższy, bardziej obcy.
Jeden haust powietrza później uświadomił sobie, że być może właśnie tego tu szukał – śmierci. Bo przecież od dawna, odkąd Millicent odeszła, czuł się niekompletny, martwy. Jakby nie miał już dla kogo żyć, dryfując bez celu w pustce codzienności. A przecież była jeszcze jego córka, Eleonora. Ona, drobna jak promyk światła przedzierający się przez gęste chmury zwątpienia. I choć wiedział, że powinien dla niej starać się żyć, to cień Millicent wciąż kładł się na jego duszy, odbierając barwy temu, co pozostało.
Nie powinien tu przychodzić. Nie bez przygotowania, nie sam, bez wsparcia i planu. Sam jeden, w pojedynkę, rzucając się na łaskę i niełaskę własnych demonów. Nie powinien tu biec na złamanie karku, tylko po to, by poczuć cokolwiek – ból, strach, drżenie, by na chwilę znaleźć się blisko zagrożenia, by poczuć się bardziej żywym niż martwym. Każdy krok, każde westchnienie niosło ze sobą ryzyko, a on przyjmował to ryzyko jak zmarznięty człowiek przyjmuje ciepło ognia, nie bacząc na oparzenia. W tej samotności, w tym, jak adrenalina zagłuszała zdrowy rozsądek, szukał choćby odrobiny sensu. Wiedział, że to nie jest właściwe. Wiedział, że nie powinien wystawiać się na niebezpieczeństwo dla samego uczucia, dla ulotnej iskry, która na moment wypełniała jątrzącą się jak ropiejąca rana w sercu pustkę, ale wewnętrzny głód, potrzeba przełamania otaczającego go mroku, była silniejsza niż podpowiedzi rozumu, jakby tylko tu, w cieniu śmierci, mógł poczuć puls życia. Wnyki jednak pokrzyżowały mu te plany. Wnyki i nieznajoma.
Na początku był zbyt zamroczony bólem, by dostrzec, z kim ma do czynienia, lecz, gdy przed nim uklękła, zorientował się, kim była. Kusza stanowiła odpowiedź na wszelkie jego wątpliwości, ale także stanowiła potwierdzenie tlących się w nim przeczuć.
Mieli zborny cel. Oboje zjawili się tu, by wytropić bestie (i pozbawić jej życia). To ostatnie kolorowała się obszarze jego umysłu od czasu, kiedy zdał sobie sprawę, że zjawił się tu bez żadnego przygotowania, bowiem jej słowa - ciebie sprowadziła tu śmierć - były nadal obecne.
- Jesteś kłusowniczką? – wypalił. Nie łowczynią. Nie myśliwym. K u s o w n i c z k ą. Walczył z nim długo. Poświecił na to szmat czasu. Kawałek swojej kariery, aż w końcu nie dopadło go zawodowe wypalenie. Kiedyś czuł wobec nich wstręt, lecz obecnie nie mógł wykrzesać z siebie nawet tego. - Ty zastawiłaś te wnyki?
W pierwszej chwili, gdy już miał pewność do czego dążyła, chciał zaprotestować, ale głos wycofał się w głąb korytarza krtani. Przypatrywał się jej poczynaniom, aż do momentu, gdy nie padło nie chcesz dziś umierać, które w połączeniu ze spokojem jej w głosie zabrzmiało złowieszczo.
Skąd wiesz, może właśnie tego chce?
- Łączy nas jeden cel - jego głos był rzeczowy, pozbawiony wcześniejszego tonu zwątpienia i częściowo wyprany z emocji. Musiał się od nich desperować, by zmusić się do racjonalnego myślenia. - Podejrzewam, że skoro tu jesteś, znasz się na swoim fachu i skoro już krwawię, wykorzystaj mnie, jako przynętę. Cokolwiek tutaj się zalęgło, musimy to zneutralizować.
Czując na sobie jej spojrzenie, pozwolił, by ich oczy spotkały się w jednym punkcie. Liczył, że odnajdzie tam zrozumienie, lecz, gdy bez słowa oddaliła się na odległość metra, sam rozejrzał się, tym razem w poszukiwaniu różdżki. Znalazł ja w końcu, częściowo zanurzoną w błocie. Podszedł ku niej, czując urwany ból w nodze, lecz tym razem nie zamanifestował swojej bolączki. Zniósł bólem z manierą człowieka, który się z nim oswoił. Sięgnął po magiczny artefakt i chwile później zacisnął na niej palce, upewniwszy się, że nieznajoma nadal znajduje się w zasięgu jego wzroku. Nie musiał, bo jej pytanie przecięło ciszę i odnalazło drogę do jego uszu.
Nie od razu był gotowy przedstawić jej jedyna prawdę, jaką znał. Przez chwile się zawahał, rozważał za i przeciw, obracał w głowie każdą jedną myśl, która wytworzyła się pod sklepieniem czaszki, monitorując, być może niezbyt uważnie bo nadal towarzyszyło mu rozkojarzenie, jeden z przesmyków między drzewami.
Chciał powiedzieć krótkie "coś, czego nie powinno tu być", lecz zasługiwała na szczerość. Wyciągnęła ku niemu pomocna dłoń. Uratowała go dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy wyswobodziła jego nogę z żelaznych zębów. I po raz drugi, gdy założyła w miejsce okaleczenia prowizoryczny bandaż. Miał wobec niej dług wdzięczności, który stale się pogłębiał i wolał go spełnić jak najszybciej. Nie lubił ich kolekcjonować. Nie lubił poczucia, że jest coś komuś winien.
Wypuścił nieco gwałtowniejsze powietrze z płuc; oddech już się unormował, nie nabierał go łapczywie, klatka piersiowa unosiła się i upadła swobodnym tempem.
- Podejrzewam, co to może być - powiedział w końcu, nawet na nią nie zerknąwszy. Jego wzrok był zainteresowany tym, co ich otaczało. W mroku bagien czaiło się zagrożenie, które mogło przesądzić o długości ich życia. Nie chciałby przeoczyć momenty, gdy się do nich zbliży. – W okolicy znaleziono kilka niedojedzonych elementów tutejszych fauny z charakterystycznym obrażeniami, które mogło pozostawić jedynie stworzenie o podobnej budowie szczeki, co wilk, lecz znacznie mocniejszych, a świadkowie słyszeli nocą wilkołacze wycie, mimo iż do pełni daleka droga. Wszystko wskazuje na to, ze to bagnowyj. Problem w tym, że zamieszkają głównie bagna w Luizjanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
13-12-2025, 22:15
Robiłam to, co było niezbędne dla poprawy naszego położenia. Również jego, bo w tej sytuacji obecność kogoś między łowcą i zwierzyną mogła zniweczyć wszelkie trudy, a na to nie było miejsca. Wychodziłam, by zrealizować cel i ten cel też każdorazowo musiałam złapać. Nie było mowy o porażkach, nie było mowy o wracaniu do domu z pustymi rękami. Ojciec nazbyt dobitnie pokazywał mnie i mojemu bratu, jak wielką ujmą pozostawało nieudane polowanie. Kiedy mu się przyglądałam – temu nieznajomemu – widziałam, jak ciało przełyka ból i rosnący dyskomfort. Czy był zahartowany? Czy radził sobie z takim obciążeniem? Pospieszny osąd nie przyniósłby mi żadnych bliskich prawdzie wniosków. Myśliwy swoje obserwacje prowadził długo, zanim dochodziło do konfrontacji. Z ludźmi jednak było inaczej. Oni pozostawali trudniejsi do pojęcia, zaszyfrowani w emocjach i intencjach. Droga do nich prowadziła mnie niejednokrotnie przez liczne przeszkody. Wciąż uczyłam się między nimi lawirować. Już teraz jednak dopatrywałam udręki w szybciej wznoszącej się klatce piersiowej, w mięśniach znacznie zaciśniętych. Co bardziej go zadręczało? Rana czy świadomość obecności niebezpiecznego stworzenia gdzieś naprawdę blisko? Tego nie wiedziałam. Nie czyniłam większych wysiłków, by szukać w nim powodów – a już na pewno nie zadawałam zbędnych pytań. Patrzyłam na człowieka większego ode mnie, lustrowałam go kawałek po kawałku, pozostając w ciszy, dzieląc uwagę między niego i zmieniające się otoczenie.
Bo przez cały ten czas zadaniem moim było skuteczne wyłapywanie i interpretowanie zmian w otoczeniu. Drobny dźwięk mógł okazać się naszą wspólną klęską. Początkiem batalii, która z pewnością już wkrótce rozpęta się na tym bagnowsku. Mierzenie się z potworami pozostawało przecież sensem mojego istnienia. Moją drogą, moją wieczną misją. Niczego innego nie miałam. Już wkrótce kusza powinna błysnąć widmem śmiercionośnego ostrza, zgodnie z moją wolą. Ciało mimowolnie zaczynało się napinać, mijały chwile wzmożonej czujności.
- Myśliwym – odezwałam się cicho. Poprawiłam go, bo nie odpowiadało mi użyte przez niego słowo. – To nie są moje metody – zareagowałam na kolejne pytanie. Od wnyków wolałam strzały. Te wygrywały z każdą pułapką i z każdym magicznym sposobem. Choć to również czarami nasączone było moje narzędzie. Nie ustawiałam jednak blokad, nie łapałam w potrzask, choć znałam ludzi, którzy wybierali ten sposób dorwania stworzenia. Musiałam to umieć, musiałam wiedzieć, jak się to robi, ale tylko tyle. Konający przez dłuższy czas zwierz tracił przecież na wartości, zanim zjawił się po niego kłusownik. Moje łupy pozostawały świeże, uśmiercone w odpowiedni sposób. Padające prędko. To lepsze od męczarni i wykrwawiania się. Metody na wrogów nie sprawdzały się w polowaniu.
- Tego nie wiesz – zareagowałam na jego dość konkretnie wygłoszony wniosek. Zupełnie jakby towarzyszyło temu absolutne przekonanie. Owszem, interesowała nas ta sama bestia, lecz zamiar co do niej mógł być przecież różny. Chyba że… – Ty chcesz go zabić. Co stanie się potem? – Najpierw nie zapytałam, prędzej stwierdziłam, uważnie przyglądając się nieznajomemu, który nijak nie wyglądał mi na tropiciela. Jak więc zamierzał tego dokonać? Słuchałam jednak dalej. Zneutralizować. W odmętach myśli zapisywały się, uzupełniając moje informacje o tajemniczej osobie. Nie interesowało mnie łowienie z pomocą przynęty. Byłam samotnym myśliwym. Wykorzystaj mnie. Gdybym na to pozwoliła, potwór pożarłby go w dwóch skokach. – Mówiłam. Nie chcesz dziś umierać – powtórzyłam beznamiętnie, odmawiając w ten sposób. Ten pomysł nie mógł przynieść niczego dobrego. Choć jego los był mi obojętny, trup przy moim znalezisko byłby zdecydowanie zbędną komplikacją. Śmierć człowieka nie kończyła się bez echa tak jak śmierć zwierzęcia. Jego plan nie miał szansy na realizację. – Co potrafisz? – zapytałam więc zupełnie poważnie, chcąc poznać atuty niechcianego towarzysza. Skoro już chciał się przyczynić do ubicia tego istnienia, niech powie, jakie są jego możliwości. Nie widziałam przy nim żadnego użytecznego oporządzenia. Był ranny, osłabiony, spowolni mnie.
Znów miał w dłoniach różdżkę. Być może była to jego jedyna siła, jedyna odpowiedź na niedawne pytanie. Wolałam, by ją miał, nie spodziewałam się, że wzniesie ją przeciwko mnie. W tych okolicznościach – gdy mimo częściowej niedyspozycji wciąż chciał dobić stworzenie – wątpiłam w jakiekolwiek wrogie zamiary względem mnie. Pozostawaliśmy tu sami, w pełni świadomi zbliżającego się zagrożenia. Nie uszło mojej uwadze, że zastanawiał się zbyt długo. W tej ciszy otoczenie zdawało się przemawiać, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wznosząca się ponad ziemią mglista powłoka urosła, mocząc natrętnie nasze istnienia w swej bieli. Tętniące życiem mokradła co jakiś czas podsuwały szelest.
On mówił, podczas gdy ja wciąż trwałam z okiem zatopionym w mdłej sadzawce. Za ucho schowałam pasmo włosów, zupełnie jakby ta zasłona przeszkadzała mi w dobrym nasłuchiwaniu. Pozwoliłam palcom odcisnąć ślad w rozmiękłym podłożu. Ziemia niekiedy zupełnie rozpadała się już przy drobnym nacisku. Każdy ruch musiał być wyważony. On zaczął mówić, gdy nie patrzyliśmy sobie w oczy. Kim ty jesteś? Zadane w myśli pytanie nigdy nie opuściło ust. Zastanawiałam się, skąd miał taką wiedzę, jak długo szedł tym tropem, dlaczego znał zeznania świadków. Gdy skończył, wyprostowałam kolana i przekręciłam ciało ku niemu. Nie okazałam zaskoczenia czy strachu na wieść o rozwiązaniu zagadki. – Uciekł z transportu albo wymknął się kolekcjonerowi. Będzie niespokojny i żądny krwi – podzieliłam się moimi wnioskami. Przyjmowałam tezę o bagnowyju, nigdy dotąd nie spotkałam żadnego, ale słyszałam o nich. Wiedziałam niewiele, on wyraźnie więcej. Spodziewaliśmy się wielkiego wilka, głodnego, zbiegłego z niewoli, wsadzonego w nieznany teren. To morderca.
Naprawdę chciał być przynętą?
Wtenczas wybrzmiał potworny, wyjątkowo głośny dźwięk. Obietnica śmierci zdawała się skutecznie podrażnić uszy, wdzierając się brutalnie do do każdej, nawet najmniejszej myśli. Wiedziałam, co to oznaczało. Już nie musieliśmy szukać bestii. To ona znalazła nas. - Uważaj! - zawołałam w tej jednej sekundzie, która nam pozostała. Dopóki nie zawarczał, musiał poruszać się niemal bezszelestnie. Co jeszcze potrafił?


1 - Bagnowyj wyłania się z wody z charakterystycznym pluskiem i staje między nimi Jest agresywny, ale najpierw unosi łeb, by zawyć.
2 - Bagnowyj wyłania się z wysokich traw i mknie prosto na Varyę.
3 - Bagnowyj wyłania się z lasu i bardzo szybko pokonuje drogę do nich. Rusza w kierunku Wulfrica.
1x k3 (Bagnowyj):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
31-01-2026, 22:23
Ciebie sprowadziła tu śmierć – te słowa, niczym złowrogi refren, wciąż odbijały się głuchym echem od ścian jego czaszki, rozwibrowując w nim nieznośny rezonans, który zmuszał, by zaciskał palce jeszcze mocniej na chłodnej rękojeści różdżki. Czy to właśnie dlatego przybył tu dzisiaj, choć miał pełną świadomość, że w ciemności czyha coś, czego lepiej nie budzić? Może ciągnęła go tu zawodowe zobowiązanie, lecz ponura, lodowata perspektywa śmierci, która niczym wybawienie obiecywała kres bólu i zakończenie udręki, z którą mierzył się już niemała od roku. Wszak żródło tego, co najbardziej go dręczyło, nie znajdowało się w otoczeniu, ani świadomości zagrożenia, lecz tkwiło w nim, głęboko ukryte pod skórą, między drugim a trzecim żebrem, tam, gdzie czasem czuł dotkliwy, fantomowy ból, podobny do tego, jaki pojawia się, gdy nóż przecina tkanki, mimo iż żadne ostrze nigdy nie pozostawiło tam blizny.
Nie musiał uzupełnić swoich myśli, bo przestrzeń wypełniły jej słowa. Otoczył ją uwagą swojego spojrzenia, a na jego czoło wstąpiła zmarszczka, która jedynie pogłębiła bruzdy, jakie tkwiły tam wcześniej, gdy go poprawiła, jakby nazwanie ją kłusownikiem godziło w jej dobre imię, chociaż nadal go nie poznał, on też się nie przedstawił. Zapomniał o zasadach saviore-vire, lecz czy, gdy brodziło się po kolana w błocie, nadal obowiązywały?
Była myśliwym, nie kłusownikiem, ale granica między jedną a drugą profesją już dawno się zatarła, rozmyła się gdzieś między potrzebą wyregulowania populacji a zdobyciem imponującego trofeum. Mógł snuć jedynie krzywdzące spekulacje o tym, jaki przyświecał jej cel. Gdyby udało się jej dopaść to, co chowało się pod pierzyną bagien, wystosowałaby odpowiednie pisma do Ministerstwa?
Poświęcił chwile trwającą kilka uderzeń serca na kontemplacje jej twarzy, jakby tam chciał znaleźć odpowiedź na jej pytanie, lecz wydała się zupełnie wyzuta z emocji, jakby już dawno się ich wyzbyła.
Za wnyki też nie była odpowiedzialna. Podejrzewał zatem, że były dziełem kogoś, komu zbiegł bagnowyj. Nie sądził bowiem, że jakiekolwiek mieszkaniec tutejszej wioski, po tym, co miało tu miejsce, postanowił sam na własną rękę rozwiązać ten problem.
- Nie wiem - przytaknął pojednawczo, bo być może wysunął daleko idące wnioski, albo całkowicie błędne. Scenariuszy było kilka. Nieznajoma mogła być równie dobrze odpowiedzialna za ten incydent. Lub została wynajęta przez jego sprawę, by pozbyć się problemu lub po to, by pochwycić obiekt lęku tubylców. - Chcę go powstrzymać przed kolejnym rozlewem krwi - upiększę swoje intencje w szlachetniejsze pobudki, lecz efekt końcowi będzie taki sam. Na Mokradła Szeptów znowu zawita śmierć. - To, co zawsze w takiej sytuacji, gdzie na terenie Wysp przedostaje się coś, czego nie powinno tu być. Rozpocznie się śledztwo.
Jeśli do tej pory nieznajoma miała wątpliwości kim był, teraz powinna je porzucić, lecz Wulfric niczego nie ułatwiał; nadal się nie przedstawił; nadal trwał w iluzji anonimowości.
- Nie wiesz tego - odparł chłodno, parafrazując jej słowa, pozwalając, aby zblazowanie przejęło nad nim kontrole, bo tylko w taki sposób, odcinając się od emocji, mógł zatuszować swoje emocje.
W powietrzu, które wdychał, czuł napięcie. I swoje rozdrażnienie, rozpychało się w klatce piersiowej, zupełnie jak tłoczące się pod kopułą czaszki refleksje. Pytanie o to, co potrafił, zmył milczeniem, bo jedyne, co teraz mógł zaoferować światu to wiązankę przekleństw gubiącą się w korytarzu krtani, aż do momentu, kiedy udzielił jej stosownych, wyczerpujących wyjaśnień, dzięki którym mógł zachować na twarzy maskę chłodną profesjonalizmu.
Ból rwał w nodze, gdy zrobił krok do przodu. Wydawało mu się, że kątem oka wyłapał jakiś ruch i serce zdarzało mu w piersi, a spocone palce ślizgały się na różdżce. Wtem ciche "uważaj!" gwałtownie przecięło cisze. Wyczuł zagrożenie, lecz go nie dostrzegł; ona zareagowała pierwsza i tym razem to nie krew, a krzyk sprowokował bestie do ataku. Reakcja Wulfrica była natychmiastowa.
- ]Pulsare! - stróżka magicznej energii pomknęła ku szarżującego na kobietę bagnowyja. Stwór zatoczył się, zawył i zniknął im z oczu, pod bagnistą zasłoną, chlapiąc błotem na wszystkie cztery strony świata. Falwey w trzech krok pokonał dystans, jaki dzielił go od kobiety; nie miał wątpliwości, że stworzenie zaatakuje ponownie, jednak strach nie próbuje go sparaliżował, adrenalina skutecznie wypiera jego istnienie.

1. Bangowyj znowu się wynurza i mknie ku Varyi.
2. Bagnowyj się wynurza i mknie ku Fawelyowi.
1x k2 (Reakcja bagnowyja):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
01-02-2026, 13:23
Nie był mi znany, toteż dyskomfort wzmacniał się wraz z każdym spojrzeniem, które na sobie przyłapywałam. Nie powinnam mu się jednak dziwić. Obserwowanie mnie wydawało się dość rozsądne, bo przecież nie znał moich zamiarów, a zauważył przy sobie broń. Równie dobrze bełt mógł za chwilę przebić mu śledzionę, choć od początku nosiłam go z pretekstem wyłącznie rozprawienia się z tropionym stworem. Trwaliśmy nasączeni obcością, tajemniczy dla siebie, o dość sprzecznych zamiarach, choć z pozoru przecież obydwoje dążyliśmy do złapania zagadkowej bestii. On lazł za nią, choć wydawał mi się nieprzygotowany, podejrzany, jakoś niedopasowany w swej prezencji do bagnistych krajobrazów. Zupełnie jak ja pozostałam niedopasowana do eleganckich balów – nawet jak ktoś zdołał wcisnąć mnie w niewygodną suknię. A jednak nasze szlaki się tu krzyżowały i przez chwilę powodzenie sprawy zdawało się być zależne od dwóch par oczu. Mógł tak łatwo wszystko zniweczyć, stać się udręką dla mojego całego pochodu. Mógł też współpracować i wspomóc mnie w tym, ale nie rozszyfrowałam jeszcze do końca jego szczerej intencji.
Śledztwo. Powstrzymać. Rozlew krwi. Brzmiał jak człowiek posłany w służbę, umoczony jakąś procedurą urzędniczą. A jednak nic takiego nie wybrzmiało. Znałam podobne historię, mój brat parał się zajęciem bliskim temu, jeśli nie dokładnie takim. Wysłuchałam nieznajomego aż do samego końca, a później w ciszy porządkowałam własne przypuszczenia, nie dając mu przez kilka chwil najmniejszego komentarza. Trwaliśmy zawieszeni, tuż pod nosem bestii, nieruchomi jak namolna, ciężka mgła. – Powstrzymać znaczy zabić, wiesz, że ta bestia jest mordercą – stwierdziłam, precyzując raz jeszcze pewną konieczność, z którą on w moim odczuciu nie do końca był pogodzony. Czy właśnie tak? Czy wierzył, że można go po prostu złapać bez kończenia żywota? Śledztwo można było toczyć ponad zwłokami. Jeśli sądził inaczej, pchał się w ramiona osobistej krzywdy – co konsekwentnie powtarzałam. Ale on odpychał te ostrzeżenia. Nie widziałam zbyt wielkiej szansy na współpracę. Może powinnam była wystawić go bagnowyjowi na pożarcie i sama później ubić stworzenie. Trofeum dumnie zawisłoby w ojcowskim gabinecie. Nasze triumfy pozostawały jego osobistymi zwycięstwami, jego zasługą, jego namacalnym wkładem w kształtowanie swoich potomków. Postanowiłam nie odzywać się już więcej, szczególnie że i mężczyzna nie wydawał się chętny do rozmowy. Odpowiadało mi to, choć cisza przy pytaniu o możliwości wymownie zdawała się wskazywać na brak odpowiednich kompetencji. Czy właśnie tak winnam to interpretować?
Bagnowyj mknął wprost ku mnie, natychmiast cofnęłam się i uniosłam przeciwko niemu kuszę. Pierwsze spojrzenie wyraziło mój wewnętrzny podziw. Stwór był majestatyczny, wielki, morderczy korpus, niosące torturę zębiska i pęd, którego nikt nie mógł lekceważyć. Adrenalina napędziła całe ciało, musiałam prędko zająć dobrą pozycję i usunąć się z jego drogi. Aż czar z różdżki nieznajomego, pędzący z drugiej strony, nie ugodził dobitnie stworzenia. Wyprostowałam się, patrząc, jak wzburzona bagienna woda opada znów z charakterystycznym pluskiem. Czarodziej, ku mojemu zdziwieniu, zdołał odepchnąć atak. Bronił mnie, w dodatku skutecznie. Nie przywykłam do tego. Spojrzałam na mężczyznę, nie mieliśmy zbyt wiele czasu, a każdy cios czynił naszego wroga bardziej gniewnym. Gdy ponownie wynurzył się z wody, ruszył wprost na niego i tym razem wycie było tak przerażające, że aż bolesne dla uszu człowieka. Zdarzało mi się już wcześniej mierzyć z podobnymi warunkami, ograniczenia ciała musiały zostać pokonane, nie wolno mi było się poddawać. Nigdy. Podniosłam wyżej kuszę i wypuściłam szybko dwie strzały, mając nadzieję, że te zdołają całkowicie zniwelować zagrożenie. Nie było czasu na zabawę, nie mierzyliśmy się wszak z namolnym chochlikiem. To potwór, którego tylko głupiec mógłby zlekceważyć.

________________
Etap III - atak
Rzut: k100 + 30 + 13 (brak bonusu za poprzednie etapy)
Stworzenie magiczne: PS XXXXX - 100

Dwa strzały.
2x k100 (atak - łowiectwo ):
42, 76
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.